28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

I było straszne. Funkcjonowanie w strachu, że coś jest nie tak. To właśnie skłoniło Charlotte do wykonania testu, teraz miała już czarno na białym. Nie mogła się oszukiwać, że dostała najgorszą jelitówkę wszech czasów. Nabrała powietrza głęboko do płuc. Cokolwiek miałaby powiedzieć, słowa nie wydawały się być wystarczające.
Byłoby — stwierdziła ciężko, unosząc kącik ust. Właśnie takiego Williama nie rozumiała najbardziej. Z jednej strony zajmował się nią, dbał o nią, by później weszli w kolejny, najgorszy rodzaj kłótni. Niemalże słyszała tykanie zegara, które odliczało do końca spokoju między nimi. Coś w końcu musiało się zmienić. Łatwiej było go unikać, lub gdy znikał z mieszkania na nie wiadomo ile, a teraz? Miała totalną pustkę w głowie, odliczającą do końca.
Kiwnęła jedynie krótko głową. Mógł zapalić. Cholera, przecież sama jakiś czas paliła, mimo że wiedziała, że nie powinna. Nie dbała oto, co rozwijało się w niej, nawet jeśli od kilku dni zrezygnowała z używek. Właściwie to złowrogi płód postanowił zrobić to za nią. Przypominał pasożyta, a wystarczyło jedynie, by poczuła zapach papierosów, by znowu pojawiły się odruchy wymiotne. W pewnym momencie musiała chwycić miskę (tę od sałatki, do sprzątania i do rzygania, trzy w jednym), by pozbyć się zawartości własnego żołądka. Dramat. Inaczej nazwać się tego nie dało. Dym, który tak uwielbiała oglądać, stał się naczelnym wrogiem.
Doszło finalnie do niej pytanie Williama.
Czy myślała, by usunąć? Skłamałaby, gdyby odpowiedziała przecząco. Chwyciła własne włosy i spojrzała na niego ze zrozumieniem. Naprawdę zadał to pytanie wprost? Niczego przecież od niego nie wymagała. Po ostatniej scysji między nimi miała wrażenie, że nastąpił wielki koniec, a zamiast tego powstrzymywała się od opróżnienia żołądka. Nabrała raz jeszcze mocno powietrze do płuc, analizując wszystko po kolei. Cokolwiek, by mu teraz powiedziała, brzmiałoby to co najmniej źle?
Myślałam — przyznała finalnie, ściskając mocniej za miskę — ale wiem to od... godziny. Chcę wszystko przemyśleć — a strach Williama, zwłaszcza tak szybko rzucone pytanie nic jej nie ułatwiło. Westchnęła ciężko — po prostu powiedz, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego — o ironio, dla niej rozwijający się płód wewnątrz niej dalej nie był najważniejszą rzeczą, która tkwiła jej w głowie.
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Otwieram szerzej drzwi balkonowe, żeby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza, bo Charlotte właśnie ponownie pozbywa się zawartości swojego żołądka. Tym razem na szczęście nie na mnie. Obserwuję ją w milczeniu, a kiedy przyznaje, że myślała o usunięciu to przestępuję z nogi na nogę. Brzmi to kurwa tragicznie, nawet w mojej własnej głowie, ale w takim razie chyba trzeba kuć żelazo póki gorące, póki ktoś nie przekona jej, że da radę i wszystko się ułoży. To znaczy wiem doskonale, że dałaby radę, ale ja bym nie dał, nawet jeśli miałbym tylko wykładać hajs i zabierać dzieciaka do siebie raz w miesiącu. W sumie daleko by nie miał. Po prostu nie wierzyłem, że to mogło jakoś się ułożyć. A co jeśli dziecko będzie takie jak ja? Tak samo zjebane, bez wartości, bez moralności, przeciwko wszystkiemu? Noriega podczas ostatniej kłótni zarzucił mi właśnie to, że nie miałem żadnych wartości oprócz chlania i ćpania i chociaż z początku mnie to dotknęło, to chyba miał rację. Chyba byłem strasznie złym człowiekiem, nie miałem prawa się rozmnażać, dla