43 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Scott słuchał jej w milczeniu, obracając powoli szklankę między palcami. Alkohol rozluźniał mu już nie tylko ciało, ale też ten wieczny mechanizm kontrolowania każdego słowa i każdego spojrzenia. A June, siedząca obok w tej sukience podkreślającej wszystkie jej atuty, pachnąca czymś lekkim i cholernie kobiecym, zdecydowanie nie pomagała mu zachować dystansu.
- Nie nauczysz starego psa nowych sztuczek - odparł nieco kąśliwie, choć zgodnie ze swoim podejściem. Był już za stary na to, by zmieniać swoje od lat uprawiane, alkoholowe praktyki.
Uniósł lekko brew, gdy June podchwyciła temat i poprosiła go, by wyłuszczył jeszcze dobitniej to, co miał na myśli. Letexier patrzył chwilę na swoją szklankę, po czym upił z niej łyk.
- Rozejrzyj się po tym barze - rzekł i sam omiótł spojrzeniem niemal cała salę za nimi. - Doliczyłem się tu jakichś 15 facetów poza mną i tylko jeden nie rżnie cię wzrokiem - rzucił bez ogródek. - Po jego wyglądzie i zachowaniu wnioskuję, że go po prostu nie interesują kobiety - dodał, po czym spojrzał na Harrison. - Zdziwiony jestem, że żaden dotąd nie kupił ci drinka, nawet mim obecności takiego księcia ciemności jak ja obok - przyznał i znów wychylił nieco zawartości ze szklanki.
- Możesz udawać przesadnie skromną, ale prawda jest taka, że wyglądasz jak milion dolarów - odezwał się znów po chwili. - Kobiety o takiej urodzie jak twoja widuje się jedynie na okładkach magazynów albo tych wyjebanych billboardach w centrum - alkohol już mocno rozwiązał mu język, ale sam Scott raczej nie bardzo przejmował się tym, że właśnie komplementował Harrison. Co prawda sam wprost nie zaliczył siebie do grona zainteresowanych nią, ale zrobił to jedynie przez zwykłą ogładę. Gdyby chodziło wyłącznie o jego preferencje, z pewnością dążyłby do tego, by ich wspólny wieczór stał się bardziej przyjemny.
Na wspomnienie konferencji machnął lekko ręką, jakby chciał odgonić temat.
- O mnie się nie martw. Jutro założę garnitur, zrobię minę człowieka, który ma wszystko pod kontrolą i jakoś to przeżyję. Możesz uważać to za wyjątkową sytuację, dla mnie to kolejny wtorek w robocie - wzruszył lekko ramionami, ale też nie brzmiał jak ktoś przekonany o tym, że taki tryb życia jest zdrowy.
Po chwili wrócił jeszcze do wcześniejszego tematu i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- A co do tego kretyna... - westchnął cicho. - To może nawet lepiej. Przynajmniej od razu dowiedziałaś się, że jest debilem, a nie dopiero wtedy, gdy cię zbajeruje kwiatkami i kilkoma pikantnymi smsami.
Scott upił jeszcze trochę whisky i oparł się wygodniej o blat baru.
- Poza tym… - spojrzał na nią z cieniem rozbawienia. - Powtórzę się: facet, który wystawia kobietę taką jak ty, nie jest najostrzejszą kredką w piórniku. Podtrzymuję wersję o debilu miesiąca - przytaknął sam sobie.
Kiedy zapytała, czy mieszka niedaleko i zaproponowała spacer, spojrzał na nią przez chwilę trochę zbyt długo. W jej głosie nie było podtekstu, przynajmniej nie świadomego, bardziej troska i próba upewnienia się, że nie skończy samotnie zalany whisky gdzieś na chodniku. To go trochę uderzyło.
Scott wypuścił powoli powietrze nosem i pokręcił lekko głową.
- Mój wieczór jeszcze się nie kończy - odezwał się spokojnie. - I raczej nigdzie się jeszcze nie wybieram - uniósł lekko szklankę. - Znam siebie. Jeszcze posiedzę. Wypiję jednego albo dwa drinki, zjem coś na mieście i dopiero wtedy wrócę do domu - powiedział to z tą charakterystyczną dla siebie obojętnością człowieka, który od dawna przywykł do samotnych, zbyt długich wieczorów. Trochę ją jednak okłamał, bo w rzeczywistości planował dziś zalać się w trupa, a dwa drinki to zdecydowanie było za mało do tego, by poskładać takiego ziutka jak on.
