ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw ds. narkotyków | TPS
Awatar użytkownika
służbista, dobry glina, ale czasem zły. gra zgodnie z zasadami, ale... dla sprawy gotowy jest nagiąć wszystkie reguły. nie umie kompletnie w uczucia, a empatia to dla niego coś jak czarna magia, chociaż pewnie prędzej by coś wyczarował niż kogoś pożałował. przeklina, wybucha, i jest o k r o p n y.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimogą być
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

one.
He was told to protect her.
No one said he had to like her.

trigger warning
przekleństwa
- Nie będę niańczył jakiejś gówniary... - warknął Lans zapierając się rękami na biurku swojego przełożonego. Kłócili się tu już dobre piętnaście minut, może dłużej?
Eliot zdążył w tym czasie wypić kawę i zjeść batonika z naklejką Minionków w środku. Lans za to przeszedł się po jego gabinecie. Najpierw wcisnął ręce w kieszenie kurtki, potem wyrzucał je w górę tłumacząc, że on nie jest żadną niańką, a na koniec... walnął nimi w blat biurka.
Eliot przeżuł tylko ostatni kęs czekoladki, a naklejkę schował do szuflady biurka, bo zbierał je dla swoich córek.
- To odsuniemy cię od sprawy Gardner - prosta odpowiedź. Nawet powieka mu nie drgnęła kiedy to mówił, podniósł za to do ust kubek z tą syfną kawą, pociągnął łyk i się skrzywił.
- Nie możesz Eliot... - syknął Lans przez zęby. Ale mógł. Wiedział to doskonale, że mógł go odsunąć od śledztwa. Usiadł w fotelu przed biurkiem komendanta, nonszalancko zarzucając nogę na nogę - no to... gdzie ona jest? Ile ma w ogóle lat? I co ja mam z nią kurwa chodzić na plac zabaw, czy prowadzać ją do szkoły? - westchnął ciężko, a kiedy Eliot przesunął po swoim biurku jakieś dokumenty, to Lans zaraz złapał je w palce. Zerknął w akta sprawy, na zdjęcie jego podopiecznej, zakładał, że będzie miała z dwanaście lat, skoro jej ojciec spełniał wszystkie jej zachcianki i traktował bachora jak księżniczkę, a mogła mieć... po zdjęciu... z czternaście?
- Dwadzieścia dwa lata, Camille Herrera, ojciec kontaktował się z nią ostatnio osiem dni temu, od tej pory cisza, ale biorąc pod uwagę fakt, że będzie pod naszą... Twoją, protekcją Lock, to czekamy na kontakt wyrecytował mu Eliot, a Lans przeleciał wzrokiem po raportach - myślę, że raczej będziesz ją odprowadzał na uczelnię, studiuje... coś tam ze sztuką. No i nie wiem co robią teraz takie dziewczyny, imprezy? Chłopaki? - Eliot parsknął, a Lans wywrócił niebieskimi ślepiami.

Kurwa.

Zapowiadało się gorzej niż przypuszczał.
- Jak będzie na uczelni, to wtedy... - zaczął, ale Eliot nawet nie pozwolił mu dokończyć.
- Cały czas masz na nią oko, wiesz czyja to córka - rzucił komendant. A Lans przejechał palcami po karku.
- A jak pójdzie do kibla? - chciał zażartować na rozładowanie atmosfery?
- Też... - ze strony Eliota to raczej nie był żart.


Lans może i chciał się jeszcze kłócić, może coś kombinować, żeby jednak się z tego wykręcić, ale prawda jest taka, że szkoda było mu sprawy Herrery, którą przecież prowadził... latami. Zbierał dowody i w momencie, w którym mieli go już na wyciągnięcie ręki, facet nagle znika. Zapada się pod ziemię i nikt nie wie, gdzie on jest.
Podobno jego córeczka też nie wiedziała, chociaż kiedy stanęła przed Gardnerem, to nie był on tego taki pewny.
Niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po jej sylwetce, zatrzymały na jej twarzy. Na oczach równie niebieskich, co te jego.

Kto w Meksyku ma niebieskie oczy?
Jej ojciec musiał ewidentnie ruchać jakąś Europejkę.

- Camille, dzień dobry, jakieś wieści? - Eliot przywitał ją, jakby była... Jego koleżanką? Jakby była kimś ważnym, a nie córeczką pierdolonego gangstera.
Oczywiście pytał ją o ojca. Cała torontońska policja liczyła, że Herrera wylezie spod kamienia kiedy się dowie, że polują na jego córkę. A ochronę dała jej właśnie policja.
Gardner wiedział, że nie wylezie. Bo Herrera nie był głupi.
Ale kochał swoją córeczkę, była jego oczkiem w głowie, jego

mała księżniczka.


- Lancelot Gardner, został przydzielony do ochrony - wyjaśnił Eliot. A Lans chciał, czy nie...
Nie chciał w chuj.
Musiał, wystąpić na przód. Nawet wyjął ręce z kieszeni i jakoś tak odruchowo pokazał blachę. Żeby sobie kurwa nie myślała, że on tutaj będzie robił za jej przedszkolankę, żeby wiedziała, że ma przed sobą glinę.
- Czekamy aż twój ojciec się skontaktuje, to bardzo ważne i może nam pomóc... znaleźć go - znaleźć go? Lans przeniósł spojrzenie na komendanta.
Zaraz... co było napisane w aktach. Camille nie wie czym zajmuje się jej ojciec.
Czyli ona... nic nie wiedziała? Była córką gangstera, a myślała, że co? Że jej ojciec jest jakimś biznesmenem? Jakimś meksykańskim księciem, w swoim zamku obstawionym facetami z pistoletami?
Lans aż wywrócił oczami, bo to wcale nie ułatwiało sprawy. A skoro ona nie wiedziała czym zajmuje się jej tatuś, to nie wiedziała też na pewno, na czyim celowniku się teraz znalazła. A byli to naprawdę niebezpiecznie ludzie. I Gardner doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Wyciągnął do niej rękę, skoro to miało wyjść, to musiał...
Musiał chociażby udawać, że go to nie wkurwia.
Że jest tutaj z własnej nieprzymuszonej woli. Nie był.
- Lans - przedstawił się jej. Bo prawda jest taka, że nikt do niego nie zwracał się pełnym imieniem Lancelot. Zazwyczaj Lans, a na komisariacie Lock, ale... nie byli jeszcze na takim stopniu zażyłości, żeby prezentował jej swoją ksywkę. Pewnie nigdy nie będą.

little trouble girl 😤
Ostatnio zmieniony pt kwie 17, 2026 12:18 pm przez Lancelot A. Gardner, łącznie zmieniany 1 raz.
zgrozo srozo
!!!jak coś to lans, a nie lance!!! nie mylić no!!!
22 y/o
For good luck!
163 cm
studentka sztuki
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

