ODPOWIEDZ
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

To były dla niej ciężkie dni.
Walka. Jak powinno się nią zdefiniować? Dla Lotte było to proste zainteresowanie, okazywanie czułości, rozmowa i... deklaracja uczuć. Żadnego łamania nosów, wymieni pieśćmi. Tego nie chciała, ani nie oczekiwała. Dlatego kiedy William huknął na nią oświadczył, co kryło się w jego myślach, to ją samą wstrząsnęło.
Zdążyła otworzyć szeroko usta. Zwykła zabawa. Nie chciała życia na osobno. Problem był w tym, że chciała i pragnęła właśnie go. Wybrałaby, odwołała wszelkie randki w ciemno, a wystarczyło jedynie krótkie słowo.
On zniknął, a ona płakała dalej.
Dni mijały....
Nikt do niej nie przychodził, a wyjścia polegały na pracy. Nic poza tym. Próbowała wrócić do normalności. Wystarczyło krótkie spojrzenie na drzwi, by wspomnienia wracały. Pierwsze kłótnie przy śmietniku, latające świnie na Sylwestra, nawet zasrane (!) Walentynki. Nie mogła od niego uciec, a każde spotkanie z mężczyzną sprowadzało się do jednego.
Porównania.
Szkoda, że nie mogła bagatelizować już spóźniającego się okresu. Zrobiła test. Dwie kreski. Siedziała zszokowana na sedesie, płacząc głośno. Patel był skreślony. Jakakolwiek relacja wycieńczała ich. Wcześniej czy później mogłoby dojść do tragedii. Na serce Kovalaki plaster przestałby być wystarczający.
Niewiele myśląc, wrzucila go do śmieci. Pełny kubeł, zerowa segregacja, żałość życia podkreślona bardziej być nie mogła. Nabrała powietrza do płuc. Jedno wyjście i pozbędzie się dowodu zbrodni.
Na całe szczęście zagadał ją Bryan, sąsiad wyżej, który zaciekawiony był całą sytuacją między nią a Williamem. Rozmawiał o glupotach. W jaki sposób segregować plastik i papier, do którego kubła wrzucić, o ironio, brudne pieluszki. W pewnym momencie nie wiedziała już tylko jednego. Prędzej zwymiotuje z ciążowych humorów, czy z obrzydzenia? Cała zbladła, siadając na krawężniku. Sąsiad już ją obejmował, a test ciążowy dla ciekawskich oczu był bardziej niż widoczny.

William N. Patel
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Kurwa, poczekaj, wdepnąłem w coś - rzucam do telefonu, który przytrzymuję ramieniem, bo obie ręce zajęte mam przez wielkie worki na śmieci - w jednym plastiki, w drugim zmieszane. Jane, po drugiej stronie telefonu, milknie na moment i dosłownie słyszę jak piłuje paznokcie. Właśnie streszcza mi co się dzieje dzisiaj w kancelarii, bo ja mam dzień w terenie, zaraz jadę do klienta. Zresztą zadzwoniła głównie po to, żeby mnie pospieszyć, żebym na pewno się dzisiaj nie spóźnił - Ja pierdole, rozumiesz, że ktoś zgubił na klatce skórkę od banana? Jakbym się teraz poślizgnął i zabił, to przynajmniej byłabyś na łączach żeby poinformować moją rodzinę, dobra poczekaj chwilę, muszę to podnieść - co nie należy do łatwych zadań, zważając na fakt jak bardzo byłem załadowany. Robię jakieś dziwne akrobacje, że chyba tylko cudem nie strzela mi w plecach, ale udało się - skórka ląduje w moim worku, poprawiam przy okazji telefon na ramieniu, mocniej przyciskając go policzkiem - No dobra, mów - nawija dalej o tym, że przyszedł jakiś nowy stażysta i nie umie obsługiwać drukarki, o tym, że Rob z dołu podobno się zaręczył, ale jeszcze nikogo nie informował, o parze w trakcie rozwodu, która pokłóciła się przy głównym wejściu, a także o wielu innych pierdołach. Potem wreszcie zmierza do