ODPOWIEDZ
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, szpital i... poród
Oczywiście, że odwrócił się dookoła własnej osi prezentując się jej w kitlu, a kiedy powiedziała to, że kto by pomyślał, że doktor Fernandez jest tak kurewsko caliente, to nawet puścił jej oczko, z jakimś tekstem, że zaprasza ją na badanie. Tylko nie mieli na to wcale czasu, na kawę też nie... Chociaż doktor Fernandez w wykonaniu Noriegi na pewno się nie pierdolił, tylko od razu przechodził do rzeczy.
Madox zresztą też, bo zaraz już pakował Pilar na wózek.
Chociaż kiedy dostał pół batonika, to zjadł go w dwóch gryzach, mrucząc pod nosem, bo Madox nawet nie wpadł na to, żeby sobie takiego batona kupić, kiedy czekał aż Stewart wróci z badań, a mógł. A zaraz też powiedział jej, że doktor Fernandez mógł kupić więcej tych batonów, a najlepiej jakby sobie nimi wypchał całe kieszenie.

Ale nie wypchał.


Madox korytarzem ruszył oczywiście z pełną powagą, bez żadnego zawahania, nawet głową skinął kilku innym lekarzom, którzy go mijali, no bo doktor Fernandez oprócz tego, że był caliente, to był też kulturalnym gościem.
Potem do windy i na dół.
A potem do karetki i

do widzenia.


Za proste by to było i za piękne.
Bo zaraz przed szpitalem parkowała taksówka, w której czerwona sukienka odbierała poród. Całe szczęście, że była lekarzem, ale nieszczęście, że jednak rodziło się tam dziecko...
Chociaż może dla rodziców to szczęście. Ale Madox osobiście pobladł, bo wróciły do niego jakieś traumy związane z tym, jak on już kiedyś podobno odebrał poród, nie pamiętał za wiele, ale kurwa... Jego samo gadanie o czymś takim delikatnie mówiąc mierziło. A co dopiero brać w tym udział. Kiedy facet zaczął szarpać go za kitel, to Madox już go ściągał.
- No nie pomogę, bo to tylko taki strój - i już go z siebie zrzucił zostawiając w rękach mężczyzny. Miał się wycofać i najlepiej to zabrać Pilar, może jakby stad wyjechali tym wózkiem, to potem by sobie zamówili taksówkę i jakoś by to poszło. Ale nie... czerwona sukienka kazała mu pomóc z przeniesieniem rodzącej kobiety, a chłop już go szarpał za koszulę. Pomógł tej kobiecie wysiąść, ale z każdym skurczem krzyczała mu do ucha i ściskała go za... koszulę. Ta koszula wyglądała już tragicznie, kolejne droga koszula, której pewnie nie odratuje.
Madox bardziej się przejął ta koszulą niż czymkolwiek innym, bo facet ze swoją żoną na wózku ruszyli już do wejścia. Wiadomo, że Noriega już stał obok Pilar.
- Może chodźmy stąd, wezmę cię na ręce... - zaproponował, ale zaraz okazało się, że poród będzie się odbywał w karetce, bo drzwi do szpitala były zablokowane z powodu braku prądu.
Nie no kurwa, świetnie.
Madox nawet się obejrzał przez ramię, ale przecież tych szpitalnych drzwi nie ruszą, nawet jakby chcieli je wybić to raczej nie byłoby to proste. Na szczęście była ta karetka.

Dla kogo szczęście, dla tego szczęście.


Bo Noriega był już blady, a zaraz pewnie kurwa będzie fioletowy, zielony i albo rzygnie, albo zemdleje. Takie były opcje. Już mu było słabo, a tu zaraz znowu Ana, która dzisiaj zamiast czerwonej sukienki miała na sobie dżinsowe szorty i koszulkę na ramiączkach, go szarpnęła.
- Dobra, ale tylko... - zaczął, ale nie dokończył, bo rodząca znowu krzyknęła i zaraz z jej mężem Noriega pomagał wpakować ją na leżankę do karetki. Najpierw szarpnęła gdzieś za tą piękną rozpierdoloną koszulę Madoxa, a potem za włosy swojego męża. Chciała też za jasne kudły chwycić Noriegę, ale w porę się odsunął.
- Ja wychodzę... bo ja nienawidzę widoku krwi, zemdleje, albo zwymiotuje... - zaczął od razu dyskusję, kiedy Ana mówiła, że ma być bez. Ale taka była prawda, tylko, że to chyba nie chodziło o krew, bo akurat z tym Madox nigdy nie miał problemu. Nie miał problemu z dziurami w głowie, z postrzałami, złamaniami otwartymi, a jednak porody to było dla niego za wiele. Wychodzi na to, że Madox miał... dziwne fobie, igły, karły i porody.
Wyszedłby z tej karetki, już stał przy drzwiach, tylko, że mąż Lucii wypadł z karetki pierwszy i... zaraz rzygał pod koła.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Zawahał się, i zerknął jeszcze na Pilar, która już zajęła wskazaną przez lekarkę pozycję.
- Ja pierdole... - no co miał zrobić? Chyba musiał pomóc, chociaż w pewnym momencie myślał, że jego też autentycznie cofnie, kiedy Ana powiedziała o tym bałaganie - co mam kurwa pod nią podłożyć? Wiadro? - oby tylko nie zrobił się aż taki bałagan.
Madox był już fioletowy, z tej swojej bladości zrobił się trupio blady, jakby odjęło mu wszystkie kolory, jakby sam miał tu zaraz zejść. Ale wziął paczkę z rękawiczkami, skalpel, jakieś środki do dezynfekcji i nawet jakiś podkład sanitarny, żeby coś pod nią podłożyć. Stanął za plecami pani prawdziwej doktor, a kiedy ona zaglądała pod sukienkę Lucii, to się cofnął.
- Może ja... - już chciał powiedzieć, że może głową by już wolał wywarzyć te drzwi, niż brać w tym udział... ale wtedy Ana powiedziała, że widzi główkę - ja pierdole... - wyrwało się Noriedze, ale zaraz już odpakowywał te rękawiczki, żeby podać je Anie, i jeszcze te podkłady i jakieś kolejne medyczne szmaty, trzymał ten skalpel, ale modlił się, żeby nie był potrzebny. Niech to dziecko po prostu... wyjdzie.
Nie chciał tam zaglądać, ale Ana zaraz wyjrzała spod sukienki, tylko tym razem zwracała się do Pilar.
- Ona musi przeć. Trzy oddechy i przemy, liczcie to... Raz, dwa, trzy... i teraz - narzuciła jakiś tam rytm i Madox też starał się nabrać w płuca te trzy oddechy, ale nabrał chyba z trzydzieści. Małych, panicznych oddechów.
Ciężarna znowu krzyknęła, później Ana też podwijając do góry sukienkę... I to było trochę za dużo, bo Madox po prostu... pierdolnął na podłogę w tej karetce.
Ale ostrzegał uczciwie, że on nienawidzi widoku krwi.
Kiedy Pilar się ruszyła, to Ana zaraz wbiła w nią spojrzenie.
- Nic mu nie będzie, faceci to mięczaki - pokręciła głową -ty musisz mi pomóc, pamiętaj przemy! Dacie radę dziewczyny! - zawołała jeszcze - już jest bardzo dobrze, jeszcze trochę... - i chyba dobrze parły, bo po chwili Ana trzymała w ramionach dziecko, które obejrzała, sięgnęła po nożyczki i przecięła pępowinę, a zaraz w karetce wybrzmiał krzyk maleństwa, a potem zaraz krzyk ojca, że drzwi się odblokowały...
Szkoda tylko, że już było po wszystkim.

