-
mam idealny poziom potasu we krwi, nie palę i lubię kino,
i dziś wieczorem chcę się tobą zająć, jakbyśmy nie miały imion
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Była gotowa przejść z April przez wszystkie trudności, jakie kiedykolwiek napotkają na swojej drodze. A tych na pewno nie zabraknie. Darling nie miała co do tego złudzeń. Ich życie raczej nie zapowiadało się na spokojną, równą linię. Już teraz zdarzały się momenty, które wymagały cierpliwości, rozmów i czasem zwykłego przeczekania gorszego nastroju. Ale to jej nie odstraszało! Im dłużej o tym myślała, tym bardziej była pewna, że nie chodzi o to, żeby było łatwo. Tylko o to, żeby nie być w tym wszystkim sama. A April była dokładnie tą osobą, z którą nawet trudniejsze rzeczy przestawały być czymś, co trzeba jakoś przetrwać, a zaczynały być czymś, co po prostu się dzieje i co razem można poukładać.
Bardzo chciała wpoić narzeczonej do głowy, że była wystarczająca pod każdym względem. To Finchowie mieli nierówno pod sufitem i zachowywali się tak, jakby zaplanowali życie swoich córek jeszcze przed ich narodzinami. Nic dziwnego, że Paul tak się pieklił, skoro żadna nie poszła w jego ślady. Wymarzył sobie dla nich inną przyszłość, a one utarły mu nosa, podążając własnym ścieżkami. I prawidłowo! Należały mu się te rozczarowania przez to, jakie presje na nie wywoływał.
— Daj sobie trochę czasu — sięgnęła dłonią do twarzy ukochanej i odgarnęła jej niesforny kosmyk włosów za ucho. — Wystarczy, że będziesz pamiętać, jak wiele dla mnie znaczysz i że jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. I że nie byłabym z tobą, gdybyś miała taki paskudny charakter jak twój ojciec — puściła do niej oczko, ale obie wiedziały, że to prawda. Teddy znalazłaby milion wymówek, byle tylko nie musieć spotykać się z kimś takim. Na szczęście April była najcudowniejszą istotą na świecie, nawet jeśli czasami przesadzała i wyolbrzymiała. A to i tak było o niebo lepsze od wiecznego niewzruszenia.
Pokiwała głową, zgadzając się ze tym, co mówiła narzeczona. Najlepiej wszystko robić tak, jak należy i po kolei. Byłyby strasznie durne, gdyby teraz za dużo na siebie wzięły.
— Najpierw wesele. Dzieci trzeba ogarnąć bardziej logistycznie — powiedziała, bo to tutaj potrzebny był konkretny plan. Gdzieś w tle ich wspólnych rozmów temat istniał od dawna, tylko nigdy nie został dokładnie rozpisany na konkretne jak i kiedy. — I nie mów tak. Obie będziemy fenomenalnymi matkami — pacnęła April w ramię. — I zadbamy o to, żeby nasze dzieci zawsze czuły się kochane i wysłuchane. I przede wszystkim szczęśliwe. Obiecuję, że nie będę na siłę robić z nich strażaków — zapewniła, chociaż właściwie to była jedna z ostatnich rzeczy, do których próbowałaby namawiać własne pociechy. Chyba umarłaby ze strachu, wiedząc z autopsji, jak duże ryzyko niesie za sobą ta praca.
Teddy wiedziała, że chce założyć rodzinę. Wiedziała też, że to nie jest coś, co pojawia się samo z siebie i wymagało podjęcia wielu poważnych decyzji. I była przy tym zupełnie szczera wobec siebie w jeszcze jednej rzeczy. Nie chciała być w ciąży. To nie wynikało z braku chęci do bycia matką, ani z tego, że nie widziała się w tej roli. Raczej z bardzo prostego, praktycznego poczucia, że to nie jest jej droga. Że są inne sposoby i inne rozwiązania, które bardziej do niej pasują.
martwić się, jak se poradzi w nowej klasie i czy wróci dzisiaj na noc franek albo stasiek
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— To akurat żaden problem. Pamiętam, że mnie uwielbiasz i wcale mnie to nie dziwi. — Zdecydowanie potrzebowała teraz tych drobnych żartów, by na nowo uziemić się w spokojnej codzienności. Dobrze, że miała przy sobie kogoś, kto doskonale to rozumie. I kto ją tak szczerze uwielbia, nie tylko w żartach.
Zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad tym, co Teddy powiedziała w kwestii dzieci. Nie nad odłożeniem ich na później, to akurat był bardzo dobry pomysł. Musiały się najpierw ogarnąć, znaleźć sobie porządne lokum i wtedy wziąć się do roboty. Mimo że była to jeszcze odległa wizja, April i tak już zobaczyła ją oczami wyobraźni bardzo wyraźnie. Jej ukochane szkraby miałyby skończyć w straży? Przecież ona padłaby na zawał pierwszego dnia. Potarła nerwowo skroń, zastanawiając się, jak prawdopodobne byłoby to, że dwójka ich potencjalnych dzieciaków zginęłaby na tej samej akcji, co Teddy. Brzmiało to jak coś, czego nie napisałaby nawet Shonda Rhimes. Chociaż cholera ją wie, April nie oglądała tego jej serialu o strażakach.
— Przecież ja zwariuję, jak one będą chciały pójść w twoje ślady. A na pewno będą kiedyś chciały, bo będziesz ich idolką i w ogóle! — Walnęła narzeczoną w udo, jakby to wszystko faktycznie było jej winą. Będzie po prostu za dobrą matką i przez nią ich dzieci umrą spalone żywcem, to już pewne. Co za tragedia. /akapit]
— No dobra, istniała szansa, że im przejdzie to bawienie się w mamusie strażaczkę jak wyrosną też z kanapek krojonych w kostkę... — dodała już nieco spokojniej i rozsądniej. Była gotowa na cały dom zajebany z góry do dołu zabawkowymi wozami strażackimi, trudno. Zniesie to, jeśli potem zajmą się jakaś porządną robotą! Matko kochana, już teraz zaczęła brzmieć jak jej ojciec.
— Ale czekaj, co ja w ogóle opowiadam. Przecież mogłybyśmy równie dobrze adoptować jakichś nastolatków. Tacy to pewnie za tym nie pójdą... Ale z nastolatkiem to już w ogóle będzie... o kurwa. — Złapała się z tego wszystkiego za łeb, bo w jego wnętrzu natychmiast pojawił się cały festiwal filmów na przyspieszeniu o tym, jak kolosalne problemy będą je czekały, gdy ich dzieci wejdą w okres dorastania. April chyba powoli (dla odmiany) odlatywała w kosmos.
W naszym slangu mądry to pies. W naszym slangu dziecko to Marek