30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie wiedziała, co ze sobą zrobić.
Siedziała pod kamieniem, sama nie wiedząc jak długo i przewracając telefon w dłoniach. Czekając, aż Wyatt raczy jej kurwa odpisać. Nawet przeszło jej przez myśl, żeby do niego pojechać, żeby zmusić go, by teraz dzwonił do Madoxa i mu wszystko kurwa wyjaśnił. Tylko po problem w tym, że Pilar już nie chciała go widzieć. Jeśli naprawdę odjebał to, co mówił Noriega — a raczej nie wyglądał, jakby kłamał, to Galen był u niej skreślony dożywotnio, na całej, jebanej długości.
I pomyśleć, że ona głupia łudziła się, że kiedyś mogliby jeszcze się przyjaźnić. No idiotka. Niby taka ostrożna, a jednak zdecydowanie za łatwo dawała się robić ludziom w chuja. Madoxowi jak widać też za łatwo się cała oddała, skoro jemu wystarczył jeden pierdolony telefon bez żadnego dowodu i już ją zostawił. Nawet nie chciał jej kurwa wysłuchać.
I to chyba wkurwiało ją w tym wszystkim najbardziej, rozpierdalałało wręcz od środka — że nawet nie spróbował jej uwierzyć. Po prostu sobie poszedł, przekonany, że ona go zdradzała. I może jeszcze jakby faktycznie spotykała się z Galenem za jego plecami, jakby chociaż z nim rozmawiała od czasu do czasu, mogłaby zrozumieć tą złość, ale Pilar naprawdę nic nie zrobiła, a w tej odklejonej sytuacji była kompletnie bezsilna. Nic więcej nie mogła. Mentalnie czuła się kurwa podobnie jak w sytuacji z Daltonem, tam też nie było jej dane nic powiedzieć. Po prostu musiała egzystować w sytuacji.
No więc egzystowała.
Katowała się w myślach na okrągło, nie wiedząc nawet, czy powinna być bardziej smutna, czy jednak zła. Finalnie te dwie rzeczy zblendowały się w jedno, tworząc uczucie tak kurwa nieprzyjemne dla serca, że autentycznie zaczęło ją boleć. Kiedy zerwała się w końcu spod kamienia po Bóg wie jakim czasie, wspięła się, żeby zgarnąć resztę rzeczy i popakować je do kieszeni, a kawę wraz ze wszystkim innym, co kupiła i ukradła w budce po prostu wypierdoliła do kosza. W dupie miała to jak wyglądała, bardziej przejmowała się tym, czy to co właśnie zrobił Madox można było traktować jak zerwanie zaręczyn? Koniec? Bo co to kurwa za zostawianie kogoś w samym środku rozmowy monologu? Pilar nie miała wieloletniego stażu w związkach, nie wiedziała, jak się w tym wszystkim powinna zachować i co zrobić, ale chyba bez zaufania nie było czego budować? Nim jednak wyszła w pełni z parku, zadzwonił jej telefon. Wyatt. Aż przystanęła na moment, żeby odebrać.
Popierdoliło cię?! — tak go pięknie przywitała, aż głos jej się złamał gdzieś w połowie. Było słychać, że uroniła kilka łez? W sumie to nawet o to nie dbała. Szczególnie, że Wyatt zaraz zaczął nawijać, że to przecież była tylko taka gra. — Gra? Galen, czy tobie już naprawdę odjebało do końca? Pierdolenie ludziom związków to jest dla ciebie gra? — nie chciała wierzyć w to, że zrobił to celowo. W końcu nie wiedział, że Madox odbierze telefon, jednak z drugiej strony skoro wiedział, że kimś się spotykała (a nawet wiedział, że miała narzeczonego) i tak śmiał do niej zadzwonić i wygadywać takie rzeczy, to jakąś tam świadomość musiał mieć, że może tym wszystko spierdolić. — I nie pochwale, bo nie mamy już o czym rozmawiać — warknęła, gotowa jeszcze bardziej mu nawciskać, ale wtedy on powiedział, że jej facet już zdążył się pochwalić. — Co? — tylko tyle zdążyła powiedzieć, nim Galen znowu nie zaczął nawijać.
Nie sądziła, że Madox naprawdę do niego pójdzie, a tym bardziej, że faktycznie zrobi mu krzywdę. Ile razy to przecież któreś z nich zarzekało się, że kogoś zapierdoli w trakcie rozmowy. I może faktycznie Galenowi się należało, ona z pewnością strzeliłby mu w twarz z miniumum dwa razy za to co odjebał, ale nie kurwa w pełni pobić. Do tego stopnia, że zgarnęła go policja. Pilar aż sobie przykucnęła przy jakimś drzewie, bo kurwa jakby problemów mieli mało, to jeszcze teraz sprawa o pobicie bogola? Myśli już kłębiły się w jej głowie, ale jakoś żadna z nich nie osadziła się przy Galenie. Już nie. Dlatego kiedy powiedział, że miał nadzieje, że między nimi wszystko okej, Pilar bardzo szybko mu uświadomiła, że…
Nic nie jest między nami okej — warknęła. — To jest ostatnia rozmowa, jaką kiedykolwiek przeprowadziliśmy. Możesz usunąć mój numer — dodała tak dla jasności, żeby nie było już żadnych wątpliwości i może sama zajęłaby się usuwaniem tego Galena, ale oczywiście zamiast tego ruszyła w stronę komendy.


Beck zaciskał mocno palce na kierownicy, kierując się w stronę komisariatu. Miał nadzieje już dzisiaj nie widzieć Noriegi na oczy, szczególnie po tym, co miało miejsce przy biurkach, ale jak widać los lubił płatać figle i dopierdalac na dostatniej prostej. Chociaż musiał przyznać, że możliwość skucia go w kajdany dała co nieco satysfakcji. A teraz jeszcze miał zamiar wsadzić go na dołem na minimum dwadzieścia cztery.
Trzeba było jeszcze załatwić coś do kneblowania, bo Noriedze oczywiście morda się nie zamykała całą drogę i jak jeszcze to zarzekanie się, że nic Wyattowi nie zrobił było przewidywalne, tak kiedy spytał o Pilar… atmosfera jakoś zgęstniała. Beck spiął się nieznacznie, jakoś automatycznie dociskając pedał gazu.
— Nie twój interes, Noriega — warknął w pierwszej chwili, chociaż na dobrą sprawę to był jego interes, biorąc pod uwagę, że była z nim zaręczona. Westchnął głośno, a kiedy stanęli na czerwonym na moment odchylił głowę do tyłu. — Nic do niej nie mam — odpowiedział w końcu na pytanie. — Oprócz tego, że zabujała się w niewłaściwym facecie — nie gryzł się w język, oczywiście spoglądając na niego gniewnie w tylnym lusterku, a potem zaraz znowu na drogę, kiedy trzeba było ruszać. — A to mi kurwa dała kosza — aż pokręcił głową z niedowierzaniem. Te słowa rzucił bardziej do siebie niż Madoxa, ale ten mógł je spokojnie usłyszeć. Bo to była rzecz, której Beck za nic nie rozumiał. Dlaczego jemu od razu po tym jak się przespali nakręciła zasadę, że ona i tak z nikim się nie wiąże i unika związków, a rok później brata się z jebanym Noriegą? Co on takiego na nią miał? Bo przecież chyba nie była na tyle głupia, żeby zakochać się w takim gangusie?
Co ci zrobił Wyatt? — spytał po chwili, gdy już byli na ostatniej prostej. Niezlaeżnie od tego czy Madox mu coś na to odpowiedział, czy nie, kiedy Beck zaparkował już na tylnym parkingu, wyszarpał Noriegę z samochodu. — Żeby była jasność — zatrzymał go jednak tuż przed wejściem i nachylił się do ucha. — Jak ją kurwa skrzywdzisz, to skończysz gorzej niż ten bogol, osobiście tego dopilnuje — warknął prosto do jego ucha. Bo prawda była taka, że Beck na ten moment traktował Pilar jak starszą siostrę i tak samo mocno się o nią po protu martwił. Nie podobało mu się, że zadawała się z takimi ludźmi jak Madox. On sam lubił się z nim ponapierdalać na macie, ale to tyle. Chciał dobrze dla Pilar, wiedział, jak dobre serce miała, a miał przeczucie, że Madox albo je zepsuje albo kompletnie rozwali. Dlatego pchnął nim do środka i po kilku minutach już ładowali go do niewielkiej celi wraz z jednym innym łysym ziomkiem, który akurat się odlewał do kibla.

Pilar w tym czasie doszła do komisariatu i w pierwszej kolejności skierowała się do gabinetu Eliota. Była to najszybsza linia decyzyjna do tego, żeby Madoxa po prostu wypuścić. Szkoda tylko, że szybko się okazało, że Eliota już nie było, dlatego zostało jej użeranie się z innym funkcjonariuszami.
Nie było lekko.
Akurat do odsiadówki był dzisiaj przypisany Tom, z którym Pilar zawsze miała różne relacje, cześciej jednak się przekomarzali i wzajemnie wkurwiali niż współpracowali, dlatego trochę jej zajęło, by przekonać go, że Madox wcale nie był zagrożeniem dla otoczenia i nie potrzebował odsiadki. A kaucje za wyjście i tak musiała zapłacić. I jak wcześniej ich rachunek wynosił minus pięćset, tak teraz z karty Pilar do tego wszystkiego jeszcze odeszło całe, jebaniutkie pięć koła.
Mieli go wypuścić do pół godziny, jednak ona nawet na niego nie czekała. Po prostu wyszła z komisariatu i skierowała się do mieszkania, żeby się umyć i przebrać. A kiedy Madox wrócił, mógł zastać ją pakującą walizkę.

Bueno, no podemos dejarlo así, ¿verdad?
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Madox widział reakcję Becka, kiedy tylko wspominał o Pilar, to gość się spinał. A tak nie zachowuje się ktoś, dla kogo ta druga osoba nic nie znaczy. Bo tak się zachowywał na przykład Noriega, dla którego Stewart była... całym jebanym światem.
Wywrócił oczami, kiedy Beck powiedział, że to nie jego interes, i Galen też nie był jego interesem?
Może w ogóle Madox nie umiał z związki, kiedy on chciał na wyłączność, a wszyscy dookoła uważali, że to nie jego sprawa. Ani Beck, ani Galen, kto jeszcze?
Wiercił się na tej tylnej kanapie i szarpał tak, że poobcierał kajdankami całe nadgarstki, do czerwonych śladów. Miał kurewsko tego dość. Beck, który ewidentnie czuł coś więcej do jego narzeczonej i Galen Wyatt, który wyśpiewał mu wszystko. Wypuścił ciężko powietrze z płuc i oparł się o chłodną szybę, ten policzek, w który odwinął mu się Galen. Nawet by się nie spodziewał, że to zrobi, a do tego tak, ale to akurat świadczyło o nim lepiej, niż Madox się spodziewał, że paniczyk też umiał oddać.
Dopiero kiedy Beck powiedział to, że nic do niej nie ma, to Madox znowu przesunął się do przodu, już otwierał usta, ale wtedy padło to oprócz tego, że zabujała się w niewłaściwym facecie, a Madox prychnął. Bo kto był kurwa dla niej właściwy? Beck? Galen Wyatt? Jakiś kurwa książę?
