przekleństwa i smuteczek

Nigdy nie była w jego oczach kaleką.
I pewnie wystarczyłoby, żeby chwilę o tym porozmawiali, mieli te kurwa...
dziesięć minut dla siebie, żeby w spokoju wymienić myśli. Gdzie on by jej wyjaśnił, że to spojrzenie nie robiło z niej w jego oczach słabej, bo przecież ona taka nigdy nie była. A ona wyjaśniłaby mu, co znowu siedzi w jej głowie...
Bo Madox przecież nie wiedział. Nie był nigdy za bardzo domyślny, wręcz przeciwnie starał się... nie roztrząsać, nie dopowiadać sobie w głowie własnych scenariuszy, a po prostu wszystko wyjaśnić.
Bo przecież się dało, a oni doskonale o tym wiedzieli, oni przecież mieli już za sobą kilka takich
trudnych na pozór rozmów.
Dużo razem przeszli.
A te wszystkie trudności, chociaż odciskały się na nich za każdym razem, wchodziły gdzieś głęboko pod skórę, dotykały serca i duszy, to przecież... W końcu. Sprawiały, że ich uczucie, ta miłość, rozkwitała tylko i zyskiwała na sile.
Pokonywali trudności i byli silniejsi.
Bo przecież takie mieli charaktery, życie nigdy ich nie rozpieszczało, a czy któreś się kiedykolwiek poddało? Nie.
A teraz razem, to już... no kurwa, chyba wszystko razem by pokonali. I to by jej pewnie powiedział Madox, że ona już wcale...
nie jest jego słabością, tylko
siłą.
Ale nie powiedział jej nic, bo zniknął w łazience.
A potem to już wszystko toczyło się szybko.
I oni w tym pędzie bez nawet
chwili dla siebie. Bo zaraz Pilar i Ana znowu się zaczepiały, a Madox właściwie to... nie słuchał, bo myślami wrócił gdzieś do tej autostrady, dwieście sześćdziesięciu na liczniku i tego jak Pilar
robiła mu dobrze, do tych wszystkich razów, kiedy jednak złapali te momenty i wyciskali je do cna, we dwoje.
W tym domu też... I jakie śniadanie sobie w nim zrobili, gdyby nie przeszkodzili im wtedy Matteo i Giulia to byłoby wyborne, ale z drugiej strony... kiedy znowu będą mieli okazję poudawać przed kimś napromieniowanych? Nigdy może.
-
Zawsze można pomarzyć - rzucił w odpowiedzi na jej słowa, oboje chyba zdawali sobie z tego sprawę, że w ich wykonaniu
usiedzieć w jednym miejscu, to byłby jebany cud, bo oni nawet kiedy chcieli spędzić czas razem, we dwoje, wakacyjnie, to przecież ścigali się do łodzi, albo skakali z klifu prosto do Jaskini Diabła, albo malowali się fluorescencyjnymi farbami, żeby bawić się na imprezie na plaży. Włamywali się do czyjegoś domu, albo do budki ratownika. Wchodzili bez strachu do domu Pablo Gonzalesa, grali z nim w golfa, chociaż żadne nie umiało, albo szli za karlicą czarownicą, żeby przepowiedziała im przyszłość...
Tylko, że ich przyszłość to akurat zawsze była jedna wielka
niewiadoma.
Bo oni w jednej chwili potrafili zrobić w tył zwrot, wpaść na jakiś genialny pomysł, jak kradzież ambulansu i ucieczka ze szpitala i... iść w to razem. Bez zastanowienia. Bez chwili zawahania. Razem. Jedno za drugim.
I gdzie ich to zaprowadziło?
Właśnie tu.
Do tego pierścionka z literką
M, który Pilar musnęła swoimi pełnymi wargami. Do tych nieudanych zaręczyn, jednych i drugich. I trzecich, które były przypieczętowaniem tego
szaleństwa, i gdybania czy
Pilar Noriega to prawdziwa
kobieta gangstera. Była.
I na tej wycieczce do Meksyku pokazała mu jak bardzo.
