-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Walka. Jak powinno się nią zdefiniować? Dla Lotte było to proste zainteresowanie, okazywanie czułości, rozmowa i... deklaracja uczuć. Żadnego łamania nosów, wymieni pieśćmi. Tego nie chciała, ani nie oczekiwała. Dlatego kiedy William huknął na nią oświadczył, co kryło się w jego myślach, to ją samą wstrząsnęło.
Zdążyła otworzyć szeroko usta. Zwykła zabawa. Nie chciała życia na osobno. Problem był w tym, że chciała i pragnęła właśnie go. Wybrałaby, odwołała wszelkie randki w ciemno, a wystarczyło jedynie krótkie słowo.
On zniknął, a ona płakała dalej.
Dni mijały....
Nikt do niej nie przychodził, a wyjścia polegały na pracy. Nic poza tym. Próbowała wrócić do normalności. Wystarczyło krótkie spojrzenie na drzwi, by wspomnienia wracały. Pierwsze kłótnie przy śmietniku, latające świnie na Sylwestra, nawet zasrane (!) Walentynki. Nie mogła od niego uciec, a każde spotkanie z mężczyzną sprowadzało się do jednego.
Porównania.
Szkoda, że nie mogła bagatelizować już spóźniającego się okresu. Zrobiła test. Dwie kreski. Siedziała zszokowana na sedesie, płacząc głośno. Patel był skreślony. Jakakolwiek relacja wycieńczała ich. Wcześniej czy później mogłoby dojść do tragedii. Na serce Kovalaki plaster przestałby być wystarczający.
Niewiele myśląc, wrzucila go do śmieci. Pełny kubeł, zerowa segregacja, żałość życia podkreślona bardziej być nie mogła. Nabrała powietrza do płuc. Jedno wyjście i pozbędzie się dowodu zbrodni.
Na całe szczęście zagadał ją Bryan, sąsiad wyżej, który zaciekawiony był całą sytuacją między nią a Williamem. Rozmawiał o glupotach. W jaki sposób segregować plastik i papier, do którego kubła wrzucić, o ironio, brudne pieluszki. W pewnym momencie nie wiedziała już tylko jednego. Prędzej zwymiotuje z ciążowych humorów, czy z obrzydzenia? Cała zbladła, siadając na krawężniku. Sąsiad już ją obejmował, a test ciążowy dla ciekawskich oczu był bardziej niż widoczny.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Podobnie jak zadanego pytania. Co to jest? Chciałaby mieć lepszą odpowiedź. Latające jednorozce? Wieża szampana? Bilet na darmowe wakacje na Wyspy Kanaryjskie? Kurczaki, wszystko brzmiało bardzo kusząco, ale ta prawdziwa bolała.
- [bo]Test ciążowy [/b]- Odpowiedziała krótko, nawet na niego nie patrząc. Wystarczył moment by coś podeszło jej od żołądka. Nos Kovalaki był niezwykłe delikatny. Śmietnikowy zapaszek nie dawał jej życia, zwłaszcza gdy przed oczyma miała scenę, która poprzednio rozgrywała się tutaj. Rzuciła w niego zużytą prezerwatywą. Wstrzymała się, ale paw już podchodził coraz wyżej.
- Mogę go już wyrzucić? - podniosła się z bruku - i resztę moich śmieci? - pociągnęła dłonią worek. Czy jakiekolwiek tłumaczenia miałyby sens? Nie. Jasno się wyraził. Zabawa. Ona zabawnie wykonała test i nie miała zamiaru się z tego tłumaczyć. Co mu powie? Twoje pijane plemniki są jak Max Verstappen? Jak to miało brzmieć?
- Pamiętam, że nie lubisz deklaracji - informowania go o czymkolwiek nie wchodziło w grę, zwłaszcza że podjęła decyzję - to mój problem - i o ile da jej uciec, nie miała zamiaru z nim gadać.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Spojrzała na Bryan'a, jakby robił właśnie jej największą krzywdę życia. Sama z Williamem. Nie chciała tu zostać, nie z nim. Dziecko. Wielkie słowo jak na nią, opary śmieciowe, odruchy wymiotne i stres cały czas krążył dookoła, dodatkowo taki, którego nie była w stanie powstrzymać. Nie chciała ciąży. Jednak gdzieś w głowie pojawiło się światełko... co jeśli?