Może.
O dziwo nie skomentował tego, że Pilar dała Beckowi kosza. Galenowi też dała. To już Madox wiedział.
I jemu przecież też.
Tylko oni się tak łatwo nie poddali. A teraz co? Teraz Galen Wyatt to tak rozpierdoli? Nie wiedział. Wiedział jednak jedno, że to jeszcze nie był koniec jego tematu.
I zaraz też o niego pytał Beck.
- Gówno - piękna odpowiedź, ale nie zamierzał się tutaj spowiadać, nie byli z Beckiem kumplami... Trochę byli, ale nigdy się sobie nie zwierzali... Madox się zwierzał, dużo gadał na sali treningowej, o swoich laskach, o klubie...
Nie było w tym nic dziwnego, że Beck miał go za niewłaściwego faceta, bo przecież Madox takiego grał. Takim był Madox Noriega, chujowy materiał na narzeczonego.
I może dzisiaj pokazał jak bardzo?
- A jak się od niej nie odpierdolisz, to skończysz jak Wyatt - rzucił jeszcze szarpiąc się, kiedy Beck go prowadził do celi, bardziej dla zasady, niż żeby rzeczywiście się uwolnić.
Usiadł na ławeczce i oczywiście, że też już poinformował, że chce rozmawiać z Eliotem, albo żeby sprowadzili jego prawnika. Szkoda tylko, że nie wiedział, że jego adwokat balował niedawno z Galenem Wyattem właśnie.
Poszło szybciej niż się spodziewał Patel nie zdążył nawet przyjechać, a jego już wypuszczali z celi. Madox za to z Tomem dogadywał się nieźle, załatwiał mu czasem zioło, albo lożę VIP w klubie, dlatego zanim wyszedł z posterunku, to się dowiedział, że kaucję za niego wpłaciła Pilar.
Pytał o nią, ale wyszła. Miał do niej dzwonić, ale padł mu telefon, kiedy dzwonił do Williama, żeby mu powiedzieć, że ma nie przyjeżdżać, bo on już jest wolny. Patel nie zdążył nawet odebrać, ale w zasadzie Madox miał to gdzieś. Bo teraz ważniejsze jednak było, żeby znaleźć Stewart. Oczywiście, że pierwsze kroki skierował do ich mieszkania, chociaż dostanie się tam z posterunku nie było łatwe, bo wyładował mu się telefon, a portfel zostawił na kamieniu, miał nadzieję, że zgarnęła go Pilar.
Ale to był Madox wrócił się na komisariat i zagadał do Lindy, i teraz oprócz wyświadczenia jej przysługi, to jeszcze wisiał jej hajs, który mu pożyczyła na ubera.
Wszedł do mieszkania, gdzieś po drodze zgubił też swoją ulubioną kurtkę, może u Wyatta? A może zostawił ją w aucie, które też swoją drogą stało pod willą starych Galena, no chyba, że policja już je odholowała.
Ale czy to było ważne? Albo to, że Madox był cały upierdolony? Wyglądał jakby na tym dołku przesiedział co najmniej dobę, a to nie było nawet pół godziny. A jednak kiedy zobaczył Pilar z walizką rozłożoną na ich łóżku, to zaraz doskoczył do niej.
- Co ty kurwa robisz Pilar? - rzucił i zaraz szarpnął tę walizkę wywalając z niej jej ubrania na łóżko. No tak... bo nie mogło być na spokojnie bez bałaganu. No nie mogło, bo chyba Madox ze swoim chaotycznym (neutralnym) usposobieniem, nie umiał inaczej.
Rzucił walizkę gdzieś na bok.
- Nawet się kurwa nie wygłupiaj, zostajesz tutaj... - od razu zaczął nawijać.
I to był ten moment kiedy powinien ją przeprosić?
A może powinni wyjaśnić sobie to wszystko? Zgonić na Galena i się pogodzić. Bo to przecież on tutaj namieszał, a kilka godzin temu oni jeszcze byli pewni swojego uczucia. Wszystko by dla siebie zrobili, wszystko poświecili...
Bo się kochali.
Tylko jeszcze jedna rzecz nie dawała mu spokoju, jedna rzecz, którą powiedział mu Wyatt, zanim jeszcze dostał po raz drugi w gębę i zanim mu oddał. Kiedy Madox dał mu chwilę na te wyjaśnienia. I owszem, to dzisiaj, to był pijacki żart, może nawet Madoxa by bawił, bo przecież on też po pijaku różne rzeczy odpierdalał. Może zadzwoniłby do swojej byłej z takim głupim telefonem. Ale Galen powiedział coś jeszcze...
- Ostatni raz z Galenem Wyattem spotkałaś się zanim... polecieliśmy do Medellin? - bo Wyatt powiedział, że nic go z Pilar nie łączy, że dała mu kosza po tym pocałunku i nawet na bal nie pozwoliła mu się zaprosić. Po prostu dała mu kosza, jak Beckowi.
I może Madox nie powinien w to wnikać, drążyć. Dochodzić. Bo skoro przecież dała mu kosza, skoro była jego narzeczoną.
A on gotowy był... zawalczyć, o nią.
Stał już blisko niej, tak blisko, że mogła czuć na własnej piersi jak serce waliło mu w jakimś szalonym rytmie. Jak oddech ciepły i urywany lądował na jej policzkach.
- Przepraszam cię Pilar, ale kurwa... To było... pojebane i musiałem to w końcu wyjaśnić z Wyattem, kocham cię, i on nie może tak do ciebie dzwonić, nawet jeśli to jakiś żart... - bo przecież Madox nigdy nie umiał na spokojnie, zawsze targały nim różne emocje. Dużo różnych emocji... I był zazdrosny, zawsze.
Dzisiaj też. I ją kochał. Cały czas.
Podniósł na nią spojrzenie, utkwił czarne tęczówki w jej pięknych, brązowych oczach i powtórzył pytanie.
- Przed Medellin, prawda? - potrzebował tylko jednej krótkiej odpowiedzi. Jedno tak, które zamknęłoby temat Galena Wyatta, może już na zawsze?

Antes de Medellín, ¿verdad? ‧₊˚ ☁️⋅♡𓂃 ࣪ ִֶָ☾.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Pakowała się.
Bo co innego miała zrobić?
Skoro jej własny narzeczony oskarżał ją o zdradę, nie ufał jej i ją po prostu zostawił. Miała tu siedzieć? Miała kurwa czekać z obiadem? A może jeszcze miała go przerosić za to, że napierdolony Wyatt sobie robił jaja, a on tak bezczelnie w nią zwątpił? Nie miała zamiaru. Bo po co? Skoro Madox i tak wiedział swoje. Gówno się dla niego liczyło jej zdanie. Nawet nie chciał jej wysłuchać. A wystarczyło, żeby przysiedli i spróbowali się dodzwonić do Galena, dojść do źródła tej debilnej sytuacji. Ale nie. On wolał iść się napierdalać.
Kochała go kurwa nad życie. Nigdy czegoś takiego nie czuła i pewnie też dlatego, to co się działo tak bardzo bolało. Nie chciała się wynosić, ale przecież chciała dać sobie i jemu przestrzeń, żeby jakoś to może przepracować? Ochłonąć? Bo kiedy on był na nią zły, ona również była wkurwiona. Każdy o coś innego, każdy bo miał do tego mniejsze lub większe powody, a też żadne z nich nie miało miękkiego charakteru. Gorąca krew, która płynęła w ich żyłach sprawiała, że do wszystkiego podchodzili zdecydowanie bardziej emocjonalnie niż powinni.
Nie chciała wyprowadzać się na amen, nie miała nawet gdzie, bo jej mieszkanie już wynajęła koleżance z pracy, ale może chociaż do hotelu na kilka dni? Chociaż na pieprzoną dobę, żeby zobaczyć jak rozwinie się sytuacja? No więc ładowała pierwsze lepsze ciuchy do podręcznej walizki, żeby miała w czym chodzić, kiedy usłyszała przekręcający się zamek w drzwiach. Serce podeszło jej do gardła, a kiedy usłyszała jego głos, ono zabiło jeszcze sto razy mocniej, wyrywając się do przodu.
Pakuje się, nie widać? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, tylko nim kolejna koszulka wylądowała w walizce, dłoń Madoxa już wypierdoliła ją do góry nogami. Podniosła spojrzenie do jego twarzy i momentalnie tego pożałowała. W pierwszym odruchu, jej ciało chciało od razu sięgnąć do zaczerwienionego policzka, przejechać pod nim palcami, zapytać, czy wszystko okej, podczas gdy oddech robił się płytki pod wpływem ciemnych, czekoladowych oczu. Finalnie jednak zostałą w miejscu, bo wraz z tymi wszystkimi emocjami na jego widok, pojawił się na nowo ten cały gniew i żal, który miała w sobie.
A po co mam tu zostać? — tym razem to ona warknęła. — Żebyś mi kurwa znowu wmawiał, że cię zdradzam i tylko pokazywał jak bardzo mi kurwa nie ufasz? — bolało ją to. Kurwa jak ją to bolało. Nie radziła sobie z tymi emocjami. Nie mogła zrozumieć jak po tym wszystkim co przeszli, szczególnie w Meksyku, jak on mógł uważać, że ona była wobec niego nieszczera. Aż cofnęła się o krok, kiedy Noriega podszedł blisko. Trochę jakby to ona dostała od niego po twarzy. A potem odwróciła się na pięcie i znowu sięgnęła do walizki, która leżała wyjebana gdzieś pod oknem i cisnęła nią na łóżko, zabierając się za zbieranie ciuchów z podłogi. Westchnęła ciężko, gdy spytał o Galena. O pierdolonego Galena, którego temat przerabiali już zdecydowanie za dużo razy.
Już ci mówiłam, że tylko RAZ się z nim spotkałam — zaczęła, podnosząc jedną z koszulek. — Po Medellin. Jak napisałeś, że idziesz do jakiejś dupy na pocieszenie, skoro my nie możemy się spotykać. Tylko ja nie poszłam na żadną kurwa randkę, a naukę samoobrony, bo ktoś mu groził — cisnęła nimi na łóżko i sięgnęła po sukienkę, ktora krzywo zawisła na drwach od szafy. Przecież po Medellin oni wcale nie byli razem. Pilar jasno nakreśliła im granice jeszcze w samolocie powrotym. Rozmawiali przecież o tym, że nie mogli się więcej spotykać, że to co było w Medellin powinno zostać w Medellin. To że potem się do tego nie zastosowali i Madox przyszedł do niej do mieszkania na święta z choinką i od tego wszystko na nowo się zaczęło, to już kompletnie inna sprawa. — I po prostu trenowaliśmy. Potem on mnie pocałował, ja go odepchnęłam i powiedziałam, że jak jeszcze raz spróbuje, to dostanie w twarz — podniosła spojrzenie na Madoxa. Chciał wiedzieć? No to kurwa proszę bardzo. Skoro aż tak potrzebne mu to było do życia. Coś co stało się jebane ponad pół roku temu. — I tyle. Nigdy w życiu nie doszło między mną a Wyattem do czegokolwiek poważnego. A od tego czasu ani razy się z nim kurwa nie kontaktowałam — nawijała, patrząc mu prosto w oczy. Mógł jej wierzyć albo nie, tylko Pilar nie miała nawet po co kłamać. Po chuj miałaby spotykać się z Galenem, kiedy wszystko czego chciała i co potrzebowała miała przed sobą? W upierodlonych ciuchach, brudnej i obitej twarzy oraz nierówno unoszącą się klatką piersiową. Cisnęła zwiniętą marnie sukienką na łóżko i znowu wbiła spojrzenie w Noriegę. — Jeszcze jakieś kurwa pytania co do rzeczy, ktore miały miejsce siedem miesięcy temu?! — spytała, rozkładając ręce. Mogła mu wyśpiewać, co tylko chciał, wystarczyło kurwa zapytać. A nie zostawiać ją pośrodku jebanych drzew, bez złamamanego słowa głosu i dopowiadanie sobie własnej narracji.