brzegu, gada o facecie, z którym jadę na spotkanie i czego dotyczy sprawa, a także czego na jej temat zdążyła już dowiedzieć się w kuluarach - Aha, mhm - powtarzam, marszcząc brwi i wreszcie, z buta, otwieram drzwi od śmietnika, a tam na krawężniku siedzą dwie znajome sylwetki - jedna należy do sąsiada z góry, a druga do Kovalski. Mrużę nieznacznie oczy - Cześć, a co wy tu - zaczynam, przesuwając spojrzeniem po twarzy Charlotte, całej bladej. Bryan obejmuje ją jedną ręką i pierdoli coś w stylu to nie koniec świata, a prawdziwy dar. Ja przez krótką chwilę milczę, na co w telefonie też odzywa się kobiecy głos Bill? Jesteś tam? - dopytuje Jane, ale chyba nie doczeka się odpowiedzi, bo oto mój wzrok opada na coś, czego nie powinienem, a może przede wszystkim wcale nie chciałbym zobaczyć - ciążowy test z pozytywnym wynikiem. Robi mi się gorąco, a bardziej by się zrobiło chyba tylko gdyby był to test na HIV. Zerkam w twarz Kovalski, a uścisk na telefonie zaczyna mi się luzować. Wciąż słyszę głos swojej sekretarki i wciąż nie jestem w stanie zmusić się do odpowiedzi. Potem wszystko dzieje się bardzo szybko - iPhone wypada mi spomiędzy policzka a ramienia i w nagłym ruchu próbuję go złapać, worki lądują na ziemi, zaś komórka dostaje z kopa i leci prosto w stronę naszego sąsiada z góry. Bryan nawet nie zdąży się zorientować, jak dostaje nim prosto w twarz - Jezus kurwa! - krzyczę, a facet chowa mordę w dłoniach i jęczy z bólu, natomiast mój telefon spada na bruk i chyba tylko cudem się nie trzaska. Za to włącza się głośnik, a my wszyscy słyszymy znajomy głos Jane - Bill?! Jezu, co to był za huk? Wszystko w porządku? Poślizgnąłeś się na skórce?... - chwytam go szybko i rzucam - Nie, wszystko okej, odezwę się potem - rozłączam się, chowając telefon do kieszeni, a sam pochylam się nad sąsiadem, kucając na przeciwko niego - Bryan, przepraszam, kurwa, ja nie chciałem - tłumaczę się. Facet coś tam gada, że okej, nic się nie stało, ale w zasadzie to wcale go nie słucham, bo moje palce zaciskają się już na pozytywnym teście, natomiast spojrzenie wbijam w twarz Charlotte - Co to jest?!

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Świat zawirował. Odgłos kroków i pojawił się on, sam William Patel. Bryan cały czas do niej mówił, pocieszał. Pieluszki wcale nie są takie złe, gorzej jak dziecko zesra się po szyję i wychodzi wszystko bokami. Ile mogła tego słuchać? Nie chciała być teraz matką, nie w taki sposób. Oddech, zastanowienie się, choć szczerze zdawała sobie sprawę z jednego. Ich spotkanie może przynieść tylko jedną, wielką kłótnię. Chwytała już za własne śmieci, mocno zacisnęła palce na worku, a Bryan dostał telefonem prosto w ryj. Uniosła wysoko brwi mi górze. Tego się absolutnie nie spodziewała.
Podobnie jak zadanego pytania. Co to jest? Chciałaby mieć lepszą odpowiedź. Latające jednorozce? Wieża szampana? Bilet na darmowe wakacje na Wyspy Kanaryjskie? Kurczaki, wszystko brzmiało bardzo kusząco, ale ta prawdziwa bolała.
- [bo]Test ciążowy [/b]- Odpowiedziała krótko, nawet na niego nie patrząc. Wystarczył moment by coś podeszło jej od żołądka. Nos Kovalaki był niezwykłe delikatny. Śmietnikowy zapaszek nie dawał jej życia, zwłaszcza gdy przed oczyma miała scenę, która poprzednio rozgrywała się tutaj. Rzuciła w niego zużytą prezerwatywą. Wstrzymała się, ale paw już podchodził coraz wyżej.