poder femenino ˚˖𓍢🌷✧˚.🎀
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, poród
Niby mieli pecha, a jednak gdzieś pomiędzy tym wszystkim okazało się, że tak naprawdę w chuj szczęścia również. Bo gdyby wyszli chociaż chwilę później z sali, chwile później władowali się do windy… utknęliby w szpitalu na niewiadomo ile. A takto? Nie dość, że byli na wolności (poniekąd), to jeszcze detektywi Montoya zostali uwięzieni w środku i mogli im naskoczyć. A przynajmniej tak próbowała to sobie tłumaczyć Pilar, próbując za wszelką cenę znaleźć jakieś pozytywy w tej pojebanej, spaczonej sytuacji.
Nie chciała przyjmować porodu. Sama ledwo mogła się ruszać. Ale kurwa co mieli zrobić? Powiedzieć, że nie i po prostu spierdolić? Przecież to nie było w ich stylu. Przecież oni wiecznie komuś pomagali, robili dobre uczynki, a potem dostawali w nagrodę godzinkę tylko dla siebie, przy dobrych wiatrach.
Poza tym, tutaj nawet gdyby chcieli uciec Ana by im na to nie pozwoliła. Jej stanowczy głos dyktował im coraz to kolejne komendy i nim którekolwiek z nich się chociażby odwróciło, wszyscy już byli w karetce. No prawie wszyscy, bo zaraz się okazało, że maż ciężarnej kobiety był jebanym słabeuszem i poszedł zarzygać praktycznie cały zewnętrzny bok ambulansu. Nawet w środku było słychać to, jak bardzo go naciągało, przez co Pilar aż podziękowała w duchu wydzielającej się kobiecie, że przynajmniej to zagłuszała, bo naprawdę mało brakowało, żeby to Stewart zaraz puściła na ich wszystkich pawia.
Krwi się nie bała, porodów również, chociaż przy żadnym wcześniej nie była. Ogólnie albo miała mało jakiś różnych fobii albo były jeszcze one kompletnie nieodkryte, tak jak to wyszło z nurkowaniem dzień wcześniej. Nawet nie wiedziała, że czegoś się bała, dopóki nie musiała tego zrobić. Całe szczęście trzymanie Lucii za rękę wychodziło jej całkiem dobrze. Okazało się, że dostała o wiele łatwiejsze zadanie niż Madox, który musiał latać po całej karetce i podawać Anie co do kolejne przedmioty.
Stewart na zmianę oddychała głośno wraz z Luciją, karząc jej przeć, by zaraz potem zawołać Noriegę i jemu również kazać oddychać. Głęboko. Tak żeby przestał panikować. Szkoda tylko, że to wcale nie okazało się pomocne, bo kiedy Ana musiała naciąć pochwę, żeby odpowiednio odebrać poród, a z ciężarnej wylały się pierwsze wody, Madoxa po prostu… odcięło. Kompletnie. Poleciał na ziemię jak długi. I oczywiście, że Pilar się do niego wyrwała, oczywiście, że chciała mu pomóc wstać albo chociaż ułożyć go w jakiejś bezpiecznej pozycji, tylko lekarka znowu zaczęłą się na nią wydzierać, wraz w akompaniamnecie rodzącej Lucii, która ściskała ją już tak mocno, że na ciele Stewart porobiły się kompletnie nowe krwiaki i odciski.
Nie miała pojęcia, ile dokładnie trwał cały poród. Pięć minut? Może dziesięć? A może jebane pół godziny? Kompletnie straciła rachubę czasu, jednak finalnie udało się doprowadzić do tego, by w rękach Any ukazało się kompletnie zakrwawione, obrzydliwe, płaczące dziecko. Lucia oddychała ciężko, ledwo łapiąc oddech. Jej klatka piersiowa unosiła się ciężko, ale w końcu zwolniła uścisk, dzięki czemu Pilar mogła w końcu doskoczyć do Noriegii i ułożyć go w odpowiedniej pozycji.
A kiedy się obudził po jakimś czasie, mógł zobaczyć, jak Ana już kończyła szyć ciężarną Luciię, przeciągając kolejną niteczkę, podczas gdy Pilar siedziała w kącie karetki, kompletnie uwalona krwią z noworodkiem na rękach, owiniętym jedynie w pierwsze, lepsze szmaty, które udało im się znaleźć. Bujała go delikatnie, mrucząc coś pod nosem, a może i śpiewając, bo dzieciak w końcu przestał płakać. Na rękach miała jeszcze więcej siniaków, tym razem od blondynki rozwalonej na leżance. A facet, który z nimi był? Znowu leżał nieprzytomny gdzieś pod nogami Noriegi. Chyba nawet we własnych rzygach.
O proszę — zaczęła Ana, która jako pierwsza kątem oka zobaczyła, że Madox się ocknął. — Pierwsza śpiąca księżniczka się obudziła — dopiero kiedy to powiedziała, przy okazji przeciągając ostatni szew, Pilar podniosła wzrok. Od razu złapała ciemne spojrzenie Noriegi i uśmiechnęła się ciepło, chociaż w tym szpitalnym wdzianku, z krwią i dzieckiem na rękach musiała wyglądać, jakby co najmniej zbiegła z jakiegoś zakładu zamkniętego.
Jak się czujesz? — spytała przyciszonym głosem, nie chcąc za nic w świecie obudzić ciekawa. Wystarczająco już nasłuchała się jego krzyków.
Dobra, tutaj skończyłam — Ana zerwała się z miejsca i popatrzyła tylko po nich wszystkich, po czym przeskoczyła nad wciąż nieprzytomnym mężem Lucii. — Idę sprawdzić, czy wrócił prąd — zeskoczyła ze schodka i zatrzasnęła za nimi drzwi. W karetce przez chwilę było cicho. Lucia ciężko oddychała, ledwo przytomna, wymęczona do granic możliwości, a Pilar przywołała Madoxa do siebie bliżej.
Posłuchaj mnie — zaczęła spokojnie, wciąż bujając nieswoje dziecko na rękach. — Widziałam, że w stacyjce są kluczyki… jeśli faktycznie wrócił prąd, chyba nie zostanie nam nic innego jak zawędzić ten ambulans — uśmiechnęła się do niego bezczelnie. Było to niebezpieczne, mogli za to trafić za kratki, ale kurwa, przecież taksówki i tak nie wezwą, bo nikt normalny nie zabrał by tak wyglądającej Stewart gdziekolwiek. Musieli zajebać ambulans, jeśli chcieli dotrzeć do Acapulco.

Roba una ambulancia conmigo 🚑🚑
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, a madox wciąż przezywa poród
Godzinka dla siebie by im wystarczyła…
Ale nie, bo przecież oni znowu musieli pomagać, jakby przez te jebane trzy dni za mało się na pomagali, na poświęcali dla innych. Pilar tak się poświęcała, że stała teraz w tej szpitalnej piżamie, spod której wystawały liczne siniaki, z kroplówką wiszącą z ramienia, przy leżance z ciężarną.

A Madox?


A Madox leżał na podłodze, na całe szczęście nie w rzygach, ale kiedy Ana poprosiła go o skalpel bo musiała... naciąć pochwę, to on nie wytrzymał, bo po pierwsze co to za słowo pochwa, a po drugie naciąć?
Aż go coś zabolało, a przecież wcale nie miał pochwy. Zresztą nie potrafił sobie tego wyobrazić i tego jak wychodzi stamtąd dziecko, w ogóle nagle jego myśli zboczyły na jakieś dziwne tory. I kiedy Ana sięgnęła pod sukienkę z tym skalpelem w dłoni, a on... O kurwa. Dlaczego on to zrobił?
Zerknął w kierunku tej pochwy, to po prostu zakręciło mu się w głowie. Mroczki przed oczami i koniec.

Odcięło go.


Nie wiedział ile to trwało. Pięć minut? Może dziesięć? A może jebane pół godziny?
Ale całe szczęście, że przytomność odzyskał dopiero w momencie, w którym dziecko już było na zewnątrz. Zapobiegawczo nie patrzył już w kierunku pochwy, którą szyła Ana, nawet zasłonił się ręką. Jak tak dalej pójdzie, to będzie chyba miał jakieś koszmary, albo będzie musiał Pilar odciągnąć na bok, żeby zajrzeć jej pod piżamkę, żeby kurwa nie miał takich widoków, jak na leżance przed oczami. Jeszcze spuścił głowę chowając ją między kolanami, bo wciąż było mu słabo, no i kątem oka widział, że doktor Ana coś szyła. Nabrał ciężko do płuc powietrze i dopiero rozejrzał się za Pilar.
Wyglądała... pięknie.
Jak pierdolona super bohaterka, która odebrała poród (co z tego zrobiła to doktor Ana), ale to Pilar bawiła to małe... pomarszczone... czerwone dzieciątko. I przez chwilę Madox tylko na nią patrzył, ale zaraz zebrał się z podłogi, otrzepał, bo go wzdrygnęło. Nie na widok krwi, nie na ten cały bałagan, ale...
- Ale brzydalstwo - stwierdził zaglądając do Pilar i zerkając na dziecko. Nie wyglądało wcale dobrze... Ale Stewart wyglądała, z dzieckiem też jej było do twarzy, ale Madox jednak nie chciał w ogóle myśleć o dzieciach, nie po tym co zobaczył. Odganiał od siebie te myśli.
- Jest okej, a ty? - już stał nad Pilar opierając się ręką gdzieś o ścianę, bo jeszcze trochę było mu słabo. Drugą ręką sięgnął do policzka Stewart, żeby zdjąć z niego jakieś kosmyki, które się tam przykleiły, była brudna. Ale przy tym też... piękna, z tym dzieckiem na rękach. I to było jakieś pojebane, bo dzieci były okropne. Poród jeszcze gorszy. Ale Pilar było do twarzy z dzieckiem.
Chociaż może było to spowodowane tym, że Madox wciąż jeszcze był jakiś blady i tak nie do końca wrócił do siebie. Pochylił się nad Stewart, kiedy zawołała go bliżej, w ogóle nie kontaktując, że Ana poszła sprawdzić, czy prąd wrócił. Ciemne tęczówki zawiesił na tym brzydkim dzieciątku w ramionach Pilar. A kiedy kazała mu słuchać, to dopiero podniósł na nią spojrzenie.
- Ale bez tego... - tu wskazał palcem na dziecko i się skrzywił, wystawił język - i bez tego... - odchylił do tyłu głowę, ale chodziło mu o matkę i ojca.
Ojca, który gdzieś w międzyczasie też zebrał się z podłogi. Właściwie też wyglądał okropnie, tak jak jego wyczerpana żona i to pomarszczone dziecko. I pewnie każdy normalny człowiek stwierdziłby, że to piękne, cud narodzin i te sprawy, to Madox mógłby z tym dyskutować.
Przysunął się do Pilar, tak, żeby oprzeć się o ścianę obok niej, żeby sięgnąć ręką do jej kolana, przesunąć po nim palcami, z tej perspektywy dziecko wciąż wyglądało... nieładnie. A Stewart wciąż pięknie.
- Wyglądasz... - zaczął Madox i pewnie by jej to powiedział, jak. Ale drzwiczki karetki otworzyły się, a zaraz pojawiły się jakieś pielęgniarki, sanitariusze, którzy przenieśli Lucię, ktoś też wziął od Pilar maleństwo, którego od razu pilnował jego ojciec - jaki on jest piękny - mówił, a Madox tylko wywrócił oczami i nawet miał pytać, czy dobrze mu się przyjrzał, ale kiedy wszyscy byli zajęci matką i dzieckiem, to oni z Pilar zakręcili się koło karetki. Madox przytrzymał Stewart, pomógł jej wejść do środka. Jakoś tak niezauważenie.
A potem sam jeszcze odezwał się do jakiejś pielęgniarki.
- A ja to właściwie... Jestem mechanikiem, przegląd robię, tej furki, bo coś tam stukało i muszę to jeszcze sprawdzić... - pielęgniarka spojrzała na niego jakoś podejrzliwie, ale zaraz ktoś zawołał ją do środka. A Madox tylko pierdolnął tylnymi drzwiami karetki, a zaraz wpakował się do przodu obok Pilar. Przekręcił kluczyk, i zaraz wyjechał z podjazdu trochę chyba szybciej niż powinien. Ambulansem zarzuciło, a na pace... chyba wyjebało się wszystko co możliwe, i walnęło coś ciężkiego...
Ale oni za bardzo się tym nie przejęli.
- Włącz koguta, to dodamy mu trochę gazu... Ciekawe ile pojedzie - Madox zerknął z ukosa na Pilar. Karetki jeszcze w zasadzie nie prowadził, ale chyba powinny być szybkie? Wyjechali na jakąś prostą drogę i zanim Pilar odpaliła syrenę, to nagle...

ktoś odsunął to okienko za ich plecami z hukiem.