W dupie mam Wyatta i jego zasrane żarty. Już i tak mu powiedziałam, że może kurwa usunąć mój numer, bo nie chce mieć z nim nic wspólnego — odezwała się po chwili, na nowo zaczynając wkładać rzeczy do walizki. — Tu chodzi o ciebie i mnie. O to, że ty zamiast zapytać się mnie, od razu kurwa uznałeś, że spotykam się z nim za twoimi plecami i mnie zostawiłeś — i znowu posłała mu ten zaszklony wzrok pełen żalu. Ten w którym gryzła policzek od środka do krwi, żeby nie pokazać więcej słabości. — Znowu mnie kurwa zostawiłeś — powtórzyła już ciszej, zaciskając palce na jakiś jeansowych spodenkach. Bo ją wiecznie wszyscy tylko zostawiali. Matka zaraz po urodzeniu, potencjalni rodzice w domu dziecka, nawet on w Meksyku, kiedy zawahała się przy zaręczynach. I dzisiaj też. Nigdy nikt nie chciał jej przy sobie na dłużej. I kiedy ona głupia uwierzyła w to, że może to już, pozwoliła sobie opuścić gardę, to znowu kończyła z niczym. Z brakiem zaufania. A przecież związek właśnie na nim się opierał. Na jebanym zaufaniu.
Na moment musiała się odwrócić do niego tyłem. Złapać dwa wydechy, żeby się przed nim nie rozpłakać. Nie zrobi tego. Już wystarczajaco się przed nim rozklejała. Wzięła się w garść i odwróciła, podchodząc do szafki, przy której akurat stał. Wyciągnęła trochę skarpetek i chociaż miała plan po prostu wsadzić je do walizki, zamiast tego cisnęła nimi w całej siły po prostu na łóżko, odwracając się do niego przodem.
Jak możesz wciąż mi nie ufać po tym wszystkim co razem przeszliśmy? — a przeszli przecież tak wiele. Tylko wzlotów i upadków. Tyle razy oddawali za siebie wszystko co mieli, ryzykowali pracą, nawet własnym życiem żeby pomóc drugiemu. I co? I nagle pojawiał się jakiś pierdolony Galen Wyatt i wszystko spierdolił od tak? Przecież to było niedorzeczne. Wbiła w niego ciemne spojrzenie, czując, jak serce zaraz wyskoczy jej z piersi.

te quiero
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Wywrócił oczami na te jej słowa pakuje się, nie widać?, bo przecież widział. Nie był ślepy, może głupi...
Może zbyt narwany, zbyt impulsywny i zazdrosny, ale na oczy mu jeszcze nie padło.
- Ale to jest też twoje mieszkanie, i prędzej... ja się stąd wyniosę niż ty - bo przecież sam ją namawiał do wynajęcie jej mieszkania. Sam jej powiedział, żeby się do niego wprowadziła, że to będzie tak samo jej dom, jak i jego.
I może to były te latynoskie zasady, o których mówił Eliot, ale Madox by się jej nie pozwolił stąd wyprowadzić, nawet jakby sam miał spać w klubie... Albo u Willa.
Chociaż tam spała Peach.
- Przestań. A ty co byś zrobiła, jakby zadzwoniła do mnie jakaś była z takim telefonem? - warknął, ale przecież wiedział, że zrobiłaby to samo co on. Bo akurat pod względem tej chorobliwej zazdrości byli identyczni.
Pod wieloma względami...
Ale pod tym nie, bo kiedy ona zrobiła krok do tyłu, to on w przód. Bliżej niej. I przecież zawsze to robił, kiedy się wahała, kiedy odsuwała, kiedy udawała twardą, i potrzebowała przestrzeni, to on szedł w zaparte, do niej. Za nią, nieważne co by się działo. Czy uciekała przed nim w szczere pole po środku autostrady, czy zapijała traumy w jego klubie. Czy kazała mu się zdystansować.
Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy ruszyła po walizkę, a gdy cisnęła ją na łóżko, to on już stał na nią, żeby ją zamknąć.
- Wypierdolę ją przez okno... - odwrócił się w jej kierunku, na pewno by to zrobił. Scenę na całą kamienicę.
Nawet już się ruszył w kierunku okna, ale wtedy wrócił temat Galena Wyatta.
Mówiła mu, że tylko raz się z nim spotkała...
Ale nie mówiła co między nimi zaszło, a przede wszystkim, że to było przed Medellin, a Madox chyba założył, że po. Bo przecież w Kolumbii wyznał jej miłość, i ona też to zrobiła. A potem poszła do Galena Wyatta.
- Co...? - zaczął a zaraz rzeczywiście wracał myślami do tych smsów, które wymieniali, w których on wciąż i wciąż starał się ją przekonać do nich, w których pisał jej te quiero, bo quiero właśnie ją. Walczył o nich. Ale przecież nie napisał jej, że idzie do jakiejś dupy na pocieszenie - jakiej kurwa dupy? Na jakie pocieszenie, oszalałaś? I dlatego poszłaś do Wyatta? Żeby mi dopierdolić? - znowu zrzucił z łóżka jej walizkę i znowu się do niej wyrwał, ale mu uciekła. Stanęła w drzwiach szafy.
Może i po Medellin oni rzeczywiście nie byli razem. Ale dla Noriegi to niewiele zmieniało, bo to w Kolumbii wyznał jej, co do niej czuje. Tam to do niego dotarło. I od tamtej pory to się nie zmieniło. I od tamtej pory on nie miał na pocieszenie żadnych innych dup.
Słuchał jej, chociaż sięgnął wytatuowanym palcami do czoła, do pulsów, pod którymi w chaotycznym rytmie krążyła krew - to dlaczego on powiedział, że się całowaliście? Że miał wtedy jeszcze szansę? Miał? Mnie nie chciałaś widzieć, a z Galenem Wyattem poszłaś się... uczyć samoobrony - znowu wywrócił oczami, i teraz to on się cofnął, żeby oprzeć się o jakiś parapet tyłkiem. Spojrzeniem powiódł po łóżku, gdzie ciskała te coraz nowsze ubrania. Dopiero na jej kolejne słowa, kiedy zapytała czy ma jeszcze jakieś pytania, co do rzeczy, które miały miejsce siedem miesięcy temu, to ruszył się z miejsca - i co z tego, że siedem miesięcy temu? Kiedy kurwa to się wcale nie zmienia, tak samo było wtedy po Medellin, a potem w Meksyku... Jak wróciliśmy z Kolumbii to trzymałaś mnie na dystans, w Meksyku odrzuciłaś moje zaręczyny, bo zawsze kurwa musi być tak jak ty chcesz, ślub też kiedy ty chcesz - i już znowu stał przy niej. Niebezpiecznie blisko, tak, że mogli czuć na sobie te ogniste spojrzenia, temperamenty, które wychodziły z nich w tym szalonym biciu serc... W urwanych oddechach.
A kiedy dorzuciła kolejne ubrania do walizki, to ją złapał i szarpnął. A zaraz autentycznie podszedł do okna, otworzył je i wypierdolił na zewnątrz, tak jak powiedział, że zrobi...
- Zostawiłeś?! - warknął, a potem jeszcze wyrzucił jakąś jej koszulkę, która po drodze wylądowała na parapecie, sięgnął jeszcze po sukienkę, tą czerwoną i zacisnął na niej palce, ale jej nie wyrzucił - czy ja cię kiedykolwiek zostawiłem, kiedy mnie potrzebowałaś? - i już zaraz stał przy niej, z tą czerwoną sukienką między nimi - kiedy? Jak odrzuciłaś moje zaręczyny? Kiedy ja tobie wyznałem miłość, a ty sobie poszłaś? Kto tu kogo wiecznie odrzuca i nie jest pewny, co? - znowu zrobił krok w jej kierunku, tak, że kiedy się cofnęła, to usiadła na łóżku, obok tych skarpetek, które przed chwilą tu cisnęła, a Madox stanął nad nią. Spojrzał na nią z góry - akurat ja ufam ci cały czas. Zabrałem cię kurwa do Medellin, pokazałem ci... no wszystko. A potem w Meksyku określiłem chyba najbardziej wymownym gestem jaki jest możliwy, to co do ciebie czuję, co jeszcze mam zrobić? - zamierzył się, żeby odejść, odwrócił gdzieś w kierunku drzwi...
Ale zaraz i tak szarpnął się do niej, zaraz wylądował na podłodze, przed nią na kolanach, przyciągając ją do siebie za nogę jeszcze bliżej. Z ciemnymi tęczówkami utkwionymi w jej pięknych, czekoladowych oczach - porwać cię? - przysunął się do niej jeszcze bliżej lądując między jej udami, obejmując ją w pasie - nie mogę znieść tego, że jakiś kurwa Galen Wyatt, albo Beck cały czas coś do ciebie mają, bo jesteś moją kobietą, moją przyszłą żoną, nie Wyatta, nie Becka, i będę się z nimi o ciebie bił. Zawszę będę o ciebie walczył - przysunął się bliżej opierając szorstki policzek o jej dekolt, na jej piersi, gdzie czuł jej serce, które uderzało bez opamiętania, w identycznym rytmie co to jego - ale nie mogę tego przetrawić, że po Medellin poszłaś do Wyatta - wyrzucił to z siebie i opierając się obok niej o łóżko wstał z podłogi - zostań tu, a ja będę dzisiaj spał w klubie. Sam, bez lasek na pocieszenie - odwrócił się i dopiero dotarło, że wywalił jej przez okno walizkę i jakieś ciuchy, ale czerwona sukienka leżała na łóżku, obok niej.

Siempre lucharé por ti ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
A ty co byś zrobiła, jakby zadzwoniła do mnie jakaś była z takim telefonem?
Na pewno nie biegłabym kurwa jej najebać, zostawiając cię pośrodku parku — krzyknęła, patrząc mu głęboko w oczy. Ale czy na pewno? — Pierwsze bym z tobą porozmawiała. Dopiero potem poszłabym jej najebać — dodała już trochę ciszej, bo tej drugiej części chyba nie dało się uniknąć. Akurat pod tym względem byli dokładnie tacy sami. Walczyli o swoje terytorium. O siebie nawzajem. Pilar nigdy nie miała problemu z tym, żeby złamać nos komuś, kto chciał skrzywdzić jej faceta. Z uderzeniem innej kobiety również nie miałaby problemu, jeśli faktycznie by sobie na to zasłużyła. Bywała o niego zazdrosna, to prawda, ale wtedy z nim rozmawiała. I słuchała tego, co miał jej do powiedzenia. Nie ignorowała go. Wierzyła w jego słowa i kiedy mówił, że nic go z kimś nie łączy, to się tego słuchała. Nie zawsze było łatwo, szczególnie ostatnio w przypadku Haddie, ale przecież i tak pod koniec dnia wierzyła w jego słowa, a nie to, jak Haddie na niego patrzyła.