- Mogę go już wyrzucić? - podniosła się z bruku - i resztę moich śmieci? - pociągnęła dłonią worek. Czy jakiekolwiek tłumaczenia miałyby sens? Nie. Jasno się wyraził. Zabawa. Ona zabawnie wykonała test i nie miała zamiaru się z tego tłumaczyć. Co mu powie? Twoje pijane plemniki są jak Max Verstappen? Jak to miało brzmieć?
- Pamiętam, że nie lubisz deklaracji - informowania go o czymkolwiek nie wchodziło w grę, zwłaszcza że podjęła decyzję - to mój problem - i o ile da jej uciec, nie miała zamiaru z nim gadać.
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Test ciążowy? Na usta mi się ciśnie, że przecież kurwa widzę, ale ostatecznie sam zadałem to durnowate pytanie. Nie wiem jakiej odpowiedzi się spodziewałem, chyba żadnej tak naprawdę nie chciałem usłyszeć. Dochodzą do mnie jęki sąsiada, coś tam gada, żebyśmy się nie przejmowali, chociaż ani ja ani Kovalski nawet na niego nie patrzymy. Zresztą skończy się pewnie na siniaku, skoro obyło bez rozlewu krwi. Daję jej pozbyć się swoich śmieci, te moje też w międzyczasie wrzucam niechlujnie do kubłów. Bryan powoli zbiera się z ziemi i ostatni raz rozmasowuje obolałe miejsce, w zasadzie nie wygląda jak ktoś, kto zamierza odpuścić przedstawienie, więc zwracam się do niego krótko - Możesz zostawić nas samych? - proszę, a on rzuca krótkie spojrzenie Charlotte, zupełnie jakby chciał powiedzieć, że jest tutaj w razie czego. W razie czego? Myślał, że ją pobiję, czy co? Niemniej kiwa głową i zmierza do wyjścia, wciąż patrząc na dziewczynę. Ja łapię Kovalski za nadgarstek, żeby mi nie uciekła razem z nim. Nie dam jej teraz tak po prostu odejść, nawet jeśli goni mnie dosłownie każda kolejna minuta. Już powinienem być w drodze - Twój problem? - powtarzam po niej. Mrużę ślepia - A kto - zaczynam, ale dosłownie kurwa nie chce mi to przejść przez gardło, czuję ogromną gulę, stojąca mi gdzieś w przełyku, zasycha mi w ustach - Kto jest ojcem? - wyrzucam z siebie, ciężko, na jednym wdechu. Wydaje mi się, że znam odpowiedź, że jest aż nader oczywista tylko wcale nie chcę jej usłyszeć. Trzymam się jakiejś głupiej myśli, że przecież jeszcze niedawno chwaliła się swoimi randkami w ciemno, czyli spotykała się z innymi. Czyli istniała jakaś szansa jedna na milion, że to co w niej właśnie rośnie nie jest moje. Czuję jak moje ciało zaczyna się buntować - dosłownie nogi się pode mną uginają, kolana mam jak z waty, ręce już zaczynają mi się trząść. A potem dociera do mnie coś jeszcze, nagle wszystko składa się w jebaną całość - Wiedziałaś już wcześniej - zauważam. Ta gadka o dzieciach wydawała się wtedy jakaś totalnie z dupy, ale teraz wszystko nagle nabrało sensu - Wiedziałaś i nic mi nie powiedziałaś, a w ogóle miałaś zamiar? - jeśli nie miała, to może jednak istniała jakaś malutka szansa, że ktoś inny ją zalał?

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

Spojrzała na Bryan'a, jakby robił właśnie jej największą krzywdę życia. Sama z Williamem. Nie chciała tu zostać, nie z nim. Dziecko. Wielkie słowo jak na nią, opary śmieciowe, odruchy wymiotne i stres cały czas krążył dookoła, dodatkowo taki, którego nie była w stanie powstrzymać. Nie chciała ciąży. Jednak gdzieś w głowie pojawiło się światełko... co jeśli?