Madox się obejrzał i dobrze, że jechał karetką, bo jakieś auto przed nim zjechało i całe szczęście, bo by w nie chyba przyjebał.
- Co wy kurwa robicie?! - krzyknęła Ana rozmasowując guza na czole. To już wiadomo co tak pierdolnęło, jak Madox wyjeżdżał z podjazdu - zatrzymaj się, bo dzwonię na policję! - krzyknęła znowu - zatrzymaj się mówię - powtórzyła. Ale Madox zaraz oglądał się na nią przez ramię, chociaż teraz też starał się patrzeć na drogę.
- Czekaj, czekaj... Musisz nas posłuchać, nie możesz wezwać policji - zaczął i zerknął na Pilar - my... my jesteśmy z policji, ale - odwrócił się w kierunku drogi, żeby zmienić dwa razy pas, fajnie jechało się karetką. Wszyscy mu ustępowali - ona jest z policji, musieliśmy uprowadzić ten ambulans, bo... słyszałaś o Gonzalesie? To ona go zdjęła - znowu wskazał na Pilar. I chociaż Ana nie była przekonana to...
- Pierdolisz? - wyrwało jej się zaraz - pochodzę z Guadalupe i Gonzales od zawsze terroryzował to miasteczko, dlatego przeprowadziłam się do Acapulco, ale dojeżdżałam do pracy do Guadalupe… Nawet nie wyobrażasz sobie co zrobiłaś dla... nas - prawda jest taka, że Pablo miał pewnie tyle samo zwolenników, co przeciwników, a może nawet tych drugich więcej? Tylko przecież oni wczoraj nie wychodzili na ulicę z bronią, tylko cieszyli się z tego w swoich domach. Z tego, że ten bandzior wreszcie dostał to, na co zasłużył.
- Naprawdę, tylko, że policji z Acapulco się to nie spodobało, chcą ją przesłuchiwać, a my... musimy się stąd jakoś wydostać - i jak zazwyczaj Noriega zmyśla na poczekaniu i kłamie jak z nut, to dzisiaj był szczery.
- Stąd to znaczy? - zapytała Ana.
- Z Meksyku - wyjaśnił Madox, a brunetka się zamyśliła.
- Pomogę wam - powiedziała w końcu - jestem Ana, Ana Espinoza, a wy? - zapytała i wystawił do nich przez okienko rękę.
- Espinoza? - Madox się odwrócił znowu zerkając na nią. Znał to nazwisko?

el que se quitó Gonzales /̵͇̿̿/'̿'̿ ̿ ̿̿ ̿̿ ̿̿💥
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Pilar również nie widziała nic pięknego w zakrwawionym dzieciątku. Podobno do macierzyństwa trzeba było dojrzeć, jednak ona na tamtą chwilę, bujając w rękach czyjeś zakrzyczane dziecko, jedynie przekonywała się bardziej i bardziej, że za nic nie nadawałaby się do tej roli. Madox zresztą też nie. Nie dość, że mdlał na sam widok porodu, to jeszcze chyba z trzy razy podkreślił to, jak brzydki był noworodek. A jaki miał być? Przepiękny? Przecież on kurwa przed chwilą wyszedł z pochwy. A jednak Pilar dzielnie bujała go na boki, co jakiś czas nucąc pod nosem, żeby przypadkiem się nie obudziło.
A kiedy tylko Madox zaczął to swoje wyglądasz... podniosła na niego spojrzenie. Jej ciemne oczy nie patrzyły już na nic innego tylko w obłędny brąz, w którym potrafiła przepaść za każdym razem. Świata poza nim nie widziała. Czekała, aż w końcu powie, co miał na myśli, tylko nim zdążył cokolwiek z siebie wydusić, do karetki wpadli sanitariusze, co mogło jednogłośnie świadczyć o tym, że szpital odzyskał prąd w placówce. W pierwszej kolejności zabrali Luciie, w głównej mierze, bo po prostu było najbardziej. Wyjechali nią z całą leżanką, zawożąc prosto przez rozsuwane drzwi, a zaraz potem wrócili się po dziecko, które jedna z pielęgniarek ostrożnie zabrała od Pilar. Przez chwilę patrzyła na nią podejrzliwie i nawet oznajmiła, że powinna wejść do środka na kontrolę, bo nie wyglądała dobrze. Całe szczęście Stewart zawodowo ją spławiła, a wszystko przypieczętował Madox, oznajmiając, że był mechanikiem, który tylko sprawdzał stan ambulansu.
Czy ktokolwiek to kupił? Pewnie nie, ale też żaden z pracowników nie miał czasu z nimi dyskutować, biorąc pod uwagę, że szpital był odcięty od prądy przez kikanaście minut. A to zaś oznaczało, że trzeba było sprawdzić wszystkie aparatury, jak również pacjentów, jednego po drugim, czy na pewno nie zdało się nic poważniejszego.
Tą sytuacją idealnie wykorzystali Madox z Pilar, którzy zakradli się na przednie siedzenia. Stewart nieco postękała przy wsiadaniu, ale finalnie znalazła się na miejscu pasażera, nim Noriega zdążył władować się za kółko.
911, wezwanie do Acapulco — oznajmiła dumnie, poważnym tonem, jakby faktycznie przyjmowała zlecenie na ratunek. Chociaż jakby tak na nich spojrzeć, a przede wszystkim na nią, to faktycznie można by powiedzieć, że potrzebna była pilna medyczna pomoc. Tylko u Pilar to już chyba tylko na głowę, bo to, że sama namówiła Madoxa do podjebania karetki świadczyło, że od tego kopniaka, kompletnie poprzewracało jej się w głowie. — A gdzie się włącza tego koguta? — nachyliła się nad panelem, na którym była masa przycisków. Kobieca intuicja podpowiadaa jej, żeby po prostu nacisnąć wszystko na raz i wtedy z pewnością, któreś zadziała. Szkoda tylko, że zanim to zrobiła na tyłach znowu coś huknęło, a zaraz potem gowa Any wychyliła się przez niewielkie okienko.
Ja pierdole — krzyknęła Stewart, chyba jeszcze bardziej zaskoczona niż Madox. Serce podeszło jej do gardła, a na samo wspomnienie policji aż westchnęła głośno. Świetnie. Jeszcze tego im brakowało — żeby ktoś ich podpierdolił zaraz po tym, jak e p i c k o udało im się uciec. — Zapłacimy ci, albo nie wiem, będziemy miec u ciebie dług wdzięczności — zaczęła, próbując jakoś podeprzeć słowa, które wyrzucał z siebie Madox. — Albo nie wiem, usunę wszystkie twoje mandaty za parkowanie z systemu — dodała, bo przecież to również mogła zrobić. Jasne, pierwsze musiałaby się nieco nagimnastykować przed kompem, ale przecież sytuacja nie była niemożliwa do osiągnięcie. Szczególnie w takiej sytuacji. Dla spokojnej podróży była w stanie zrobić dla Any naprawdę wiele.
Nie mam żadnych punktów ani mandatów — odpowiedziała dumnie, co jakiś czas patrząc przed siebie, na zmianę z tym, jak ściągała na nich spojrzenie.
Niemożliwe — Stewart skontrowała praktycznie od razu, kręcąc głową z niedowierzaniem, a zaraz podniosła na nią wzrok. — No co? Widziałam przecież jak jeździsz. O mało co nas nie zabiłaś — przypomniała jej, jak dzień wcześniej b e z c z e l n i e zajechała im drogę tuż przed zjazdem na targ. Pilar co prawda zdążyła już o tym zapomnieć, ale skoro znowu była okazja się trochę pokłócić, to przecież oczywistym było, że skorzysta z sytuacji. Madox jednak miał inne plany, bo zaraz nawija o tym, jak to Stewart nie ściągnęła osobiście Gonzalesa, a gdy tylko kobieta się tym zachwyciła, Pilar wzruszyła ramionami.
Tak jakoś wyszło — wzruszyła ramionami. Kto jak kto, ale ona akurat nigdy nie miała potrzeby, by kręcić się w centrum uwagi. Tym bardziej nie miała zamiaru ściągać laurów za to, że zabiła drugiego człowieka. Nic więcej nie dodała, chociaż uśmiechnęła się delikatnie pod nosem. Miło było usłyszeć, że ktoś faktycznie był jej za to wdzięczny. — Espinoza? — odwróciła się, gdy Ana w końcu się przedstawiła.
Tak, a co? — dopytała zaciekawiona, już o wiele spokojniej wieszając się na okienku w ambulansie.
W sumie to nic — Pilar wzruszyła ramionami. Przelotnie spojrzała na Noriegę, przy okazji podciągając kolana pod samą brodę. — Mieliśmy takiego jednego… kolegę z tym samym nazwiskiem — wyjaśniła spokojnie, szczerząc się do Madoxa. Chociaż czy Marco można było nazwać ich przyjacielem? Zdecydowanie nie. Ale jakby na to nie spojrzeć… TROCHĘ przyczynił się do tego, gdzie właśnie byli. Razem. Bo gdyby nie Marco, Pilar wcale nie pojawiłaby się wtedy u Madox w klubie i finalnie też nie przyjełaby jego propozycji, żeby polecieć z nim do Medellin, a tam… to już wiadomo, co było.
A wy? — zagadała Ana, przyglądając im się z góry. — Macie zamiar się przedstawić? — nie odpuszczała.
Pilar i Madox — zaprezentowała ich imiona, opierając głowę o zagłówek. — …Noriega — dodała, przypisując sobie jego nazwisko. Po pierwsze bo byli zaręczeni i to już praktycznie jakby byli małżeństwem, po drugie żeby Ana wiedziała, że nawet nie miała co próbować, a po trzecie, bo kurewsko jarało ją to nazwisko. Czy dla Any znaczyło cokolwiek? Raczej nie. W Kolumbii z pewnością miało ono o wiele istotniejsze znaczenie.
Do Acapulco dojechali w jakieś pół godziny. Głównie dlatego, że Pilar w końcu odkryła, który przycisk odpowiadał za koguta, przez co wszystkie auta odsuwały im się w drogi, tworząc tunel życia. Szkoda tylko, że oni wcale nie ratowali żadnego życia, oprócz własnych tyłków, które musieli jak najszybciej spakować i zawieźć na lotnisko.