— Mój problem — warknęła, próbując wyrwać nadgarstek. Chciała stąd spierdolić, nie patrzeć mu w oczy, ani nawet z nim nie rozmawiać. Dopiero co nasikała, dopiero co miała problem. Przymknęła powieki, licząc, że tyle mu wystarczy. Nie chciał deklaracji, ani zobowiązań, a to co rozwijało się w niej było niczym wielki pasożyt, wysysający z niej jakiekolwiek chęci do życia.
Ale spytał. Kto jest ojcem? Jakby kurna nie wiedział, że on. Mogła spotykać się z innymi, mogła próbować, za to wyliczenia były jasne. On. Kurwa, człowiek uciekający od jakiejkolwiek odpowiedzialności. W życiu nie chciałaby pozostać z nim sama. Milczała, bo nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Kolejne pytanie było jeszcze gorsze. Wiedziałaś. Nie wiedziała wtedy. Domyślała się, ale musiała się upić, spalić papierosa, bo jakakolwiek myśl z tym związana była dla niej praktycznie obca.
— A o czym miałam Ci mówić? — spytała słabym tonem, spuszczając głos — domyślałam się. Ale dzisiaj zrobiłam dopiero test... — cała prawda, nie kłamała. Chociaż nie, nie miała zamiaru mu o niczym mówić. Potrzebowała ochłonięcia, ogarnięcia i jakiegoś poukładania sobie wszystkiego w głowie. Bo czy było o czym mu mówić? — możesz już mnie puścić? — raz jeszcze spróbowała mu się wyrwać, pierwszy odruch wymiotny. Coś mocno w niej siedziało i chciała się uwolnić jak orka na wolność — ty jesteś ojcem. Nie martw się sama sobie poradzę — z dzieckiem, aborcją, czy czymkolwiek innym. Po Williamie niczego się nie spodziewała, a na pewno nie jakiegokolwiek wsparcia. Czekała już tylko na słowa weź to usuń. Chciała to zrobić, a jednocześnie nie chciała tego usłyszeć. Potrzebowała kogoś, kto byłby w stanie ją uspokoić, pogłaskać i wesprzeć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Po co? — zapomniał już? Pamiętała, jak nienawidził dzieci. Jego mini wersja byłaby jeszcze bardziej nieznośna i pewnie to ona rozwijała się właśnie w brzuchu Patela, robiąc coraz to nowe koziołki, rozciągając jej brzuch na prawo, lewo. Zemsta płodu moi drodzy to się właśnie nazywała — jasno się wyraziłeś. Jakąkolwiek decyzję bym nie podjęła, nie byłbyś obok mnie —może oceniałaby go zbyt pochopnie, ale była tylko za-ba-wą. Nikim znaczącym. Na pewno nie kimś, z kim warto byłoby porozmawiać i znaleźć jakieś rozwiązanie. Chociażby po to by utwierdzić ją, że decyzja o aborcji będzie dobra, William otworzyłby butelkę szampana, żeby ruszyć w melanż, gdyby tylko to powiedziała. Tego się po nim spodziewała.
— Tak, ty — bezsilność krążyła w jej krwiobiegu, nie dając jakiejkolwiek racjonalności wziąć górę. Nabrała powietrza do płuc — chcesz zrobić testy na ojcostwo, bo mi nie ufasz? — ohh, Lotte naprawdę potrafiła kłamać, robić dobrą minę do złej gry. Nigdy tego nie ukrywała, ale są kwestie, w których człowiek musiał być szczery.
— Taki sam jak miliony kobiet wychowujące same dzieci — jak to działało, nie wiedziała, ale na pewno przeczytałaby mnóstwo książek — mam dwójkę rodzeństwa w ramach przypomnienia — i matkę poszukującą sensu życia, bo w ramach przypomnienia, William zabrał jej cały majątek. Wow. Czy byłaby w stanie połączyć na trwale ich rodziny w taki sposób? Chyba nie...
A co z twoją karierą? Tyle jej wystarczyło, by puścić siarczystego hafta prosto na koszulę Williama. Tej turbulencji żołądka nie była w stanie powstrzymać. Nie dość, że cały czas stali przy śmietnikach, to zadał pytanie, które najbardziej siedziało jej w głowie. Lotte była blada, a własne usta chwyciła dłońmi. Do takiej sytuacji zwłaszcza nie chciała i nie mogła doprowadzić.