chodzące Toronto

I po co ona miała przychodzić na komisariat? Pachniał taniością, biedą, a przede wszystkim wilgocią. Wystarczyło wejście przez próg, by po jej ciele przeszły nieprzyjemne dreszcze. To nie było jej miejsce. Nie przepadała za tajemnicami, niebezpieczeństwem oraz mundurowymi. W rodzinnych stronach kojarzyli się jej z problemami. Kilka kolejnych kroków pozwoliło jej na wyczucie niezbyt przyjemnej atmosfery. Nie mogła pojąć, z czego dokładnie to wynikało. W końcu zjawiła się tu jako VIP, nie jako kryminalistyka, a ludzie od progu byli niemili, traktowali ją jak zwyczajną dziewczynę. Jedno spotkanie z osobą na dyżurce sprawiło, że na jej twarzy pojawił się niesamowity grymas. Aż westchnęła ciężko, kiwając głową. Wzywali ją, a nawet nie zdawali sobie sprawę, kim ona tak naprawdę była.
Tyle jej wystarczyło. Pokój przesłuchań. Szary pokój, stolik i kilka krzeseł. Może chcieli zrobić z niej kryminalistkę. Z głębokim niezadowoleniem przyjęła to czekanie. Właśnie dlatego sięgnęła po szkicownik, a w nim zaczęła szkicować węglem widok z okna. Tęskniła za Meksykiem. Promieniami słońca, gorącą temperaturą oraz nawet uśmiechami wszystkich dookoła. Kanada przypominała jej komisariat. Brudna. Szara. Bez jakiejkolwiek głębi i duszy. Mogła przyzwyczaić się do panującej tu atmosfery. Dlatego zaczęła kreślić linię na białym papierze. Powoli rysowała kolejne kontury, aż do pomieszczenia nie weszli mężczyźni. Eliot. Go już zdążyła poznać, ale szczerze? Wątpiła w jego słowa. Co w jednym z najbezpieczniejszy miast miało jej grozić? Złamanie paznokcia? Rozmazany makijaż? A może złamanie serca przez jakiegoś dupka, w którego wpatrywała się maślanymi oczyma? Na pewno nie coś, co miałoby sprawić, że miałaby być chroniona cały czas.
Dzień dobry — mruknęła, wstając od krzesła i odkładając szkicownik — żadnych wieści — o ile ochrona była dla niej bezsensowna. Spała w luksusowym apartamencie, w jednym z droższych budynków w Toronto, tak sprawa ojca... przyprawiała jej odrobinę zmartwień. Wcześniej wysyłał jej, chociażby krótkie wiadomości razem z matką. Później wszystko zaczęło się zmieniać. SMS'y nie przychodziły codziennie, a z odstępem kilku dni. W końcu nie dostała wiadomości od niego od ośmiu dni. Tyle wystarczyło, by siedziała na komisariacie i przynajmniej przez moment nie kwestionowała ochrony. W końcu była córką jednego z ważniejszych polityków. Ludzie mogli chcieć jej zrobić krzywdę, a o ile Camille była naiwna, tak brała pod uwagę, że ktoś, gdzieś mógł na nią czyhać.
Uniosła brew. Lancelot Gardner. Jego imię brzmiało niczym imię prawdziwego rycerza. Zlustrowała wszystkich obecnych wzrokiem, a później zobaczyła go. Z miną godną pożałowania zmierzyła go wzrokiem od dołu do góry. Wyglądał nędznie. Uniosła wyżej brodę, by móc spojrzeć mu prosto w oczy w świetle jarzeniówek. Błękitne. Otwierała usta w geście protestu, kiedy wybrzmiała sprawa jej ojca. On miał pomóc go znaleźć? Nie mogła ukryć parsknięcia pod nosem. Kuriozalna sytuacja. Spojrzała na niego jak na idiotę. Naprawdę chciał się z nią przywitać? Przechyliła głowę, wpatrując się w jego dłoń, po czym od razu spojrzała na Eliota.
Naprawdę to on musi się mną zajmować? — spytała wprost, odwracając głowę w stronę komendanta — liczyłam na kogoś, kogo nie będę musiała się wstydzić. Jak mam się niby z nim pokazać? Albo co powiem znajomym? Przyszłam z moim daddy'm na imprezkę? — nie szczędziła w słowach. Herrera zawsze dostawała to, czego chciała. Lance był stary, niezadowolony i na pewno wyciągnie z niej całą energię. Poza tym na pewno nie wierzył w manifestację, a o rozumieniu sztuki mogła zapomnieć. Podobnie jak o szkicowaniu go w notatniku — nie ma kogoś bardziej odpowiedniego? — zagadnęła, licząc na zmianę. Uśmiechnęła się przeuroczo. Ta mina zawsze działała na jej ojca. Dobra, prawie zawsze. Tylko mina zdążyła jej zrzednąć, kiedy usłyszała kolejne słowa komendanta.
Nie ma zmiany. Został do Ciebie przydzielony, a muszę zająć kolejnymi sprawami. Gardner, proszę o wiadomości, jak wam idzie — po czym po prostu tak zniknął. Drzwi zamknęły się z hukiem, a Camille nerwowo chwyciła za szkicownik, chowając go prosto do własnej torebki — możesz już iść. Nie potrzebuję ochrony, sama sobie poradzę. Jak mój ojciec się odezwie, to dam znać — wycedziła, zarzucając torbę na ramię. Nie miała zamiaru rozmawiać z Lancem. Przypominał jej wszystkie cechy, których nienawidziła w Toronto. Nawet jego tęczówki przypominały błękit jeziora Ontario. Chodzące Toronto to jej nowe obraźliwe określenie.
35 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw ds. narkotyków | TPS
Awatar użytkownika
służbista, dobry glina, ale czasem zły. gra zgodnie z zasadami, ale... dla sprawy gotowy jest nagiąć wszystkie reguły. nie umie kompletnie w uczucia, a empatia to dla niego coś jak czarna magia, chociaż pewnie prędzej by coś wyczarował niż kogoś pożałował. przeklina, wybucha, i jest o k r o p n y.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimogą być
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Kim dla niego była Camille Herrera?
Dziewczyną z jego sprawy, nie była żadną księżniczką, ani tym bardziej VIPem, była wkurwiającą małolatą, która po prostu miała ważnego ojca. Ale dla Lansa nie był on wpływowym politykiem, a po prostu... gangsterem. Facetem, którego chciał przymknąć, a co za tym idzie sprawić, żeby Camille z tą swoją elegancką torebusią i w drogich szpilkach odwiedzała go w więzieniu, przez szybkę. Z słuchawką w ręku prosząc o dodatkowe dwie minuty.

Do tego dążył Lans.


Więc kiedy Eliot go przedstawił jako ochroniarza, to delikatnie się skrzywił, bo nie przypominał sobie, żeby z detektywa został degradowany na jakiegoś ciecia, który chodzi z bronią i pilnuje bogatych dzieciaków, tylko zaraz uświadomił sobie, że ona o niczym nie wiedziała.
Żyła sobie w tej swojej pięknej bańce, w tym świecie ułudy, gdzie jej tatuś nie był kryminalistą.
Zajebiście.
Wiedział, że jej telefon był już na podsłuchu, więc nie kłamała, kiedy powiedziała to, że nie ma żadnych wieści, ale nie wiedzieli czy nie kontaktuje się z ojcem w inny sposób, może kolejna komórka, albo internet? Opcji było dużo i Lans musiał do tego dojść, coś od niej wyciągnąć. Chociaż kiedy tak mierzyła go spojrzeniem, to stwierdził, że chyba nie będzie to takie proste, ktoś tu... wyżej sra niż dupę ma, Lans tylko wyprostował się i poprawił policyjną kurtkę, a zaraz cofnął dłoń, gdy uznała, że nie będą się witać. Nie, to nie.
Nie musieli się wcale lubić.

Bo ona była tylko jego robotą.


On też niebieskie tęczówki wbił w Eliota, jeszcze z jakąś nadzieją, że może przydzielą jej kogoś innego. Ale kogo?
Nad Herrerą pracował też pięćdziesięcioletni Earl, a ten to dopiero wyglądałby jak jej daddy z tym wielkim bebzolem i wąsem. Prawda jest taka, że Lans jak na gliniarza prezentował się nieźle, może nie wyglądał na dzieciaka, ale też nie na tatusia, a na pewno nie jej. Wywrócił oczami i słuchał jej narzekań.
- A ktoś cię w ogóle zaprasza na imprezki z takim... - co chciał powiedzieć? Tupetem? Podejściem? Z tak cudownym charakterem?
Nie dokończył jednak, bo Eliot spojrzał na niego krzywo, a zaraz tak samo patrzył na dziewczynę i już tłumaczył jej, że nie ma zmian, a on musi pędzić do kolejnych spraw.
Ciekawe kurwa jakich? Pewnie zjeść kolejnego batona, obejrzeć kilka filmików na Tiktoku i udawać, że pracuje...
Lans za dobrze go znał.
Tak dobrze, że wiedział, że żadne z nich tutaj nic nie ugra. Ani jej duże, błękitne oczy i ten uśmieszek niewiniątka. Ani jego pyskowanie.

Jego pyskowanie tym bardziej.


Odprowadził spojrzeniem komendanta, a zaraz niebieskie ślepia przeniósł na dziewczynę. Wywrócił oczami i aż odchylił do tyłu głowę, a ręce schował do kieszeni policyjnej kurtki.
- No i zajebiście, to nara, jak coś to dzwoń, 911 numer alarmowy - pochylił się delikatnie w jej kierunku zaglądając w te jej błękitne oczy, już miał się odwrócić na pięcie, ale...
No przecież nie mógł. I to nie dlatego, że nie mógł jej tak zostawić, bo z tego powodu nie miałby ani pół grama wyrzutów sumienia. Była córeczką gangstera, nie byłoby mu jej żal, gdyby dopadli ją ludzie, którzy na nią polowali. Po prostu Lans chciał... Rozwiązać sprawę. A żeby to zrobić musiał coś z niej wyciągnąć.
Nie wiedział tylko jeszcze jak.
- Dobra... Ja też nie jestem zachwycony - zaczął, ale dość delikatnie ujął to w słowa - ale skoro Eliot kazał mi ciebie pilnować, to pewnie wie coś więcej niż my... - każdy chyba wiedział więcej niż ona, nie wyglądała mu na zbyt bystrą. Naiwne dzieciątko. Córeczka wpływowego tatusia. Mała księżniczka… Szkoda tylko, że Lans nawet w jednym procencie nie był żadnym księciem - więc, taka dobra rada, jeśli chcesz zaliczyć jakiś bal maturalny, czy zdać do następnej klasy... - przecież wiedział ile miała lat, po prostu chciał jej... dopiec? - to powinnaś przeprosić i jednak zapytać, czy z tobą pójdę - nie liczył na to, że go przeprosi, nawet nie było mu to potrzebne do szczęścia. Po prostu... nie mógł się powstrzymać. Musiał się z nią jeszcze podrażnić. Może trochę ją nastraszyć? Zagrać jej na czubku tego zadartego nosa.
Chociaż Lans przecież nie był typem umoralniającym, bo jego moralność pozostawiała wiele, naprawdę wiele, do życzenia. Podniósł niebieskie tęczówki z jej pełnych warg na duże, błyszczące oczy, jakby rzeczywiście czekał na przeprosiny. Nie czekał.