Es hora de correr, nena
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, kradzież, porwanie i wielka ucieczka
Madox nigdy nie prowadził karetki, ale w zasadzie jeździł różnymi samochodami, więc... to nie mogło być trudne.
Okazało się, że trochę było, kiedy za mocno wszedł w zakręt i wszystko na pace się wyjebało. Ale... pojeździłby dwa dni i by się wprawił. Może powinien jednak zastanowić się nad rzuceniem Emptiness?
Na pewno by to zrobił.
Chociaż kiedy patrzył na Pilar, poobijaną, zakrwawioną, to... miał różne myśli.
- A nie jak w radiowozie? Szukaj takiego przycisku - oczywiście, że Madox jechał radiowozem, nawet zdarzyło mu się go prowadzić.
Zanim jednak Stewart znalazła taki przycisk, to z tyłu wyjrzała na nich... Ana. Biedna Ana, której przecież wcale nie chcieli porywać, ale z drugiej strony... Może mogła im się przydać? Zresztą biorąc pod uwagę fakt, że ona znowu pojawiła się w ich życiu, to coś tutaj musiało być na rzeczy, jakieś przeznaczenie, czy przyciąganie, tutaj zadziałało.
Oczywiście, że Noriega się zdziwił, ale on przecież nigdy nie daje takich rzeczy po sobie poznać, rzadko... bo zaraz wchodzi w nową rolę i kombinuje.
Bo trzeba brać, to co przynosi los.

I wyciskać do pierdolonego cna.


Sięgnął ręką do uda Pilar, żeby ją po nim poklepać, a kiedy ona też zaczęła nawijać, że zapłacą kobiecie, albo skasuje jej wszystkie mandaty, to się uśmiechnął.
Jemu też mogłaby skasować, akurat Madox miał ich... dużo.
Kiedy brunetka powiedziała to, że nie ma punktów, ani mandatów, to Noriega prychnął, bo on też kompletnie jej nie wierzył, nawet chciał się zgodzić ze Stewart, że przecież widzieli jak jeździła. Ale zamiast tego nawijał zaraz, że Pilar osobiście zdjęła Gonzalesa, nawet miał dodać, że wreszcie ktoś zrobił to co powinien, a nie bawił się z nim przez dziesięć lat, jednak wtedy odpaliła się Ana, która zaczęła opowiadać, co Stewart zrobiła dla całego Guadalupe.
- Mówiłem, że powinni ci dać medal - wtrącił Madox. Może nawet dodałby coś jeszcze, ale wtedy brunetka się przedstawiła i Noriega wcale w pierwszej chwili nie pomyślał o Marco, chociaż to prawda, że wiele mu zawdzięczali, bo można by powiedzieć, że ich związek? Relacja? Zaczęła się praktycznie od flirtu nad trupem.

Pojebane.


Kiedy Pilar ich przedstawiła, to Madox nawet podniósł rękę, żeby się przywitać, ale cały czas myślał o tym Espinozie, ale może to tylko taki zbieg nazwisk, prawda?
Na pewno w Meksyku jest od chuja Ezpinozów.
- Noriega? - zainteresowała się jednak Ana - to ty... - nie dokończyła, bo Madox skinął głową.
Dobra. Trzeba było to trochę nakreślić, bo czuł też na sobie ciemne, przenikliwe spojrzenie Pilar.
- Espinoza prowadził od lat sprawę Gonzalesa - zaczął zerkając na Stewart, a potem na Anę, która tylko wtrąciła, że to był jej ojciec - w 2024 Espinoza zginął na służbie, podczas nalotu na Pablo, prawie go mieli, ale ktoś z policji się wysprzęglił, potem zginęło jeszcze kilku policjantów, którzy mogli coś wiedzieć, jeden samobójstwo, drugi wypadek... No ogólnie pojebana akcja - Ana musiała sobie zdawać z tego sprawę, skoro to był jej ojciec, w ogóle to była głośna sprawa - wtedy wszystko przejęli Montoyowie, bo to pierdoleni służbiści, cała rodzina Montoyi związana jest z policją, a jego siostra, czy tam matka, zginęła podczas jakiejś akcji związanej z przemytem, pracowała w porcie, no wiecie, nie ma opcji, żeby Gonzales ich złamał - wzruszył ramionami, dlatego nie było też opcji, żeby od tak ich puścili - no i Gonzales ustawił to tak, że wszystko poszło na Espinozę, że to on zdradził - zerknął tylko na Anę, która się skrzywiła, chciała coś powiedzieć, ale Madox ją ubiegł i kontynuował - mnie wtedy przydzielili do Frankiego, zacząłem go wtedy urabiać, ale Ferrari to idiota - Madox zawsze to mówił i powtórzyłby to jeszcze sto razy - i on wtedy się wygadał, że to nie Espinoza, niby nie moja sprawa nie, bo ja miałem tylko zaprzyjaźnić się z Ferrarim, żeby później zbliżyć się też do Gonzalesa... - powinien iść po najmniejszej linii oporu, wykonać tylko swoje zadanie i tyle. Ale przecież Madox nie byłby sobą, gdyby... nie robił po swojemu. Gdyby takie informacje jak przekazał mu Franki puścił koło uszu.
- Ale podrzuciłeś tropy i Montoyowie doszli do tego, że to nie był mój ojciec - wtrąciła Ana, westchnęła przy tym jakoś smutno - wiem, bo mój narzeczony pracuje w policji, i niby wiecie, nie możemy o tym rozmawiać, ale... my kobiety mamy różne sposoby - zerknęła na Pilar, Madox też to zrobił, ale zaraz znowu odezwała się Ana - czyli ty Pilar… zabiłaś Gonzalesa - westchnęła ciężko, bo z jednej strony była lekarzem, czyli życia powinna... ratować. Ale z drugiej na pewno sama gdyby tylko mogła to pomściłaby ojca. Chociaż skoro dzisiaj one razem z Pilar odebrały ten poród, to może się wyrównało? Życie za życie - a dzięki tobie Madox oczyścili nazwisko mojego ojca - sięgnęła do nich, żeby oprzeć im ręce na ramionach - więc to ja mam w stosunku do was... Kurewski dług wdzięczności. Pomogę wam się wydostać z Meksyku, zadzwonię do narzeczonego, on jest... On zrobi dla mnie wszystko - Madox znowu zerknął na Pilar, bo to... tak jak z nimi. Wszystko by dla siebie zrobili.
I też chyba nie powinni mieć przed sobą tajemnic.
Zaparkował karetkę na podjeździe domu, który wynajmowali.
- Pomożesz jej Ana? A ja gdzieś to przestawię, żeby tak nie rzucało się w oczy - bo tutaj trochę się rzucało. Espinoza zaraz skinęła głową i nawet z tym wenflonem Pilar pomogła, nie musiał robić tego doktor Fernandez.
Poszły do domu, gdzie zaraz pojawili się Matteo i Giulia (bo z nimi też się trzeba pożegnać).
- Oh madre di Dio, Pilar co ci jest? To ta choroba? - zapytała Giulia zasłaniając twarz, a Matteo aż się cofnął o krok. Ana zerknęła na Stewart a zaraz skinęła głową.
- Tak, to bardzo zaraźliwe, nie zbliżajcie się, przyjechaliśmy po ich rzeczy, bo zabieramy ich na kwarantannę, jestem doktor Espinoza, polecam wykąpać się w chlorowanej wodzie, zmyje niektóre zarazki - powiedziała poważnie, a kiedy Giulia krzyknęła i złapała Matteo za policzki, to wywróciła oczami, tak, żeby tylko Pilar ją widziała - idiotas - mruknęła cicho.

