—
Od kiedy Emma to obca baba? Myślałam, że się przyjaźnicie — spojrzała na nią ze szczerym zdziwieniem. Jeszcze mogłaby zrozumieć, jakby April nie chciała jej przekazać buziaków od kelnerki z baru, ale od Emmy? To już lekka paranoja!
Zdarzało jej się wysyłać zdjęcia z akcji, o ile miała wolną chwilę. Albo po akcji. Nie były to żadne seksowne fotki, jak te, które Finch robiła sobie w windzie, ale trudno wyeksponować dekolt, kiedy ma się na sobie odzież termiczną i uniform. Ukochanej musiały wystarczyć zdjęcia, na których Teddy miała umorusaną sadzą twarz. Albo te, do który pozowała z kolegami. Miała też jakieś z Riley, ale nie była na tyle durna, żeby wkuriwać nimi narzeczoną.
—
Następnym razem poproszę Jetta, żeby cyknął mi fotkę, jak znoszę staruszkę po drabinie — oznajmiła, bo skoro nie musiała to być zawsze szatni, to niech April wie, jaką miała nieulękłą kobietę! —
Wysłałabym ci też takie spomiędzy płomieni, tylko nie wiem, czy mój telefon to przetrwa. Niby jest wodoodporny, ale czy jest żaroodporny, tego już nie napisali — dodała, wyobrażając sobie etui na iphone'a w kształcie brytfanki do pieczenia.
Nie podobało jej się, że zwycięstwo przyszło tak łatwo. Jaka to frajda? Gdzie napięcie, które ściska żołądek tuż przed finałem? Gdzie dreszcz niepewności i ta adrenalina, która sprawia, że serce bije szybciej? Bez tego wszystko wygrana nie miała żadnego smaku! Jak widać, Darling zawsze potrzebowała wyzwań, nawet w głupich grach wideo. Grając w pojedynkę, zawsze podnosiła sobie poprzeczkę, wybierając trudniejszy poziom niż ten standardowy. Nie chodziło jej o samo zwycięstwo, ale o drogę do niego. O te wszystkie momenty zwątpienia i o satysfakcję, która przychodzi dopiero wtedy, gdy naprawdę trzeba było na nią zapracować. Dlatego teraz była taka niepocieszona!
Na szczęście April chciała grać dalej. I poszło jej znacznie lepiej, niż w pierwszej rundzie. Właściwie to poszło jej wyśmienicie, bo przybyła na metę jako pierwsza! W przeciwieństwie do Teddy, która na ostatnim zakręcie najechała na minę i wyjebało ją gdzieś poza tor. No nic, przynajmniej teraz miały remis i zabawa zaczynała się od nowa!
—
I kto by pomyślał, że byłaś gotowa poprzestać na jednym wyścigu? — pokręciła głową z udawanym niedowierzaniem. —
To było niesamowite, serio! Ale teraz przykryj się, dobrze? — nie czekając na odpowiedź, zarzuciła z powrotem koc na ramiona ukochanej. Zwycięstwo zwycięstwem, ale nie mogły się tak wydurniać. Zaraz się wychłodzą po przegrzaniu z nadmiaru emocji i tyle z tego będzie.
Teddy przez chwilę zastanawiała się, czy nie zmienić postaci i pojazdu, ale przecież nie zmienia się zwycięskiego składu. Każdy o tym wiedział. Co z tego, że to nie koszykówka ani siatkówka.
—
Dalej, Rosalino — zwróciła się do kosmicznej czarodziejki, która na pewno nie bez powodu była nazywana opiekunką wszechświata. —
Pokażmy Księżniczce Peach, gdzie jest jej miejsce — rzuciła April wyzywając spojrzenie i zacisnęła mocniej palce na kontrolerze.
Tym razem start miała dobry i równy. Mogła zręczniej wejść w niektóre zakręty, ale przynajmniej nie wybuchała przy pierwszej, lepszej okazji i tylko raz wpadła w poślizg gdzieś na drugim okrążeniu. Na metę wleciała jak strzała, więc nic dziwnego, że całość podsumowała gestem, jakby strzepywała kurz z ramienia.
—
Jeszcze trochę ci brakuje, żeby mi dorównać — powiedziała nonszalancko, jednak nie potrafiła zbyt długo zachowywać się w taki sposób. Nie była przemądrzałą pizzą, która lubiła się wywyższać. Natychmiast dopadła do Finch i zaczęła obsypywać ją miliardem drobnych buziaków. A potem jeszcze troskliwie przyłożyła dłoń do jej czoła. —
No dobra, to jest moment, w którym aplikuję ci drugą tabletkę paracetamolu, bo dalej jesteś rozpalona. Zawsze jesteś gorąca, ale teraz to już ewidentnie przeginasz — zadecydowała i zwlekła się z kanapy, żeby wygrzebać odpowiednie piguły z szafki, w której trzymała pojemnik z lekami. Między innymi po tym Teddy kojarzyła, że była dorosła - miała szafkę na leki i pudło na kable USB.
Musiała jeszcze zastanowić się nad absurdalnym zadaniem dla April. Kiedyś pewnie kazałaby jej wysłać jakieś sprośne wiadomości do kogoś. Albo zdjęcie cycka. Ale teraz jakoś nie bawiły ją takie rzeczy.
—
Kojarzysz panią Twocock, która mieszka pod nami? — zapytała, z myślą o podstarzałej sąsiadce. Oczywiście, że Finch musiała ją kojarzyć. Ta kobieta nigdy nie odpowiadała im dzień dobry i rzucała im takie spojrzenia, że gdyby wzrok mógł zabijać, to obie dawno padłyby trupem. A wszystko pewnie przez te jęki, które niosły się na dół. —
Musisz namówić ją, żeby ugotowała nam coś zajebistego. Powiesz, że jesteśmy chore i w ogóle. Kto wie, może się nad nami zlituje i zrobi nam rosół? — wzruszyła lekko ramionami. To było niemałe wyzwanie. Zdawało się, że pani Twocock nie lubiła nikogo, a ich to w szczególności.
włos koloru blond, roześmiana twarz, w twoich oczach własny swój ocean masz