walking troubles ᝰ.ᐟ
Ostatnio zmieniony pt kwie 17, 2026 1:43 pm przez Lancelot A. Gardner, łącznie zmieniany 3 razy.
zgrozo srozo
!!!jak coś to lans, a nie lance!!! nie mylić no!!!
22 y/o
For good luck!
163 cm
studentka sztuki
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

🚨🚨🚔

Atmosfera panująca w pokoju przesłuchań przypominała odrobinę chmurę dymu. Dusząca, wżerająca się w ciało i wyniszczająca. Nie potrafiła spojrzeć na jej o c h r o n i a r z a. Wystarczył jeden krótki rzut okiem, by dotrzeć w nim całkowity brak kultury. Mogli nie znajdować się w jej luksusowej wilii, ale przy zwykłych wyjadaczach chleba przyzwyczaiła się do norm grzecznościowych. Lance? Co to w ogóle za imię? Od niej zawsze wymagano pełnego imienia. Camille Anne Rosalita Esmeralda Herrera. Pewnie by tak powiedziała, może nawet zyskałby w jej oczach coś na wzór szacunku. A kto Cię w ogóle zaprasza na imprezki.. Tyle wystarczyło, by uniosły się jej wysoko brwi. Nie dość, że przypominał chodzące Toronto, pełen smutku, nijakości, to bezczelność aż z niego wypływała. Jasne, Camille miała cięty język. Doskonale zdawała sobie sprawę, że sama się nie popisała. Tylko sprawa była zbyt kuriozalna, by zaczęła ją brać na poważnie. Nagle ze swojego swobodnego trybu życia miała być niańczona przez przeogromnego faceta. Dla znajomych nie miałaby na to żadnego dobrego wytłumaczenia.
Dlatego zakładała torebkę na ramię. Czas stąd wyjść i nie marnować czasu.
Dobrze, zadzwonię — nawet nie miała zamiaru. Toronto nie przypominało Meksyku. Tam wiedziała, w jaki sposób się poruszać, by nie wpaść w tarapaty. Tylko w Kanadzie nie czekali na nią drapieżcy, ludzie z bronią. Tutaj była zwykłą dziewczyną kontrolowaną przez miejski monitoring. Jedynie brak kontaktu z rodzicami jej doskwierał. Cały czas wysyłała im nowe obrazy, a jedyne z czym się spotkała, to niezręczna cisza.
Niebieski chłód jego tęczówek nie robił na niej wrażenia. Tylko strzeliła oczyma, odwracając się na pięcie, by chwycić za klamkę. Wtedy dotarły do niej jego kolejne słowa. Ja też nie jestem zachwycony. Eliot wie więcej niż my. Co to miałoby znaczyć? Na samo wspomnienie dostała dreszczy, czuła, jakby ktoś właśnie naruszał jej bańkę bezpieczeństwa.
Gryziesz się w język, czy o co Ci chodzi? — spytała wprost Camille. Nienawidziła ściemy. — niby co ma wiedzieć? — nagle kabelki w jej głowie zaczęły się ze sobą łączyć, szukając połączenia. Tylko co mógłby wiedzieć? Jej ojciec od kiedy pamiętała, był obstawiony przez ochronę i ludzi z bronią, ale czy to nie było normalne? Dla niej było, dopiero w Kanadzie mogła zaczerpnąć powietrza, czując smak wolności oraz brak wymagań. Widocznie, to wszystko musiało być ustawką tatusia — Panie mundur wcale nie pasuje mi do cery i powinna zajść tu przeogromna zmiana — zaczęła poważnym tonem Herrera, wbijając w niego ostre spojrzenie — jesteśmy w Toronto, a nie Meksyku, żebym potrzebowała ochrony — nie widziała bójek, nie słyszała strzelanin. W Meksyku zdołała do tego przywyknąć. Widziała wiadomości. Większość z nich była dla niej normą. Tu widziała jedynie pokojowe protesty, dealerów, aktywistów. Nic co mogłoby wzbudzić jej niepokój.
Grozisz mi? — parsknęła, kręcąc głową — uroczy jesteś — tak, wielki, dobrze zbudowany mężczyzna był dla niej uroczy. Widocznie, Lance dawno nie przebywał wśród królowych pszczół. One zawsze musiały trzymać odpowiedni poziom i nie dać po sobie poznać żadnego zmartwienia. Znów się roześmiała. Przeprosić? Do tego mógłby ją zmusić. Wtedy może by to usłyszał — pójdziesz ze mną tak, czy siak, bo tak kazał Ci przełożony — wycedziła Camille, wpatrując się z przymrużonymi oczyma. Ścisnęła mocno własną torebkę, wręcz nerwowo — twoim zdaniem nie skończyłam jeszcze liceum, ale znam zasady kierujące tym światem — rozkaz to rozkaz. Trzeba było go posłuchać, nieważne, co się działo. Sama to robiła. Inaczej studiowałaby sztukę w Meksyku, albo chociaż w Stanach Zjednoczonych, gdzie coś mogłoby się dziać. Tu oprócz imprezowania i studiowania nic nie miała. Z nudów może powinna zapisać się na kurs garncarstwa.
Mam warunki — stwierdziła, przyglądając mu się bacznie. Usłyszy sprzeciw. Sama chciała mu utrzeć nosa — po pierwsze kupię Ci coś, bo w mundurze nie będziesz za mną chodził. Po drugie uśmiechniesz się i będziesz pozytywny. Po trzecie wszystkim będę mówiła, że jesteś moim niegadającym, starszym kuzynem, który przyjechał na wymianę — tak, gdy zaczęła wymieniać pokazywała mu kolejne palce na dłoniach. Wtedy zniosłaby pokazywanie się z Gardnerem na mieście — hm — zaczęła, przechylając delikatnie głowę — a i jeszcze jedno — i wtedy dodała — dostałeś jakieś akta na mój temat? To je przeczytaj, bo inaczej nie będziemy ze sobą rozmawiać — zachowanie mężczyzny określiłaby mianem niesubordynacji. Wątpiła, by teraz dowiedział się o jej ochranianiu. Brzydki, smutny z ciętym językiem, a dodatkowo nieprzygotowany. Nie mogła widzieć go w innych barwach.
Zapraszam pana za mną — oświadczyła finalnie, odchodząc na pięcie i wychodząc z pokoju posłuchań. Zarzuciła brązowymi puklami włosów, wciągając powietrze. W końcu zaczynało pachnieć normalnością. Odwróciła się jedynie krótko w stronę Lancelota — nie spóźnię się na zajęcia z malunku — a je miała za całe... trzy godziny. Tylko w jej życiu wszystko płynęło niesamowicie wolno — chcesz kierować moim autem? Do radiowozu nie wejdę. Zagłuszy mój artystyczny vibe — i feng shui też. Jeszcze kazałby jej jechać z tyłu, by wyglądała jak kryminalistka.
35 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw ds. narkotyków | TPS
Awatar użytkownika
służbista, dobry glina, ale czasem zły. gra zgodnie z zasadami, ale... dla sprawy gotowy jest nagiąć wszystkie reguły. nie umie kompletnie w uczucia, a empatia to dla niego coś jak czarna magia, chociaż pewnie prędzej by coś wyczarował niż kogoś pożałował. przeklina, wybucha, i jest o k r o p n y.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimogą być
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Bla bla bla bla… Tak dla niego brzmiało jej pełne imię i nazwisko.
Dla niego była tylko Camcią, i to i tak, z jego puntu widzenia, była forma największej grzeczności na jaką mógł się zdobyć. Bo prawda jest taka, że Lansss był bezczelny, miał cięty i język i rzadko się hamował... no chyba, że musiał, bo wymagała tego sprawa. A ta akurat, Camci, wymagała od niego odrobiny powściągliwości. Widział to w jej księżniczkowych minach, w tym jak marszczyła nos, kiedy się do niej odzywał.
Skinął głową na to jej dobrze, zadzwonię, a na języku miał jeśli zdążysz, bo ludzie, którzy chcieli ją przechwycić, porwać, zabić? Nie będą czekać, aż ona znajdzie w swojej torebusi smartfona i wykręci numer alarmowy.

Za to Lans czekał.