Mój problem — warknęła, próbując wyrwać nadgarstek. Chciała stąd spierdolić, nie patrzeć mu w oczy, ani nawet z nim nie rozmawiać. Dopiero co nasikała, dopiero co miała problem. Przymknęła powieki, licząc, że tyle mu wystarczy. Nie chciał deklaracji, ani zobowiązań, a to co rozwijało się w niej było niczym wielki pasożyt, wysysający z niej jakiekolwiek chęci do życia.
Ale spytał. Kto jest ojcem? Jakby kurna nie wiedział, że on. Mogła spotykać się z innymi, mogła próbować, za to wyliczenia były jasne. On. Kurwa, człowiek uciekający od jakiejkolwiek odpowiedzialności. W życiu nie chciałaby pozostać z nim sama. Milczała, bo nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Kolejne pytanie było jeszcze gorsze. Wiedziałaś. Nie wiedziała wtedy. Domyślała się, ale musiała się upić, spalić papierosa, bo jakakolwiek myśl z tym związana była dla niej praktycznie obca.
A o czym miałam Ci mówić? — spytała słabym tonem, spuszczając głos — domyślałam się. Ale dzisiaj zrobiłam dopiero test... — cała prawda, nie kłamała. Chociaż nie, nie miała zamiaru mu o niczym mówić. Potrzebowała ochłonięcia, ogarnięcia i jakiegoś poukładania sobie wszystkiego w głowie. Bo czy było o czym mu mówić? — możesz już mnie puścić? — raz jeszcze spróbowała mu się wyrwać, pierwszy odruch wymiotny. Coś mocno w niej siedziało i chciała się uwolnić jak orka na wolność — ty jesteś ojcem. Nie martw się sama sobie poradzę — z dzieckiem, aborcją, czy czymkolwiek innym. Po Williamie niczego się nie spodziewała, a na pewno nie jakiegokolwiek wsparcia. Czekała już tylko na słowa weź to usuń. Chciała to zrobić, a jednocześnie nie chciała tego usłyszeć. Potrzebowała kogoś, kto byłby w stanie ją uspokoić, pogłaskać i wesprzeć.
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Im mocniej się szarpie, tym mocniej zaciskam palce wokół jej szczupłego nadgarstka. Czuję w kieszeni mocne wibracje telefonu, ale skutecznie je ignoruję, tylko przelotem zerkając na złotego Rolexa, na tą wskazówkę, która nieustępliwie odliczała każdą kolejną sekundę - No nie wiem, może by wypadało podzielić się dobrą nowiną? - trochę ironizuję, bo chyba ani dla mnie, ani tym bardziej dla niej nie była to żadna dobra nowina. Mogłem sobie pozwolić na zostanie alimenciarzem, bo mnie stać, ale to ona zostanie później sama z dzieckiem na ręku. Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. A jeszcze bardziej tego, że moglibyśmy, no nie wiem, pobrać się? Zamieszkać w jednym domu i wspólnie latać po okolicy z wózkiem? Przecież to była jakaś abstrakcja, jakiś absurd, ja totalnie nie nadawalem się na głowę rodziny. W którym momencie zaczęlibyśmy się jeszcze bardziej nienawidzić? Gdzieś z tyłu głowy kiełkuje inna myśl - a co jeśli... Jeśli jednak by się udało? Oczami wyobraźni widzę pierwsze kroki, pierwsze słowa i pierwsze urodziny. Nie byłem gotów na kolejny etap życia, w którym zostaję rodzicem, ale może los uznał inaczej? Może to był sygnał - teraz jest czas na ogarnięcie. Nie, to nie miało szans na powodzenie, nie w relacji, w której jednego dnia dogadywaliśmy się idealnie by drugiego znowu zacząć skakać sobie do gardeł. Może w pewnym momencie wydawało mi się, że bylibyśmy w stanie stworzyć coś wspólnie, ale teraz mam