Wchłonięte przez głos Oleandra emocje, jakie instynktownie wyczuwał Miles, szarpały nim, podobnie jak wiatr szarpie flagą na wietrze: zupełnie bez kontroli, nieprzewidzianie, trochę przy tym chaotycznie. Niemal bezwarunkowo, stawiając go w ten sposób w pozie, w której nie spodziewał się wcześniej, że zastygnie: z jednej strony smagnięty profesjonalizmem, a jednak z mocnym impulsem poruszenia, mrowiącym jednoznacznie ciało i palce.
Wyrzut Everharta, albo potencjalny sprzeciw – jakkolwiek Howard nazwałby to, co słyszał u pacjenta między wersami – opinał dyskretnie cudzy język tego rodzaju napięciem, którego nie dało się już wytłumaczyć samym tylko złym nastrojem. Było w tym coś
mocniejszego, co głębokością samej emocji zachodziło mu pod skórę i nie chciało wyjść.
Czuł się... winny.
(Mimo, że zupełnie nie wiedział, dlaczego.)
Nawykiem własnego rozumu i własnego ciała, nie miał przy tym ochoty ów niepewności wyrażać wprost. Brać na siebie kolejnej odpowiedzialności za coś, czego nie do końca w ich rozmowie rozumiał. Czego nie potrafił nazwać. Z racji złożoności ich relacji – co trudno było mu przyznać nawet przed sobą – nie umiał również wejść nogą głębiej w to odczucie, zatopić się w nim i rozsmakować w niuansach. Formująca się przy końcach głosek irytacja Oleandra, lekkie drżenie (tak to odczuwał Miles) z niepokojącą jednostajnością wibrowało jednak w powietrzu, dotykało go, budząc w nim sumienie.
Znów.
Uśmiechnął się wtedy uprzejmie,
ignorując przy tym wszystkie stany
(jego własne i pacjenta),
ignorując niedomówienia i emocje;
ignorując też natrętne drżenie zawieszone między nimi, które w komplecie ze współczuciem mogło wybić go dziś z rytmu pracy. Na pierwsze ze słów nie powiedział więc zupełnie nic. Stanął jedynie przy kozetce w oczekiwaniu, pauzę w rozmowie wypełniając gestem.
Palce dłoni zaszły wolno za kark, wplotły się w ciemne, nieco siwe miejscami pasma włosów, przesypując je w dłoni, ale również przesuwając w ten sposób za ścianę powściągliwości nagromadzone w nim emocje. Westchnął jednocześnie cicho, dyskretnie, uspokajając ciało.
Wciąż oblepiająca go zawiesina napięcia, krępowała zwykle płynne i spokojne ruchy, a choć zewnętrznie wciąż musiał wyglądać
normalnie, utrzymanie tej fasady kosztowało go znacznie więcej, niż można by było sądzić.
... tak pewnie będzie wygodniej.
Kiwnął porozumiewawczo głową, rozumiejąc kontekst wypowiedzi, a mimo to nie mógł odgonić się w głowie od nowo utworzonej myśli, że generalnie – całościowo – zupełnie nic między nimi
nie jest i nie było wygodne.
—
Mogę mieć chłodne dłonie — ostrzegł z kurtuazyjną grzecznością, tuż przed przytknięciem palców do uda mężczyzny. A jednak w zestawieniu z zimnem cudzego ciała, temperatury wyrównywały się – coś zgadzało się przynajmniej tutaj, na fizycznym polu. Choć zupełnie nie niwelowało to innych defektów fizyczności. Tej najbardziej oczywistej, wyrażającej się w
braku nogi.
Pusta przestrzeń, pusty gest.
Ręce posuwały się mechanicznie, precyzyjnie. Tylko włosy Milesa pozostawały niesforne, gdy nachylony lekko ku pacjentowi, pozwolił im spłynąć na czoło, niemal wcisnąć się do oczu, burząc wizerunek
idealnego doktora.
(czego nawet nie poddawał własnym rozważaniom, bo nie wiedział, że ktoś może myśleć o nim w ten sposób, jako o autorytecie w „mundurze”)
Dziś, przeciwnie do Oleandra, nie widział w sobie fachowości, mimo że właśnie ją wyrażał zachowaniem. Wciąż za to czuł pod fartuchem wgryzającą się w niego sterylność szpitala, odrobinę potu, kamuflowanego przez zapach drogich perfum i niedoskonałość wszystkiego, co kładło się na pasie ich relacji gwałtem doznania.
—
Właśnie to chciałem powiedzieć w kolejnych zdaniach, skóra wygląda dobrze — zgodził się z nim, gdy tylko opuszki wyczuły pod palcami odpowiednią miękkość, a wzrok spoczął na uspokajająco bladej połaci skóry, nie wskazującej na stan zapalny, czy obtarcia. Wszystko się zgadzało.
Wszystko, poza tym, co oczywiście Oleandrowi zabrano.
Co on sam mu zabrał w konieczności,
za sprawą amputacji.
Dopiero kolejne słowa pacjenta go zaniepokoiły. Postawiły go w pozie czuwania, gdy nie widząc żadnego medycznego i stricte fizycznego powiązania między bólem a ciałem, musiał skłonić się ku tej najmniej sprzyjającej mu opcji – że być może to, co czuje Oleander, ma podstawę w głowie.
I było to najgorszą z opcji, bo stawiało go niemal w bezużytecznej roli.
Defekty ciała mógł leczyć, natężenia w głowie mógł natomiast tylko rejestrować podczas wizyty pacjenta. Nie mógł im zapobiec, ani ich wyciszyć.
Sprawność dłoni nie miała tu znaczenia.
Wiedza nie miała znaczenia.
Bo w gruncie rzeczy nie był psychologiem i nie wiedział
co dalej. Nie tak dokładnie. Nie w sposób, który uznawał za perfekcyjny. A był perfekcjonistą przez całe swoje życie i z brakiem możliwości wyjścia z czymś na szczyt udoskonalenia, żyło mu się
gorzej.
—
Wiesz... Każdy układ nerwowy ma swoje przeciążenia — zaczął bezpiecznie, nie chcąc wywoływać w mężczyźnie dodatkowej frustracji, ani poczucia niezgodności z tym, co zamierzał mu powiedzieć —
Twój układ nerwowy właśnie próbuje przemapować coś, czego już nie ma. Oczekiwanie w tym kontekście może być najgorsze... jest najgorsze, bo Twój mózg też na coś czeka i tego nie dostaje — poprawił się w trakcie wypowiedzi —
Nie widzę powodu, żeby Cię bolało. Wszystko się zagoiło, jak powinno. Biorąc pod uwagę brak stanu zapalnego i czas, w jakim ten ból się pojawił, nie sądzę też, żeby doszło do uszkodzenia nerwów, bo to wyszłoby wcześniej.
Wstrzymał badanie, przyglądając się przez chwilę reakcji Everharta. Próbował być delikatny w diagnozie. Problem w tym, że miał świadomość tego, jak absurdalnie brzmiały jego słowa dla kogoś, kto bólu doświadczał empirycznie i dogłębnie. Dla którego ostrość czucia była echem i powtórzeniem wieczoru.
Zanim przeszedł do kolejnych wyjaśnień, zrobił krótką pauzę, dając Oleandrowi czas na przetworzenie dotychczas udzielonych informacji.
—
Mówiąc krótko: obszary odpowiedzialne za czucie, nie potrafią ująć tego, czego im brakuje, i dochodzi do błędnych interpretacji tej luki jako sygnałów bólu — urwał, nie tłumacząc kontekstu w szczegółach. Dla pacjenta nie miały one znaczenia bez wyraźnych propozycji rozwiązań.
—
Możemy wdrożyć leki i będę musiał zapisać Cię na wizytę u neurologa. Polecam też wsparcie psychologa. A na ten moment... przy kolejnym napadzie bólu spróbuj ustawić lustro obok zdrowej nogi, tak żeby wyglądała jak uzupełnienie drugiej. Brzmi nonsensownie, ale ruch zdrowej nogi oszukuje mózg i może zmniejszyć uczucie bólu.
W międzyczasie zatarł nieco dłonie, ogrzewając je i nakładając na nie tłustego kremu, by następnie rozpocząć masaż przy końcu kikuta. Dodatkowe poprawienie krążenia i pobudzenie naczyń w miejscu największych zastojów po protezie też mogło działać pozytywnie.
Choć w głównej mierze działanie to miało zaleczającą wartość również dla niego: ściągało z niego wzmożone napięcie, które wciąż czuł; które niemal stało się ich
normą.
Nie patrzył przy tym na mężczyznę, skoncentrowany na ścieżce palców wokół końca męskiego uda
i zapewne przy początku jego mentalnego cierpienia.
oleander everhart