Tego właśnie mu brakowało.
Tej bezwstydnej bezpośredniości. Tych włoskich słów wypływających z jej słodkich ust, które powinny działać na niego jak trucizna, a jednak zamiast go wyniszczać, przeszywały serce i duszę czymś niepokojąco bliskim ekstazie. Może właśnie tak powinno to działać. Może powinno go to niszczyć od środka, odbierać rozsądek, wbijać się pod skórę jak powolna kara za każdą jedną sekundę, w której pozwalał sobie na zbyt wiele. A jednak z każdą cholerną chwilą coraz bardziej miał wrażenie, że coś, co powinno go zabijać, zamiast tego tylko mocniej go nakręcało. Jakby uczył się oddychać czymś, co w normalnych warunkach odebrałoby mu tlen. Każde słowo docierające do jego uszu przechodziło przez niego powoli, głęboko, zostawiając ślad tam, gdzie nie powinno już być miejsca na cokolwiek. Jego organizm chłonął ją łapczywie, z a c h ł a n n i e, jakby próbował zatrzymać w sobie choć fragment jej obecności na dłużej. Jakby desperacko chciał zaskarbić sobie cokolwiek, co zostawiłaby w nim po sobie, nawet jeśli miałaby to być tylko kolejna dawka niepokoju.
Znowu to samo.
To cholerne uczucie, którego nie umiał nazwać. Bo jak, do cholery, wyjaśnić coś, co jednocześnie przypominało truciznę i uzależnienie? Coś, co powinno go odpychać, a zamiast tego tylko ciągnęło go jeszcze bliżej.
Ogarnij się, Caspian. Przełknął ślinę, czując jej powolny ruch w gardle - jego jabłko Adama poruszyło się wyraźnie, zdradzając napięcie, którego wolałby po sobie nie pokazywać. Choć cholernie niechętnie, przesunął się delikatnie na bok, pozwalając jej przejść. Mógłby przysiąc, że dłoń kurczowo zaciśnięta na lasce aż rwała się, by wysunąć się w jej kierunku, złapać ją, przyciągnąć do siebie, zatrzymać przy swoim ciele choćby na chwilę. Ale nie mógł tego zrobić…
prawda? Gdyby tylko wiedziała, jak na niego działała. Gdyby miała możliwość choć przez moment znaleźć się w jego głowie, wiedziałaby wszystko. Każdą chaotyczną myśl. Każdy
impuls, który próbował w sobie zdusić. Każdą tę pieprzoną sekundę, w której balansował gdzieś pomiędzy opanowaniem a pragnieniem, by stracić je bez reszty.
Przyglądał się, jak zrzucila z siebie płaszcz i rzuciła go gdzieś na bok, a kącik jego ust drgnął lekko, gdy zauważył, z jaką swobodą podchodzi do ogromnych okien. Też uwielbiał to miejsce. Może właśnie dlatego, że nocą całe miasto wyglądało stamtąd tak pięknie, jakby z tej wysokości wszystko dało się jeszcze jakoś uporządkować. Stanął przy wyspie kuchennej, słuchając tego, co miała do powiedzenia, i z każdą kolejną sekundą coraz mocniej czuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg. Z każdym dłuższym spojrzeniem rzucanym w jej sylwetkę. Z każdym ruchem, który wykonywała z tą swoją naturalną, doprowadzającą go do szału gracją.
Ma che diavolo era?
Zacisk serca.
Uderzenie. Zatrzymanie. Podwójne uderzenie. Znów zatrzymanie.
Poczuł znowu te cholerne uczucie. To samo, które wracało zawsze, ilekroć myślał o niej zbyt długo, ilekroć przebywał przy niej… i wtedy, gdy zostawiła go na tamtym cholernym tarasie. Nie był już nawet pewien, czy to był niepokój, niedosyt, strach przed samotnością, czy może coś znacznie gorszego - lęk, że naprawdę mógłby już nigdy nie zobaczyć jej z tak bliska. Może wtedy przesadził. Z tym tańcem. Ze staraniem się. Z obietnicą, którą złożył tamtego wieczoru. Znajdując się z nią w jednym pomieszczeniu... znów doświadczając tego uczucia, mógłby przysiąc, że przypominało mu coś, czego od dawna już nie znał. Bieg w deszczu. Ten dawny, szalony, wolny bieg, jeszcze z czasów, gdy naprawdę mógł to robić. Pęd przed siebie bez zastanowienia, z tą jasną, brutalną świadomością, że jeśli się nie zatrzymasz, wpadniesz w przepaść. A jednak dalej biegniesz. Bo może po drugiej stronie stoi coś, czego warto dotknąć choćby na sekundę, nawet jeśli ceną ma być nikły, żałosny koniec. I zamiast zwolnić, zamiast być odpowiedzialnym, on na sam jej widok tylko przyspieszał. Jak idiota. Z nadzieją, że może jakimś cudem uda mu się dosięgnąć jej koniuszkami palców, choćby na jedną ulotną chwilę, zanim znowu rozpłynie się w jego dotyku - dokładnie tak, jak
tamtej nocy.
A ona teraz sobie z tego żartowała?
Stojąc przy kuchennym blacie, otwierając wino i nalewając ciemnoczerwoną ciecz do lampki, zaciskał szczękę coraz mocniej, wyraźnie niezadowolony. Jak śmiała wspominać tamtą ucieczkę, jakby była czymś zabawnym? Nawet nie próbowała postawić się na jego miejscu. Nie próbowała pomyśleć, co wtedy mógł czuć. Chwycił laskę, zaciskając na niej uścisk i przenosząc na nią ciężar ciała. W drugiej dłoni trzymał kieliszek. Podszedł do niej powoli. Stanął obok, bokiem, i przez chwilę patrzył na panoramę miasta rozświetloną nocnymi światłami.
- Non ho voglia di giocare al gatto e al topo, Elena - wydusił w końcu. Przysunął kieliszek do ust i upił łyk, po czym obrócił się twarzą do niej i wsunął jej lampkę w dłoń.
- Non mi diverte, se so che con la mia situazione non riuscirò mai a raggiungerti. - Uniósł dłoń i wsunął ją w jej długie włosy. Zerknął na laskę, po czym oparł ją ostrożnie o szybę, co pozwoliło mu położyć drugą dłoń na jej talii. Przesunął ją powoli niżej, na pośladek, i przyciągnął ją ostrożnie do siebie, nie na tyle blisko, by rozlała wino, ale wystarczająco, by poczuć jej ciepło.
- Ammirare la luna dal castello non è più così emozionante da quando, dieci giorni fa, ho visto la principessa, che è più bella della luna e di tutte le stelle del cielo - wyszeptał. Nachylił się ku jej szyi, sunąc nosem wzdłuż jej linii, jakby chciał zapamiętać jej zapach lepiej niż własny oddech. Chwilę później złożył na niej krótki, delikatny pocałunek. Odsunął się tylko odrobinę. Tyle, by móc spojrzeć jej prosto w oczy.
- Dlaczego tutaj przyszłaś, picolina?
picollina ִֶָ𓂃 ࣪˖
ִֶָ་࿐