Pokazała mu, znowu, że brała go w całości, z tym jego paskudnym charakterem,
dobrym sercem, łobuzowaniem i przebłyskami empatii. Z tym jak pracował dla policji, pomagał swojej matce, a potem się z nią kłócił. Z tym jak pomagał jakimś dzieciakom w sprawach sercowych, a potem pokazywał jej, znowu, jak to jego serce wyrywało się do niej, gdy spowodował ten wypadek Z tym jak w szczerym polu wyznawał jej miłość mówiąc, że była jego
buñuelos, a on jej
jaguarem. Najdziwniejszy chyba sposób na wyznawanie sobie miłości, ale... ich.
Tak bardzo w ich stylu.
Madox też nie żałował niczego. Ani tych nieudanych pierwszych zaręczyn, ani tych drugich, kiedy się miotał...
Bo już za trzecim razem był przecież kurewsko pewny. I ona też była. Dojrzeli do tego. I prawda jest taka, że może potrzebowali tych dwóch razy, kiedy z tyłu głowy mogła pojawić się ta irytująca, bolesna myśl, że mogliby się stracić? Rozpierdolić to odrzuconym, pechowym pierścionkiem. Żeby zrozumieli, że przecież
oni są dla siebie stworzeni.
-
Ja też nie - odpowiedział jej w końcu, bo chyba rzeczywiście dość długo tam już stali, bo zaraz pospieszyła ich Ana.
Załadowali się do samochodu.
Trudno było się nie zgodzić z Juanem, że
narozrabiali i cały Meksyk pewnie długo o tym nie zapomni. Może nie zdając sobie sprawy, że Pablo Gonzalesa zabiła Pilar Stewart w obronie
miłości. Ale oni to wiedzieli, oboje. A połowa ludzi pewnie popierała zdanie Juana, że
Gonzales to skurwiel i Any, że
Pilar wyświadczyła Guadalupe przysługę i Madoxa, że
należało mu się.
-
Pracowałem nad nim dwa lata i zobacz, beknął... Co prawda gdyby nie Pilar to pewnie by nie wyszło, ale i tak, dwa lata to chyba niezły wynik? - może Pilar nie lubiła przechwałek, ale Madox... on je uwielbiał i nie mógł się powstrzymać. Na niego Juan też zerknął w lusterku.
-
Ale... się dobraliście - mruknął Juan, ale coś w tym było. Że oni się rzeczywiście dobrali i w tym Meksyku cały czas pokazywali jak się dopełniali, jak to ich
ogniste, dzikie, połączenie działało na ich korzyść.
Bo tylko razem mogli rozwalić Pablo. Od początku, od tego golfowego meczu, poprzez zawody w strzelaniu, imprezę w domu Gonzalesa, gdzie Pilar wyprowadziła Esme, a Madox robił to co potrafił najlepiej - chaos. Po to jak Stewart do niego strzeliła, a Madox go zagadywał. Robił to tylko po to, żeby oddała strzał i gdyby mógł w tym momencie być przy niej, to zacisnąłby palce na jej ręce, na spuście, zrobiłby to samo. I nawet chwili się nie zastanowił, czy zawahał.
I teraz też opierał palce na jej dłoni, kiedy do niego sięgnęła, zacisnął je na jej ręce. Pewnie.
-
To wpadnijcie kiedyś do Toronto, mam tam klub, wyskoczymy na imprezę, oprowadzimy was - oczywiście, że Madox ich zaprosił. Jak wszystkich, bo taki był. Lubił się chwalić swoim klubem... Lubił ludzi.
A ci których oni spotykali na swojej drodze byli naprawdę barwni.
Z Aną i Juanem pożegnali się przed lotniskiem, jeszcze raz im podziękowali, jeszcze raz zaprosili do siebie.
Potem szybko na odprawę, chociaż kiedy pędzili po lotnisku, to wpadli jeszcze na... Izkę, Marlenę i Zbyszka. Zdążyli zamienić z nimi dwa słowa, dzieciaki zaprosiły ich do Polski dziękując za wszystko co dla nich zrobili, a Madox... oczywiście zaprosił ich do Kanady.
Do Kanady, do której leciał samolot, do którego właśnie zmierzali.
Ostatnie kroki na Meksykańskiej ziemi.
I kilka godzin w samolocie.
Żegnaj
dziki, piękny Meksyku. Witaj chłodne, szare Toronto.
tú eres mis buñuelos ‧₊˚
⋅ ☆