— Przepraszam — powiedziała cicho, robiąc kilka kroków w tył. Spodziewała się prawdziwego głośnego krzyku, opierdolu, a na pewno nie wyrazów współczucia wobec niej. Przy niej był William Patel, wolny duch, nie ktoś, kto byłby w stanie ją zrozumieć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— I dalej miałeś to prawo, nie miało to wyglądać tak — pokazała dłonią na śmietniki wypełnione workami. Cały czas ich dramaty były obserwowane przez sąsiadów. Miała wrażenie, że okularnica Betty wygląda zza okna, by usłyszeć kilka słów więcej — ale chciałam Ci powiedzieć, jak podejmę decyzję — Charlotte była dorosła. Tyle zdążyła przemyśleć. Przecież zaraz po zrobieniu testu nie poleciałaby do niego z wielkim plakatem. William, zostaniesz ojcem!! Różowy, brokatowy, pełen uroczych rysunków. Sama musiała to przetrawić, dojrzeć, a dosłownie kilkanaście minut temu dowiedziała się, że nosiła nasienie szatana.
— Nie chcę tworzyć z Tobą rodziny — warknęła podirytowana — jak zdecyduję się zachować, to zostanę samotną matką — głowa bolała ją na samą myśl. Znała życie Williama. Musiałby dorosnąć, bo sam był na poziomie pięciolatka. Chociaż jego zabaweczki były dla dorosłych i zdecydowanie droższe.
— Bo chciałam o Tobie zapomnieć — a nawet wtedy wystarczyło jedno spojrzenie w męskie oczy, by poczuła się porównywana do innych — zrozum to — westchnęła bezsilnie. Oto właśnie jej chodziło — chciałam zapomnieć — o wyspie, o jego bezpiecznych ramionach, namiętnych wargach i o uczuciach do niego. Wystarczyła krótka myśl, by wróciła do niego myślami. Ponownie chciała się w niego wtulić. Nie w czyjeś ramiona, w jedne konkretne. Dlatego za każdym razem na pocałunku się kończyło.
— To niech wychowuje je ze mną — kochała panią Patel całym sercem. Mogłaby nawet u niej zamieszkać — zamiast ojca, super babcia — i pewnie by na to samej sobie zbiła piąteczkę. Przynajmniej miałby kto ją wspierać, być blisko niej, gdy ona by pracowała. Cholera, wizja macierzyństwa z dwójką bać wydała się aż nader atrakcyjna. Ambitna, młoda mama oraz babcie na dwa etaty.
Wszystko było cudownie aż zwymiotowała, ale to już wszyscy wiedzą. Oczekiwała na krzyk, pisk, a zamiast tego zobaczyła jego dłoń. W takim Patelu właśnie się zakochała, we wspierającym i pełnym zrozumienia. Chwyciła go za dłoń, ale wystarczyła odrobina zapachu własnych wymiocin, by na nowo wrócił do niej odruch wymiotny. Pierwszy, drugi. Odsunęła się od niego z przepraszającym spojrzeniem.
— Kręci mi się... — wydukała cicho — niczego nie mogę jeść od paru dni — dodała od razu — i cały czas rzygam jak kot — przymknęła na moment oczy i wtaczała się na górę. Nogi były jak z waty, ale finalnie zasiadła na własnej kanapie. Nawet wysłuchała przepięknego kłamstwa Patela. W ogóle jej to nie dziwiło. Dopiero na to do dupy prychnęła, bo nie mogła się powstrzymać.
— To nie ty masz w sobie rosnącego pasożyta... — zwinęła się w kłębek na kanapie, najchętniej położyłaby się na własnym łóżku — mam wrażenie, że mój brzuch chce wybuchnąć i mam taką srakę jak nigdy — i żeby to było najgorsze — nawet... — mogła mu o tym powiedzieć? Walić to, była całkowicie szczera, a ten miesiąc coraz bardziej dawał jej w kość — nawet pracować nie mogę, raz ryczę, raz się cieszę — i to z byle głupoty. Z obrazka śmiesznego buldoga śmiała się cały dzień — a jak zobaczyłam wynik testu, to uklękłam przed toaletą — rzygała i płakała na zmianę. Nie było nic pomiędzy. Uniosła głowę, by móc spojrzeć mu w oczy.
— I niczego mi nie ułatwiasz — znów tworzył w jej głowie pierdolony mętlik. Mógłby zostać dobrym, lub złym bohaterem. Kiedy wchodziły szarości, trudno było się w nich odnaleźć. Jednocześnie go pragnęła i nie. Kurwa, ile razy mogła dawać samą siebie zranić? Lotte zaczynała przypominać worek treningowy — nie mógłbyś być po prostu dupkiem, któremu nie zależy? — na niej, na jej samopoczuciu, na jej karierze...
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski