-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Rohan spodziewał się podjąć pierwszego pacjenta dopiero za półtora tygodnia, gdy w końcu zwolnienie lekarskie dobiegnie końca. Z całą pewnością nie podejrzewał więc, że takowy może pojawić się u drzwi jego własnego mieszkania - do tego w środku nocy. Za pierwszym razem gdy ciszę przerwał irytujący dźwięk dzwonka, Kim myślał, że mu się to przyśniło. Był zakopany w swoich pieleszach, pogrążony w głębokim śnie. Jakie mogło być logiczniejsze wytłumaczenie? Gdy dzwonek zabrzmiał ponownie, natarczywiej, mężczyzna w końcu otworzył oczy, orientując się, że ktoś ewidentnie domagał się jego uwagi na jawie.
Światło lampki nocnej zakuło go w oczy, kiedy klnąc cicho pod nosem Rohan zwlókł się z łóżka. Dzwonek rozległ się ponownie, wwiercając się w uszy.
- Co do chuja - warknął, na szybko narzucając na siebie puchaty szlafrok i ruszając w kierunku drzwi wejściowych. W pierwszej chwili pomyślał o policji - najsensowniejsze wytłumaczenie, jako że normalni ludzie nie dobijali się do mieszkań zwykłych obywateli o tej porze. Ta myśl jednak podniosła mu nieco ciśnienie i sprawiła, że całkiem się dobudził. W drugiej kolejności pomyślał o swoim napastniku spod szpitala - że facet jakimś cudem znów jest na wolności, dostał skądś adres Kima i przyszedł ponownie spróbować się "zemścić". To dlatego kiedy obraz na kamerce przy drzwiach pokazał mu obraz znajomej baleriny, Rohan był w szoku.
- Czy ty wiesz, która jest godzina? - warknął przez domofon do kobiety.
Elena Santorini
-
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
No, nie było to do końca prawdą - jej rodzina miała ludzi od wszystkiego. Przekupieni policjanci wiedzieli, kiedy przejąć sprawę gdy ktoś przekroczył prędkość w mieście. Zaufane złote rączki bez słowa wymieniały drzwi, nie pytając o to, dlaczego drewno było zniszczone, a w jego środku tkwiły ślady zaschniętej gry. Opłacani ogrodnicy bez słowa sprzeciwu kierowali się do przygniecionych rabat, których wgłębienie miało kształt ludzkich zwłok, zabranych przed nastaniem świtu.
Jej rodzina miała również lekarzy.
Zarówno tych zwykłych, od przepisywania recept i diagnozowania chorób, jak i bardziej wyspecjalizowanych. Tych, którzy pojawiali się w środku nocy z rozległym zestawem pierwszej pomocy by zszyć ranę po kuli, nie pytając o to, czyja broń ją zostawiła w ciele poszkodowanego.
Zwykle nie brakowało jej tego w Toronto. Gdy potrzebowała czegoś wyspecjalizowanego, zostawiała wiadomość Giovanniemu, który, choć niechętnie, udzielał jej pomocy przydzielając do jej kogoś, kto miał się tym zająć. Gdy w jej mieszkaniu coś się psuło, dzwoniła do właściciela, który z kolei zatrudniał pracowników, którzy mieli się tym zająć. Życie niezależne i samodzielne było uciążliwe, ale nie było niemożliwe do prowadzenia. Radziła sobie.
Do czasu.
Przeklinała tę noc odkąd jej stopa stanęła w Downtown. Zaczynając od niewygodnych butów, przez faceta, który spóźnił się całe czterdzieści minut, aż po temperaturę, która nagle spadła wraz z zajściem słońca do absurdalnego poziomu. Nienawidziła Kanady, tej jej pieprzonej obietnicy wiosny w promieniach światła i lodowatej zimy gdy tylko to światło znikało.
Szczególnie nienawidziła jej w t y m momencie.
Ból w jej przedramieniu pulsował, skóra była gorąca, czuła przy niej swoje tętno. Ten cholerny wieczór nie mógł skończyć się gorzej - tak myślała wcześniej, z a n i m jej wspaniała randka przypadkiem rozwaliła kieliszek, zanim szkło wbiło się w jej skórę głęboko, nagle.
