Najprawdopodobniej, gdyby nie poprosiła go o tą ostatnią noc i to nawet nie w tym aspekcie czysto erotycznym, ich spotkanie zakończyłoby się właśnie pod drzwiami do domu jej rodziców. Byłoby długie, bo Dante z pewnością dałby jej tyle czasu, ile potrzebowała, aby oswoić się z myślą, że to naprawdę się działo. A ona znów gadałaby jak katarynka o wszystkim, co tylko wpadłoby jej do głowy, aby tylko sztucznie przedłużać tę chwilę, aby dalej stał, oparty o ścianę i słuchał. Aby po prostu dalej tu był. Potem pewnie by się pocałowali, nie jeden i nie dwa razy, kompletnie ignorując fakt, że mogli być w tym czasie obserwowani przez Caspera, który z pewnością słyszał, że pojawili się już na jego posesji. A po tej dłuższej chwili pełnej miłości, a jednocześnie swego rodzaju rozpaczy, któreś z nich musiałoby jako pierwsze powiedzieć
dobranoc i zniknąć — jedno za drzwiami domu, drugie za ogrodzeniem.
Ale na szczęście od genialnych i przemyślanych pomysłów w tym związku to była ona. Dlatego w tej chwili nie żegnali się na ganku Eriksenów, a leżeli na łóżku w jego pokoju.
— Dobrze, że w tym związku to ty jesteś odpowiedzialny za zapewnianie rozrywek. Ja mogę tylko czasem hamować twoje aż nazbyt ciekawe pomysły. — Uśmiechnęła się pod nosem, choć poczuła dziwny ścisk żołądka. Specjalnie używała czasu teraźniejszego, bo jak sam Dante potwierdził podczas ich rozmowy w labiryncie luster — jego wyjazd wcale nie oznaczał końca ich miłości i związku. Jednak coś jej mówiło, że w ten sposób próbowała oszukać zarówno siebie jak i jego. Tak samo nadal jeden z głosików w jej głowie mówił, aby zaczęła go błagać, żeby odwołał wyjazd, żeby został z nią w Toronto. Ale drugi zaś szeptał, że nie miała do tego moralnego prawa. I choć serce jej się łamało na milion osiem kawałków to musiała posłuchać tego drugiego.
Dlatego starala sie, aby ten wieczór, a także noc przypominały jak najbardziej te dziesiątki, które spędzili razem. I zgodnie z jego prośbą, mówiła dalej o swoich planach, przede wszystkim o tym salonie fryzjerskim, bo przecież studia miały pozostać studiami — nauką, egzaminami… niczym fascynującym nawet w oczach tego wielkiego kujona jakim była Elsa. Ale staż u mistrza fryzjerstwa? To było coś! Pokazała mu kilka profili salonów bądź jak lubili się nazywać
Atelier na instagramie, które obserwowała i gdzie planowała zostawić swoje listy motywacyjne. Wyjaśniła, które były najlepsze i dałaby się pociąć, aby móc się przyglądać pracy w tych miejscach, a które dawały jedynie szansę jakiegokolwiek zarobku, ale bez większych szans na rozwój, a na nim przecież jej zależało najbardziej. Pokazała mu też zdjęcia swoich prac, głównie tych na własnej głowie, które załączyła do całej dokumentacji i poprosiła, aby trzymał za nią przez ten cały czas kciuki. I w tym momencie, coś totalnie w niej pękło. Będąc tak blisko niego, czując chwilę wcześniej smak jego ust… nie wytrzymała, usiadła na nim okrakiem i na nowo zainicjowała pocałunek. Nie miał on się jednak skończyć po jednym muśnięciu. Był chaotyczny, nerwowy, pełen różnych uczuć — gniewu, żalu, rozpaczy, miłości, namiętności, wszystkiego co właśnie siedziało w jej głowie i sercu. Ciężko było określić, w którym momencie ich ubrania wylądowały na podłodze, ale śmiało można bylo stwierdzić, że na pewno
za późno.