wrażenie, że nasz światopogląd jest kompletnie różny, zbyt odległy by kiedykolwiek mógł choćby współpracować. Wraz z kolejną prośbą wypuszczam z uścisku jej nadgarstek - Ja? A jesteś pewna? - nie brzmi to najlepiej, w zasadzie brzmi tragicznie, to chyba ostatnie słowa, które chciała i powinna ode mnie usłyszeć. Tyle, że dla mnie to wszystko było jakieś totalnie nierealne, chciałbym się teraz obudzić i móc z ulgą uznać, że to był tylko sen. W dodatku z rodzaju tych niezbyt przyjemnych - W jaki sposób? Jak chcesz sobie poradzić? - no teraz to dosłownie brzmię jak jakiś toksyczny fagas, który nie wierzy w kobiecą siłę. A wierzę i to bardzo, tylko ja po prostu muszę wiedzieć - A co z twoją karierą? - pytam, jakby to było najważniejsze w tym momencie. Przecież miała ambicje na zostanie najlepszą prawniczką w Toronto, więc jak chciała tego dokonać z dzieckiem na ręce? Jezu, nie wierzę, że to się stało, do tej pory myślałem, że moje naćpane i pijane plemniki nie są w stanie nawet dotrzeć do jajeczka, a co dopiero jeszcze je zapłodnić. Czyli co? To kłamstwo? Alkohol, narkotyki i papierosy jednak nie wpływają na twoją płodność? Bez sensu.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

Po co? — zapomniał już? Pamiętała, jak nienawidził dzieci. Jego mini wersja byłaby jeszcze bardziej nieznośna i pewnie to ona rozwijała się właśnie w brzuchu Patela, robiąc coraz to nowe koziołki, rozciągając jej brzuch na prawo, lewo. Zemsta płodu moi drodzy to się właśnie nazywała — jasno się wyraziłeś. Jakąkolwiek decyzję bym nie podjęła, nie byłbyś obok mnie —może oceniałaby go zbyt pochopnie, ale była tylko za-ba-wą. Nikim znaczącym. Na pewno nie kimś, z kim warto byłoby porozmawiać i znaleźć jakieś rozwiązanie. Chociażby po to by utwierdzić ją, że decyzja o aborcji będzie dobra, William otworzyłby butelkę szampana, żeby ruszyć w melanż, gdyby tylko to powiedziała. Tego się po nim spodziewała.
Tak, ty — bezsilność krążyła w jej krwiobiegu, nie dając jakiejkolwiek racjonalności wziąć górę. Nabrała powietrza do płuc — chcesz zrobić testy na ojcostwo, bo mi nie ufasz? — ohh, Lotte naprawdę potrafiła kłamać, robić dobrą minę do złej gry. Nigdy tego nie ukrywała, ale są kwestie, w których człowiek musiał być szczery.
Taki sam jak miliony kobiet wychowujące same dzieci — jak to działało, nie wiedziała, ale na pewno przeczytałaby mnóstwo książek — mam dwójkę rodzeństwa w ramach przypomnienia — i matkę poszukującą sensu życia, bo w ramach przypomnienia, William zabrał jej cały majątek. Wow. Czy byłaby w stanie połączyć na trwale ich rodziny w taki sposób? Chyba nie...
A co z twoją karierą? Tyle jej wystarczyło, by puścić siarczystego hafta prosto na koszulę Williama. Tej turbulencji żołądka nie była w stanie powstrzymać. Nie dość, że cały czas stali przy śmietnikach, to zadał pytanie, które najbardziej siedziało jej w głowie. Lotte była blada, a własne usta chwyciła dłońmi. Do takiej sytuacji zwłaszcza nie chciała i nie mogła doprowadzić.
Przepraszam — powiedziała cicho, robiąc kilka kroków w tył. Spodziewała się prawdziwego głośnego krzyku, opierdolu, a na pewno nie wyrazów współczucia wobec niej. Przy niej był William Patel, wolny duch, nie ktoś, kto byłby w stanie ją zrozumieć.