- Chodź, zabiorę cię na ratunkowy... - brzmiały ostatnie słowa pieprzonego Johna, czy jak ten idiota miał na imię. Słowa, które zbiła, ponieważ rana nie była taka głęboka. Z pewnością nie miała wykrwawić się od głupiego kieliszka z winem, prawda?
A jednak w pewnym momencie wkradła się w jej serce panika. Nie mogła jechać do szpitala. Nie chciała jechać do szpitala. Potrzebowała kogoś znajomego, lekarza, który mógłby na to spojrzeć, który mógłby się tym zająć, zanim ona zemdleje od tej krwi lub, co gorsza, zanim uwali sobie nią swój płaszcz.
R o h a n. K i m.
Jego głos z domofonu sprawił, że wróciły do niej wspomnienia - znacznie przyjemniejszego wieczora, zakończonego w równie gówniany sposób.
- Zapomniałam swojej bransoletki - skłamała, zwinnie, z wprawą osoby, która robiła to nagminnie. Minął tydzień odkąd była w tej okolicy, w jego mieszkaniu. - Mogę wejść?
Rohan Kim
-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Rohan także był kimś takim. Kimś, komu powierzano niewygodne sekrety, kogo wołano, gdy sytuacja robiła sie patowa. Za dnia leczył biedne, nieświadome owieczki, oficjalnie przyjmując pacjentów w szpitalu, wycinając guzy i przeszczepiając serca. Gdy jednak dostawał telefon od odpowiednich osób, jechał tam gdzie trzeba. Nie pytał nigdy o wiele - jedynie o kwestie około medyczne związane z zaistniałą sytuacją. Kiedyś go to gryzło. Dziś już jego sumienie było na tyle odrętwiałe, że bardziej od przewinień operowanego, Kima interesowało ile pieniędzy zasili jego konto po całej akcji.
Rohan zerknął w stronę swojej sypialni. Łóżko wołało go, jeszcze ciepłe pierzyny zachęcały, aby wrócił spać, oddalając od siebie tę niechcianą wizytę. Z drugiej strony, jego ciekawość została już podsycona. Spoglądając na ekran ukazujący mu twarz kobiety czekającej na jego odpowiedź, zaczął się zastanawiać jaki był prawdziwy powód tej wizyty. Nie wyglądała na pijaną, nie zataczała się na boki. Może coś ćpała, niestety niska rozdzielczość obrazu nie pozwoliła mu dostrzec, czy jej źrenice są rozszerzone. Nie mogło chodzić też po prostu o schronienie w środku nocy, mogła przecież wezwać bye taksówkę i pojechać do siebie. Szybkie zerknięcie na zegarek upewniło go w tym, jak absurdalnie późno było. Widżet pogody na ekranie komórki podpowiedział mu jak zimno było na dworze - a jednak Santorini stała pod jego klatką, dobijając się do mieszkania. Nie była na tyle głupia, aby odstawiać podobne akcje z nudów. Ktoś o jej statusie mógł mieć na zawołanie niemal wszystko.
Za wyjątkiem tego, czego mieć ot tak nie mogła.
Potrzebowała lekarza. Oczywiście.
Głośne westchnięcie wyrwało się z piersi Kima. Podjął już decyzję - chociaż chętnie potrzymałby Elenę na chłodzie jeszcze kilka chwil. Potrafił być małostkowy i złośliwy, a wspomnienie niezbyt udanego wieczora z baleriną w roli głównej wciąż było w jego pamięci dość świeże. Koniec końców jednak nacisnął przycisk, zwalniający blokadę wejścia do budynku. Zostawił także uchylone drzwi od własnego mieszkania, a sam przeniósł się do salonu.
Zanim sięgnął po swój przenośny zestaw lekarski, Kim zbliżył się do barku i wyciągnął dwie kryształowe szklanice. Do obu nalał whisky - choć swoją miał zamiar wychylić dopiero po zajęciu się ewentualną bolączką, z którą Elena postanowiła się tu zjawić.
Elena Santorini
-
i'm not good at love, i'm so much better at taking my clothes off
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Już zaczęła kontemplować znalezienie jakiegoś lekarza - może na tinderze? - gdy drzwi ustąpiły z cichym kliknięciem, ku jej ogromnemu zaskoczeniu. Po tym, jak ostatnio skończyło się ich spotkanie i tym co odpowiedział przez domofon szczerze wątpiła w altruizm mężczyzny.
