Uśmiechnął się mimowolnie na słowa pośredniego z braci; nawet nie zdawali sobie sprawy, jakie newsy ich czekały! Z pewnością następnym razem nie da o sobie zapomnieć, bo teraz ewentualny obszar wymówek mocno mu się zawęził. Co prawda, rzadko kiedy czuł potrzebę unikania spotkania z braćmi, a jeśli już to walił prosto z mostu. Nico był szczerym człowiekiem, czasami nawet aż do bólu, ale traktował to jako swoją zaletę. Nawet jeśli zdarzało mu się owijać w bawełnę, to jednak motanie się we własnych zeznaniach doprowadzało go koniec końców do prawdy.
— Czyli to aż twoja szefowa? Nieźle, może tym bardziej powinieneś wziąć ją w obroty — zasugerował, bo nie wiedział, na co starszy czekał. Jedzenie tacosów to dobra okazja, aby zrobić pierwszy krok… w zasadzie dla najmłodszego każda okazja była dobra do pierwszego kroku, ale to może właśnie przez to nie potrafił usidlić się na dłużej w jakimkolwiek związku.
Butelka coli była jak zbawienie na alkohol, który aż szczypał w gardło. Nawet nie chciał spoglądać, ile to miało procent. Czy to było ważne? Dzisiaj liczyło się to, że miało ich odpowiednio kopać. Skoro we trójkę w końcu zasiedli przy jednym stole, to tym bardziej nie powinni zwracać uwagi na tak nieznaczące
szczegóły. Po kilku kieliszkach, polska wódka stanie się najpyszniejszym alkoholem, jaki kiedykolwiek spożywali, a uporczywy gorąc w gardle będzie jak przyjemne deptanie stópkami jezusa.
— Nie no, jak po nieziemskim seksie to wszystko zrozumiałe — stwierdził z ironią, posyłając bratu uśmiech
tego typu. Może to już kryzys wieku średniego go dopadł? Może miał jakieś życiowe rozterki o samotności, którymi nie dzielił się ze swoimi braćmi? Spojrzał na Leo i nie dowierzał, że ten stary pryk już tak się zestarzał. I miał żonę!
— No dobra, zaczynam nieco rozumieć twoją decyzję pod wpływem emocji — dodał, spoglądając na zdjęcie z casualowej wyprawy po bułki w środę rano. No była ładna, co mógł innego powiedzieć? Skłamać? Jedynie mógł życzyć bratu szczęścia i mieć nadzieję, że jego nieznajoma żona nie okaże się psychopatką i nie zadźga go w nocy widelcem.
— A ty coś o niej googlowałeś? Czy po prostu wróciłeś do Toronto ze spokojnym przeświadczeniem, że masz żonę i tyle? — zapytał, będąc ciekawym jego refleksji po całej tej sytuacji, bo… no, nie podejrzewał go o trzeźwość umysłu, nawet jeśli argumenty na zawarcie związku małżeńskiego miał solidne.
— Żubrach? — zastanowił się, spoglądając na butelkę. No tak, był narysowany żubr.
— Ile żubrów mogło stracić życie, abyśmy mogli teraz pić ten alkohol? — zastanowił się. Jego skromna wiedza na temat alkoholi raczej nie zawierała informacji na temat wódki żubrówki. Zaraz Marek wyleciał z tematami krajoznawczymi, przykuwając uwagę najmłodszego.
— Ej, a zabierzesz mnie ze sobą? — zapytał, jakby pytał się o najzwyczajniejszy wyjazd do ich rodzinnej miejscowości, a nie na wyprawę życia, jak to się zaraz okaże. Jednak czego Mareczek na głos nie powiedział, tego Nico nie wie, więc młody nadal był przekonany, że zobaczenie żubra nie jest jakimś wymagającym zadaniem i z pewnością wystarczy wybrać się do pobliskich lasów, aby tam spotkać jakiegoś bawoła.
Wypił kolejny kieliszek, będąc gotowym na kolejną dawkę informacji, bo był wręcz
przekonany, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć. A jednak. Spojrzał na niego z jeszcze większym
szokiem, zastanawiając się, czy już najebał się tym żubrem i zaczął wymyślać sobie jakieś nieistniejące rozmowy z braćmi. A może po prostu zasłabł od mocy alkoholu i to wszystko mu się śniło?
— Uszczypnij mnie — rzucił, wyciągając rękę w kierunku Marka. Jeśli to nie była rzeczywistość, to może chociaż tak wróci na ziemię.
— Mark ma rację, może powinieneś pójść z nią do lekarza. W tych czasach ciężko jest po prostu uwierzyć na słowo. — Zwłaszcza, jeśli żony praktycznie się nie znało, a dziecko nie było planowane. Rzeczywiście mogła chcieć naciągnąć go na kasę, w końcu wyszukanie Leo w internecie nie było rzeczą trudną; szybko mogła zorientować się, z kim miała do czynienia.
— Chcesz zakochać się w niej z poczucia obowiązku? — zapytał z niedowierzaniem.
— Wątpię, żeby to miało szansę na przetrwanie — wypowiedział się szczerze, sceptycznie spoglądając na brata. Nie chciał, aby przekreślał sobie drogę do jakiejś prawdziwej miłości, tylko i wyłącznie dlatego, że miał dobry seks z kobietą, która oprócz fizycznego pociągu nie miała z nim za wiele wspólnego. Decyzja należała już do Leo. A Nico? Jako dobry brat mógł go tylko wspierać w podjętej decyzji.
Wypił kieliszek, popił colą, a w międzyczasie usłyszał pytanie o swoje własne sprawy sercowe, przez które na chwilę zakrztusił się gazowanym napojem. W tym momencie ciężko było mu stwierdzić, czy ten buch gorąca był spowodowany wódką czy nagłym wspomnieniem ostatniego spotkania z Lilian, gdzie zupełnie przypadkiem znalazła się zbyt blisko niego.
— Moje sprawy sercowe nijak się mają. Nikt nowy się nie pojawił, rozważam pozostanie samotnym ojcem — stwierdził, wzruszając lekko ramionami.
— Chociaż wiecie co? Wczoraj przyjechałem dość późno, więc stwierdziłem, że nie będę wam ani rodzicom zwalać się już na głowę. Podjechałem do pierwszego lepszego pensjonatu w centrum i wiecie co się okazało? — zapytał, budując chwilę napięcia, a sam parsknął śmiechem.
— Pamiętacie Lilian? No to wyprowadziła się z Oakville i to do nich trafiłem na tę jedną noc — dokończył, zachowując się, jakby to nie było nic nadzwyczajnego, a raczej obydwoje wiedzieli, jak mocno zareagował na to nagłe zakończenie związku. Ba, Leo był naocznym świadkiem, bo musiał wpakować go do samolotu do Nowego Jorku, ignorując jego sprzeciwienia się i chęć pobiegnięcia do ówczesnej dziewczyny.
— A tak w ogóle to przeprowadziłem się do Toronto. Hej, Leo, możemy z Cheetosem pomieszkać w pensjonacie, dopóki nie znajdę jakiegoś mieszkania? — zapytał, jakby to była najmniej ważna informacja. Co prawda w skali ślubu i ewentualnej ciąży to rzeczywiście zmalała ona w randze ważności.
flip flap