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Ja mam wrażenie, że te słowne przepychanki między nami mogą trwać w nieskończoność i chociaż próbuję zacisnąć zęby to i tak mówię - Bo może mam prawo wiedzieć?... - wywracam oczami, sama się nie zaciążyła przecież, a szkoda, wtedy byłoby znacznie prościej - No a jak ty sobie to wyobrażasz, Charlotte? Że teraz nagle będziemy przeszczęśliwą rodzinką? Ja się do tego nie nadaję, co ja niby miałbym przekazać takiemu dziecku? Czego by się ode mnie nauczyło? Jak wychylić browara na hejnał? Kręcić blanty? Czy kreślić perfekcyjne pasy? Bo nie wiem co się bardziej przydaje w pierwszych latach życia - rzucam kąśliwie. Tutaj właściwie nawet nie chodziło o nią, akurat ze wszystkich lasek, które potencjalnie mogłyby zostać matkami moich dzieci, Kovalski była najbardziej ogarnięta. Chociaż może właśnie powinno? Niestety moje podejście do dzieci było bardzo egoistyczne, nie byłbym w stanie poświęcić swojego aktualnego życia na rzecz zmieniania pieluch i podgrzewania butelek. To brzmiało jak jakiś horror, nawet gorzej bo było aż nazbyt realne - No a dziwisz się? Sama mówiłaś, że chodzisz na jakieś randki w ciemno i inne gówna, to po co tam idziesz? Chyba nie po to żeby z kimś pogadać - wywracam oczami, bo ja przecież doskonale wiem po co się chodzi na takie spotkania - Aha czyli twoje rodzeństwo będzie wychowywać nasze dziecko, tak? A może moja mama też by chciała je trochę powychowywać? - kurwa, bardziej ode mnie. W sumie obydwoje doskonale wiemy, że dosłownie marzy o tym, żeby zostać wreszcie babcią. Jakby się jeszcze dowiedziała, że wpadłem z Lottą, a nie jakąś przypadkową ćpunką z pobliskiego klubu, to by chyba oszalała z radości. Nie może się dowiedzieć - A nie myślałaś żeby - usunąć, nie kończę, bo oto ląduje na mnie zawartość jej żołądka. Teraz właściwie mogę mieć pewność, że to co w niej rosło było moje, wystarczyło, że pomyślałem o aborcji, a płód już się mścił. Jeszcze się nawet nie urodził, a już był złośliwy. W pierwszej chwili mam odruch wymiotny, jakbym sam miał się zaraz zrzygać, potem mam ochotę krzyczeć i to dosłownie AAAAA, nawet nie tyle na Charlotte, bo ona akurat była chyba największą ofiarą w całej tej sytuacji, co po prostu na wszechświat, że rucha mnie bez nawilżenia w każdy możliwy otwór. Patrzę na Lottę z kurwikami w oczach, jednak kiedy z jej ust padają przeprosiny to wzdycham głośno, kręcę przy tym głową - Wszystko okej? Zaprowadzić cię na górę? - mój wzrok robi się znacznie łagodniejszy i wyciągam nawet rękę, żeby w razie czego mogła się przytrzymać. Niezależnie czy tego chce czy nie to idę z nią na górę, a co więcej ładuję się jej do mieszkania zanim zdąży mi zatrzasnąć drzwi przed nosem. Telefon w mojej kieszeni nieprzerwanie wibruje i nie mogę dłużej tego ignorować - Przepraszam, muszę odebrać - wyciągam komórkę, przesuwając palcem zieloną słuchawkę - Jane? Właśnie miałem do ciebie dzwonić, moja taksówka miała stłuczkę, jakiś debil wjechał nam w tył, muszę poczekać do przyjazdu policji - mówię bez zająknięcia, robię krótką przerwę żeby mogła przetrawić moje słowa, ale nie daję jej czasu na odpowiedź - Zadzwoń do Braxtona i powiedz mu, że będę miał małą obsuwę, maks pół godziny, niech sobie zamówi jakieś przystawki na koszt kancelarii - bo przecież nie na mój. Sekretarka zaczyna już nawijać w słuchawkę, że mnie popierdoliło, jednak skutecznie wcinam się jej w zdanie - Załatwisz to dla mnie? Proszę, Jane, tylko ty możesz to zrobić - po drugiej stronie chwila ciszy zwieńczona głębokim westchnieniem i krótkim przytaknieciem - zdecydowanie za mało mi płacisz - przebija się przez telefon - Dzięki Jane, wiedziałem, że się zgodzisz, to papapa - cmokam dwa razy przesyłając jej buziaki na odległość, po czym się rozłączam. To, że świetnie kłamię chyba nie powinno dziwić Kovalski, ona zapewne robiła to równie perfekcyjnie, w końcu byliśmy prawnikami. Zerkam na nią, po czym opadam ciężko na kanapę, wciąż w tej obrzyganej koszuli, bo w tym momencie mam w to wyjebane, moją głowę zajmują zdecydowanie gorsze sprawy, naprawdę mam ochotę się pochlastać - Do dupy - wszystko było do dupy.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

I dalej miałeś to prawo, nie miało to wyglądać tak — pokazała dłonią na śmietniki wypełnione workami. Cały czas ich dramaty były obserwowane przez sąsiadów. Miała wrażenie, że okularnica Betty wygląda zza okna, by usłyszeć kilka słów więcej — ale chciałam Ci powiedzieć, jak podejmę decyzję — Charlotte była dorosła. Tyle zdążyła przemyśleć. Przecież zaraz po zrobieniu testu nie poleciałaby do niego z wielkim plakatem. William, zostaniesz ojcem!! Różowy, brokatowy, pełen uroczych rysunków. Sama musiała to przetrawić, dojrzeć, a dosłownie kilkanaście minut temu dowiedziała się, że nosiła nasienie szatana.
