Zawsze uważała, że Finchowie rewelacyjnie wychowali swoje córki. Skądś przecież musiały wynieść wszystkie te wartości, poczucie odpowiedzialności i przekonanie, że jednak wypada być przyzwoitym człowiekiem. Takie rzeczy nie pojawiają się znikąd ani nie rodzą się samodzielnie między jednym rodzinnym obiadem a drugim. I ostatecznie wszystkie trzy wyrosły na ludzi. Nawet miarę normalnych! Żadna nie skończyła w więzieniu, co samo w sobie należało uznać za sukces. Szczególnie w przypadku Kiry. Na szczęście ich rodzice byli prawnikami, więc nawet gdyby któraś z sióstr postanowiła wejść na drogę wyjątkowo
kretyńskich kreatywnych decyzji życiowych, rodzina prawdopodobnie miała już opracowany plan działania. Teddy właściwie ceniła przyszłych teściów. Naprawdę! Może nie potrafiła dokładnie określić za co, ale było w nich coś, co budziło respekt. Nawet jeśli chwilami miała wrażenie, że rozmowa z nimi przypomina przesłuchanie prowadzone przez wyjątkowo dobrze wychowanych ludzi. Wprawdzie nie do końca ufała moralnej nieskazitelności pana Paula Fincha - głównie przez typ klientów, których reprezentował - ale jednego nie mogła im odmówić autystycznej troski o własne córki. To znaczy autentycznej! Nikt przy zdrowych zmysłach nie decyduje się świadomie na trójkę dzieci, jeśli nie ma w sobie przynajmniej odrobiny miłości, cierpliwości albo bardzo dużej wiary w swoje możliwości psychiczne.
Dwa tysiące dziesięć brzmiało jak tajny kod. Dopiero po chwili Darling uświadomiła sobie, że chodzi o rocznik wina. Z doświadczenia wiedziała, że drogie trunki nie różnią się w smaku od tych przeciętnych, więc nigdy do końca nie rozumiała, po co tak przepłacać. Posłała narzeczonej ciepły uśmiech. Przynajmniej jedna z nich mogła się napić. Napić, nie napierdolić. To akurat bardzo ważne. Sama nie chciała być spostrzegana przez Finchów jako
młoda alkoholiczka kobieta, która przyjeżdża na spotkanie samochodem, a potem wraca do domu Uberem, zamiast kulturalnie odstawić ich najstarszą córkę do domu.
—
Moja mama ma książkę, której autorem jest doktor Baranski — powiedziała zaraz po przywitaniu się z Paulem, próbując podtrzymać rozmowę czymś choć odrobinę inteligentniejszym niż komentarz o pogodzie albo pieczeni. Nie orientowała się szczególnie dobrze w medycynie. Właściwie jej wiedza kończyła się mniej więcej na rozpoznawaniu ibuprofenu i przekonaniu, że słynne
proszę odpoczywać i dużo pić najwyraźniej było uniwersalną poradą na większość problemów zdrowotnych. Ale ponieważ Theresa była anestezjolożką, w ich domu od zawsze pełno było medycznych książek, czasopism i dziwnie brzmiących tytułów, których raczej nie czyta dla przyjemności. Biblioteczka Darlingów momentami przypominała mały dział naukowy uczelni medycznej, tylko pomieszany z romansami Teddy i albumami podróżniczymi Trevora. Mimo wszystko nazwisko doktora Baranskiego kojarzyła całkiem dobrze, bo przewijało się w domu więcej niż raz. Tess miała zwyczaj zostawiania książek dosłownie wszędzie - na stole, kanapie, kuchennym blacie - więc nawet jeśli Teddy nie chciała nic wiedzieć o medycynie, medycyna najwyraźniej chciała wiedzieć wszystko o niej.
—
Och, doprawdy? — zainteresował się Paul znad swojej szklanki z whisky.
