Nie planowała tego.
Naprawdę nie sądziła, że po pierwsze ktoś w jej towarzystwie roześmieje się do tego stopnia, że jego sztuczna szczęścia zacznie się chwiać, a po drugie nie miała pojęcia, że miała w łapie tyle siły, żeby pozbawić faceta zębów.
Można by rzecz, że
zawsze mogło być gorzej, chociaż kiedy szczęka potoczyła się po ludziach, aż nie dotarła do piszczącej i panikującej Roberty, która rozpoczęła reakcje łańcuchowa na kłopoty, chyba już gorzej jednak być nie mogło. Bo co było gorsze niż dziesiątki ludzi przewracających się jak kręgle albo klocki domino — jedno pod wpływem drugiego?
Sama Daisy ledwo ustała w pionie. Całe szczęście ich dwójka była pionierem tego całego bałaganu, dlatego do nich
upadki doszły na sam koniec, zaraz po tym, jak powaliły resztę sali. A właściwie przed spadkami, do Daisy doszła
Kira Finch, zachwiana do granic możliwości, dokładniej
w p a d a j ą c w ramiona Whitmore. Nawet nie bym w stanie jakoś konkretnie zareagować, bo jej dłonie automatycznie wystawiły się do przodu i zacisnęły na biodrach Kiry, przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej.
—
To jednak na mnie lecisz, Finch? — spytała praktycznie od razu, i chociaż ich pozycje w pionie wydawały się już dość stabilne, Daisy jeszcze przez kilka dłuższych chwil pozwoliła sobie zostawić dłonie na biodrach Kiry. Oczywiście do momentu, w którym nie zagadała o zębach Steva, odciągając je obie na bok. —
W sumie to on powiedział żart i sam się tak z niego uśmiał — a to zaś samo w sobie już było całkiem niezłym żartem. Oczywiście nie dla wszystkich, bo na przykład Roberta nie mogła przestać krzyczeć, że
jak tak można i że był to istny napad na jej prywatną przestrzeń, której nigdy nie powinno się przekraczać. A na koniec jeszcze uciekła do kibla, a dzwięk jej uderzających o podłogę szpilek, blendował się z donośnym śmiechem Kiry, który swoją drogą brzmiał
p i ę k n i e. Równie pięknie jak pytanie, które padło z jej ust chwile później.
—
Tak, tak, tak po stokroć uciekamy — nawet nie dala jej dokończyć. Po prostu wyrwała się do Kiry, łapiąc ją za nadgarstek wraz z chęcią, żeby zaciągnąć ją na dach albo chociażby do wyjścia, bo przecież noc jeszcze młoda. Mogły na przykład udać się do jakiegoś pierwszego, lepszego baru i tam się upić, albo pójść potańczyć do jakiejś normalnej muzyki… opcji naprawdę było wiele.
Szkoda, że tuż przy progu wejścia na sale stał ktoś, kto w ułamku sekundy przekręcił wszystkie plany, jakie Daisy już snuła w swojej głowie. Zobaczyła go dopiero po chwili. Kiedy to oczy Kiry zaszły niepewnością, a spojrzenie miała utkwione przy drzwiach.
—
Rowan? — zapytała głupio, doskonale wiedząc, że przecież nie miała nagle omamów. —
A co ty tutaj robisz? — dodała, lekko zaszokowana, kiedy już podszedł bliżej. Nie spodziewała się go na uroczystości. Nie dość, że miał dzisiaj ważny mecz, z samego rana musiał być na treningu, to jeszcze on najzwyczajniej w świecie po prostu nie lubił tego typu wydarzeń. A tu proszę — podszedł do nich nonszalancko, w ganiarku, z idealnie ułożonymi włosami, czego nie można było powiedzieć o tych Daisy, poszarpanych przez wiatr z dachu.
—
Przyszedłem — dla niej? Zdziwiła się i już miał go nawet dopytać, ale wtedy jej mąż rozwiał wszelkie wątpliści. —
Ojciec chciał, żebym się pojawił — wyjaśnił i Daisy skłamałaby, gdyby powiedziała, że ją to nie ruszyło. Że wcale nie czekała na odpowiedź, w której to ona byłaby tym powodem.
Priorytetem, którym niestety nigdy nie dane jej było być. Nachylił się w jej stronę, jakby chciał ją pocałować, ale w ostatnim momencie zawinął po prostu nad jej utami. —
A co ty… jesteś pijana? — ściągnął brwi do siebie, a głos zaszedł charakterystycznym dla niego chłodem. — D
aisy, no co ty, jedzie od ciebie na kilometr. I ty tak rozmawiasz z ludźmi? — spytał, jak gdyby nigdy nic. Jakby to było normalne pytanie, które zadaje się ludziom. Jakby co najmniej zagadywał o pogodę. Całe szczęście Whitmore MIAŁA wlane w siebie procenty i dobrze, bo przynajmniej wcale jej to nie podłamało. Popatrzyła za to na Finch, która biedna stała z boku i się wszystkiemu przyglądała.
—
A to jest Kira — postanowiła ją w końcu przedstawić. —
Kira pracuje w dziale motoryzacji — dodała dumnie, bo kto jak kto, ale akurat Diasy uważała, że to świetny dział.
—
Ta sama Kira, co doradzała w sprawie kupna auta? — Rowan uniósł brew ku górze i spojrzał na Finch jakoś podejrzliwie, jednak po chwili wymalował na twarzy piękny, śnieżnobiały uśmiech firmowy numer trzy. —
Miło cię poznać.
no husband for you