Zaraz spojrzał na nią cieplej niż wcześniej.
- Za to ty naprawdę nie musisz już pilnować, żebym bezpiecznie wrócił do domu, June - mruknął z lekkim rozbawieniem. - I tak zrobiłaś dziś więcej, niż oczekiwałem od kogokolwiek - powiedział spokojnie, a kącik jego ust drgnął delikatnie. - Poprawiłaś mi nastrój, serio - przyznał, bo faktycznie taka była prawda. Od dobrych kilkudziesięciu minut nie rozmawiał już zbyt dużo o zabitym przyjacielu, potrafił rzucić jakimś żartem i ogólnie wieczór stał się jakkolwiek do zniesienia. Wszystko to za sprawą śledczej, która dotrzymywała mu towarzystwa przez prawie 2 godziny.
Scott odwrócił na moment wzrok w stronę półek z alkoholem, jakby łatwiej było mu mówić nie patrząc jej prosto w oczy.
- Jeszcze dwie godziny temu miałem ochotę rozjebać telefon o ścianę i upierdolić połowę awansów - prychnął pod nosem. - A teraz przynajmniej siedzę tutaj i nie mam ochoty robić głupot - spojrzał na nią z boku. - Więc dziękuję, June. Za wysłuchanie mnie, za to, że zostałaś i że nie rzucałaś banałami, tylko faktycznie mówiłaś, co myślisz. Obok twojej inteligencji, to właśnie to cenię w tobie najbardziej - przyznał i spojrzał na nią, mając na końcu języka to, że poza docenieniem jej kompetencji, chciał też skomplementować jej wygląd, bo siłą rzeczy trochę go oczarowała sobą, ale ostatecznie poprzestał na stopie zawodowej.

June Harrison
31 y/o
Welkom in Canada
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zgadzała się do końca z tym co mówił, ale przewróciła tylko oczami, stwierdzając, że nie będzie się z nim spierać. Pewnie nie była odpowiednią osobą, by prawić mu kazania i nie chodziło nawet o to, że był jej szefem, ale bardziej o to, że w kwestii zdrowych nawyków sama nie świeciła zbytnio przykładem i można byłoby wskazać jej kilka punktów do poprawy - niejednokrotnie zabierała robotę do domu, spała mniej niż powinna oraz bywało, że źle się odżywiała albo całkiem zapominała o jedzeniu.
Jego bezpośredniość trochę ją zaskoczyła, ale nie okazała tego w żaden sposób. Zupełnie nieprzekonana, że to co mówił było prawdą, odwróciła jedynie głowę, by przeskanować wzrokiem lokal. Rzeczywiście, kilku mężczyzn się jej przyglądało, jednak napotykając jej spojrzenie, natychmiast przestawali. Kilku innych, którzy również patrzyli w stronę baru, wcale nie skupiali się na June, ale wlepiali oczy w plecy Scotta, jakby pragnęli wypalić w nich dziurę. Żaden z nich jednak nie patrzył na Harrison pożądliwie, jakby rzeczywiście - jak to ujął wicekomendant - rżnął ją wzrokiem. A przynajmniej ona tego nie zauważała.
Mnie to nie dziwi, bo żaden nie potrafi nawet utrzymać kontaktu wzrokowego. — to mówiąc, z lekkim uśmieszkiem, spojrzała już na swojego rozmówcę. — Chyba ich onieśmielasz. Wiedzą, że nie mają z tobą żadnych szans, dlatego nawet nie próbują. — dodała pierwsze wyjaśnienie jakie przyszło jej do głowy, po czym westchnęła i lekko się uśmiechając, wzruszyła ramionami — Słusznie zresztą.
June nie wypowiadała się o sobie z fałszywą skromnością. Nie udawała, że uważa się za nieatrakcyjną, bo dobrze wiedziała, że może podobać się facetom - Paul Baker raczej nie bez powodu miał na jej punkcie obsesję.