Nie wyglądał na takiego.
Nie czekała ani sekundy dłużej, jakby obawiała się, że jeśli zawaha się choćby odrobinę, decyzja może zostać cofnięta. Wślizgnęła się do środka budynku, ramionami otulając się szczelniej płaszczem, choć chłód, który czuła, nie miał już wiele wspólnego z temperaturą na zewnątrz.
Wiedziała, że będzie uwalony od środka krwią, a bardzo go lubiła. W tej chwili jednak stanowił dla niej ochronę, dzięki której mogła nie patrzeć na to, co znajdowało się pod spodem.
Schody pokonała szybko, zbyt szybko jak na kogoś, kto rzekomo przyszedł po zgubioną błyskotkę. Każdy krok odbijał się echem w jej głowie, mieszając się z pulsującym bólem w przedramieniu. Dopiero pod jego drzwiami zwolniła, zatrzymując się na ułamek chwili, choć nie z wahania, a by zebrać oddech i resztki opanowania.
Popchnęła drzwi gdy uchylił je przed nią.
- Miło cię widzieć - skłamała, wchodząc do środka, zapominając o rzekomym powodzie swojego pobytu w tym miejscu niemal natychmiast, jak znalazła się wewnątrz jego mieszkania. Jakby teraz przekroczyła granicę, za którą nie mógł już jej wyrzucić.
Otuliła się szczelniej płaszczem, wbrew logice, która podpowiadała jej, że powinna natychmiast pokazać mu, z czym do niego przyszła. Zamiast tego tkwiła na środku pomieszczenia, rozglądając się po znajomym wnętrzu, które widziała już wcześniej.
- Potrzebuję pomocy - wyjaśniła, z wahaniem, z oporem, uparcie tkwiąc w miejscu, ignorując ciemniejszy materiał płaszcza na jej rękawie.
Jakby mogła sprawić, że problem zniknie, jeśli zignoruje go wystarczająco długo i dopiero teraz stawała przed faktem dokonanym tego, że będzie musiała ten płaszcz zdjąć.
Rohan Kim
-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Wierz mi, tyle zdążyłem wydedukować - odpowiedział nieco kąśliwie, w końcu się do niej odwracając. W każdej ręce trzymał po szklance z alkoholem, z cichym stuknięciem odstawił obie na ławę w salonie, tak gdyby Elena chciała się poczęstować. Zaraz potem ruszył w jej kierunku. Wzrok Kima skupił się na jego niecodziennym gościu, próbując rozszyfrować z czym Santorini do niego przyszła. Spostrzegawczość wraz z umiejętnością dedukcji były czymś, co przydawało mu się w pracy wyjątkowo często. Ludzie jako gatunek mieli ten niezwykle irytujący zwyczaj, że często kłamali na temat swojego stanu zdrowia z byle gównianych powodów - przesadnej dumy, strachu przed nieprzychylną opinią innych, a czasem nawet lekceważenia.
Półmrok panujący w mieszkaniu nie pomagał mu, ale Rohan i tak wypatrzył kilka intrygujących szczegółów. Nietypową pozę kobiety, kąt pod jakim trzymała jedną z rąk, napięcie na twarzy, które mogło być oznaką bólu - choć równie dobrze mogło świadczyć o tym, że Elena po prostu wybitnie nie chciała tutaj być. Temu ostatniemu wcale by się nie dziwił.
- Wykrztuś to wreszcie. Bo nie wiem, czy mam cię składać, odtruwać, szyć czy kroić - rzucił oschle. Pomoże jej, owszem. Ale nie musiał być przy tym miły. A symptomy które wypatrzył mogły świadczyć o dziesiątkach różnych dolegliwości, od wybitego barku, przez rany kłute lub szarpane, a na złamaniu skończywszy. Była dużą dziewczynką, mogła mu powiedzieć co ją boli. Byłoby mu prościej zgadywać gdyby dostrzegł krew, niestety półmrok i ciemny kolor płaszcza sprawnie skrywał ten element. - Tylko błagam, niech to będzie coś ważniejszego niż pilny dostęp do tabletki "dzień po".
Elena Santorini