una verdadera superheroína ☆༻*ੈ✩‧₊˚
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie chciała medalu.
Nie potrzebowała nawet pochwał.
Ona po prostu chciała dostać się do domu. Dotrzeć w jednym kawałku do Toronto, władować się do mieszkania Madoxa jak do siebie i po prostu pobyć w świętym spokoju. Naprawdę miała szczerą nadzieje, że małżeństwo Montoya zlituje się nad nimi w tej kwestii. Że zamiast wysyłać pościg na lotnisko za nimi, po prostu pozwolą im polecieć.
Montoya nie była głupia; musiała doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że oni i tak nic więcej im nie powiedzą. Poza tym, nawet gdyby chcieli, nie mieli pojęcia, gdzie znajdowała się Esme. Wiedzieli, że Europa, może Hiszpania, ale to przecież tyle. Nie znali nawet miasta. I dobrze. Stewart miała nadzieje, że chociaż oni dotarli na miejsce w spokoju i bez większych przygód. Że teraz Aura biegała boso po ogrodzie, a Esmeralda parzyła swoją pierwszą kawę w nowiutkim ekspresie (podczas gdy Lopez jadł zupę widelcem, który przywiózł sobie z Meksyku, bo to pewnie jego ulubiony do zup).
Oni też jakoś musieli się wydostać z kraju, ale w pierwszej kolejności potrzebowali dostać się do Acapulco. Chociaż nie planowali zgarniać dodatkowego pasażera, zaraz okazało się, że Ana wcale nie był pierwszą, lepszą przypadkową lekarką. Była córką policjanta, który od lat prowadził sprawę Gonzalesa i który również przez niego zginął.
Pilar siedziała spokojnie, spoglądając na drogę, chociaż uważnie słuchała opowieści Madoxa. Zwracała uwagę na każdy szczegół, w głowie formując sobie odpowiedni obraz sytuacji. Dlatego kiedy tylko Noriega oznajmił, że wtedy jego przydzielili do Frankiego, ściągnęła brwi i przyjrzała mu się uważniej. Bo co to kurwa znaczyło, że jego przydzielili. Jakby co najmniej był z policji? A potem jeszcze Ana zaczęła nawijać, że to dzięki niemu oczyścili dobre imię jej ojca, bo Noriega podrzucił odpowiednie tropy policji. Jak podrzucił?
Pytanie kotłowały się w jej głowie. Myśli krążyły bez odpowiedzi i chociaż już otwierała usta, żeby się go domagać o jakieś wyjaśnienia, tak okazało się, że już wjeżdżali na podjazd pod dom w Acapulco i jak zwykle, trzeba było rozmowę przełożyć na później. Świetnie. Rzucić Noriedze jeszcze ostatnie wymowne spojrzenie, by wiedział, że jeszcze wrócą do tej rozmowy, po czym powoli wysiadła z karetki, stękając pod nosem. Krew, którą miała na sobie po porodzie już praktycznie zaschła, skóra była nieprzyjemnie szorstka, a kiedy tylko Pilar zobaczyła się w odpiciu szyby przy drzwiach wejściowych, to aż westchnęła ciężko. Naprawdę dawno nie wyglądała tak źle.
I jakby problemów było mało, oczywiście okazało się, że w domu wciąż byli Giulia i Matteo. Zbiegli na dół od razu, jak tylko usłyszeli kroki przedsionku, dopytując co się stało, całe szczęście Ana perfekcyjnie podłapała temat i ukróciła wszystko jednym zdaniem.
Przytuliłabym was na pożegnanie… — Stewart otworzyła szeroko ręce i nawet zrobiła krok w kierunku Giuli, ale ta odskoczyła jak oparzona, chowając się za swoim mężczyzną,.
NIE TRZEBA!! — psiknęła, nawet na moment nie ściągając spojrzenia z licznych siniaków na jej ciele i krwi. Dopiero po chwili wychyliła się w stronę Any. — A przepraszam, czy TO może być jakiś pierwszy objaw tej okropnej choroby?! — spytała kompletnie spanikowana, a potem wskazała… na siniaka, wielkości małego paznokcia u stopy. Był ledwo widoczny i autentycznie wyglądał, jakby po prostu Matteo mocniej przytrzymał ją za nadgarstek. — Czy j-ja umrę?! — dopytała, na co Ana zawodowo odpowiedziała, że trzeba obserwować objawy i jak coś koniecznie zgłosić się do szpitala leczącego choroby zakaźne, bo zgon może nastąpić w mniej niż dwadzieścia cztery godziny. Stewart naprawdę musiała zagryźć policzek od środka, żeby przypadkiem nie ryknąć śmiechem.
Przeszły do pokoju, który należał do niej i Madoxa, a w górym nie spędzili jeszcze ani jednej nocy. Rzeczy wciąż były rozwalone po podłodze, razem z lampką, którą Madox pierwszego dnia zrzucił, kiedy kładł bila na komodzie, żeby… no. Uśmiechnęła się pod nosem na samo wspomnienie, a potem wraz z Aną przeszły do łazienki, żeby pozbyć się pieprzonego venflonu. Prysznic, który wzięła Pilar był tak kurewsko przyjemny, jak chyba jeszcze nigdy. Niesamowicie było zmyć z siebie całe gówno tego wszystkiego, co się wydarzyło.
Kiedy Noriega pojawił się w pokoju mógł zastać Pilar w samej bieliźnie, stojącej na środku pokoju i delikatnie smarującej sobie krwiaki maścią, którą Ana zawędziła dla niej z karetki jeszcze przed wyjściem. Cholerstwo nie dość, że piekło, to jeszcze ruchy sprawiały Pilar problem, więc co chwilę stękała nieprzyjmenie. Podniosła wzrok dopiero, gdy drzwi za Madoxem się zatrzasnęły.
Gada z mężem — gestem głowy wskazała na drzwi prowadzące na taras, za którymi stała Ana, energicznie wymachująca rękami i rozmawiająca przez telefon. — Ma się dowiedzieć, jakie teraz mamy opcje. Za godzinę jest bezpośredni lot do Toronto, jest jeszcze kilka miejsc — wytłumaczyła mu, chociaż wszystko zależało od tego, czy policja wydała za nimi jakiś nakaz poszukiwania, bo jeśli tak: nie było opcji, że przejdą przez odprawę na lotnisku niezauważeni. A przynajmniej nie z własnymi dokumentami i nie dzisiaj. Sięgnęła do placów, przekładając dłoń do tyłu, chociaż za nic nie mogła sięgnąć wielkiego, obrzydliwego krwiaka, który cały się rozlał. Oczywiście, ze Madox pewnie wyrwał się do pomocy. — Zostaw — jednak ona go zatrzymała za wczasu. — Nie musisz… nie patrz na to — i nawet odwróciła od niego wzrok. Nie chciała, żeby oglądał ją taką… słabą. NIeporadną. I kiedy chciała jeszcze coś dodać, do pokoju weszła Ana.
Nie złożyli nakazu — oznajmiła od razu, przenosząc wzrok z Madoxa na Pilar. — Nie ma waszych nazwisk na liście poszukiwanych… daj mi to — podeszła bliżej i kompletnie bez pytania wyrwała Stewart tubkę z maścią, założyła sobie sporą ilość na dłoń, a potem zabrała się za smarowanie jej płeców. Robiła to delikatnie, roztropnie, ślamazarnie wręcz, wolną dłonią odgarniając jej ciemne kosmyki na bok. — A więc wszystko wskazuje na to, że spokojnie możecie lecieć do Toronto na własnych dokumentach. A ty co tak patrzysz? Masz zamiar was spakować?

mi amor :pilar2:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i wielka ucieczka
Widział to zastanowienie na twarzy Pilar, czuł gdzieś w kościach, że chciała go o to wszystko dopytać, widział to w jej oczach, że dawał jej kolejne zagwozdki i kiedy tak otwierała usta, to aż na moment wstrzymał powietrze, a zaraz wypalił.
- Dobra, jesteśmy, ogarnijcie się, a ja odstawię karetkę i zaraz jestem - zmienił temat, urwał go, ale kiedy Stewart posłała mu to spojrzenie, które przecież doskonale znał. Które już doskonale czytał, że wrócą do tematu, puścił jej tylko oczko, a kiedy tak się krzywiła wysiadając, to miał sam wyjść i jej pomóc, ale zamiast niego zrobiła to Ana. Madox tylko odprowadził je spojrzeniem, a zaraz wyjeżdżał z podjazdu.
Karetkę porzucił kilka ulic dalej, pod jakimś domem wielorodzinnym, żeby dłużej się zastanawiali do kogo to i o co może chodzić. Potem praktycznie biegiem wrócił do domu. Zajęło mu to może dziesięć, piętnaście minut?
Nie był pewien, bo nie zerknął na zegarek, ale kiedy wszedł do hacjendy, to spotkał Giulię i Matteo w basenie, nawet poszedł się z nimi przywitać (pożegnać), ale odpłynęli na drugi koniec i powiedzieli mu tylko, że wygląda lepiej niż Pilar, to może jeszcze to jakoś przeżyje.
Co?
No i że oni nie chcę się zarazić, bo spodziewają się dziecka, czy coś takiego, pożyczyli im jeszcze szczęścia, a kiedy Madox kucnął nad basenem i chciał zamoczyć rękę, to Matteo krzyknął na niego żeby tego nie robił. Poszedł sobie do domu, a Włosi wyszli i wrzucali do basenu chyba całą chemię, jaką tylko znaleźli w szopce na narzędzia. Dużo chloru.