Aż ona pójdzie po rozum do głowy i się może zastanowi?
A zaraz jeszcze dowalił do pieca kolejnymi słowami. Chciał ją nastraszyć, chciał żeby wiedziała, że to nie tak jak to sobie założyła, że wcale nie jest tutaj bezpieczna.
I gryzł się w język, cholernie.
- Myślisz, że taki wpływowy facet - ciężko było mu to powiedzieć, bo to przecież kryminalista - jak twój ojciec, nie ma wrogów? Ma ich Cam… illle, a ty jesteś... przepustką do niego? Więc się zastanów gwiazdeczko, bo jak stąd wyjdziesz sama, to możesz mieć trochę większe problemy niż złamany tips - wywrócił niebieskimi ślepiami.
Dotarło do niej? Oby, bo więcej mu się nie chciało tłumaczyć.
W ogóle po pierwsze, to nie chciało mu się z nią iść. A może powinien puścić ją wolno i za nią połazić, a jak ktoś ją złapie, to on wtedy zrobi ogon i...
Nie, bo on przecież chciał trochę przycisnąć właśnie ją.
Ale na razie to cisnęli sobie nawzajem.
- A co pasuje ci do cery, strój księżniczki? - nikt nie kazał jej nosić munduru, chociaż... Nie no nie, za młoda dla niego była. Gówniara.
Lans zresztą też miał na sobie tylko policyjną kurtkę, bo on zazwyczaj robił pod przykrywką, bluzy z kapturem, to taki jego stały dresscode. Łatwo było w nich zniknąć.
Na jej kolejne słowa znowu strzelił oczami w sufit. Uroczy? Naćpana jakaś?
W końcu jej stary robił w prochach, to może ona też?
Nie no... Przecież Lans znał się na ćpunach, widział kiedy ktoś był na fazie. A ona po prostu była... krnąbrna?
Słuchał jej, ale już powoli zaczynało się w nim gotować.
Chociaż było dokładnie tak, jak powiedziała, pójdzie z nią, bo kazał mu Eliot. Ale przecież w życiu by się jej do tego nie przyznał. Parsknął tylko.
- Taka jesteś pewna? Twoim zdaniem... wyglądam jak twój daddy, a prawda jest taka, że jakbyś stąd wyszła i ktoś rozwaliłby ci łeb, to bym się z tego wykręcił w dwie minuty, bo trochę już w tym siedzę... I tutaj tak naprawdę nie chodzi o ciebie księżniczko - za dużo jej powiedział? Może i tak.
Ale niech sobie nie myśli, że on będzie jej jakimś... służącym, bo to jego rozkaz?

Tylko ona chyba tak myślała.


Bo zaraz mu zaczęła stawiać warunki.
- Pojebało cię? - wybuchł? Nie, to jeszcze nie było to, ale warknął na nią, jak wściekły pies, z policji był w końcu. Słuchał jej coraz bardziej unosząc jedną brew - co masz do tej kurtki? - obrócił się w niej, ale prawda jest taka, że nie chodziłby za nią w policyjnej kurtce, bo Lans nie był głupi. Wkurwiający. Bezczelny.
Ale nie głupi.
Nabrał powietrze w płuca i oczywiście, że jej chciał mówić o tym, że ani pół jej warunku nie przyjmuje, a właściwie ma je w dupie. Ale się zastanowił, przetrawił jej słowa.
Musiał wejść w jej towarzystwo, w jej kolorowy świat. Westchnął ciężko.
- Dobra, możesz mi coś... kupić, ale na pewno nie będę się uśmiechał - to były jego warunki, bo co miał chodzić za nią i się szczerzyć jak jakiś cwel? No chyba nie - a kuzyn jest w porządku, niegadający też, akurat nie będę się musiał odzywać do twoich znajomych - wzruszył ramionami. To mu pasowało, bo będzie mógł wszędzie z nią wejść, ale nie będzie musiał się odzywać. Nawet dobrze to wymyśliła, miała u niego jeden mały, tyci tyci plusik. Maluteńki.
Chociaż na jej kolejne słowa wywrócił oczami.
- Camille Anne Rosalita Esmeralda Herrera, lat 22, studentka sztuki na University of Toronto, zamieszkała na Financial District, data urodzenia pierwszy kwietnia dwa tysiące czwarty rok, mówi biegle po hiszpańsku, angielsku i francusku, prawo jazdy na samochody osobowe, ulubiony kolor błękitny, ulubiony kwiatek kamelia, po zajęciach czas spędza w parku, albo galerii, na imprezy wychodzi z przyjaciółką Vanessą, albo z Jakiem... Jake to twój chłopak? - wyrecytował jej, trochę z akt, a trochę z tego, że... on przecież już nad nią pracował, z ukrycia, ale zbierał informacje na jej temat.
I może wiedział więcej niż jej się wydawało.
Skinął głową, kiedy ruszyła do wyjścia z sali przesłuchań i on też to zrobił, nawet jej drzwi przytrzymał, dżentelmen.
A kiedy już stanęli na parkingu, to na nią spojrzał. Mogli wziąć coś służbowego, policja przecież miała swoje samochody i nie każdy to był radiowóz, ale...
- A czym jeździsz? - zapytał, liczył, że jakimś fajnym wozem, jak na bananowe dziecko przystało. Kurtkę zdjął i złożył ją na pół zarzucając sobie na plecy, żeby nie rzucała się w oczy, a pod nią rzeczywiście miał ciemną bluzę z kapturem. Chyba jednak ktoś tu umiał działać pod przykrywką.

Camille Anne Rosalita Esmeralda Herrera ⊹₊⟡⋆
zgrozo srozo
!!!jak coś to lans, a nie lance!!! nie mylić no!!!
22 y/o
For good luck!
163 cm
studentka sztuki
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

LanS

Wpływowym facetem? Uniosła jedynie jedną brew ku górze, wpatrując się w niego intensywnym wzrokiem. Znała własnego ojca. Muchy nie byłby w stanie skrzywdzić. Wiecznie w delegacjach. Raz budował szkołę dla biednych dzieci w Afryce, drugi raz protestował wraz z rolnikami za zakazem budowy firmy browarniczej, która do reszty odcięłaby dostęp wody do pól, a trzeci walczył o prawa kobiet. Był dobrym mężczyzną. Jego zarzuty brzmiały niczym dobra komedia. Nawet jeśli trybiki zaczynały jej powoli chodzić, to Miguel Herrera taki nie był. Zajmował się wszystkim poza rodziną, ale miał dobre serce. W taki sposób widziała go Camille.
Nie noszę tipsów, tylko żele — zwróciła mu niemalże od razu uwagę, pokazując ozdobne paznokcie z wymyślonymi wzorkami. Kolejna jej duma. Spędzała na nich dobre trzy godziny, a zabiegi kosmetyczne były jedną z stałych w życiu studentki — mój ojciec nie miał wrogów, pomagał biednym dzieciom i środowisku. Wypchaj się... — aż strzeliła oczyma lekko podirytowana ze zmarszczonym nosem — czekaj, jak się nazywałeś? — pamiętała. Lansssssss. Co to za imię? Bez gustu, krótkie i od czego niby pochodziło? Lans? Lance? Na pewno od niczego dumnego — Srans — porównanie z ludzkimi odchodami przyszło jej zadziwiająco szybko. Wszystko przez kupę w słoiku. Gówno artysty. Dlatego nienawidziła sztuki współczesnej, nie była w stanie w żaden sposób jej zrozumieć.
Gust. — wycedziła, robiąc krok do tyłu, by zlustrować go od dołu do góry. Był przystojny, ale zdecydowanie za stary. Mógłby spokojnie robić za jej ojca. Ile miał lat? Czterdzieści? Może pięćdziesiąt? Pewnie był jednym z tych pączkowych policjantów, który pod bluzą bojler — Tobie go brakuje — to chyba najbardziej ją irytowało. Nie, jednak bezsensowna paplanina słowna potrafiła przejść jej rozsądek. Jessica z uczelni przejmowała się wszystkim. Zajęciami, chłopakami, ubiorem i plotkami. Męczyło to Camille, ale Lans znalazł się na wyższym poziomie.
Blablablabla... — rozwalanie łba, masakra, wyprute flaki, siekiery to działo się w horrorach, a nie prawdziwym życiu — nie zesraj się. Toronto jest tak bezpieczne, że najczęściej zamykacie pewnie za ekshibicjonizm, czy narkotyki niewinnych obywateli — strzeliła błękitnymi tęczówkami. Korciło ją, by spytać, kogo ostatnio zamknął. Pewnie jakiegoś biednego studenta, który robił dla siebie zapasy adderallu, by zdać nieszczęsną sesję.
Pojebało Cię?
Raczej go.
Nie. Wszystko ze mną w porządku. Złość piękności szkodzi, chociaż dla Ciebie już za późno — westchnęła ciężko — w paru miejscach potrzebowałbyś kwasu — wycedziła, przyglądając się jego twarzy. Nie liczyła się z jego irytacją, czy wybuchem. Dziecko bogatych rodziców bało się jedynie własnych rodziców. Mogli odciąć od pieniędzy, a to była jedyna rzecz, na którą nie mogła sobie pozwolić — Jest okropna — błękit tęczówek nudny. Przypominał szarością kałużę w mieście, albo najgorsze ścieki. Podobnie jak jego twarz. Broda, nos, usta. Nic do siebie nie pasowało. Nie było w niej symetrii, którą pokazują artyści na dziełach sztuki.
Będziesz się uśmiechał i nie mogę, a muszę — wyćwierkała cała zadowolona, a na jej twarzy pierwszy raz wymalował się uśmiech. Tak smakowało zwycięstwo — popsujesz mi renomę wśród znajomych — czarna bluza, granatowa kurtka policyjna i co jeszcze do tego? Frytki? — i nigdy tego nie rób, bo Cię zgubię. Właściwie, jak to ma wyglądać? — to całe opiekowanie się nią. Kiedy i gdzie miał z nią przebywać? Eliot mówił o ochronie, ale nie wdawała się w szczegóły. W głębi duszy liczyła na przystojnego, młodego, hot policjanta, z którym mogłaby... robić rzeczy, które robią dorośli. Za to trafił się jej osobnik w kryzysie wieku średniego.
Tylko szczęka jej opadła.

Kamelie?


Brew pierwszy raz jej drgnęła. Wszystko mogli mieć o niej w aktach, ale nie to. Kamelie symbolizowały honor, miłość, oddanie, jednocześnie były też zwiastunem nowego. To właśnie je dostała od ojca i pierwszy raz ją tknęło. Z resztą informacji wcale nie poczuła się pewniej.
Nie — założyła rękę na rękę. Nie był. Jeszcze. Bardzo chciała, by nim został. W nikogo nie patrzyła tak maślanymi oczyma jak w niego — nie jest nim — ale kim był właściwie Jake? Studentem malarstwa. Pragnęła zostać jego natchnieniem, by całą ją pomalował, a potem by ich ciała tańczyły razem na płótnie — skąd to wiesz? I po co mnie irytowałeś, że nic nie wiesz? — spytała wprost. Widocznie wiedzieli o niej więcej, niż by się spodziewała.
Na całe szczęście wyszła, a on okazał się dżentelmenem.
Odetchnęła z ulgą, gdy ściągnął kurtkę.
Była okropna.
Jak on.
Porsche 718 Boxster — czerwony, szybki, elegancki i nie wołał, aż tak bardzo mam mnóstwo pieniędzy — łap kluczyki — rzuciła nimi prosto w niego. Breloczek z różową pandą zadźwięczał radośnie. Zaraz wsiadali do auta, a Herrera zapięła pasy. Znała zasady.
Jedziemy tutaj i powiedz mi, jaki chciałbyś mieć styl — oznajmiła, wpisując na lokalizacji adres. Rozsiadła się wygodnie, czekając na jego odpowiedź — luzak, artysta, pan elegancik? — właściwie nic do niego pasowało. Chociaż może w skórzanej kurtce wyglądałby dobrze, będzie musiała to sprawdzić — Czy mam dla Ciebie wybrać? — we własnej głowie zadecydowała. Będzie bad boy'em. Taki policjant musiał mieć w głowie same nakazy, reguły i zasady. Zobaczenie go w innym wydaniu wydawało się ciekawe. I pewnie by go rozzłościło. Po kilkunastu minutach jazdy, byli pod jednym z markowych sklepów, a gdy tylko do niego weszli, wzięła głęboki oddech. Zapach luksusu.
Dobra, robimy przemianę tego — wskazała szybkim ruchem na jego strój — nie możesz wyglądać jak menel spod monopolowego — ruszyła szybkim krokiem, spoglądając na wszystko, co znajdowało się na wieszakach — sprawdzimy to, i to — zabierała kolejne wieszaki, odkładając jeden, po drugim na kanapie — o i jeszcze to — kolejne trzy ubrania — jezu, kocham zakupy — zapach nowych ubrań, dobrych, luksusowych perfum i to światło, które wręcz zachęcało, by wziąć kolejną sztukę — faceta jeszcze nie stylizowałam, ale będziesz wyglądać... godnie — wymruczała, robiąc się odrobinę bardziej poważna. Sprawdzała, jak konkretne ubrania ze sobą pasowały, czy dawały odpowiednią energię i co najważniejsze, czy były idealne. W końcu w skompletowała pierwszy outfit.z twarzą już nic nie zrobimy. Idź się przebrać, muszę Cię zobaczyć — zarządziła Herrera z przepięknym uśmiechem na twarzy. Uwielbiała rządzić.
35 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw ds. narkotyków | TPS
Awatar użytkownika
służbista, dobry glina, ale czasem zły. gra zgodnie z zasadami, ale... dla sprawy gotowy jest nagiąć wszystkie reguły. nie umie kompletnie w uczucia, a empatia to dla niego coś jak czarna magia, chociaż pewnie prędzej by coś wyczarował niż kogoś pożałował. przeklina, wybucha, i jest o k r o p n y.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimogą być
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Jego brew też skoczyła do góry, kiedy Camcia rzuciła to, że nie nosi tipsów, tylko żele, bo prawda jest taka, że go to gówno obchodziło... A zresztą czym różnią się tipsy od żeli? Lanssss nie wiedział. Nie interesował się takimi rzeczami. Pazury to pazury. Dla niego te sztuczne to wciąż tipsy, od tipsiary.
Na jej kolejne słowa Lans parsknął, po prostu szczerze parsknął śmiechem i wywrócił oczami.
- A ja tak naprawdę jestem baletmistrzem, ale dorabiam sobie w policji - nie był, źle by wyglądał w rajstopkach. Tak jak nie wierzył w to co ona myślała o sowim ojcu. Bo on zdecydowanie nie był dobrym człowiekiem, a to, że niektóre świństwa, które robił, starał się przysłaniać dobrymi uczynkami, to... ani odrobinę nie działało na jego korzyść.
Znowu wywrócił oczami na te jej teksty z podstawówki...
Camcia Sramcia.
Na temat tego gustu mógłby się z nią kłócić, bo najwidoczniej mieli zgoła odmienny. Ona też w tym jego wcale się nie mieściła, bo Lans lubił naturalne kobiety. A Camcia… nawet paznokcie miała zrobione.
- A ty widziałaś się dzisiaj w lustrze? - nie jego typ, zdecydowanie, wyglądała jak zadufana w sobie smarkula... Którą w sumie była.
Dlatego Lans zaraz jej delikatnie przedstawił co jej się może stać w tym bezpiecznym Toronto, a ona mu nie zesraj się, i wtedy chyba po raz pierwszy powieka mu drgnęła.
Nie zesraj się? Do niego, kiedy on jej tłumaczył, co jej się mogło stać.
Powinien ją puścić samopas i zobaczyć... Jak jej ten łeb rozwalają. Nabrał mocno powietrze w płuca, wypuścił je nosem odchylając do tyłu głowę.
- Zdziwiłabyś się... - zaczął, ale i tak zaraz już jej zarzucał, że ją pojebało, a ona mu, że potrzebuje kwasu...
Chyba potrzebował, ale jakiegoś mocnego LSD, żeby z nią wytrzymać. Będzie ciężko.

Gorzej niż myślał.


Znowu wypuścił powietrze nosem na jej kolejne słowa, pokręcił delikatnie głową.
Dobra. Niech dają do niej kogoś innego, Earla może? Przecież on nie musi wcale prowadzić sprawy Herrery. Co z tego, że pracował nad nią już tyle czasu...
Nie chciał jej oddawać. Ale na pewno nie miał zamiaru się uśmiechać, i kiedy jej pełne usta wygięły się w takowym, to on się tylko skrzywił.
Dużo słów cisnęło mu się na usta, począwszy od tego, że... wcale nie wygrała. Skończywszy na tym, że i tak by go nie zgubiła, ale darował sobie.
- Dwadzieścia cztery godziny jesteś pod obserwacją - wyjaśnił jej spokojnie. A to oznaczało, o zgrozo, czy chciał, czy nie, to stał pod drzwiami nawet jeśli siedziała w kiblu. A pewnie przesiadywała tam godzinami, bo u kosmetyczki potrafiła spędzać naprawdę dużo czasu, i to Lans wiedział... z obserwacji.
Tak jak te niektóre rzeczy, które zaraz jej wyrecytował.
O kameliach wiedział akurat stąd, że kupował je dla niej ojciec.
A o Jake'u… widział jakie wysyłała mu wiadomości, jakie zdjęcia w samej bieliźnie... Ona o tym nie wiedziała, ale policja już od jakiegoś czasu miała ją na podsłuchu i podglądzie. Chcoiaż akurat te fotki najmniej interesowały Lansa.
Tak samo jak to, czy była dziewczyną Jake'a, to znaczy zainteresowało go to odrobinę, ale dla sprawy, bo może... przez niego by coś z niej wyciągnął?
Zaraz jednak zapierała się, że nie, wiec Gardner machnął na to ręką, nie jego sprawa właściwie.
Zignorował jej pytanie, skąd to wie, niech się zastanawia i głowi, i dotrze do tej ślicznej główki, że wiedzą więcej niż jej się wydaje. I o niej, i o jej ojcu.

Wyszli przed komendę.


A Lans naprawdę powiódł spojrzeniem za jakimś autem, które nie rzucałoby się w oczy, ale zaraz...
pytał jej czym ona jeździ. Porszakiem. Czego mógł się spodziewać?
I w zasadzie kiedy rzuciła mu te kluczyki, a on stanął przed tym czerwonym, szybkim wozem, to chyba wtedy... pierwszy raz się uśmiechnął. A niebieskie oczy błysnęły mu jakoś wesoło, ale zaraz zakładał na nos ciemne okulary.
- Ale pozerskie auto... - prychnął, ale chciał się nim przejechać. Kurewsko. Przesunął palcami po masce, zanim wsiadł do środka.
- Pas - rzucił zanim go zapięła, ale widział, że po niego sięgała. Kolejny mały plusik?
Sam też zapiął, a zaraz wyjeżdżał z parkingu, oczywiście, że na pierwszej prostej musiał go rozpędzić do setki. 4 sekundy, tyle potrzebowało. Silnik mruczał jak drapieżny kot, kiedy Lans dodawał mu gazu. Szybkie, sportowe wozy to chyba jedyna rzecz, której zazdrościł bogaczom, bo miał do nich słabość.
- Naprawdę? - uniósł brew na jej pytania o styl, a auto skierował we wskazane miejsce, chociaż nie tak jak pokazywała nawigacja, bo pojechał jednokierunkową i skrócił drogę o kilka minut. No bo... kto mu wlepi mandat? - Normalny styl, taki jak mam - stwierdził.
Ale zaraz okazało się, że ten jej nie odpowiadał, bo wyglądał jak menel spod monopolowego, ciekawe gdzie menele chodzą w takich markowych bluzach, jeansy też miał normalne i adidasy.
Lans właściwie zerknął tylko na jakąś cenówkę na zwykłej, białej koszulce. On za to w sieciówce kupiłby dziesięć takich samych koszulek, bo jak zdjął bluzę przez głowę, to taką samą miał właśnie na sobie. Białą, zwykłą koszulkę, która mu się podwinęła i Camcia mogła zobaczyć, że wcale nie miał pod bluzą bojlera, tylko kaloryfer i jeszcze więcej tatuaży.
- Co to znaczy godnie? - zapytał rzucając swoją bluzę gdzieś na kanapę, na której ona ułożyła już cały stos ciuchów. Przerażało go to, bo on... nienawidził zakupów.
Wywrócił oczami na ten jej tekst na temat jego twarzy, ale poszedł się przebrać.
Dość sprawnie mu poszło i zaraz stanął przed przymierzalnią... z wymalowanym na tej twarzy grymasem. Nawet język jej pokazał.
- I co? To nie wygląda jak menel? Jak książę, czy coś? - mruknął i obrócił się dookoła prezentując jej. Ciuchy dobrze na nim leżały, wszystko na nim dobrze leżało. Chociaż drogie jeansy może lepiej układały mu się na tyłku? Bo te jego były trochę znoszone - a ta koszulka to w ogóle... taka sama jak moja - rzucił podwijając ją trochę do góry. Wizualnie tak, była taka sama, ale materiał był inny i Lans czuł to pod palcami. Poprawił kurtkę na ramionach, i jeszcze założył na nos okulary zanim się przejrzał.
- To co? Może być? - teraz spojrzał na Camcię - możemy już iść? - chyba założył, że będzie cały czas chodził w jednym. Ale ona już mu prezentowała całą górę ciuchów... - to co jeszcze mam przymierzyć? - westchnął ciężko, ale może lepsze to... niż miałby siedzieć trzy godziny i czekać, aż zrobi sobie nowe paznokcie.
Chociaż pewnie to też go czeka.

annoying princess °⋆🪷.ೃ🪞✨࿔*:・
zgrozo srozo
!!!jak coś to lans, a nie lance!!! nie mylić no!!!
22 y/o
For good luck!
163 cm
studentka sztuki
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

🛒🛍️✨ new, hot Lans 🧥👜🥾

Tragedia antyczna.
Jakich innych słów mogłaby użyć, by określić zachowanie Lansa? Był stary. Antyk idealnie pasował. Nie na tyle, by zostać jej rodzicem, chociaż i tego pewna nie była pewna. Dodatkowo atakował jej ojca. Nie chciało się jej strzępić ryja.
Chociaż z chęcią zobaczyłaby go w stroju baletnicy.
Kiwnęła głową.
Oczywiście, że widziała się w lustrze. Dlatego wiedziała, że każdy element stroju jest w stu procentach dopracowany. Wszystko leżało na niej idealnie, podkreślając kształty ciała. Sukienka odsłaniająca wystarczająco, by głowa Jake'a pracowała, ale nie na tyle by uznać ją można było za niewłaściwą.
Nie zdziwiłaby się. Była wręcz szczerze przekonana, że gadanina Lansa miała przypominać słaby horror. Na tyle by się wystraszyła i nie narzekała. Nie uważała samej siebie za słabą. Bycie osobą popularną wymagało od niej sporo wyrzeczeń. Mniejszych, ale też tych większych. Jednym z nich było ignorowanie nieistotnych faktów. Mógł jej zdrowo paplać o wszystkim, ale życie go zweryfikowało. Toronto należało do jednych z najbezpieczniejszych miejsc na kuli ziemskiej. Praktycznie wszędzie znajdowały się kamery, a ona mieszkała w drogim, luksusowym apartamencie. Miejsce bardziej przypominające zamek z fosą, strzeżone przez smoka. Tak, czuła się bezpiecznie i nadęty policjant tego nie zmieni.
Czyli będziesz ze mną mieszkał? — dopytała, przekręcając głowę. O zgrozo, przez całe ciało przeszły niesamowite dreszcze. Gdyby tylko o tym wiedziała, to by się nie zgodziła. I co? Jeszcze miałaby go karmić? Już miała go ubrać. Westchnęła ciężko, masując się po skroniach — co oznacza dwudziestoczterogodzinna obserwacja? Nie jestem gliną, a chcę wiedzieć, ile będziesz się za mną ciągnął. Myć się będziesz? Albo nie wiem... do toalety pójdziesz? — każdy miał swoje potrzeby fizjologiczne. Camille o tym wiedziała. Dlatego jego słowa ją przeraziły. Była księżniczką. Uwielbiała atencję od innych ludzi.
Tylko nie na taką liczyła.

