Nie zgadzała się do końca z tym co mówił, ale przewróciła tylko oczami, stwierdzając, że nie będzie się z nim spierać. Pewnie nie była odpowiednią osobą, by prawić mu kazania i nie chodziło nawet o to, że był jej szefem, ale bardziej o to, że w kwestii zdrowych nawyków sama nie świeciła zbytnio przykładem i można byłoby wskazać jej kilka punktów do poprawy - niejednokrotnie zabierała robotę do domu, spała mniej niż powinna oraz bywało, że źle się odżywiała albo całkiem zapominała o jedzeniu.
Jego bezpośredniość trochę ją zaskoczyła, ale nie okazała tego w żaden sposób. Zupełnie nieprzekonana, że to co mówił było prawdą, odwróciła jedynie głowę, by przeskanować wzrokiem lokal. Rzeczywiście, kilku mężczyzn się jej przyglądało, jednak napotykając jej spojrzenie, natychmiast przestawali. Kilku innych, którzy również patrzyli w stronę baru, wcale nie skupiali się na June, ale wlepiali oczy w plecy Scotta, jakby pragnęli wypalić w nich dziurę. Żaden z nich jednak nie patrzył na Harrison
pożądliwie, jakby rzeczywiście - jak to ujął wicekomendant - rżnął ją wzrokiem. A przynajmniej ona tego nie zauważała.
—
Mnie to nie dziwi, bo żaden nie potrafi nawet utrzymać kontaktu wzrokowego. — to mówiąc, z lekkim uśmieszkiem, spojrzała już na swojego rozmówcę. —
Chyba ich onieśmielasz. Wiedzą, że nie mają z tobą żadnych szans, dlatego nawet nie próbują. — dodała pierwsze wyjaśnienie jakie przyszło jej do głowy, po czym westchnęła i lekko się uśmiechając, wzruszyła ramionami —
Słusznie zresztą.
June nie wypowiadała się o sobie z fałszywą skromnością. Nie udawała, że uważa się za nieatrakcyjną, bo dobrze wiedziała, że może podobać się facetom - Paul Baker raczej nie bez powodu miał na jej punkcie obsesję.
Z drugiej strony, nie była typem zarozumiałej laluni, która zakładałaby, że jej uroda działa na każdego napotkanego mężczyznę w sposób jaki przedstawiał to Letexier. Sądziła, że trochę przesadzał, ale w tamtym momencie zrzucała to na jego stan upojenia alkoholem. Nie wiedział co mówi! Ani trochę nie czuła się jak modelka z billboardów. Nawet po otrzymaniu takiej ilości komplementów, choć te oczywiście doceniała.
—
To, że nie popadam w samozachwyt nie oznacza, że jestem przesadnie skromna. — zaprotestowała od razu, ale wciąż pogodnie, z uśmiechem. —
Dziękuję, Scott. Jak zwykle wiesz co powiedzieć, by podnieść mnie na duchu, ale zapewniam cię, że nie zamierzam płakać dziś w poduszkę przez jakiegoś złamasa. — oznajmiła, śmiejąc się zaraz krótko.
Nie rozumiała jego podejścia. Być może dlatego, że do tej pory nie miała pojęcia, że takie zachowania to dla niego norma; że to dla niego
kolejny wtorek. Współczuła mu i wiedziała, że miał prawo do tego, by odreagować, w końcu utrata bliskiej osoby bolała jak diabli, ale osobiście nie potrafiła sobie wyobrazić wystąpienia przed mediami po tak upojnym wieczorze. Nie zdążyła jednak tego wyrazić, bo znów powrócił do wcześniejszego tematu.
—
Naprawdę myślisz, że to wystarczy, by mnie zbajerować? Myślałam, że masz o mnie nieco lepsze zdanie — uniosła brew, kręcąc przy tym głową powoli. Wbrew pozorom nie poczuła się w żaden sposób dotknięta tymi słowami. Po części dlatego, że sama trochę wypiła, a tym samym wyluzowała, ale też na pewno trochę dlatego, że to właśnie
z nim rozmawiała, a nie z żadnym innym kolegą z pracy. Na podobny tekst zasłyszany z ust Bakera, pewnie by zareagowała inaczej.
Gdy kolejny raz odrzucił jej propozycję opuszczenia baru, spojrzała na niego z delikatnym zawodem w oczach. Skinęła jednak głową, akceptując jego decyzję bez sprzeciwu. Uśmiechnęła się trochę gorzko, gdy pomyślała o tym, że właśnie sam sobie przeczył. Twierdził, że facet, który wystawił ją jest debilem, ale gdy ta sama kobieta zaproponowała mu spacer, to odmówił, bo od jej towarzystwa wolał whisky.
A może miał rację? Może to dobrze, że myślał trzeźwo za nich oboje i po prostu pilnował granic, które i tak tego wieczoru bez wątpienia zostały przekroczone. Wprawdzie nie sugerowała nic zdrożnego, ale mógł sądzić, że lepiej dmuchać na zimne.
—
Dobrze. Jak uważasz — odezwała się po dłuższej chwili milczenia, chcąc potwierdzić, że przyjęła do wiadomości to co powiedział. Rzeczywiście, był dużym chłopcem i nie potrzebował niańki. Sama nie wiedziała na co w tamtym momencie liczyła i szybko pożałowała złożonej mu propozycji. Pomyślała, że to zdecydowanie jedna z jej wad - przesadne przejmowanie się czyimś losem. Robiła wtedy więcej, niż to konieczne.
—
Cieszę się, że mogłam pomóc — odpowiedziała, może zbyt chłodno niż powinna, gdy wyraził swoją wdzięczność za to, że mimo wszystko została i go wysłuchała. Narzuciła płaszcz na plecy i sięgnęła do torebki. Chwilę w niej grzebała, w poszukiwaniu czegoś, by w końcu wyciągnąć lekko zmięty banknot. Wręczyła go barmanowi, po czym znów zwróciła się do Letexiera, tym razem już łagodniej. —
Wiem, że jutro dasz sobie świetnie radę. Dobrej nocy, Scott. — to mówiąc, zeszła ze stołka. Nie wahając się, poklepała go znów lekko po plecach i na chwilę zatrzymała na nich dłoń. Być może zbyt długo.
Uważaj na siebie - chciała dodać jeszcze, ale w porę powstrzymała się, uznając, że to zbędne i ruszyła do wyjścia.
Koniec
Scott Letexier