Nie chcę tworzyć z Tobą rodziny — warknęła podirytowana — jak zdecyduję się zachować, to zostanę samotną matką — głowa bolała ją na samą myśl. Znała życie Williama. Musiałby dorosnąć, bo sam był na poziomie pięciolatka. Chociaż jego zabaweczki były dla dorosłych i zdecydowanie droższe.
Bo chciałam o Tobie zapomnieć — a nawet wtedy wystarczyło jedno spojrzenie w męskie oczy, by poczuła się porównywana do innych — zrozum to — westchnęła bezsilnie. Oto właśnie jej chodziło — chciałam zapomnieć — o wyspie, o jego bezpiecznych ramionach, namiętnych wargach i o uczuciach do niego. Wystarczyła krótka myśl, by wróciła do niego myślami. Ponownie chciała się w niego wtulić. Nie w czyjeś ramiona, w jedne konkretne. Dlatego za każdym razem na pocałunku się kończyło.
To niech wychowuje je ze mną — kochała panią Patel całym sercem. Mogłaby nawet u niej zamieszkać — zamiast ojca, super babcia — i pewnie by na to samej sobie zbiła piąteczkę. Przynajmniej miałby kto ją wspierać, być blisko niej, gdy ona by pracowała. Cholera, wizja macierzyństwa z dwójką bać wydała się aż nader atrakcyjna. Ambitna, młoda mama oraz babcie na dwa etaty.
Wszystko było cudownie aż zwymiotowała, ale to już wszyscy wiedzą. Oczekiwała na krzyk, pisk, a zamiast tego zobaczyła jego dłoń. W takim Patelu właśnie się zakochała, we wspierającym i pełnym zrozumienia. Chwyciła go za dłoń, ale wystarczyła odrobina zapachu własnych wymiocin, by na nowo wrócił do niej odruch wymiotny. Pierwszy, drugi. Odsunęła się od niego z przepraszającym spojrzeniem.
Kręci mi się... — wydukała cicho — niczego nie mogę jeść od paru dni — dodała od razu — i cały czas rzygam jak kot — przymknęła na moment oczy i wtaczała się na górę. Nogi były jak z waty, ale finalnie zasiadła na własnej kanapie. Nawet wysłuchała przepięknego kłamstwa Patela. W ogóle jej to nie dziwiło. Dopiero na to do dupy prychnęła, bo nie mogła się powstrzymać.
To nie ty masz w sobie rosnącego pasożyta... — zwinęła się w kłębek na kanapie, najchętniej położyłaby się na własnym łóżku — mam wrażenie, że mój brzuch chce wybuchnąć i mam taką srakę jak nigdy — i żeby to było najgorsze — nawet... — mogła mu o tym powiedzieć? Walić to, była całkowicie szczera, a ten miesiąc coraz bardziej dawał jej w kość — nawet pracować nie mogę, raz ryczę, raz się cieszę — i to z byle głupoty. Z obrazka śmiesznego buldoga śmiała się cały dzień — a jak zobaczyłam wynik testu, to uklękłam przed toaletą — rzygała i płakała na zmianę. Nie było nic pomiędzy. Uniosła głowę, by móc spojrzeć mu w oczy.