Zauważyła jego uśmiech. Wbrew pozorom lubiła obserwować innych ludzi. Jej auto miało prawdziwą klasę. Jedynie kolor mógł przykuwał uwagę innych ludzi. Pozerskie auto? Spojrzała krótko na niego wymownie. Piękne, błyszczące auto, praktycznie pachnące nowością. Bywały gorsze. Camille wolała szybkość, to uczucie wiatru we włosach, kiedy rozwiewały się we wszystkie strony. Rozsiadła się wygodnie w aucie, puszczając w tle jakąś muzykę.
W drugą stronę ja jadę — oznajmiła, wbijając w niego błękitne tęczówki — chyba że odszczekasz to pozerskie auto — i łatwo mu tego nie zapomni. Oby nie była to ostatnia jego jazda porszaczkiem — przecież zapinam się już, proszę pana — strzeliła oczyma. Przynajmniej jechał, tak jak należało. Szybko. Uwielbiała wsłuchiwać się w mruczący silnik. Żałowała jedynie, że nigdy nie mogła sama nacisnąć na gaz. W trakcie jazdy praktycznie nic nie komentowała.
Tak — wbrew pozorom chciała usłyszeć jego zdanie. Mogła go ubrać na własne widzimisię. W końcu tylko takie ubrania mogły być w sklepie, ale nie. Wolała przynajmniej częściowo go wysłuchać. Tyle że na ten normalny styl z jego ust to parsknęła głośnym śmiechem. — twój styl pachnie tanizną, a masz być moją rodziną podobno. Nie jakimś chłopcem z blokowiska — skoro ustalili, że miał być członkiem rodziny Herrera, to musiał umieć się pokazać. Wystarczyłoby, żeby ktoś spojrzał na metkę i Vanessa zdałaby sobie sprawę z kłamstwa — sama wybiorę — z jego zdaniem nie dało się liczyć. Na szczęście znajdowali się w jej miejscu, gdzie mogła szybko przebierać w rzeczach.
Na tyle dobrze, by móc się ze mną pokazać — by nikt nie uznał go stalkera, lub nie stwierdził, że Herrera prowadzi jakiś projekt społeczny. Wysłała go do przebieralni i... wyglądał dużo lepiej. Może gdyby był młodszy? Nie. Chociaż może? Zlustrowała wzrokiem jego tatuaże oraz brzuch, nie okazujący się bojlerem. Dobra, odrobina zmian i mogła wychodzić z nim na miasto.
Lepiej — wbiła w niego wzrok, lustrując każdy najmniejszy szczegół. Nawet tyłek miał dobry jak na starucha — chodź tu do mnie. Nie wystarczy ubrań ubrać, trzeba je odpowiednio ułożyć — mruknęła, podwijając mu rękawy kurtki. Przez kilka sekund zatrzymała się, oglądając tatuaże. Uwielbiała je. Sama chciała, ale panicznie bała się igieł — ma inny materiał, inny odcień i cała jest inna — znów podwinął koszulkę? Znów jej wzrok padł tam, gdzie nie powinien. Kusił ją. She's just a girl, nie mogła się powstrzymać — twoje ciało w niej odpocznie — mruknęła, unosząc ku górze oba kąciki ust. Patrząc na jakość jego ubrań, to skóra musiała się w nim wręcz parzyć. Luksus oznaczał wygodę, ale też higienę.
Tak, to tak — kiwnęła głową, ale praktycznie od razu dała mu kolejny zestaw teraz to — spojrzała na górę ubrań i chwyciła jeszcze kilka rzeczyi jeszcze to — w końcu zaczęła analizować. Ile tak właściwie powinien mieć outfitów? Dwa? Cztery? Nabrała głęboko powietrza, poważnie się nad tym zastanawiając — ile potrwa ta obserwacja? Nie wiem, ile ubrań mam Ci szykować — liczyła na... dwa dni? Może trzy? Przecież nie ciągnąłby się za nią w nieskończoność jak cień. Całej szafy ubrań też nie miała zamiaru mu kupować. Sponsorką zostać bynajmniej nie chciała.
Hm... — mruknęła, przechylając delikatnie głowę, kiedy wyszedł w outficie ze skórzaną kurtką. Ten nie, wyglądał na lamusa — głodna jestem — dwie i pół godziny do zajęć — pojedziemy na kawę i ciastko? — fit sernik i matcha w jej języku — co ty tak właściwie lubisz jeść? Pączków nie zjem, są tłuste i lepią się do palców — policjanci jedli pączki. Zbyt wiele razy widziała to w telewizji, by móc pomyśleć inaczej — jeszcze to i pójdę zapłacić — i podała mu ostatni outfit bardziej elegancki. Kiedy tylko wszedł do przebieralni, chwyciła za telefon.
Aaaaaa — pisnęła niczym zarzynane prosie, a kiedy Lans wyszedł, widział ją. Całą radosną, zakrywającą policzki własnymi dłońmi, bo... dostała dick picka od Jacka — nie wieeeerzę — czy to właśnie oznaczało związek? Z wypiekami wpatrywała się w telefon, jakby zobaczyła najpiękniejszą rzecz na słońce. Może tak właśnie było? Pójdą w końcu razem do łóżka.
35 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw ds. narkotyków | TPS
Awatar użytkownika
służbista, dobry glina, ale czasem zły. gra zgodnie z zasadami, ale... dla sprawy gotowy jest nagiąć wszystkie reguły. nie umie kompletnie w uczucia, a empatia to dla niego coś jak czarna magia, chociaż pewnie prędzej by coś wyczarował niż kogoś pożałował. przeklina, wybucha, i jest o k r o p n y.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimogą być
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Toronto mogło być bezpieczne, a jednak policja miała pełne ręce roboty. Tutaj Herrera, który handlował prochami, tam Galen Wyatt i jego kontenery, i jeszcze Franki Ferrari, który z Gonzalesem przemycał broń...
Może tego nie było widać na ulicach, gdzie każdy ruch śledziły kamery, ale w ślepych zaułkach... Jacyś ruscy mogli nie tylko połamać jej zgrabne nogi, ale pociąć nożem tę buźkę. I może Lance nawet by jej to powiedział.

Uświadomił ją.


A jednak już rozmawiali o tym, czy będą razem mieszkać.
Gardner wywrócił oczami, wcale mu się to nie uśmiechało. W ogóle. Ale z drugiej strony, to co miał stać u niej przed apartamentem? Na wycieraczce?
- Czyli będę z tobą mieszkał... - powtórzył po niej i skinął głową. Wiadomo, że to nie tak, że się do niej wprowadzi i będzie musiała go utrzymywać, jednak za takie rzeczy płaciła policja, skoro on działał pod przykrywką. Na jej kolejne słowa wywrócił niebieskimi oczami - nie, będę kurwa robił w pampersa, żeby cię pilnować... Jesteśmy dorośli Cami, więc chyba się dogadamy - stwierdził, chociaż nie był tego pewny. Z każdym jej słowem coraz mniej...
Dali mu do pilnowania smarkulę, to czego on się spodziewał? Że po prostu się dogadają, że nie będą sobie wchodzić w drogę? I każde będzie wykonywało swoją robotę? On będzie,

ale czy ona mu na to pozwoli?


Znowu strzelił niebieskimi ślepiami, chociaż może tego nie widziała pod ciemnymi okularami? Kiedy powiedziała mu to, żeby odszczekał, to co rzucił na temat jej auta. Oczywiście, że nie zamierzał, ale prowadzić też nie miał zamiaru jej dać, i to było przecież ze względów bezpieczeństwa, jakże by inaczej? Przecież nie chodziło o to, że zakochał się w jej samochodzie, kiedy tylko usiadł za kierownicą, kiedy dociskał mu gaz do dechy.
- Musimy ustalić trochę rzeczy. Na przykład ja prowadzę, w razie gdyby ktoś za nami jechał... - zerknął na nią kątem oka - i zawsze zapinamy pasy jak tylko wsiądziemy - to też pomagało w razie jakiegoś pościgu, bo nie będą przecież wtedy szarpać się z pasami.
Jechało się dobrze, bo w ciszy, chociaż kiedy Camcia zaczęła znowu rozprawiać o jego stylu, jak chłopiec z blokowiska, to Lans się skrzywił. Najczęściej pracował wśród jakiś dilerów, to tam się wkręcał, bo przecież robił przy prochach, więc chyba nie ma się co dziwić?
Chociaż z drugiej strony, ostatnio prowadził też sprawy z kokainą w tle, a to już trochę inny klimat, bardziej klubowy. Ale dzisiaj wcale nie wyglądał, jakby wychodził do klubu. Może gdyby musiał, to zrobiłby research i dowiedział się w czym chodzą bogate dupki, ale skoro miał przy sobie Camille,

to postanowił zdać się na nią.