Dziwne...


Madox jednak za bardzo się nad tym nie zastanawiał, bo zaraz popędził do ich pokoju, a kiedy wpadł do środka i zobaczył Pilar w samej bieliźnie, to najpierw jego spojrzenie prześlizgnęło się po jej siniakach. Nabrał jakoś ciężko powietrze w płuca.
Kurwa.
Mógł być szybszy, powinien najpierw pomóc jej, a potem zająć się Gonzalesem... Nie mógł tego zrobić, bo co jeśli Pablo wycelował by w któreś z nich zanim wyszarpnął mu broń? Powinien coś zrobić. Szybciej się ruszyć, mniej gadać...
Trzepnął drzwiami, a zaraz stał przy niej, ciemne tęczówki zawiesił na jej twarzy, chociaż zerknął na taras kiedy go wskazała.
- Daj mi, pomogę ci - od razu jej to zaproponował, i to nie tak, że to była jakaś litość, chociaż... było mu jej szkoda, bolały go te jej siniaki, i to, że nie zareagował szybciej. Ale przecież dla niego ona wciąż, zawsze... była najsilniejszą i najbardziej odważną kobietą jaką znał.
I nawet jakby nie krzywiła się przy tym jak się smarowała, to on i tak chciałby jej pomóc. Zawsze.
- Pilar… - zaczął i już do niej wyciągał rękę - ale chcę ci kurwa pomóc - już stał przy niej, a kiedy spuściła z niego spojrzenie, to on już schylał głowę, żeby je złapać - o co ci chodzi? - zapytał, bo Madox zupełnie tego nie rozumiał. Nie pierwszy raz mieli siniaki, zadrapania, rany, i nie pierwszy raz sobie z tym pomagali.
I chociaż nie patrzyło mu się na nią wcale przyjemnie, wręcz przeciwnie, dotykało go to gdzieś głęboko, no to przecież... oni oboje byli twardzi.
Tylko zanim Pilar zdążyła mu coś powiedzieć, to do pokoju weszła Ana z informacją, że nie złożyli na nich nakazu, dobrze, bo to wiele ułatwiało. Mogli normalnie podróżować na swoich dokumentach, wydostać się stąd.
Nie zabrał ręki, którą wciąż wystawiał po maść, ale Ana nawet nie zwróciła na to uwagi, tylko sama ją przejęła i zaczęła wcierać w siniaki Stewart.
Madox znowu spojrzał na swoją narzeczoną z wyrzutem, ale zaraz spojrzenie przeniósł na Anę, a właściwie na to, jak smarowała plecy Pilar, bo jakby za mocno, to kazałby jej pewnie uważać, czy coś. Tylko, że ona zaraz pytała, czy on zamierza ich spakować.
- Tak, już... - rzucił i wyciągnął spod łóżka walizki - zamawiam bilety - dodał jeszcze i oczywiście, że Madox w jednym czasie zamawiał im te bilety grzebiąc w telefonie jedną ręką, a drugą wrzucał ich rzeczy do walizek. Może nie układał tego pięknie, ale... oni i tak nigdy o to nie dbali. Za to muszle ułożył ostrożnie gdzieś między ciuchami. Zerkał też cały czas na Anę, która po plecach przeszła do innych siniaków. Pilar miała je wszędzie. W międzyczasie on ich zapakował, nawet dokumenty im przygotował na wierzchu, a Espinoza skończyła smarować Stewart.
Tylko Madox nie byłby sobą... Madoxem, gdyby po wszystkim nie nakleił na dekolt Pilar…

plasterka z rekinem.


I jeszcze przysunął się do niej, żeby skraść z jej pełnych, gorących warg krótki pocałunek.
- Do wesela się zagoi - szepnął jej gdzieś na ucho, a Ana pokręciła głową.
- Tak jedziesz, czy masz się zamiar ogarnąć? - zapytała unosząc brew.
- No już... - jęknął Madox i zaraz ściągał z siebie tą wyświechtaną koszulę, bo on wciąż był pod nią cały brudny w tych fluorescencyjnych farbach, więc zaraz skoczył pod prysznic, szybki, chłodny.
- Z facetem to jak z dzieckiem... - Ana znowu kręciła głową, ale skończyła już smarować Pilar i zakręciła maść, wrzuciła jej ją gdzieś między ciuchy - chodź pomogę ci się ubrać... ale oberwałaś, miałaś szczęście, że to się skończyło bez obrażeń wewnętrznych, wiesz jak często przywożą nam pobitych ludzi, i jak często w środku jest... źle - jeszcze raz obejrzała Pilar, ale w jej spojrzeniu nie było w ogóle litości, raczej podziw. Pomogła jej się ubrać, a Madox w tym czasie już wychodził spod prysznica, oczywiście wciąż jeszcze cały mokry, w samym ręczniku, bo czy on kiedykolwiek pomyślał o tym, żeby wziąć ze sobą ubranie? Nigdy, tylko przy Pilar nie krępowałby się paradować nago. Przed Aną wolał nie.
Wyciągnął z walizki jakieś ubrania i jeszcze na moment zniknął w łazience, a zaraz już stał przed nimi w kolejnej kolorowej koszuli, tylko ta była... mniej barwna. Ciemna. Żeby tak bardzo nie rzucać się w oczy. I tak się rzucał.
- No i co gotowa? - oczywiście patrzył na Pilar i zasuwał już ich walizki, a zaraz stanął obok Any, ramię w ramię - oddasz za nas klucze? I samochód? - zapytał i wyciągnął w jej kierunku kluczyki od Jeepa.
- A mogę sobie nim pojeździć? Jak was zobaczyłam w tym aucie, to od razu sobie wyobraziłam... jak go prowadzę - uśmiechnęła się do Madoxa jakoś zaczepnie. A on jeszcze cofnął rękę z kluczykami.
- Tylko go nie rozwal, bo mają podpiętą moją kartę - dał jej kluczyki, a wtedy Anie zadzwonił telefon, znowu jej narzeczony, bo to chyba on ich miał zawieźć na lotnisko. Espinoza ruszyła przodem, żeby się z nim przywitać, a Madox z Pilar za nią. Noriega z walizkami. Zanim zapakowali się do samochodu, mogli jeszcze raz rzucić spojrzeniem na ten piękny dom, którym... w zasadzie nie zdążyli się nawet nacieszyć, chociaż... zrobili sobie w nim wspólnie śniadanko, pochlapali się trochę w basenie, w którym wciąż siedzieli Giulia i Matteo, no i zaliczyli... siebie.
Madox zaraz objął Pilar ramieniem i pochylił się do jej ucha.
- Następnym razem wynajmujemy taką chatę i się stąd nie ruszamy, jak Matteo i Giulia - jeszcze pochylił się do niej tak, że z jego wciąż mokrych włosów kilka kropli wody spadł gdzieś na jej ramię. A zaraz już pakowali się do samochodu, Juana, jak się okazało, bo narzeczony Any zaraz im się przedstawił.
W drogę. Na lotnisko.