Czy z perspektywy czasu żałowała spotkania z Galenem?
Oczywiście, że tak.
Gdyby mogła cofnąć czas i rozegrać to jeszcze raz, po prostu poleciłaby mu kogoś do treningu, a sama się zdystansowała. Tylko skąd ona mogła wtedy wiedzieć, że razem z Madoxem faktycznie mieli na cokolwiek szanse? Przecież Pilar żyła wtedy w swojej smutnej bańce po niesamowitym weekendzie, kiedy to nie umiała zebrać się do kupy i za wszelką cenę musiała w jakiś sposób odciągnąć myśli. Na siłę chciała pokazać sobie, że to tylko jednorazowy wybryk, że będzie umiała wrócić do poprzedniego życia. Nie umiała. Nie umiała bez niego żyć ani być z kimkolwiek innym, co przecież jasno oznajmiła Galenowi. Tam też podczas tego spotkania przecież krzyków nie było końca. Wydzierali się na siebie wtedy bardziej niż Madox teraz z nią w sypialni. Chociaż trzeba przyznać, że żadna walizka nigdy wcześniej nie wylądowała za oknem. Tylko Pilar nawet się tym nie przejęła. Za bardzo zaaferowała się tym, co wyleciało z ust Noriegi.
Nie POSZŁAM do Wyatta, a już na pewno żeby ci cokolwiek dopierdolić — pokręciła głową z niedowierzaniem. — Słuchasz kurwa co ja do ciebie w ogóle mówię? Czy tylko udajesz i i tak sam sobie dopowiadasz w głowie? — rozłożyła ręce, już nie mając do niego siły. — Spotkałam się z nim na HALI TRENINGOWEJ, żeby tre-no-wać. Ktoś mu kurwa groził, więc chciałam go nauczyć kilka uderzeń — wyznała najszczerszą prawdę na jebanym świecie. Nie szła spotkać się z Galenem żeby go przelecieć. Ani na sekundę to nie było jej intencją. — A to że jemu odjebało i pozwolił sobie na za dużo, to nie jest kurwa moja wina, Madox. Zresztą dostanie mu to wyjaśniłam, tak dostanie, że do teraz się ze sobą nie kontaktowaliśmy — nie miał prawa jej za to winić. Galen wiedział jak wykorzystać sytuację i naprawdę się starał. Ale ona mu się nie dała. Mogła podejmować decyzje jedynie za samą siebie. Nie za niego. — To tak jakbym ja zrobiła ci taką szopkę o to, że kiedy widzieliśmy się z Tonym w klubie po Medellin, ty wciskałeś język Ruby prosto do gardła — o to też mieli się kurwa kłócić? Bo mogli. Bo Pilar doskonale pamiętała, jak na oczach Daltona, Madox po prostu wpił się w usta Ruby, jakby chciał ją tam przelecieć w tych lożach. I Pilar też mogłaby mu wtedy zrobić aferę, szczególnie że w dodatku to jeszcze on zainicjował. Ale tego kurwa nie zrobiła, bo powiedział, że dla niego to nie znaczyło N I C. Ona nie była mściwa, więc dlaczego Madox musiał? Dlaczego mieli rozgrzebywać ten cały okres po Medellin, kiedy wszystko stało pod jednym wielkim znakiem zapytania? Ale jak widać musieli, a Madox nakręcił się tak bardzo, że już chyba nie panował nad tym, co mówił. Bo bredził kurwa takie bzdury, że Pilar aż szeroko otworzyła oczy.
W Meksyku odrzuciłam twoje zaręczyny? — spytała, autentycznie niedowierzając i tym razem to ona podeszła bliżej. — Tylko ja kurwa odrzuciłam twoja zaręczyny? Tylko to pamiętasz z całego Meksyku?! — wydarła się, popychając jego ramiona i odpalając standardową fizyczność, która dla nich była chyba na porządku dziennym. — Jakbyś kurwa zapomniał, to tych odrzuconych było po jednym — jasne, typowy Madox, patrzył tylko na czubek własnego nosa. Oczywiście pamiętał, że to ona na plaży powiedziała, że jeszcze nie była gotowa, kompletnie zpaominnając jak kiedy to ona wyznawała mu miłość przy śmietniku to on ją odrzucił. — Zawsze musi być tak, jak ja chce? — znowu spojrzała na niego z niedowierzaniem. Znowu była gotowa go popchnąć. — Ślub kiedy ja chce? — i zrobiła to. Pchnęła go do tyłu, czując jak znowu jej się zbiera w oczach. — Przecież to ty kurwa powiedziałeś, że mam zdecydować, po czym sam poleciałeś się kurwa OŻENIĆ w pierdolonym Vegas, Madox! Gdzie tutaj jest cokolwiek po mojemu?! — nikt jej kurwa tak nie irytował jak on. Sposób, w jaki manipulował rozmową. Robił z niej wariatkę. Robił z niej kogoś, kto wiecznie próbował go kontrolować, kiedy przez większość czasu to ona dostosowywała się do tego, w co on ich ładował. Kolumbia, wyjazdy do domu dziecka, Meksyk, sprawa z jego matka, potem z Gonzalesem, policja… Wszystko kurwa co jej dawał, ona brała i starała się jakoś pomóc, i co? I okazywało się teraz, że to jednak ona była oprawcą w całej tej sytuacji? Naprawdę?
Cofnęła się do tyłu. Znowu chciała się zdystansować, bo już naprawdę mało jej brakowało, żeby się przed nim rozpadła. Pilar może i była kurewsko twardą personą na zewnątrz, ale przy nim naprawdę miękła. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Zależało jej na nim tak kurwa bardzo, że miała ochotę rozszarpać wszystko dookoła. Tylko on wcale nie dał jej tej przestrzeni. Naparł na nią i wymusił, żeby siadła na łóżku, kiedy się na nią nachylił.
Co jeszcze mam zrobić?
Ty? — spojrzała na niego jak na wariata. — Ale ja nic od ciebie nie wymagam, Madox. Ja w przeciwieństwie do ciebie ci kurwa ufam. Biorę cie takim, jaki jesteś. Nie chce żebyś się kurwa zmieniał ani robił cokolwiek więcej — ciężko było mu patrzeć w oczy, bez uczucia, że te jej zachodzą jakąś dziwną, wilgotną powłoką. On chyba nie rozumiał tego, jak bardzo ona go kochała. Jak po tym wszystkim co przeszli, w życiu by go kurwa nie zdradziła. Pędzej sobie by je odebrała niż zrobiła cokolwiek, co by go intencjonalnie skrzywdziło. — To przecież ty masz ze mną problem — powiedziała w końcu, czując jak głos się jej lekko łamie. — I to widać nie jeden — odwróciła spojrzenie. Bo teraz jak się okazało to nie tylko chodziło o Galena Wyatta, ale również jakieś odrzucone zaręczyny, które ewidentnie dalej go bolały, pomimo tego, że Pilar przecież w końcu je przyjęła, nasilą jego pierścionek. Nawet miała go kurwa na palcu a nie na szyi, czego oczywiście nie zauważył, do tego że wiecznie musiało być tak jak ona chciała, nie wspominając o tym, że nagle wyszły jego żale, co do jej niepewności z Medellin, do której kiedyś mówił jej, że miała pełne prawo, a teraz okazywało się, że nie miała go wcale, bo on odebrał to jakoś odrzucenie. Jak widać miała w jego oczach o wiele więcej wad niż się tego spodziewała i szczerze? Bolało ją to. Kurwa jak ją to bolało. Zderzyła się ze smutną rzeczywistością i trochę nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić. Szczególnie, że zaraz on wylądował na kolanach, wciskając się między jej nogi. Znowu odwróciła głowę, czując, że pęknie.
Porwać — jakby to było kurwa takie proste. Że mógłby ją po prostu porwać i byłby spokój. Bo co, to jej wina że Wyatt coś do niej miał, albo Beck? Przecież wybrała jego. Ile razy jeszcze mogli to wałkować. Jego też chciały różna kobiety, a on wybrał ją. To powinno wystarczyć. Spojrzała na niego dopiero, gdy powiedział, że zawsze będzie się o nią bić. — To weź mnie ze sobą na walkę, a nie zostawiaj w tyle — poprosiła cicho, wciskając sobie obite palce w skórę, by jakoś odreagować to napięcie w ciele, z którym nie umiała sobie poradzić. Wbijała paznokcie prawie do krwi, byleby się przy nim nie rozpaść. Przecież ona zawsze chciała walczyć u jego boku. Nawet w pierdolonej willi Wyattów, gdyby poszła z nim przecież sama by strzeliła Galenowi. Grała by z Noriegą do jednej brami. Zawsze grała. Tylko czemu on tego nie widział? Że ona chciała iść z nim ramię w ramie.
Zawsze, ale to kurwa zawsze jestem po twojej stronie. Dobrze o tym wiesz, niezależnie od tego, co by to nie było, bo ja cie kurwa koch… — nawet nie dokończyła, bo on już zerwał się z miejsca i znowu pierdolił o Galenie. Znowu kurwa wracał do punku wyjścia, kiedy ona głupio przez moment pomyślała, że może w końcu ruszyli do przodu. — Nie no kurwa — wyrzuciła ręce w powietrze, czując, że zaraz naprawdę eksploduje. — Jak to ściany — nic nie słuchał. NIC, co ona do niego mówiła, a to zaś doprowadzało ją do autentycznego szału. — Wiesz co? — złapała jego spojrzenie, czując, że jest już na granicy. — Rób sobie kurwa co chcesz, tak jak chcesz. Ty tu rządzisz — warknęła i nawet nie czekając już na kolejne obelgi które pewnie rzuciłby w jej stronę i zasłanianie się jakiś durnym Wyattem, po prostu ruszyła do łazienki i zniknęła za drzwiami, trzaskając nimi tak mocno, że prawie nie wyjebało ich z zawiasów. Wiecznie miało być tak jak ona chce? To proszę, dogra wolna, niech robi tak, jak chce on. Pilar nie będzie mu się wpierdalać w życie.
Szkoda tylko, że z chwilą w której drzwi się zamknęły już wcale nie była taka odważna i jak jakaś mała dziewczyna, osunęła się po chłodnych kafelkach, chowając twarz w dłoniach. Nogi podkuliła blisko, osłaniając nimi ciało, autentycznie zdruzgotana tym, jakiego obrotu nabrały sprawy. To wszystko... to były dla niej tak nowe emocje i sytuacje, że autentycznie nie umiała sobie z nimi poradzić.

Por favor, no me dejes.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Może i tak. Bo przecież z ich dwójki to jednak pomimo tego ognia, który niezaprzeczalnie siedział jej pod skórą, to Pilar zazwyczaj umiała zachować zimną krew. Uspokoić go. Pomyśleć. Przedyskutować pewne sprawy.
A Madox nigdy nie umiał, i przy niej może się tego uczył, ale widać... no nie był do końca takim pojętnym uczniem.