Chociaż w tej jednej rzeczy mogła być przydatna. W wybraniu mu jakiś ciuchów. To nie była jego pierwsza robota pod przykrywką, więc Lans wiedział, że od tego trzeba zacząć.
Pokazał jej się w tej pierwszej wybranej przez nią stylizacji. Nie było najgorzej, całkiem normalnie, skręcił się kilka razy sprawdzając, czy te ubrania nie ograniczają mu ruchów, było dobrze.
Chociaż ona uznała, że nie do końca i zaraz poprawiała mu rękawy.
- A jak będzie mi zimno to też mam tak chodzić, bo jest stylowo? - zapytał i zawiesił niebieskie tęczówki na jej twarzy. Stali tak blisko, że uderzył go mocny zapach jej drogich perfum. Zauważył, że spojrzała na jego tatuaże, sam też spuścił na moment spojrzenie. A zaraz poprawiał koszulkę podwijając ją na moment i odsłaniając idealnie wyrzeźbiony brzuch - cała inna... - powtórzył po niej, przedrzeźniając ją, bo nie do końca się zgadzał, chociaż ta, którą mu wybrała była w porządku - to się okaże czy odpocznie... - i znowu strzelił oczami. Bo prawda jest taka, że Lans nie odpoczywał w robocie, poświęcał się jej w tu procentach. I tym razem też pewnie tak będzie.
Już i tak sporym wyzwaniem było to robienie przed nią za modela. Spojrzał na kolejny zestaw ubrań - tyle, ile trzeba, póki nie... znajdziemy twojego ojca - póki go nie znajdą i nie zamkną oczywiście, ale tego nie musiała wiedzieć. Nie powinna nawet.
Pokazał jej się w kolejnych ciuchach, ale jemu też się nie podobały, zupełnie nie jego styl, chociaż skórzana kurtka była fajna. Ją wziął. Bluzę też. Jeszcze kilka markowych koszulek i jakieś jeansy.
A kiedy powiedziała to, że jest głodna, to skinął głową.
- Dobra, to weź po prostu jeszcze coś na czuja, co uważasz, że będzie pasowało, a potem możemy iść coś zjeść... - w zasadzie myślał o jakimś obiedzie, ale kiedy powiedziała o tej kawie i ciastku, to uniósł jedną brew - takie laski opychają się ciastkami? - czy on właśnie nazwał ją laska? Chyba tak...
- Nie lubię pączków, może jakiś stek? - Lans w ogóle nie przepadał za słodyczami, ze słodyczy to on wolał mięso...
Na jej kolejne słowa złapał ją gdzieś za łokieć, zatrzymał.
- Pojebało cię? - znowu? - ja płacę, ty możesz za to... - pokazał jej bokserki, które też wybrała, ale może nie jemu tylko Jake'owi?
I tak za swoje ubrania Gardner płacił policyjną kartą, w końcu... akcja pod przykrywką wymagała od niego zakupu ubrań, w których nie będzie się wyróżniał.
Kiedy tak pisnęła to zaraz stanął obok niej poprawiając na sobie skórzaną kurtkę, bo jednak postawił na zwykłą białą koszulkę, czarne jeansy i skórę. Zamierzał też za nie zapłacić, więc oderwał metki uprzednio informując ekspedientkę, że jest z policji i to służbowe zakupy, nawet dał jej kartę, kiedy Camcia zajęta była telefonem.
- Co jest? Ojciec się odezwał? - zapytał od razu... A potem bez jakiegoś ostrzeżenie pochylił się, żeby zajrzeć w wyświetlacz jej telefonu. Uniósł jedną brew, a niebieskie tęczówki przesunęły się na jej twarz.
- Ja pierdolę, też nie wierzę... - pokręcił głową, a kiedy sprzedawczyni zapakowała mu zakupy i oddała kartę, to ruszył do wyjścia - no to na co chcesz iść, na jakieś rurki z kremem? Hot-dogi? Czy coś? - zapytał jeszcze pijąc do tego zdjęcia, a torby z zakupami zapakował do bagażnika. Zakręcił na palcu kluczykami od samochodu.
- Ile mamy czasu? I jesteś głodna, czy chcesz tylko coś słodkiego? - bo to były dość ważne kwestie. Gardner wychodził z założenia, że jeśli coś robić... to dobrze. I tak zamierzał podejść do tej sprawy.

Camille Herrera
zgrozo srozo
!!!jak coś to lans, a nie lance!!! nie mylić no!!!
22 y/o
For good luck!
163 cm
studentka sztuki
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lancelot A. Gardner

Cami? Aż uniosła wysoko brwi. Nie dość, że miała ogon. To jeszcze będzie z nim mieszkała. Co prawda miała pokój gościnny, ale nie potrafiła sobie wyobrazić mieszkania z kimś. Zwłaszcza z nim. Gardner przypominał najgorszy koszmar. Zachowywał się niczym ojciec. Straszył ją światem zewnętrznym, na co ona nie byłaby w stanie przystać. Wystarczyło spojrzeć za okno, by zobaczyć piękno Toronto. Bezpieczeństwo gwarantowane przez policję, miliony kamer oraz surowe prawo, które wręcz gwarantowało spokój. W głowie powstawały pierwsze plany ucieczki. Bo czy... stałby pod drzwiami, gdyby chciała spotkać się z Jake'm? Możliwe. Ucieczka wydawała się niesamowicie kusząca.
Westchnęła ciężko, strzelając oczyma. Kochała własne auto. Mruczenie silnika, przyśpieszenie do setki w kilka sekund, a przede wszystkim podgrzewaną kierownicę, grzejącą ją w dłonie, gdy temperatura w Toronto schodziła poniżej zera. Jeszcze tak niedawno miasto było pokryte śniegiem. Chociaż siedzenie na miejscu pasażera właściwie jej odpowiadało. Zwłaszcza że przy panującej ciszy mogła oglądać tiktoki. Czasami zadziwiały ją trendy. Takie jak otwieranie okien, aż skrzywiła się. Amerykanie są przedziwni. W Meksyku okna zawsze otwierała. Świeży powiew wiatru potrafił przynieść ze sobą odrobinę weny. Za to tiktok? Ogłupiał. Aż westchnęła teatralnie i schowała telefon do torebki. Nuda. Nienawidziła jej.
W pierwszej stylizacji wyglądał dobrze. Wręcz piekielnie dobrze. Ubrania pasowały mu, podkreślały najlepsze cechy budowy ciała Lansa, a Camille nie była w stanie oderwać od niego oczu. Drobne poprawki i wyglądałby jak człowiek z jej świata. Uniosła ku górze oba kąciki ust.
Zgadza się — i kiedy tak stała, nie mogła oprzeć się spojrzeniu na jego dobrze wyrzeźbione ciało. W głowie porównała je do Jake. On był chudy, artystyczny z wolną duszą, ale ciało miał na poziomie chuderlaka, za to stojący przed nią tatusiek był hooot, ale trzeba było go ubrać. Cała inna? Zmarszczyła brwi, po czym strzeliła mu kuksańca w bok. Westchnęła ciężko i odwróciła się na pięcie. Przecież nie będzie przejmowała się pierdołami. Irytował ją. Koszulki nie różniły się nawet kolorem. Ona wybrała mu ciepłą biel, a tamta jego przypominała śmietankę. Rozumiała, że mężczyźni nie znają się na kolorach, ale czy Gardner znał się na czymkolwiek oprócz narzekania? Nie. Będzie musiała mu pokazać jej świat, jeśli miał zamiar spędzać z nią całą dobę.
Chyba że prędzej od niego ucieknie.
Mógłbyś tak nie ociekać negatywnością? Zaburzasz mi moje feng shui — przyszedł wielki pan maruda. Aż zaczęła się zastanawiać, czy cokolwiek mu się podobało. Markowe ciuchy nie różniły się od niemarkowych. Auto nie takie. Ciało nie odpocznie. Brakowało jej w nim popłynięcia z nurtem. Zanurzenia się w nim i płynięcia przed siebie. Chociaż może był po prostu zwykłym służbistą?
Tyle ile będzie trzeba?
Nie spodobała się jej ta odpowiedź. Jeśli miała spędzać z nim całe dnie, szykować na imprezy, to wydawało się jej nierealne. Przypominał się jej Meksyk, gdzie by wyjść, musiała zabierać ze sobą ochroniarza. Wtedy nikt nie chciał do niej podchodzić, ani nawet z nią rozmawiać.
Cudownie — zaklaskała w dłonie — laski? Wow, czy to awans społeczny z uczennicy? — nie byłaby sobą, gdyby nie postanowiła wbić mu delikatnej szpileczki. Uwielbiała to uczucie wygranej. — tak, jemy ciastka. Coś wytrawnego znajdę coś dobrego — i nawet jedno miejsce już pojawiło się w jej głowie. Nie było oczywiste, a miała w sobie pierwiastek wyjątkowości.
Co? — spytała, a gdy usłyszała, o co chodzi... to zaśmiała się, kręcąc głową — to płać za siebie, panie męska duma ucierpi — w końcu kobieta nie mogła za nie zapłacić. Dla niej takie zakupy przypominały zwykłe mrugnięcie okiem. Nawet nie zdawała sobie sprawy, ile pieniędzy miała na koncie. Raz na jakiś czas dostawała przelew od ojca, chociaż... od jakiegoś czasu się do niej nie odzywał i faktycznie zaczynała się martwić.
Co? — spytała, a gdy zajrzał do jej telefonu, oblała się rumieńcem. Nawet przez makijaż był on niesamowicie widoczny. Ruszyła w stronę auta, ale zatrzymała się na jego pytanie — panie policjancie, czy jest pan gejem, że daje takie jednoznaczne propozycje? Chcica wzywa? — parsknęła, kręcąc głową i finalnie wsiadła do auta.
Półtora godziny, ale to miejsce jest blisko — zmierzali wprost do Fox on John. Chwila jazdy i już znajdowali się na miejscu. Za dnia lokal był jednym z bardziej stylowych miejsc, za to w nocy był idealnym miejscem na imprezę. Przede wszystkim te cudowne drinki... Na każdy z nich miała ochotę. Usiedli przy jednym z wolnych stolików.
Właściwie, to jak się nazywasz? — wystawiła głowę znad menu. Na razie to określała go jako utrapienie, bezguście, gościa ubranego w menelskie ubrania — nie słuchałam wtedy — liczyła wtedy jeszcze, że dadzą jej żyć w samotności, ale przeliczyła się — masz dziewczynę? Ulubiony kolor? Powiedz mi coś o sobie, bo ty wiesz o mnie więcej... — a wiedza była władzą. Nawet Camcia to wiedziała.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”