La mujer más valiente que conozco °❀⋆.ೃ࿔*:・
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze chciała od niego pomoc.
Zawsze doceniała to, jak się o nią troszczył.
Ale za nic nie mogła przeboleć tego, jak się na nią patrzył.
Jak w jego spojrzeniu był żal i poczucie winy. Widziała to doskonale. Przecież znalazła jego oczy już na pamięć. I jasne, nie raz mieli na sobie siniaki, nie raz sami je wykonywali, ale nigdy nie były rozlane na całym ciele. Nigdy nie były głębokie do tego stopia, że robiły z niej pierdoloną inwalidkę. Pilar była przyzwyczajona do sprawności. Do tego, że jej ciało się słuchało — biegało, biło i skakało. A tu? Tu nawet nie umiała się sama kurwa posmarować. I kiedy problem był tak duży, bardziej siadało to na jej głowę niż faktyczną fizykę.
Nie chciała być kaleką w jego oczach.
A jednak w ostatnim czasie tylko to robiła. Od jebanej sytuacji z Daltonem, ciągle pokazywała przed nim swoje słabości. Te wszystkie ataki paniki, to jak uciekała w nadmierne ilości alkoholu… to wszystko sprawiało, że przestawała być niezależna i nieustraszona. I gdzieś głęboko w głowie… bała się, że przez to wszystko straci w jego oczach. Że przestanie patrzeć na nią tak samo. A na to nie mogła pozwolić. Dlatego uciekała od niego spojrzeniem, dlatego nie chciała jego pomocy. Tylko on nie odpuszczał. Zaraz podszedł do niej na tyle blisko, że jego zapach momentalnie otulił jej zmysły, a sama bliskość sprawiła, że ciepły prąd przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa. Zatrzymała spojrzenie na jego obłędnie ciemnych i już otworzyła usta, żeby mu opowiedzieć o swoich przemyśleniach, ale wtedy do środka weszła Ana i sama zaczęła ją smarować.
Może w normalnych okolicznościach by się postawiła. Warknęła na nią, żeby jej nie pomagała, ale przecież nie mieli czasu. Musieli czym prędzej udać się na lotnisko, jeśli chcieli na czas przejść przez odprawę i bez problemów wejść na pokład. Kątem oka obserwowała, jak Madox pakuje ich walizki. Walił wszystko do środka jak leci, nawet nie patrzył co wrzuca do której i w sumie dobrze, bo przecież i tak wracali do wspólnego mieszkania. Uśmiechnęła się delikatnie na widok muszelek i masy naklejek, które jakimś cudem ustały się w kieszeniach Madoxa. I całe kurwa szczęście, bo przecież cała reszta albo skończyła w domu Esme albo jak torebka Pilar wraz z jej telefonem: w szpitalu. Nie schował jednak wszystkich, bo jedna — ta z rekinem — wylądowała zaraz na jej piersiach. Uniosła na niego spojrzenie, kiedy ją przyklejał i lekko dziabnęła zębami, imitując morskie zwierze z plasterków. Jednorazowo, bo potem jego gorące wargi musnęły te jej, lekko spierzchnięte.
Chwilę porozmawiała z Aną, gdy Madox poszedł się myć. Zarzuciła na siebie sukienkę, żeby materiał spodni za bardzo jej nie opinał na wysokości siniakaw, a kiedy Noriega wyszedł goły i wesoły wszystko było już przygotowane do wyjścia. W pierwszym odruchu chciała zabrać jedną walizkę, ale oczywiście Madox wyrwał jej plastik z ręki i sam się tym zajął, kierując się przed dom.
Zajebiście się rozpędza — rzuciła do Any, gdy tak zaczęła rozpływać się na temat tego, jak to chciała pojeździć sobie jeepem od momentu, kiedy tylko go zobaczyła. — Czyli już wiadomo, czemu zajechałaś nam drogę — uśmiechnęła się do niej zaczepnie. — Wystarczyło powiedzieć, że chcesz się przejechać, a nie pyskować — dodała bezczelnie. Bo kto wie? Może wtedy ich wycieczka na targ zakończyłaby się nieco inaczej? Może wtedy zaprosiliby ją na śniadanie? Może umówiliby się na imprezie na plaży? Może wylądowałaby z nimi w domku na plaży? Może. Ale teraz można już było tylko gdybać. Kiedy Espinoza odebrała kluczyki, Pilar wytłumaczyła jej jeszcze w którym dokładnie miejscu był zaparkowany samochód w Guadelupe i w sumie nawet nie dokończyła, bo mąż Any wyszedł z czarnego SUVa, a ona pobiegła się z nim przywitać. Stewart obejrzała się jeszcze na dom razem z Madoxem i westchnęła głośno na jego słowa.
Może kiedyś uda nam się usiedzieć w jednym miejscu — zauważyła, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że w ich przypadku graniczyło to z jebanym cudem. Przecież ich wiecznie gdzieś ciągnęło, do przygód, do kłopotów, do tego, żeby odkrywać, czuć, d o ś w i a d c z a ć. I chociaż przez dużą część czasu kończyli poobijani i ocierali się o śmierć, to… i tak było pięknie. Docisnęła się mocniej do klatki piersiowej Noriegi. — Ale nie żałuje niczego — dodała spokojnie, zadzierając głowę i tym razem spoglądając w jego ciemne oczy, a potem…. Uniosła do góry dłoń i złożyła przelotny pocałunek na swoim pierścionku zaręczynowym z literką M. Mogli sobie mówić, co tylko chcieli, ale była taka, że gdyby nie Esme i ta cała szopka z Pablo, mogliby teraz nie opuszczać meksyku jako narzeczeństwo. Gdyby nie to wszystko może w głowie Pilar wciąż byłby możliwości; zmartwienia, że bezpieczeństwo powinno iść przed ich uczuciami. Teraz wiedziała, że było zupełnie inaczej.
Długo tam jeszcze będzie stać? — głos Any przeciął ich wymianę spojrzeń, sprawiając, że oboje spojrzeli w stronę samochodu. — No dalej, ładujcie się — machnęła ręką, a mąż Any, Juan, otworzył Noriedze bagażnik. Załadowali walizki i zaraz z pełną nostalgią z sercu załadowali się do samochodu.
Ładnie porozrabialiście — odezwał się Juan, kiedy już wyjechał z podjazdu i dołączył się do ruchu drogowego, kierując bezpośrednio na lotnisko. — Cała komenda o was mówi — dodał oschle, chociaż na jego twarzy mignął cień uśmiechu. — Wszyscy od lat próbowali złapać tego skurwiela.
Mieliśmy trochę szczęścia — podsumowała, przesuwając dłonią po tylnym siedzeniu, aż nie natrafiła na dłoń Madoxa. Musnęła delikatnie jego palce, a zaraz potem przejechała paznokciami wzdłuż jego przedramienia. Zdawała sobie sprawę, że ten temat będzie pewnie na językach jeszcze przez długie tygodnie nie tylko w Meksyku ale pewnie i Toronto, chociaż osobiście Pilar już miała go dość. Szczególnie, że sama nie miałą czasu przepracować jeszcze w głowie faktu, że to ona go zabiła.
Widać, że pracujesz w policji — Juan zaśmiał się głośno, a zaraz złapał jej spojrzenie w tylnym lusterku. No tak, Pilar nie była jedyna, która nie lubiła się przechwalać i zbytnio wyolbrzymiać.
Jak jest w Toronto? — tym razem odezwała się Ana, odwracając przelotnie w stronę Madoxa. — Nigdy nie byliśmy... — westchnęła, przy okazji głaskając ramię swojego mężczyzny. Liczyli na zaproszenie?

mi amor :kwiatek:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i smuteczek :c
Nigdy nie była w jego oczach kaleką.
I pewnie wystarczyłoby, żeby chwilę o tym porozmawiali, mieli te kurwa... dziesięć minut dla siebie, żeby w spokoju wymienić myśli. Gdzie on by jej wyjaśnił, że to spojrzenie nie robiło z niej w jego oczach słabej, bo przecież ona taka nigdy nie była. A ona wyjaśniłaby mu, co znowu siedzi w jej głowie...
Bo Madox przecież nie wiedział. Nie był nigdy za bardzo domyślny, wręcz przeciwnie starał się... nie roztrząsać, nie dopowiadać sobie w głowie własnych scenariuszy, a po prostu wszystko wyjaśnić.
Bo przecież się dało, a oni doskonale o tym wiedzieli, oni przecież mieli już za sobą kilka takich trudnych na pozór rozmów.

Dużo razem przeszli.


A te wszystkie trudności, chociaż odciskały się na nich za każdym razem, wchodziły gdzieś głęboko pod skórę, dotykały serca i duszy, to przecież... W końcu. Sprawiały, że ich uczucie, ta miłość, rozkwitała tylko i zyskiwała na sile.
Pokonywali trudności i byli silniejsi.
Bo przecież takie mieli charaktery, życie nigdy ich nie rozpieszczało, a czy któreś się kiedykolwiek poddało? Nie.
A teraz razem, to już... no kurwa, chyba wszystko razem by pokonali. I to by jej pewnie powiedział Madox, że ona już wcale... nie jest jego słabością, tylko siłą.
Ale nie powiedział jej nic, bo zniknął w łazience.

A potem to już wszystko toczyło się szybko.


I oni w tym pędzie bez nawet chwili dla siebie. Bo zaraz Pilar i Ana znowu się zaczepiały, a Madox właściwie to... nie słuchał, bo myślami wrócił gdzieś do tej autostrady, dwieście sześćdziesięciu na liczniku i tego jak Pilar robiła mu dobrze, do tych wszystkich razów, kiedy jednak złapali te momenty i wyciskali je do cna, we dwoje.
W tym domu też... I jakie śniadanie sobie w nim zrobili, gdyby nie przeszkodzili im wtedy Matteo i Giulia to byłoby wyborne, ale z drugiej strony... kiedy znowu będą mieli okazję poudawać przed kimś napromieniowanych? Nigdy może.
- Zawsze można pomarzyć - rzucił w odpowiedzi na jej słowa, oboje chyba zdawali sobie z tego sprawę, że w ich wykonaniu usiedzieć w jednym miejscu, to byłby jebany cud, bo oni nawet kiedy chcieli spędzić czas razem, we dwoje, wakacyjnie, to przecież ścigali się do łodzi, albo skakali z klifu prosto do Jaskini Diabła, albo malowali się fluorescencyjnymi farbami, żeby bawić się na imprezie na plaży. Włamywali się do czyjegoś domu, albo do budki ratownika. Wchodzili bez strachu do domu Pablo Gonzalesa, grali z nim w golfa, chociaż żadne nie umiało, albo szli za karlicą czarownicą, żeby przepowiedziała im przyszłość...
Tylko, że ich przyszłość to akurat zawsze była jedna wielka

niewiadoma.


Bo oni w jednej chwili potrafili zrobić w tył zwrot, wpaść na jakiś genialny pomysł, jak kradzież ambulansu i ucieczka ze szpitala i... iść w to razem. Bez zastanowienia. Bez chwili zawahania. Razem. Jedno za drugim.
I gdzie ich to zaprowadziło?
Właśnie tu.
Do tego pierścionka z literką M, który Pilar musnęła swoimi pełnymi wargami. Do tych nieudanych zaręczyn, jednych i drugich. I trzecich, które były przypieczętowaniem tego szaleństwa, i gdybania czy Pilar Noriega to prawdziwa kobieta gangstera. Była.
I na tej wycieczce do Meksyku pokazała mu jak bardzo.
Pokazała mu, znowu, że brała go w całości, z tym jego paskudnym charakterem, dobrym sercem, łobuzowaniem i przebłyskami empatii. Z tym jak pracował dla policji, pomagał swojej matce, a potem się z nią kłócił. Z tym jak pomagał jakimś dzieciakom w sprawach sercowych, a potem pokazywał jej, znowu, jak to jego serce wyrywało się do niej, gdy spowodował ten wypadek Z tym jak w szczerym polu wyznawał jej miłość mówiąc, że była jego buñuelos, a on jej jaguarem. Najdziwniejszy chyba sposób na wyznawanie sobie miłości, ale... ich.
Tak bardzo w ich stylu.
Madox też nie żałował niczego. Ani tych nieudanych pierwszych zaręczyn, ani tych drugich, kiedy się miotał...
Bo już za trzecim razem był przecież kurewsko pewny. I ona też była. Dojrzeli do tego. I prawda jest taka, że może potrzebowali tych dwóch razy, kiedy z tyłu głowy mogła pojawić się ta irytująca, bolesna myśl, że mogliby się stracić? Rozpierdolić to odrzuconym, pechowym pierścionkiem. Żeby zrozumieli, że przecież oni są dla siebie stworzeni.
- Ja też nie - odpowiedział jej w końcu, bo chyba rzeczywiście dość długo tam już stali, bo zaraz pospieszyła ich Ana.