Elsa po raz kolejny pokazywała, że nie była typem
biernej kłody, ale w tym wszystkim chodziło o coś więcej. Jakby chciała, aby ten ich ostatni moment wspólnej ekstazy zapamiętał na cały ten swój wyjazd, aby zapamiętał jej rozochocone spojrzenie, zaczerwienioną buzię i rozczochrane włosy, które już dawno zostały rozpuszczone, a gumka podzieliła los ich ubrań. Aby zapamiętał, że właśnie tutaj, w Toronto, taki jeden kolorowy kurdupel będzie na niego czekał i cholernie tęsknił.
Po wszystkim przyszła pora na wspólny prysznic, po którym założyła tshirt, który sama wybrała z jego szafy. I pakowanie. Chciała dopilnować, że weźmie ze sobą wszystkie potrzebne ciuchy i rzeczy. Przecież miało go nie być rok! Przez ten czas mógł trafić dosłownie wszędzie, włącznie z mroźną północą Kanady. Składała jego ciuchy z przesadną dokładnością i delikatnością. Znów — jakby miała złudna nadzieję, że to przedłuży ten czas, który im pozostał, choć tak naprawdę w ten sposób go marnowała, ale… nie potrafiła inaczej.
Potem obiecane filmy, które oglądali już w łóżku — wtulona w niego raczej przysłuchiwała się jego bijącemu sercu niż dialogom postaci, ale to nie było najważniejsze. Tak samo jak nieistotne było to, że przespała może dwie godziny z całej nocy. Bo ilekroć zamykała oczy, zaraz otwierała je z przerażeniem, że zniknął z łóżka i już pojechał bez pożegnania.
Ranek — śniadanie, oczywiście niezrobione przez Else, bo każdy chciał przeżyć, ale podczas którego narysowała mu na prawym ramieniu kilka śnieżynek jako swoisty podpis. Potem zamienili kilku słów z matką Dantego i wyszli na dworzec. Jedną ręką trzymała mocno jego dłoń, zaś drugą obejmowała podarowanego pluszaka. Droga minęła im na ustalaniu — oczywiście przez nią, on się miał dostosować i nie dyskutować — godzin dzwonienia. Miał pisać tak często jak tylko by mógł, wysyłać dużo zdjęć wszystkiego, co tylko przykułoby jego uwagę, od zwierząt, po dziwne budynki. Nie podejrzewała, że odwiedzi jakieś muzea na tej swojej przydługiej wycieczce, ale gdyby ją mile rozczarował to stamtąd rozbierz chciałaby dostawać fotki. Tak jakby bała się, że kiedy przestaną się ze sobą komunikować wystarczająco często, kontakt w końcu się urwie i to wszystko po prostu
umrze.
— Dante? To nie ten peron. Pociąg do Montrealu będzie odjeżdżał z czwórki, nie dziewiątki — powiedziała lekko poddenerwowana, rozglądając się dookoła. Zrobiło się spore zamieszanie, bo pociąg właśnie wjeżdżał na stację i wszyscy ludzie zaczęli zbierać się przy linii, aby jak najszybciej zająć swoje miejsce. A ona nie wierzyła, że zostało im tak mało czasu. Cała się trzęsła i naprawdę nie miała pewności czy to z przerażenia, że zaraz zniknie w jednym z wagonów czy z zimna. Miała na sobie jedynie wczorajszą koszulę, a poranek okazał się dużo chłodniejszy niż zakładała w swoim planie.
— Poczekaj! Ja… mam coś dla Ciebie! — zawołała, ciągnąc go jeszcze w swoją stronę. Wyciągnęła z torebki małe pudełeczko, a z niego skórzaną bransoletkę z metalowymi elementami głównie w postaci zapięcia. Od razu założyła mu ją na rękę i uśmiechnęła się pod nosem — dobrze leżała. Nie wspomniała jednak o pewnym szczególe. Na pierwszy rzut oka wyglądała zupełnie zwyczajnie, ale producent wykonał ją na specjalne zamówienie. Gdyby kiedyś odkrył, że metalową osłonę zapięcia można zdjąć, znalazłby pod nią drugą, ukrytą blaszkę z krótkim grawerem:
Kocham.
Elsa < 3
— To… miał być prezent z okazji ukończenia liceum, ale poszliśmy do wesołego miasteczka, a potem… dużo się działo i no… Dante… kocham cię. — Złapała go za policzki i przyciągnęła do ich ostatniego, namiętnego pocałunku. A w głowie miała tylko jedno —
tylko się nie porycz, tylko się nie porycz.
Dante Levasseur