Wciąż w gorącej wodzie kąpany, wciąż... narwany. Wybuchowy.
Co zaraz znowu pokazywał.
- Ruby to... - i naprawdę różne słowa cisnęły mu się na usta, od małej szmaty, po dziwkę, która chciała go... ją, zabić. Ich może? - Ruby mnie tylko wkurwiała, i gdybyś jej wtedy nie pomogła to pewnie bym jej rozwalił łeb, to było nic, a ty przecież z Galenem... - nabrał mocno powietrze w płuca, wypuszczając je ze świstem, bo sama mu kiedyś mówiła, że mieli z Wyattem chemię.
I kiedy oni wrócili z Medellin, kiedy Madox chciał się z nią zobaczyć, naciskał... To ona poszła trenować z Galenem Wyattem. Miał jej to za złe, że w momencie, w którym jego od siebie odsuwała, to jakiegoś zapomnienia szukała przy Wyattcie.
Za złe też jej miał te odrzucone zaręczyny, co zaraz w tej całej złości, w tym jak adrenalina krążyła w żyłach, jej wyrzucił. A kiedy go pchnęła to się zaparł tak, że tylko bark mu się odsunął pod jej naporem. Nie odstąpił jej na krok.
- Dobrze wiesz, że... nigdy nie będę cię do niczego zmuszał. Do zaręczyn też nie, i to ci wtedy powiedziałem, że nie musisz tego robić pod moją presją - no bo to jej wtedy chciał przekazać, przy śmietniku, że nie chce wymuszonych zaręczyn.
Szkoda, że oboje zapomnieli jak naturalnie wyszły im te trzecie, bardzo w ich stylu. Najbardziej.
- A nie? - od razu odbił piłeczkę, kiedy zapytała czy zawsze musi być tak, jak ona chce, tylko, że przecież jemu nigdy to tak naprawdę nie przeszkadzało, bo on też tak chciał. Tak samo jak ona. I ten ślub też chciał przecież, żeby to ona wybrała datę, wybrała gdzie, tak jak się umawiali, chociaż... - gdyby to ode mnie zależało, to już byś była moją żoną - i tym razem, kiedy go pchnęła, to cofnął się o to pół kroku - ja pierdole, przecież już odkręciłem to Vegas, i jeśli chcesz to cię tam zbiorę i... - nie dokończył, bo już wypierdalał jej walizkę przez okno. Może żeby jej właśnie pokazać, że on nie rzuca słów na wiatr?
Albo po prostu, żeby nie miała się w co zapakować, kiedy naprawdę dojdą do takiego momentu, że któreś z nich będzie chciało stąd uciec.
Tylko, że Madox jej nie pozwolił, popychając ją na łóżko, i chociaż przez moment patrzył na nią z góry, to zaraz lądował przecież przed nią na podłodze, tak, że jej spojrzenie wyrównało się z tym jego - to weź takiego... Zazdrosnego, niepewnego, trochę zranionego - nigdy w życiu, nikomu by tego nie powiedział, że coś go dotknęło. Zraniło. Bo przecież tacy ludzie jak on nie mają słabości, ich nie dotyka takie coś jak odrzucone zaręczyny, albo to, że po Medellin wybrała czas, bo to chyba nawet chodziło o sam ten czas, który ona spędzała z Galenem Wyattem, pisząc Noriedze, że oni nie mogą się zobaczyć.
Nie spuścił z niej spojrzenia, chociaż to jak uciekała od niego wzrokiem, a jej piękne, czekoladowe oczy coraz bardziej błyszczały, sprawiało, że on znowu się do niej podsunął. Bliżej, między jej uda - jakbym miał z tobą problem Pilar, to bym ci się nie oświadczył na tej meksykańskiej plaży, kiedy... przez krótką chwilę było nam tak dobrze, albo potem, trzeci raz pod tym stołem, kiedy było zajebiście. To bym cię nie namawiał, żebyś wynajęła mieszkanie i się tutaj wprowadziła, i... na pewno nie kupiłbym ci Jaguara - jakby to ten Jaguar był najważniejszy, ale to był Madox... i on przecież często prawdziwe emocje chował pod tymi głupimi żartami, pod docinkami. A czasem słowami, które przecież wychodziły z jego ust szybciej, niż pomyślał. Bo może i... miał jej coś za złe, dotknęły go te niektóre rzeczy, ale przecież on i tak potrafił przejść nad tym do porządku dziennego, ponad tym postawić ich miłość. Bo przecież ją kurwa kochał. Do szaleństwa. Na zabój. Życie by oddał z tej miłości.
Co zaraz jej mówił, że zawsze będzie o nią walczył. A kiedy odpowiedziała to, żeby wziął ją ze sobą, to znowu ciemne tęczówki odszukały jej szklące spojrzenie. Bo już w Meksyku przecież się o tym przekonał, że najlepiej na tym wychodzili razem, ramię w ramię.
- Ten cios, który wyprowadził Wyatt… to chyba ty go nauczyłaś - i znowu może chciał jej powiedzieć coś innego? Że najlepiej im było kiedy rzeczywiście razem stawiali czoła przeciwnością losu, a może, że wiedział, że ona jest po jego stronie, zawsze? A on żartował.
A potem jeszcze podnosił się z ziemi wracając do Wyatta. I może teraz to on zjebał, bo może powinien dać już temu spokój? A jej dać przestrzeń?
Chciał jej dać przestrzeń i dlatego zaproponował klub...
Nie chciał. Chciał kurwa iść za nią, do tej łazienki, za której drzwiami zniknęła. I nawet stanął przed nimi.
A zaraz się szarpnął i ruszył przez pokój. Założył tylko buty i wyszedł z mieszkania, schodami na dół. I do klubu, chociażby na piechotę. Bo przecież portfela wciąż nie miał, ani telefonu. Tylko kiedy stanął na dole, nad jej rozsypaną walizką...
Zaraz zbierał jej rzeczy i znowu wspinał się po schodach do mieszkania i teraz to on pierdolnął drzwiami wejściowymi, a potem tymi od ich sypialni, a zaraz wszedł do łazienki.
I najpierw na podłodze wylądowała ta walizka, którą wyrzucił, a potem on, obok niej. Sięgnął ręką do jej kolana, delikatnie muskając je opuszkami.
- Znowu zjebałem... - to chyba najmądrzejsze co on powiedział tego wieczoru - ale Pilar... - przysunął się bliżej po tych zimnych kafelkach - te quiero y no tengo ningún problema contigo - kocham cię i nie mam z tobą żadnego problemu, starał się złapać jej spojrzenie, zajrzeć w jej ciemne oczy, żeby wiedziała, że przecież mówił prawdę - y nunca te abandonaré, porque... te encontraré en lo más profundo del infierno - i nigdy cię nie zostawię, bo przecież... znajdę cię na samym dnie piekła, musnął palcami skórę na jej udzie, żeby sięgnąć nimi do jej ramienia, pogłaskać ją, bo kurwa... On przecież nie umiał bez niej, nie chciał i nawet jakby chciała od niego odejść, to by jej na to nie pozwolił - nie powinienem cię zostawiać w parku, i nie powinienem się tak wkurwiać o... - oczywiście, że chciał znowu wrócić do Galena Wyatta, ale właściwie to... nie chciał. Bo wytatuowane palce już opierał na jej policzku - ufam ci, nikomu tak kurwa nie ufam jak tobie. I nikogo tak nigdy nie kochałem, i chyba dlatego, że tak cię kocham, to mi tak czasem odpierdala - nawijał. Ale już nie żartował wcale, a z każdym słowem, to podsuwał się do niej jeszcze bliżej, bo każde płynęło prosto z serca, które znowu wyrywało się do niej - i tak naprawdę to chcę, żebyś wybrała datę naszego ślubu, i żebyś... Nie chce, żebyśmy się kłócili, nienawidzę się z tobą kłócić - odgarnął jakiś niesforny kosmyk za jej ucho. Bo chyba bardziej niż się z nią dochodzić, to nienawidził, kiedy ona była taka... smutna. Zraniona. I jakby była sama. A przecież już nie była. Bo on też zawsze był z nią, kiedy go potrzebowała. I kiedy go otrącała. Kiedy go kochała i kiedy nienawidziła...
I Madox zaraz opierał się o ścianę tuż obok niej, szturchnął ją kolanem.
- Myślisz, że Panchito nauczył się, żeby nie zjadać wszystkiego jak leci? - zaczepił ją. Bo może mogli już wrócić do tego przyjemnego popołudnia, kiedy karmili kaczki i jedli lody. Zanim zadzwonił jej telefon?

te quiero y no tengo ningún problema contigo 𐙚⋆°。⋆♡
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Chciała go.
Takiego jakim był.
Z tymi wszystkimi cechami, za które tak bardzo go kochała. Które sprawiały, że jej serce biło szybciej, mocniej, wyrywało się do przodu i sprawiło, że po raz pierwszy w życiu czuła, że żyje. Ale brała go również z tymi wszystkimi niepewnościami, zazdrością i zranieniem. Ze wszystkim co jej dawał. Tylko na prawdziwą miłość nie dało się przygotować. Na wzloty jak i na upadki, które niekiedy bywały o wiele bardziej bolesne, niż można się tego było spodziewać.
Nikt jej nie nauczył, jak pracować ze skrzywdzony sercem.
Co zrobić, kiedy druga połówka nagle w ciebie zwątpi. Jak udowodnić w chwili bezradności swoją wartość i pokazać, że z sercem na dłoni było się gotowym na wszystkie poświęcenia, że lojalność była na najwyższym poziomie? Jak zachować się, kiedy z drugiej strony padało tylko coraz więcej oskarżeń? Pilar nie umiała sobie z tym poradzić. Z nadmiarem emocji oraz tego, że tak bardzo dotykały ją jego słowa. Zawsze przecież była tą silną, stonowaną kosą. Kimś, kto chował wszystko w środku, kogoś, kogo nic nie mogło zagiąć, a przy nim? Przy nim była kompletnie krucha. Była najprawdziwszą wersją siebie, jaką tylko można było być. Była bezbronna.
I chociaż żałowała spotkania z Galenem, chociaż teraz wcale by na to nie pozwoliła, tak wtedy nie mogła tego wiedzieć. I chociaż wyszło chujowo, to… jakby na to nie spojrzeć, też miało to wpływ na tą jej świaodmość, jak bardzo kochała Madoxa. Że kiedy chciała na moment zboczyć, wyrzucić go z własnej głowy, spotkanie z Galenem tylko uświadomiło jej, że nie mogła tego zrobić, bo przecież Madox był jej bratnią duszą. To jego kochała. To z nim chciała być pomimo przeciwności. Z każdej sytuacji wyciągało się lekcje — te mniej lub bardziej świadome — i to była jedna z nich.
Szkoda tylko, że to szambo wyjebało po tak długim czasie i to na taką skalę oraz w taki właśnie sposób. Że jeden Galen Wyatt sprawił, że chyba po raz pierwszy aż tak bardzo się kłócili. Że argumenty, które padały zdecydowanie wykraczały poza zwykłą dyskusje, że… ich związek na moment naprawdę stanął pod znakiem zapytania.
A przecież żadne z nich tego kurwa nie chciało.
Tylko co jeśli na to było już za późno?