Załadowali się do samochodu.


Trudno było się nie zgodzić z Juanem, że narozrabiali i cały Meksyk pewnie długo o tym nie zapomni. Może nie zdając sobie sprawy, że Pablo Gonzalesa zabiła Pilar Stewart w obronie miłości. Ale oni to wiedzieli, oboje. A połowa ludzi pewnie popierała zdanie Juana, że Gonzales to skurwiel i Any, że Pilar wyświadczyła Guadalupe przysługę i Madoxa, że należało mu się.
- Pracowałem nad nim dwa lata i zobacz, beknął... Co prawda gdyby nie Pilar to pewnie by nie wyszło, ale i tak, dwa lata to chyba niezły wynik? - może Pilar nie lubiła przechwałek, ale Madox... on je uwielbiał i nie mógł się powstrzymać. Na niego Juan też zerknął w lusterku.
- Ale... się dobraliście - mruknął Juan, ale coś w tym było. Że oni się rzeczywiście dobrali i w tym Meksyku cały czas pokazywali jak się dopełniali, jak to ich ogniste, dzikie, połączenie działało na ich korzyść.
Bo tylko razem mogli rozwalić Pablo. Od początku, od tego golfowego meczu, poprzez zawody w strzelaniu, imprezę w domu Gonzalesa, gdzie Pilar wyprowadziła Esme, a Madox robił to co potrafił najlepiej - chaos. Po to jak Stewart do niego strzeliła, a Madox go zagadywał. Robił to tylko po to, żeby oddała strzał i gdyby mógł w tym momencie być przy niej, to zacisnąłby palce na jej ręce, na spuście, zrobiłby to samo. I nawet chwili się nie zastanowił, czy zawahał.
I teraz też opierał palce na jej dłoni, kiedy do niego sięgnęła, zacisnął je na jej ręce. Pewnie.
- To wpadnijcie kiedyś do Toronto, mam tam klub, wyskoczymy na imprezę, oprowadzimy was - oczywiście, że Madox ich zaprosił. Jak wszystkich, bo taki był. Lubił się chwalić swoim klubem... Lubił ludzi.
A ci których oni spotykali na swojej drodze byli naprawdę barwni.
Z Aną i Juanem pożegnali się przed lotniskiem, jeszcze raz im podziękowali, jeszcze raz zaprosili do siebie.
Potem szybko na odprawę, chociaż kiedy pędzili po lotnisku, to wpadli jeszcze na... Izkę, Marlenę i Zbyszka. Zdążyli zamienić z nimi dwa słowa, dzieciaki zaprosiły ich do Polski dziękując za wszystko co dla nich zrobili, a Madox... oczywiście zaprosił ich do Kanady.

Do Kanady, do której leciał samolot, do którego właśnie zmierzali.
Ostatnie kroki na Meksykańskiej ziemi.
I kilka godzin w samolocie.
Żegnaj dziki, piękny Meksyku. Witaj chłodne, szare Toronto.

tú eres mis buñuelos ‧₊˚ 🍪 ⋅ ☆
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mieli pojechać tylko na chwile.
W pierwszej kolejności po to, by zidentyfikować ciało kobiety, która podobno była jego matką. Matką, która dziesięć lat temu uciekła z dzikiego Medellin, zostawiła za sobą rodzinę i jedynego syna, którego zarzekała się kochać nad życie. Uciekła bez słowa, wyparowała z dnia na dzień, okradajać najbliższych i pozwalając, żeby to jego okrzyknęli zdrajcą. Żeby go tam znienawidzili. I przecież on również ją nienawidził. Za to co zrobiła.
A jednak — kiedy stanął w chłodnej kostnicy, kiedy lekarz ściągnął z bladego ciała płachtę, Madox błagał, żeby to nie była ona. Pilar zresztą też. Widziała, jak to go ruszyło, jak bardzo przeżywał tą jebaną niewiedzę, te wszystkie niedokończone, niewyjaśnione sprawy.
A potem okazało się, że to nie ona.
Że jego prawdziwa matka wiodła tutaj kompletnie inne, nowe życie. Miała inne imię, nowego męża i nawet nowe dziecko. Niektóre rzeczy jednak nigdy się nie zmieniały, bo tutaj również zakopała się po brzegi w jebanym bagnie. Przeszłą z jednej mafijnej rodziny do drugiej, podczas gdy jej prawdziwa miłość przez cały ten czas trwała u jej boku, w cieniu, zawsze na każde jej zawołanie. Okazało się, że wcale nie chciała zostawiać Madoxa. Że tak naprawdę dbała o niego przez całe, jebane dziesięć lat. Do tego stopnia, że nawet ludzie, których spotkał na swojej drodze, okazali się być jej aktem rodzicielstwa. Pojebane.
Tak pojebane, że nie tylko ponownie spotkał się z matką, ale też musieli pomóc jej uciec. Uciec spod ręki człowieka, który był chodząca definicją zła. Kogoś kto zabijał za najmniejszą zdradę i handlował bronią, która odebrała nie jedno niewinne życie. Bronią, którą ludzie pokroju Gonzalesa wydawali sądy, do których nigdy nie mieli prawa. Na nich pewnie też by wydali, gdyby nie mieli w tym wszystkim co się stało odrobiny szczęścia.
Ale chyba najbardziej pojebane było to, że w całym tym chaosie, pośród mafijnych porachunków, celowania z broni, bójek i krzyków… znaleźli też chwile dla siebie. Chwile tak odklejone i tak bardzo w ich stylu, że aż piękne. Może i nie spędzali czasu, jak normalni ludzie — nie przechadzali się za rękę po plaży i nie jadali romantycznych kolacji w restauracjach, ale przecież robili równie (jak nie bardziej) romantyczne rzeczy — oglądali wschody słońca z klifów i molo, wyznawali sobie miłość przy śmietniku w jakimś ciemnym zaułku, cali obabrani w cudzej krwi, a potem włamywali się komuś do domu, nawet RAZ nie zastanawiając się, czy to było bezpieczne. I w tym wszystkim k o c h a l i się do szaleństwa. Mocno, mocniej i jeszcze kurwa mocniej. Kiedy wydawało się, że bardziej się nie da, że osiągneli już jakiś szczyt swoich uczuć… znowu udowadniali sobie, że tą granice dało się przesunąć jeszcze bardziej, dalej, do jebanej nieskończoności.
Dopełniali się.
Kurwa, jak oni się dopełniali.
Ona naprawiała każdą jego narwaną decyzję, a on wyciągał z niej to, co najlepsze. On zagadywał, ona strzelała. Wszędzie razem. Intensywnie. Do jebanego bólu. Niezależnie od tego, co by się nie działo i jak źle by nie było. A w tym wszystkim jeszcze pomogli tak wielu ludziom. Uratowali kilka żyć. Kilka złamanych serc również, chociaż wydawać się mogło, że doradcami akurat byli słabymi.
Mówi się, że dobro powraca. Że to, co się daje od siebie, potem odpłaca, i chociaż w ich przypadku chwilami mogło się wydawać, że tylko ściągali na siebie to co złe, to jednak w całym tym chaosie dostali też tak kurewsko dużo dobra, że chyba w ostatecznym rozrachunku wyszli na zero, a nawet na plus. Bo kiedy jechali już na lotnisko, a on zaciskał palce na jej dłoni, emanując niesamowitym ciepłem, Pilar trwała w przekonaniu, że i tak wygrała jebane życie. Że miała przy sobie coś tak cennego, że żadne wspaniałości tego świata nawet w jednym procencie nie były dla niej tak dobre jak on. Jak łobuz z Medellin, który w stu procentach zawładnął jej sercem i dodał całą paletę barw do jej świata.
Siedząc w samolocie powrotnym z Medellin była p r z e r a ż o n a. Autentycznie zmartwiona tym, co to będzie i tym samym przekonana, że oni nie mieli prawa się udać. A teraz? Teraz nawet nie wyobrażała sobie, że mogliby odpuścić chociaż w jednym procencie. Pewniejsza niż kiedykolwiek, że jeśli tylko zostaną w tym wszystkim razem, jeśli dalej będą się tak dobrze dopełniać, to ze wszystkim dadzą sobie radę. Razem. A może kiedyś nawet i ze wspólnym nazwiskiem.
I kiedy po kilku godzinach, które oni spędzili głównie na odsypianiu, samolot lądował na kanadyjskiej ziemi, Stewart chyba spokojnie mogła stwierdzić, że to były najbardziej p o p i e r d o l o n e trzy dni w całym jej życiu. Chory do granic możliwości kalejdoskop emocji, który oboje wycisnęli do cna.

Completamente.



:stickcri:
koniec
Contigo, cada aventura es un comienzo.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”