—
Twierdzi, że jest świetna — dodała po chwili, jakby to miało zwiększyć wartość tej informacji. —
Co w przypadku mojej mamy jest chyba najlepszą możliwą rekomendacją, bo zwykle zasypia po trzech stronach czegokolwiek. I co dużo mówi, bo ona naprawdę rzadko chwali ludzi zawodowo. Zazwyczaj tylko prycha nad cudzymi teoriami i poprawia autorów pod nosem, jakby mogli ją usłyszeć przez papier — zażartowała i natychmiast tego żartu pożałowała. Próbowała brzmieć swobodnie, choć miała wrażenie, że rozmowa z panem Finchem przypomina delikatny egzamin ustny, podczas którego nigdy do końca nie wiadomo, czy odpowiedziało się poprawnie. Nawet kiedy był uprzejmy, miał w sobie coś, co od razu zmuszało człowieka do prostszego siedzenia i ostrożniejszego dobierania słów. A Teddy, niestety, miała tendencję do mówienia więcej, kiedy się stresowała. Co oznaczało, że właśnie niebezpiecznie zbliżała się do momentu, w którym zacznie opowiadać historię o tym, jak kiedyś jej tata zemdlał po obejrzeniu dokumentu medycznego. A wtedy będzie za późno, żeby się zatrzymać.
Na szczęście chwilę później rozmowa zeszła na straż, więc od razu poczuła się pewniej. Wreszcie temat, na którym faktycznie się znała i przy którym nie musiała zastanawiać się, czy przypadkiem właśnie nie popełnia jakiegoś towarzyskiego faux pas.
—
Tak jest! — odparła automatycznie i przeklęła się w myślach. Tak, kurwa, jest? Boże. Jeszcze chwila, a zerwałaby się na równe nogi i zasalutowała Paulowi jak dowódcy oddziału specjalnego. Dobrze, że jednak tego nie zrobiła. Wtedy to Darling byłaby specjalnej troski.
—
Zawsze zastanawiało mnie, co właściwie skłania ludzi do wybierania takiej pracy — powiedział spokojnie, opierając się wygodniej o krzesło. I to nie zabrzmiało nawet złośliwie. Raczej jak kontemplacja nad tym, dlaczego ktoś dobrowolnie decyduje się wchodzić do płonących budynków zamiast, na przykład, siedzieć bezpiecznie w klimatyzowanym biurze i pozywać innych ludzi za duże pieniądze.
—
To znaczy… satysfakcja? — odpowiedziała ostrożnie Teddy, czując, że właśnie weszła na bardzo cienki grunt.
Paul uniósł lekko brew.
—
Satysfakcja nie opłaca rachunków.
No i proszę. Cholernie szybko dotarli do tego momentu.
Teddy kątem oka zerknęła na April, jakby liczyła, że narzeczona zaraz rzuci się jej na ratunek albo przynajmniej taktycznie zmieni temat. Interwencja miała wkrótce nadejść, ale oczywiście Paul ubiegł swoją córkę.
—
Rozumiem, że zarobki nie są imponujące? — zapytał już całkiem bezpośrednio.
Ach. A jednak. Teddy poczuła, jak odruchowo cała się napina, chociaż wiedziała, że pytanie samo w sobie nie było niegrzeczne. Po prostu wyjątkowo konkretne. I zadane z tą samą energią, z jaką prawnik pyta świadka o szczegóły, które już prawdopodobnie zna.
—
Nie zostaje się strażakiem dla pieniędzy — wyjaśniła w końcu z lekkim uśmiechem.
—
Tego się domyśliłem — upił łyk alkoholu, nie odrywając od niej wzroku.
Abigail posłała mężowi krótkie spojrzenie, które wyglądało jak subtelne ostrzeżenie, żeby jednak nie przesadzał, ale Teddy i tak miała wrażenie, że siedzi właśnie w bardzo drogim i eleganckim pokoju przesłuchań.
—
To stabilna praca — dodała szybko, nie pozwalając, żeby zapadła niezręczna cisza. —
I lubię to robić — zaznaczyła, bo przecież taka była prawda. Właśnie dlatego wybrała taki, a nie inny zawód.
—
Lubisz ryzyko? — Paul nieustępliwie dalej wiercił jej dziurę w brzuchu.
—
Lubię pomagać ludziom — odbiła piłeczkę niczym na zawodach tenisa stołowego. Nie, nie da mu się podejść.
—
To bardzo szlachetna odpowiedź — oznajmij i było w tym coś tak idealnie wyważonego, że Teddy kompletnie nie potrafiła ocenić, czy właśnie została pochwalona, czy delikatnie zakwestionowana.
znam cię o wiele lepiej niż twój tata, bo o niczym mi nie musisz kłamać, chyba przez to mnie nie lubi