Przez krótką chwile, zamykając się w łazience, miała nadzieje, że do niej przyjdzie. Że może jeszcze jakoś to wszystko ogarną, przecież kto jak nie oni? Tylko zaraz słyszała, jak Noriega wychodzi z salonu, a potem trzaska drzwiami wyjściowymi. I to był moment, w którym Pilar kompletnie wszystko popuściło. Wplotła palce we włosy i pozwoliła, żeby kilka pojedynczych łez spłynęło po jej czerwonej twarzy. Pozwoliła sobie na słabość, której tak mocno się wzbierała. A potem pożałowała, że go nie zatrzymała. Zła na siebie przede wszystkim. Był sens lecieć za nim do klubu? Jechać tam jeszcze dzisiaj? Przeprosić go? Kurwa nie było go obok jebaną minutę, a ona już żałowała wszystkiego, co się stało. Odgrywała w głowie wszystko, co się stało, wszystkie jego słowa i pretensje, jakie rzucał w jej kierunku o tym, jak się rządziła, jak wszystko musiało po jej, a nigdy po jego, jak wiecznie mu uciekała, jak to ona ciągle była niepewna… Ciężko jej było na sercu. Kurewsko ciężko. Bo może faktycznie to ona była problemem? Zawsze przecież była. Od jebanych urodzin. Problemem.
Tylko nim zdążyła chwile dłużej się nad tym zastanowić, dojść do jakiś wniosków, to drzwi frontowe znowu pierdolnęły, a kroki skierowały się prosto do sypialni, a następnie do łazienki. Kątem oka widziała, jak walizka, którą wcześniej wypierdolił przez okno, teraz ląduje koło jej stopy, a zaraz potem wylądował tam i on. Serce wyrwało się jej do przodu, chociaż ręce jeszcze próbowały w ukryciu zetrzeć łzy. Nie chciała, żeby ją taką oglądał, chociaż kiedy powiedział, że zjebał, Pilar podniosła na niego spojrzenie.
Ja zjebałam — pokręciła od razu głową i chciała powiedzieć o wiele więcej, ale jej przerwał. Więc słuchała. Z zapłakanymi oczami, czerwonym nosem i wypiekami na polikach, siedząc na chłodnych kafelkach słuchała z ręką na sercu, jak wyznawał jej miłość. Najpiękniejszą z możliwych, w tym swoim ojczystym języku, który przecież najszczerzej opowiadał o kochaniu. I chociaż obiecała sobie, że go wysłucha, to również musiała się wtrącić.
Yo también te amo, más que a nada en el mundo, Madox Ja też cię kocham, kurwa najbardziej na świecie, Madox — musiała mu to powiedzieć, najszerzej, jak tylko potrafiła, praktycznie od razu się prostując i sięgając go jego policzków, żeby móc spojrzeć mu głęboko w oczy. — No hay otro hombre en mi vida y nunca lo habrá. Tú eres el único para mí Nie ma żadnego innego mężczyzny w moim życiu i nigdy nie będzie. Jesteś dla mnie tym jedynym. To nawet nie podlegało żadnej dyskusji i może od tego trzeba było zacząć całą kłótnie? Że nigdy nikogo nie kochała tak bardzo, jak jego, że był najważniejsza osobą w jej życiu. — La única, ¿entiendes? Jedynym kurwa, rozumiesz? Potrząsnęła jego twarzą, jakby chciała, żeby to do niego doszło. Żeby zrozumiał, że ona szalała na jego punkcie, żeby była cała jego, że… — MirarPopatrz. Sięgnęła po jego rękę i momentalnie przystawiła ją sobie do lewej piersi, pod którą chyba jak jeszcze nigdy waliło rozszalałe serce. Dla niego, do niego i tylko i wyłącznie przez niego. Kiedy mówił jej, że przecież nigdy jej nie zostawi, że znajdzie ją na samym dnie piekła… nie mogła chcieć do niego niczego więcej, a właśnie tego, żeby po prostu był. I kurwa niesamowite to było jak jeszcze dziesięć minut temu chciała go rozszarpać, a jak jeden taki impuls, jedno wyciągnięcie ręki sprawiło, że to wszystko poszło w jebaną niepamięć. Że myśl o tym, że mogła go stracić tylko jeszcze bardziej uświadomiła jej, jak bardzo chciała go mieć przy sobie.
Ja też przepraszam — wyznała w końcu, bo to też nie tak, że ten konflikt był jednostronny. Bo przecież gdyby wtedy nie spotkała się z Galenem, nic z tego co teraz nie miałby miejsca. — Przysięgam ci, że to spotkanie nic nie znaczyło. Że Wyatt nic nie znaczy. Bo ty znaczysz dla mnie jebane wszystko — dużo nagle zebrało się tych wszystkich wyznać prosto z serca, ale to chyba było teraz potrzebne. Potrzebowali chwili szczerości po tym, jak padło kilka, a nawet wiele przykrych słów, jak zaufanie zostało podważone wraz z prawdomównością. — I kurwa nienawidzę się z tobą kłócić — rzuciła, przy okazji pociągając nosem, podczas gdy jej dłonie już zaciskały się na jego koszuli, już szarpały go do siebie, żeby po chwili usta mogły wpić się w te jego.
Mocno.
Zachłannie.
Nie było w tym delikatności. Nie było w tym nawet za grosz czułości. Była za to desperacka potrzeba przypieczętowania uczucia, które dzielili. Upewnienie się, że to nie kłótnie ich dzieliły, ale właśnie momenty przełamania i nadmiernej szczerości przyciągały jeszcze bliżej. Praktycznie wciągnęła go na siebie, wymuszając, żeby przycisnął ją jeszcze bardziej do ściany, podczas gdy języki walczyły tańczyły ze sobą w jedynym rytmie. Serce szalało jej w piersi. Tego typu momenty smakowały zupełnie inaczej niż zwykłe, codziennie pocałunki, chociaż przecież w ich przypadku, w każdym z nich był ogień. Ten był inny. Pieczętował pewne rzeczy.
Te quiero — wyznała pomiędzy pocałunkami już na ochłapach powietrza, które on całkowicie zabrał z jej płuc, a następnie spojrzała w jego oczy, gdy się od siebie odsunęli. — Nie idź spać do Emptiness — poprosiła po chwili, uśmiechając się delikatnie i lekko siorbiąc nosem. Niby wiedziała, że nie pójdzie, skoro się tu do niej wrócił, skoro rozmawiali, ale… musiała też to powiedzieć, nim ponownie opadła na g o r ą c e już kafelki. — Permanecerzostań, mruknęła, gładząc jego szorstki policzek, wciąż ciężko oddychając. — Quédate para siemprezostań już na zawsze, dodała, przekręcając głowę na bok i przyglądając mu się uważnie. Milczała, kiedy zadał jej pytanie o Panchito. Wzruszyła jedynie ramionami. Pewnie się nie nauczył, bo to durna kaczka, ale kto wie, może i tak? Może trochę jak oni? Chociaż też nie mieli pewności, czy za niedługo znowu się o coś nie pokłócą, wyzywając się od najgorszych. Musnęła kciukiem jego gorące wargi, a potem osadziła palce na brodzie, żeby przesunąć jego głowę na bok, oglądając pobity policzek.
Faktycznie dobrze wymierzony — mruknęła, tym razem to ona szczycąc się na durny żart, chociaż zaraz zaczęła zbierać się z podłogi. — Chodź — wystawiła do niego ręce, żeby pomóc mu wstać. — Trzeba cię umyć. Wyglądasz jakby cię trzy razy obsrali, dwa razy pobili, a potem jeszcze ktoś się na ciebie zrzygał — podsumowała, jakże urokliwie, kompletnie ignorując telefon, który dzwonił gdzieś w salonie, gdzie pierdolnęła kurtką. Widziała natomiast, że Madox zwrócił na to uwagę i się lekko spiął. — Nic co tam jest nie jest ważne — powiedziała z przekonaniem. — Niech się pierdolą — bo teraz najważniejszy dla niej był on. I to żeby w końcu zdjąć z niego tą kompletnie upierdoloną koszulkę. Nawet nie było jej jak złapać, bo wszędzie miała jakieś albo ślady błota albo krwi, nawet nie chciała wiedzieć czyjej.

Tú, tú y tú otra vez. Solo tú.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Kilka godzin temu szli do Eliota walczyć o siebie, o ich związek, gotowi poświęcić dla niego naprawdę wiele. A Pilar może i wszystko. Chwilę później całowali się pod posterunkiem, żeby przypieczętować to, że już nie muszą się ukrywać, a potem dali sobie chwilę na beztroskie karmienie kaczek i lody.
I gdyby nie Galen Wyatt i jego gierki, to by był dobry dzień. Minus pięć stówek w kieszeni, ale jeden z tych przyjemnych.
A teraz bilans wynosił już minus pięć i pół koła, a do tego prawie rozpierdolony związek, który przecież w takich trudach budowali. I jakby rzeczywiście rozjebał go Galen Wyatt, to by był jakiś żart od losu. Kiedy oni walczyli z meksykańską mafią, torontońską policją i półświatkiem. A tu jeden paniczyk, głupim telefonem, mógł ich zniszczyć...
Nie no, nie mógł. I chociaż Madox to zrozumiał dopiero nad jej rozsypanymi po chodniku rzeczami, to przecież zaraz je zbierał i nawet nie zwrócił uwagi na sąsiadkę, która nadawała, że ta walizka prawie ją zabiła, tylko rzucił coś, że pod dwadzieścia jeden mieszka jego prawnik i jak chce, to niech tam idzie.
Bo Noriega już wracał po schodach do mieszkania numer trzynaście, z walizką pod pachą. A potem od razu do łazienki, bez żadnego pukania, po prostu wszedł tam jak do siebie. Jak zawsze do jej życia, wchodził z pierdolonymi butami, nigdy nie pytając o pozwolenie. Tylko idąc za głosem serca, które też szarpnęło do niej odbijając się w piersi. Bo mimo, że próbowała ukryć łzy, no to przecież Madox aż tak głupi nie było.
Podsunął się do niej bliżej i chociaż najpierw przesunął palcami po jej kolanie, żeby sprawdzić, czy go stąd nie wypierdoli. Bo mogła. Miała pełne prawo się na niego wkurwiać, to jednak kiedy powiedziała to, że ona zjebała, to Madox tylko pokręcił głową, a zaraz już przysuwał się do niej bliżej. Zaraz wytatuowane palce muskały jej gorącą gładką skórę, na ramieniu, kiedy mówił jej to, że zawsze będzie przy niej. A potem układał je na zaczerwienionych policzkach, z których zbierał niesforne, czarne kosmyki, jej kudły, które polepiły się do wilgotnej skóry. Patrzył w jej piękne, czekoladowe oczy, które błyszczały przez niego niebezpiecznie, i coś go ściskało gdzieś w środku, że ona przez niego... płakała.
Bo Pilar nigdy nie płakała, i była najtwardszą babką, jaką on znał, była jego kurwa... muzą, i jego siłą. A dzisiaj przez niego oskubana całkowicie z tej mocy. Bezbronna.
Przysunął się do niej jeszcze bliżej, zakładając sobie na kolano jej nogę, mieszając je ze swoimi, tak, że mogli już czuć na sobie ciepłe oddechy, które wciąż urywały się w piersi, ale już z innych powodów niż złość.
