Lilian nigdy nie była uosobieniem dobrych manier, jednak nie dało się zaprzeczyć, że lata spędzone pod czujnym okiem babki wpoiły jej odrobinę ogłady.
Mimowolnie przesunęła spojrzenie ku otaczającym ich zaroślom, które nagle wydały się jej uboższe niż wcześniej. Były nie tylko przerzedzone i wydeptane, lecz miejscami także celowo przycięte, aby nie utrudniać nikomu przejścia.
W końcu potaknęła na słowa Nico, po czym znowu wlepiła wzrok w jego twarz i wsłuchała się w kolejną wypowiedź.
—
Najważniejsze, że się jakoś dotarli. Może następnym razem spotkamy się na ich ślubie — zażartowała i jednocześnie mocno rozbawiona tą dziwną aluzją, dwukrotnie machnęła przed twarzą dłonią, jakby próbowała odgonić tego typu spostrzeżenia.
Choć nie pozostawiało wątpliwości, że Judy i Taylor rzeczywiście do siebie pasowali, nie miała pewności, czy przewrotny los po raz trzeci skrzyżuje jej drogę z Nico. Siedząc naprzeciw niego, wciąż pozostawała w nieświadomości. Nie wiedziała przecież, że na dobre wrócił w okolice rodzinnej miejscowości. Ba! Był nawet bliżej, niż mogła sądzić.
Jeżeli chodziło o ich kolejnego znajomego z liceum, to Randall nigdy nie podobał się Lilian, ale nie przywykła do tak otwartego oceniania ludzi. Nawet nie przypuściła, że Nico mógł ją sparować z tym dosyć specyficznym bawidamkiem. I chyba gdzieś wiedziona jego błądzącymi myślami również odnalazła spojrzeniem Randalla, na którego widok jedynie prychnęła.
—
Mówisz, jakbyś był moim bratem, a przecież... — urwała w połowie i natychmiast przygryzła dolną wargę.
A przecież, co, Lilian? Zganiła sie od razu i speszona własną lekkomyślnością ponownie skupiła się na tym nieszczęsnym Randallu. Akurat błaznował, próbując gdzieś dostarczyć cztery kubeczki z piwem.
—
Wiem, że niczego nie próbowałeś mi zarzucić — zreflektowała się i choć na twarzy Lilian ponownie pojawił się uśmiech, któremu towarzyszyło urocze zmarszczenie nosa, to jej serce właśnie odbiło się czkawką. Nie chciała przypadkiem wprowadzić niekomfortowej atmosfery. Zwłaszcza, że znowu mogli ze sobą porozmawiać tak prosto i zwyczajnie, jak znajomi.
Na początku chciała to usłyszeć. Pod świadomie, głęboko i egoistycznie chciała usłyszeć, że nikogo nie miał, chociaż zarazem szczerz życzyła mu szczęścia. Nie rozumiała tych dwóch sił, które zderzały się w jej wnętrzu i przekrzykiwały jedna przez drugą.
Wzrok Nico zatrzymał się na jej oczach z taką intensywnością, że nie potrafiła odwrócić spojrzenia.W końcu otworzyła usta, lecz niezdolna wydobyć z siebie choćby słowa, jedynie przytaknęła. O ile wcześniej była zaskoczona, to po usłyszeniu kolejnej informacji Lilian całkowicie zamurowało.
Milczała. Uniosła brwi, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, jakby szukała punktu zaczepienia; czegokolwiek, co pozwoliłoby jej ostudzić myśli.
—
Naprawdę nie wracasz? — zapytała w końcu, jednak nawet nie zdążyła ponownie skupić się na Nico, bo na niebie rozbłysły się fajerwerki. Intuicyjnie uniosła głowę. Kolorowe światła odbiły się w jej ciemnych oczach, rozpraszając umysł, który raptem przed chwilą krążył wokół słów Nico. Ta noc należała do innych. Próbowała to przyswoić; przyswoić, że naprawdę wrócił i nieświaodmie przestawił świat do góry nogami.
Nagle gwałtownie poderwała się z miejsca i złączyła dłonie jak do modlitwy. Zamknęła oczy i zacisnęła usta, i przez dobre kilkanaście sekund wyglądała, jakby intensywnie coś rozważała. Nico na pewno wiedział, że właśnie wypowiadała życzenie. W końcu kiedyś robiła to przy nim wielokrotnie.
Lilian miała dziwny nawyk. Nie wierzyła w moc życzeń wypowiadanych przy spadających gwiazdach. Zamiast tego wolała pokładać nadzieję w fajerwerkach, których głośne wybuchy, w jej przekonaniu łatwiej przebijały się do nieba. A w tym momencie ponownie chciała, aby Nicolas Rosenhall był szczęśliwy.
Gdy uchyliła powieki nic się nie zmieniło. Wystrzały nadal wesoło migotały nad ich głowami, ale nie musiała już tak się na nich skupiać, więc opuściła dłonie wzdłuż ciała i delikatnie wzruszyła ramionami.
—
To... — Trochę przytłoczona nadmiarem informacji; trochę zawstydzona tym, co swędziało ją w gardle, dwukrotnie stuknęła czubkiem buta w podłoże. —
To może powinniśmy któregoś dnia... —
się spotkać?. Nie zapytała. Tak jak wystrzał fajerwerek, tak również teraz coś im przerwało. Kawałek dalej, na innej ławce usłyszała siarczyste przekleństwo i dalszą tyradę na temat późnej godziny i ostatniego autobusu z Oakville do Toronto.
Spłoszona, sarnimi oczami przeskoczyła z obceo chłopaka, który w popłochu dopijał puszkę piwa do Nico. Tak bardzo chciała z nim zostać i dłużej porozmawiać; o tym dlaczego rzeczywiście zrezygnował z Vancouver, co zamierzał teraz robić i gdzie mieszkać, jednak czas diametralnie się kurczył.
—
Nico, ja... przepraszam. Muszę, no wiesz, muszę iść — wydukała i wskazała kciukiem na ścieżkę, prowadzącą na plac. Zaczęła powoli się wycofywać, a jednocześnie wciąż z żalem spoglądała na chłopaka, jakby nie godziła się z końcem tego pożegnania. Niestety pod wpływem wszystkiego co czuła, nie miała odwagi dokończyć pytania i poprosić, aby spotkali się... kiedykolwiek. —
Do zobaczenia? — I pobiegła na autobus.
Nico Rosenhall