Z drugiej strony, nie była typem zarozumiałej laluni, która zakładałaby, że jej uroda działa na każdego napotkanego mężczyznę w sposób jaki przedstawiał to Letexier. Sądziła, że trochę przesadzał, ale w tamtym momencie zrzucała to na jego stan upojenia alkoholem. Nie wiedział co mówi! Ani trochę nie czuła się jak modelka z billboardów. Nawet po otrzymaniu takiej ilości komplementów, choć te oczywiście doceniała.
To, że nie popadam w samozachwyt nie oznacza, że jestem przesadnie skromna. — zaprotestowała od razu, ale wciąż pogodnie, z uśmiechem. — Dziękuję, Scott. Jak zwykle wiesz co powiedzieć, by podnieść mnie na duchu, ale zapewniam cię, że nie zamierzam płakać dziś w poduszkę przez jakiegoś złamasa. — oznajmiła, śmiejąc się zaraz krótko.
Nie rozumiała jego podejścia. Być może dlatego, że do tej pory nie miała pojęcia, że takie zachowania to dla niego norma; że to dla niego kolejny wtorek. Współczuła mu i wiedziała, że miał prawo do tego, by odreagować, w końcu utrata bliskiej osoby bolała jak diabli, ale osobiście nie potrafiła sobie wyobrazić wystąpienia przed mediami po tak upojnym wieczorze. Nie zdążyła jednak tego wyrazić, bo znów powrócił do wcześniejszego tematu.
Naprawdę myślisz, że to wystarczy, by mnie zbajerować? Myślałam, że masz o mnie nieco lepsze zdanie — uniosła brew, kręcąc przy tym głową powoli. Wbrew pozorom nie poczuła się w żaden sposób dotknięta tymi słowami. Po części dlatego, że sama trochę wypiła, a tym samym wyluzowała, ale też na pewno trochę dlatego, że to właśnie z nim rozmawiała, a nie z żadnym innym kolegą z pracy. Na podobny tekst zasłyszany z ust Bakera, pewnie by zareagowała inaczej.
Gdy kolejny raz odrzucił jej propozycję opuszczenia baru, spojrzała na niego z delikatnym zawodem w oczach. Skinęła jednak głową, akceptując jego decyzję bez sprzeciwu. Uśmiechnęła się trochę gorzko, gdy pomyślała o tym, że właśnie sam sobie przeczył. Twierdził, że facet, który wystawił ją jest debilem, ale gdy ta sama kobieta zaproponowała mu spacer, to odmówił, bo od jej towarzystwa wolał whisky.
A może miał rację? Może to dobrze, że myślał trzeźwo za nich oboje i po prostu pilnował granic, które i tak tego wieczoru bez wątpienia zostały przekroczone. Wprawdzie nie sugerowała nic zdrożnego, ale mógł sądzić, że lepiej dmuchać na zimne.
Dobrze. Jak uważasz — odezwała się po dłuższej chwili milczenia, chcąc potwierdzić, że przyjęła do wiadomości to co powiedział. Rzeczywiście, był dużym chłopcem i nie potrzebował niańki. Sama nie wiedziała na co w tamtym momencie liczyła i szybko pożałowała złożonej mu propozycji. Pomyślała, że to zdecydowanie jedna z jej wad - przesadne przejmowanie się czyimś losem. Robiła wtedy więcej, niż to konieczne.
Cieszę się, że mogłam pomóc — odpowiedziała, może zbyt chłodno niż powinna, gdy wyraził swoją wdzięczność za to, że mimo wszystko została i go wysłuchała. Narzuciła płaszcz na plecy i sięgnęła do torebki. Chwilę w niej grzebała, w poszukiwaniu czegoś, by w końcu wyciągnąć lekko zmięty banknot. Wręczyła go barmanowi, po czym znów zwróciła się do Letexiera, tym razem już łagodniej. — Wiem, że jutro dasz sobie świetnie radę. Dobrej nocy, Scott. — to mówiąc, zeszła ze stołka. Nie wahając się, poklepała go znów lekko po plecach i na chwilę zatrzymała na nich dłoń. Być może zbyt długo. Uważaj na siebie - chciała dodać jeszcze, ale w porę powstrzymała się, uznając, że to zbędne i ruszyła do wyjścia.

Koniec

Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
ODPOWIEDZ

Wróć do „Arizona Grill Lounge”