Kiedy on wyznawał jej miłość, a ona opowiadała o tym, że jest jedyny, że też go kocha, najbardziej na świecie.
- Lo sé, pero a veces... - wiem, ale ja czasem..., zaczął, bo przecież wiedział, że był tylko on, i dla niego też ona była najważniejsza. Skinął głową, że rozumie, ale zaraz odwrócił się do jej dłoni, żeby ją zaczepić, musnąć wargami słoną od łez skórę.
A kiedy układała jego wytatuowane palce na piersi, na sercu, które uderzało w chaotycznym rytmie, to objął ją w pasie przyciągając do siebie bliżej, i sam też zaraz sięgał do jej dłoni, oparł ją na tej brudnej koszulce, pod którą ukrywał się tatuaż z lwem. Mogła czuć pod opuszkami ten dziki rytm.
- A veces no puedo evitar dejarme guiar por mi corazón - ja czasem nie umiem się powstrzymać, żeby nie kierować się sercem, dzikością serca, którą mogła czuć na własnej dłoni - i czasem zrobię coś zanim pomyślę, bo ty tu jesteś od myślenia, a ja chyba od spierdalania wszystkiego i przepraszania... - i znowu się do niej łasił, bliżej, żeby tylko mieć ją przy sobie, żeby ją czuć.
Bo może rzeczywiście takie momenty... też były potrzebne, uświadamiały im, że nie chcieli siebie stracić i tego, co przecież pokonując te wszystkie trudności, budowali. Przytulił szorstki policzek do jej dłoni.
- Teraz to wydaje mi się, że Wyatt będzie przechodził na drugą stronę ulicy, kiedy tylko zobaczy któreś z nas - sięgnął do jej dłoni, żeby musnąć wargami jej środek, a potem jej wierzch i każdy jeden palec. Dopiero kiedy powiedziała to, że ona też nienawidzi się z nim kłócić, to uśmiechnął się puszczając jej rękę, która zaraz zaciskała się na jego koszulce.
I kiedy jego wargi zawisły te nieznośne milimetry od jej pełnych, ciepłych ust, to jeszcze raz spojrzał jej w oczy, ciemne, piękne, błyszczące... ale już inaczej.
Zamknął jej usta w pocałunku, dzikim, agresywnym. Wyrywającym z płuc resztki powietrza, by potem mogli się dzielić tymi ochłapami, które im zostały, aż zakręci się w głowach. Podparł się ręką o ścianę napierając na nią mocniej, przyciskając ją do wcale już nie zimnej ściany.
- Yo también te quiero - odpowiedział jej między pocałunkami, kolejnymi razami kiedy jego wargi zaczepnie muskały jej usta, a przyspieszony oddech lądował na zaczerwienionych policzkach. Dopiero po chwili spojrzał na nią z dystansu, chociaż ciemne tęczówki wciąż błądziły po jej pięknej twarzy, po czekoladowych, dużych oczach i ustach, których smak znowu siedział tak głęboko w głowie, że w pierwszej chwili...
- Co? - uniósł jedną brew, chyba oboje wiedzieli, że tam nie pójdzie, a jednak - przekonaj mnie... - rzucił zaczepnie, bo chyba nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. A zaraz znowu się do niej szarpnął, ale tym razem zawisł nad nią i tylko to ogniste spojrzenie odszukało to jej, równie intensywne - nunca más te dejaré - już nigdy cię nie zostawię, powiedział i jeszcze raz musnął zaczepnie jej gorące usta, a zaraz opierał się obok niej o ścianę. Zaczepiał ją kolanem i pytał o Panchito. Bo może głupia kaczka niewiele nauczyła się z tej przygody, ale oni już chyba tak...
Madox na pewno. Tego, że nie umiałby bez nie żyć. I kurwa zrozumiał to nad jej ciuchami wypierdolonymi na ulicę. Że ze swojego życia, serca przede wszystkim... by jej się tak łatwo nie pozbył. Nie umiałby. Nie chciał. Nie pozwolił.
Przekręcił głowę na bok, kiedy oglądała jego policzek, a zaraz ciemne tęczówki odszukały jej przenikliwe spojrzenie.
- Gdybyś widziała jego... - i to fakt, że Galen Wyatt wyglądał gorzej, bo jednak Madox zdecydowanie lepiej wiedział, jak wymierzyć, no i trochę wziął Wyatta z zaskoczenia. Przesunął palcami po jej nodze, kiedy wstawała z podłogi, jeszcze chciał ją do siebie pociągnąć, ale kiedy wystawiła do niego ręce, to zaraz je złapał i też się zbierał z ziemi - zobacz... a to tylko raz obsrali, raz pobili i wsadzili do paki - mruknął i już znowu się do niej szarpnął, ale wtedy zadzwonił ten telefon. I Madox automatycznie odchylił głowę do tyłu, bo jeśli to Galen Wyatt, to on nawet nie zmienia tej koszulki...
Chociaż z kolejnymi słowami Pilar, spuścił na nią spojrzenie. A kąciki jego ust delikatnie skoczyły ku górze - uwielbiam, kiedy mówisz, że cały świat może się pierdolić, a tak naprawdę myślisz o tym, że my byśmy mogli... - zaczepił ją, robiąc krok w jej kierunku, tak, że na niego wpadła. A kiedy zacisnęła palce na brzegu upierdolonej koszulki, to jeszcze grzecznie podniósł ręce, żeby ją z niego ściągnęła.
Ale to tyle było z jego grzeczności, bo kiedy bluzka wylądowała na ziemi, to Madox znowu się do niej szarpnął. I zaraz opierał się o nią nagim torsem, a mokrymi pocałunkami sunął już wzdłuż jej szyi, zostawił czerwoną pieczątkę gdzieś na jej ramieniu, a palce zacisnął na jej pośladkach. I może by ją posadził na umywalce, albo wszedł z nią pod prysznic, gdzie zrzucali by z siebie mokre, klejące się do ciała ubrania?
Ale telefon zadzwonił znowu, a Noriega się odsunął, nie puścił jej, ale zajrzał w jej piękne, czekoladowe oczy.
- Idź, odbierz, bo może to coś ważnego... Ale jak to Galen Wyatt, to powiedz mu, że się wrócę i jedziesz ze mną, żeby mu poprawić - jeszcze raz zaczepnie musnął wargami jej usta, ale zaraz ją puścił, odsunął się - a ja wstawię pranie - już sięgnął do ozdobnej klamry paska, żeby ją odpiąć, ale coś mu się przypomniało - a i podłączysz mój? Bo padł - dał jej swój telefon, który miał w tylnej kieszeni jeansów. A później jeszcze na zachętę poklepał ją po pupie - tylko przyjdź mi umyć plecy - jeszcze puścił jej oczko. A kiedy poszła, to rzeczywiście zrzucił z siebie ciuchy, wszystko wrzucił do pralki, dołożył jeszcze coś z kubła i nastawił na bawełna ciemne, czyli to co zawsze, zapomniał o proszku, więc i tak musiał zatrzymać, dołożyć proszek, dolać płynu, pewnie więcej niż trzeba i gotowe.
Tylko że jak sobie kucnął, żeby zajrzeć do pralki to miedzy tymi jego ciemnymi ciuchami zobaczył jakieś wirujące czerwone majtki - o kurwa... - ciekawe czy to Pilar, czy Rosy. Bo jak Rosy i je zniszczy, to będzie afera... A jak Pilar, to jej zawsze mógł kupić nowe... Tak, czy siak nie ryzykował, tylko znowu wstrzymywał pranie, żeby wyjąć te majtki i kiedy Stewart wróciła, to grzebał za nimi w pralce - no i co? - spojrzał na nią przez ramię w momencie, w którym dogrzebał się do tej koronkowej bielizny i wyszarpnął ją z pralki.

Nunca te abandonaré ₊˚⊹♡
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Z jednej strony to wszystko co się stało było kurewsko niepotrzebne. Mogło się nawet wydawać, że dałoby się cały konflikt załatwić jedną, szczerą rozmową. Że gdyby Madox nie był taki narwany i tak chorobliwie zazdrosny i po prostu jej wysłuchał, może nawet jeszcze by się z tego wszyscy pośmiali, wliczając w to Wyatta i wszystkich innych, którzy bawili się razem z nim. Z drugiej może taka kłótnia też była im potrzebna? Do tego żeby wyrzucić z siebie wszystkie żale, żeby wydrzeć to, co siedziało gdzieś ukryte w sercu, a potem oczyścić się, po wszystkich złych rzeczach wymawiając te najpiękniejsze wyznania miłości, które oni jak zwykle ze sobą dzielili w jakimś dziwnym miejscu. Nie na kanapie, nie przy stole czy chociażby w łóżku — na jebanej podłodze w kiblu. Na kafelkach, które chociaż z początku kurewsko zimne, teraz grzały się razem z nimi pod wpływem ognistych pocałunków.
Wszystko było tu dzikie i na opak, ale może… tak właśnie miało być?
Bo przecież oni najlepiej działali w chaosie. W kompletnie skrajnych przypadkach, które przywoływały do porządku. Dla Madoxa było to zbieranie jej wyjebanych ciuchów spod bloku, a dla niej zamknięcie się w czterech ścianach kibla, kompletnie sama jak palec. Dokładnie tak, jak nigdy nie chciała już być. Zostawiona. Dlatego kiedy z jego ust padła ta najważniejsza obietnica, to nunca más te dejaré, Pilar przyciągnęła go jeszcze bliżej do siebie. Jeszcze pogłębiła pocałunek, zaciągając się jego obłędnym zapachem. Chciała mieć go bliżej, bardziej i tylko dla siebie. Powtrzymało ją od tego tylko i wyłącznie powietrze, które skończyło się w płucach.
Uniosła wysoko brwi, kiedy Madox oznajmił, że twarz Galena wyglądała o wiele gorzej. Mimo tego, że przecież zawsze chciała dla Wyatta dobrze, miał jakieś specjalne miejsce w jej sercu ,tak trzeba było przyznać, że tym co zrobił, naprawdę zasłużył sobie na strzał w twarz. Bo gdyby oni dzisiaj tego nie wyjaśnili… Pilar chyba sama by się zebrała i do niego pojechała, żeby osobiście mu skopać tyłek.
Czyli nie musze mu poprawiać? — spytała równie zaczepie, uśmiechając się delikatnie, a zaraz już wstała z podłogi, oznajmiając, że trzeba było umyć jej narzeczonego, bo wszytko co się tylko dało się na niego zesrało. Wszystko, oprócz ich związku, który mimo turbulencji znowu wyszedł z tego silny. Tak silny jak uchwyt, którym Noriega zacisnął palce na jej biodrach. Uwielbiam, kiedy mówisz, że cały świat może się pierdolić, a tak naprawdę myślisz o tym, że my byśmy mogli. Szczerze? Ona też to uwielbiała. — Jak ty mnie dobrze znasz — zaśmiała się, kręcąc głową z niedowierzaniem i ściągając z niego upierdoloną koszulkę. Szkoda, że zamiast wrzucić ją do kosza na pranie, cisnęła nią gdzieś w eter. — To weźmiesz się w końcu do roboty, czy będziesz tak stał? — tylko tyle zdążyła powiedzieć, nim Madox nie wyrwał się do niej, przypierając do niej swoją nagą klatą i atakując bez ostrzeżenia odkrytą szyję. Jak na zawołanie odchyliła głowę do tyłu, dając mu jeszcze lepszy dostęp, podczas gdy jej dłonie już błądziły gdzieś po nagich, gorących ramionach. Po tatuażach, które znała już na pamięć, wbijając paznokcie w napiętą skórę, czując pod nią każdy jeden mięsień.