I niczego mi nie ułatwiasz — znów tworzył w jej głowie pierdolony mętlik. Mógłby zostać dobrym, lub złym bohaterem. Kiedy wchodziły szarości, trudno było się w nich odnaleźć. Jednocześnie go pragnęła i nie. Kurwa, ile razy mogła dawać samą siebie zranić? Lotte zaczynała przypominać worek treningowy — nie mógłbyś być po prostu dupkiem, któremu nie zależy? — na niej, na jej samopoczuciu, na jej karierze...
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wbijam w nią spojrzenie i słucham kolejnych rewelacji - o rzyganiu, srace stulecia i skrajnych nastrojach, same wspaniałe tematy, muszę przyznać. Brzmiało to dosłownie kurwa tragicznie i w tym momencie zrobiło mi się jej jeszcze bardziej szkoda. Wzdycham ciężko, w nieco nerwowym geście przesuwając palcami po czole - To musi być straszne - a skoro płodzik tak bardzo dawał jej w kość, no to chyba mamy kolejny dowód na to, że jednak był mój. Mózgownica pracuje mi na najwyższych obrotach, dosłownie mam wrażenie, że wszystkie połączenia neuronowe zostały w tym momencie uruchomione, tak mocno rozkminiam to co właśnie chcę powiedzieć. Już nawet otwieram usta, ale zanim zdążę się odezwać, to Charlotte wyrzuca z siebie kolejne zdania, tak jak i ona zaglądam jej w oczy, a potem uśmiecham się lekko i wyciągam rękę żeby sięgnąć dziewczecych włosów i założyć długi, czarny pukiel za ucho - Byłoby prościej, co nie? - w sumie mógłbym być, udawać, że to nie mój problem, tylko kurwa, Kovalski wywoływała we mnie tak skrajne emocje, że po tygodniu pewnie zaczęłoby mi tego brakować. Obserwuję ją jeszcze chwilę, ale uśmiech schodzi mi z twarzy ustępując miejsca jakiemuś takiemu dziwnemu smutkowi. Próbuję ponownie, tylko słowa grzęzną mi gdzieś w gardle - Mogę zapalić? - pytam, chociaż wcale nie czekam na odpowiedź, podnoszę się z kanapy, żeby już za moment znaleźć się w otwartych, balkonowych drzwiach. Rządzę się trochę jak u siebie, ale chuj. Wyciągam papierosa i odpalam go, mocno zaciągając się dymem - ten zaś wydmuchuję na zewnątrz, chociaż w połowie wciąż znajduję się w środku - Kurwa, jak to się stało - pytam, bardziej sam siebie w zasadzie - To znaczy... Wiem jak to się stało - bo przecież wiem skąd się biorą dzieci, ale ja pierdole. Wydawało mi się, że uważaliśmy - Może urodzi się syrena - rzucam taką myśl. Do zapłodnienia musiało dojść w oceanie, chwila zapomnienia i masz babo placek. Chociaż ze mnie to bardziej zakalec. Powoli palę dalej, każdego bucha wydmuchując na dwór, bo ona przecież nie mogła ani papierosów, ani alkoholu ani właściwie niczego co zabawne, ech - Mogę cię o coś spytać? - chyba właśnie to zrobiłem - W sumie nie odpowiadaj i tak zapytam - muszę to zrobić, bo muszę znać jej zdanie na ten temat. Dosłownie w dwóch kolejnych buchach wypalam resztkę papierosa i wychylam się bardziej na zewnątrz żeby zgasić kiepa w popielniczce. Opieram się jednym ramieniem o framugę, zatrzymując się w drzwiach - A nie myślałaś żeby... No wiesz - pewnie nie wie - Żeby usunąć? - w zasadzie to byłaby chyba najlepsza opcja, na pewno najlepsza dla mnie. Najgorsza dla płodu. A jaka dla Lotty? Wbijam w nią badawcze spojrzenie, czekając na jakąkolwiek reakcje z jej strony.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”