Szkoda tylko, że telefon w salonie zadzwonił po raz kolejny. Nie chciała się od niego odrywać, dlatego kiedy on to zrobił, z gardła Pilar wyleciał głośny, jasny w przekazie jęk zawodu.
Ale ja nie chce… — mruknęła jak pięcioletnie dziecko, któremu matka karze sprzątać w pokoju. Naprawdę nie miała ochoty iść odbierać tego zasranego telefonu. Tylko Madox nalegał. Popatrzyła na niego z niesmakiem, kiedy wspomniał o Galenie. — Jak to Wyatt, to osobiście go zatłukę — warknęła, chociaż wątpiła, że po tym, co mu powiedziała, Galen jeszcze chciałby się z nią kontaktować. Szczególnie dzisiaj, kiedy to wszystko co się stało, wciąż było takie świeże. Skinęła głową na informacje o praniu. — A wrzucisz też moje? Są w koszu — poprosiła w tym samym czasie, co Noriega dawał jej swój telefon.
Skierowała się do salonu, w pierwszej kolejności łapiąc własną komórkę, która dzwoniła już po raz trzeci. Numer nieznany. Zamyśliła się na moment, nie mając pojęcia, czy w ogóle powinna to odbierać, ale skoro już przerwała TAK WAŻNE rzeczy, to co już miała więcej do stracenia. Wcisnęła zieloną słuchawkę, przy okazji dociskając urządzenie do ucha i czekając, aż ktoś po drugiej stronie raczy się odezwać. W międzyczasie nachyliła się za kanapę, żeby sięgnąć po ładowarkę i podpiąć telefon Noriegi.
Klapnęła na tyłku na jednej z poduszek, kiedy okazało się, że tak naprawdę może i był to ważny telefon, ale żaden z tych złych. Dzwonił po prostu kurier, zapytać, czy do piętnastu minut Stewart będzie w domu, bo ma dla niej paczkę.
Ale ja nic nie zamawiałam — rzuciła spokojnie, przekonana, że to jakaś pomyłka, przy okazji sprawdzając, czy telefon Noriegii się ładował. Okazało się, że podobno zamawiała, bo imię się zgadzało oraz nazwisko, a co dziwniejsze zgadzał się również… nowy adres. — Jest pan pewien? I nie wiadomo od kogo? — dopytała po raz chyba dziesiąty, obserwując jak telefon Madoxa dosłownie w y b u c h a powiadomieniami. Nie chciała grzebać mu w telefonie, tylko trzymała go na kolanach podczas gdy dymki same się pojawiały na ekranie, a w tym i wiadomości od Williama. — Nie no kurwa, chyba sobie żartujesz — wrzuciła, kompletnie nie dowierzając w to, co właśnie przeczytała. — Co? Nie mówię do pana — dodała, gdy facet po drugiej stronie słuchawki zaczął się wydzierać, że on tylko dostarcza paczki. — Dobra, niech pan przywiezie po prostu tą paczkę — mruknęła, już nawet nie słuchając co typ miał do powiedzenia i odrzuciła własny telefon na bok, bo za bardzo była zaszokowana tym, co zobaczyła na tym Noriegi. Przeczekała aż nie zrobiły się chociaż dwie kreski, po czym odpięła go od kabla i ruszyła do łazienki.
Wiesz kurwa, że to twój pierdolony przyjaciel stoi za tym wszystkim?! — uniosła się, kompletnie ignorując jego pytanie. Podeszła w stronę pralki, nad która nachylał się Madox i dosłownie trzasnęła drzwiczkami, wystawiając telefon prosto przed jego nos na dymkach powiadomień, w których William się do wszystkiego przyznaje. — Serio, Noriega, masz chociaż kurwa jednego kumpla, który nie chce ci rozpierdolić życia? — przekazała telefon Madoxowi, żeby mógł dokładnie przeczytać wszystkie wiadomości, a sama przeszła się w jedną i w drugą stronę po łazience. — Zajebiste żarty — pokręciła głową. — Prawie tak świetne jak to, co odjebaliście w Vegas.

Tus amigos son idiotas
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Dziwne byłoby, gdyby oni takie wyznania składali sobie w łóżku... Przy stole. Albo na kanapie.
Oni zawsze najważniejsze rozmowy w swoim życiu prowadzili w takich osobliwych miejscach, na podłodze klubu, na kuchennej szafce, przy śmietniku, albo na stole w domu, do którego się włamali. I teraz w łazience, na kafelkach, dobrze chociaż, że to był ich dom. Taki, w którym Madox też nie chciał już być bez niej. I to zaraz sobie przekazywali w tych wszystkich pięknych słowach, wyznaniach płynących prosto z serca.
Serca, którym zawsze kierował się Madox i dzisiaj też to zrobił. Bo to nie wyszło z niego przecież złośliwie, to był jebany impuls, że on pojechał do Galena Wyatta.
I może rzeczywiście gdyby chodziło o kogoś innego, to by się z tego pośmiał, ale... kiedy chodziło o Pilar, to on przecież zawsze szedł za porywem serca. I dzisiaj też.
Pokręcił głową, bo mimo, że przecież on zawsze z jakąś chorą fascynacją patrzył na to jak Pilar się biła, łamała nosy jednym ciosem, to jednak takiej walki z Galenem Wyattem chyba nie chciał oglądać. Bo może kurwa... rzeczywiście powinni to zostawić już gdzieś za nimi. Bo przecież Madox zawsze wychodził z założenia, że nie ma co roztrząsać, trzeba iść na przód. Teraz też... chciał.
- Nie musisz powtarzać... - mruknął gdzieś w jej szyję, kiedy powiedziała to, żeby wziął się do roboty, w szyję, którą już zasypywał pocałunkami, palcami sunąc z jej bioder na pośladki, hacząc nimi o materiał jej spodenek. Jego ciało automatycznie reagowało na jej dotyk, mięśnie spinały się pod skórą, kiedy wbijała paznokcie w jego tatuaże. A Madox szarpnął się do niej bliżej i już zaciskał palce na jej pupie, żeby posadzić ją na umywalce, albo na pralce... Albo oprzeć o ścianę, ale zadzwonił telefon.
Telefon, który dzisiaj był jakimś pierdolonym fatum. I tym razem to Madox rzucił, żeby poszła odebrać.
- A jak to Eliot? Albo ktoś z klubu? Mój padł - stwierdził pokazując jej swojego smartfona, którego zresztą zaraz jej dawał, żeby mu podłączyła. Proszę bardzo jak odpowiedzialnie, Madox, który wywala swój telefon, bo coś mu nie pasuje, albo go zawsze gubi. Uśmiechnął się tylko, kiedy powiedziała, że jeśli to Wyatt, to osobiście go zatłucze, ale już nic nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową, że wrzuci też jej ciuchy do prania. Chociaż prawda jest taka, że to była przeprawa, bo Gabi wiecznie dorzucała im coś od siebie, albo Ricz mieszał wszystko szukając jakiś brudnych gaci. Więc Madox trochę na pałę dorzucał ubrania Pilar do pralki, w tym ją widział, to z niej ściągał, a to wyglądało jak jej.
Zresztą czy to takie ważne, coś tam uprał. Tylko zaraz się okazało, że też te majtki, które pewnie trzeba było prać na jakimś specjalnym delikatnym praniu, więc zatrzymał i je wyciągnął, a kiedy Pilar wpadła jak burza do łazienki, to zawiesił sobie czerwoną koronkę na szyi.
- Co... - i już miał pytać co znowu, bo widział jej minę, wyprostował się, kiedy machnęła mu telefonem przed twarzą - co to znaczy? - bo prawda jest taka, że Madox miał trochę więcej przyjaciół niż jednego Williama, co prawda Patel najbardziej odpierdalał i pewnie Noriega był jego jedynym przyjacielem, ale nie skojarzył, że to on mógł to wszystko rozpętać. Niby coś tam mu świtało, że on się też przyjaźni z Galenem Wyattem, ale nigdy jakoś za bardzo się nad tym nie zastanawiał. Jego ciemne spojrzenie zatrzymało się na wyświetlaczu.
Wiadomość od Williama.
kurwa, Madox, sorry, jestem u Galena i gramy w wyzwania, weź nie sraj żarem, dobra?
Moja wina, kazałem mu wybrać przypadkowy numer z kontaktów i gadać głupoty, nie wkurwiają się dobra?
Nie zabijaj go dobra? Bo Wyatt ma osrane gacie po pachy w tym momencie XD
no a poza tym to morderców ciężko wybronić jak faktycznie nimi są XDDD proszę zrób to dla swojego jeszcze męża i olej, okej?
Pozdrowienia dla rodzinki i dla ciebie ode mnie i Peach i Galena, buzia

Dwa razy przeczytał wiadomości zanim w ogóle do niego dotarło, że to był rzeczywiście głupi pomysł Patela. Wziął od niej telefon i widział doskonale jej minę, ale przecież znał Willa od lat, i nie raz ratowali sobie tyłki. On Patelowi, kiedy po pijaku zaczepiał nieodpowiednich typów, albo kiedy za bardzo się naćpał, a William jemu, kiedy potrzebował na już prawnika. Wiedział jaki Patel jest.
Na to pytanie Pilar zawiesił się nad telefonem, bo w zasadzie to on myślał, że takim jego najlepszym kumplem, który za nim będzie stał zawsze murem był Will.
- Pewnie się naćpał... - zaczął, ale Pilar zaraz dodała to, że zajebiste żarty, no i Madox czy chciał, czy nie, to musiał się z nią zgodzić, bo kurwa jakby oni dzisiaj przez te żarty się rozstali, pokłócili tak, że nie dałoby się tego naprawić, to on przecież osobiście jeszcze sprałby Williama - ale to z Vegas jest już odkręcone - rzucił i sięgnął do niej ręką, żeby ją złapać, ale znał to jej spojrzenie - dobra chuj, zaraz go opierdolę, niech się następnym razem zastanowi zamiast tak pierdolić... Jeszcze z Galenem Wyattem i Peach, też mnie ostatnio wkurwiła - aż wywrócił oczami, i przez moment się zastanawiał czy odpisać, czy nie, ale finalnie odłożył telefon na pralkę i znowu wyciągał rękę do Stewart - miałaś mi umyć plecy... A William może się pierdolić? - zapytał, ale czy Pilar też do tego tak podejdzie? Że spłynie to po niej? Chociaż Madox obiecał sobie, że jeszcze napisze do Willa, ale to później. Bo teraz w końcu prysznic...
Tylko zanim oni zdążyli się ruszyć, to tym razem odezwał się dzwonek do drzwi.
- Kurwa co znowu? - warknął Noriega, bo przecież on nic nie wiedział o kurierze.

Se suponía que debías lavarme la espalda ₊˚⊹ᰔ
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”