dobra wszystkich. Jeszcze zaszczepiłbym w Bogu ducha winnym istnieniu te wszystkie złe geny i co wtedy? Czy da się naprawić kogoś, kto na start jest zepsuty? Boże, mam dosłownie wirówkę myśli w głowie i każda kolejna jest coraz gorsza, coraz bardziej dobijająca - Przemyśleć? - powtarzam, unosząc na Kovalski spojrzenie. Łapię się na tym, że zaczynam z nerwów obgryzać paznokcie, więc wsuwam dłonie w kieszenie, po czym obchodzę cały pokój dookoła. Zatrzymuję się gdzieś przy kuchennym zlewie, żeby wreszcie zdjąć te obrzygane ciuchy. Sprzątanie mnie uspokaja. Najpierw pozbywam się marynarki, którą wieszam na oparciu krzesła i oglądam dokładnie, w zasadzie nie oberwała aż tak, ot kilka niewielkich plamek, które wycieram ścierką z płynem. Zdecydowanie gorzej wygląda koszula, tę także z siebie zdejmuję i wrzucam do zlewu, żeby zalać gorącą wodą z mydłem. W międzyczasie gadam dalej - Ja nie chcę mieć z tobą nic wspólnego? - powtarzam, zerkając w kierunku dziewczyny - Ja akurat bardzo bym chciał mieć z tobą coś wspólnego ale może niekoniecznie dziecko - dopiero co zaczęliśmy się jakoś dogadywać, wciąż bywało naprawdę kiepsko i nagle taka odpowiedzialność? Bez sensu, to nie ma racji bytu - Wiesz doskonale, że jest między nami... To coś. Jakaś chemia, jakieś przyciąganie. Chciałbym żebyśmy mogli dać temu czas, chciałbym móc wyjść z tobą na randkę czy gdziekolwiek, tak po prostu, bo obydwoje chcemy - wzruszam lekko ramionami, wciąż ostro piorąc koszulę w rękach, nieźle się tam nad nią wyżywam - Bez żadnych sztucznych deklaracji i określeń, jak dwoje wolnych ludzi, którzy lubią spędzać ze sobą czas - dla mnie to była piękna wizja, dla niej chyba niekoniecznie - Wiesz dobrze, że już od dawna przestałaś być mi obojętna i ja chyba tobie też - opłukuję koszulę czystą wodą, wyżymam i otrzepuję - Ale od razu dziecko? - rozwieszam odzienie na balkonie i wreszcie wracam do Kovalski, żeby opaść obok niej na kanapę - Boję się, że jeśli urodzisz to wszystko się posypie, wszystko między nami, że z każdym dniem będziesz mnie nienawidzić coraz bardziej i ono też, a sama wiesz najlepiej jak to jest mieć ojca do bani - robię krótką przerwę, co więcej myślę, że mógłbym być nawet gorszy od Gustava, co mnie także trochę przeraża - Jesteś ambitna, bystra, inteligentna, kto zamiast ciebie zawojuje cały prawniczy świat? Naprawdę widzisz się w pieluchach, butelkach, wymiocinach i tym wszystkim co wiąże się z wychowaniem dziecka? Nawet z pomocą rodzeństwa i rodziny? Bo ja nie i nie dlatego, że nie dałabyś rady, dałabyś, ale czy to by cię uszczęśliwiło? Czy może w pewnym momencie doszłabyś do wniosku, że popełniłaś błąd? Myślę, że to nie jest Twój świat, ty się odnajdujesz w popierzonych sprawach karnych, w siedzeniu w papierach do nocy, w zagadkach nie do rozwiązania i... No, w tym wszystkim - w tym wszystkim z czym wiązała się nasza praca - No a twoja matka? Co by powiedziała jakby się dowiedziała, że - puściłaś się z wrogiem - Że coś nas łączy? - myślę, że kiedyś i tak będzie musiała się dowiedzieć, ale może nie w taki sposób - Albo w drugą stronę, gdybym to ja miał iść na rodzicielski, żebyś ty mogła pracować, przecież to jest jakieś chore, nie wiem kto pierwszy by zwariował ja czy to dziecko - wywracam oczami - Nie zrozum mnie źle, ale po prostu... Wydaje mi się, że nie każdy jest stworzony do zakładania rodziny i rodzielstwa i my... No, my chyba nie jesteśmy, przynajmniej nie teraz, kiedy ty dopiero wkraczasz na ścieżkę kariery, a ja jestem rozjebany jak paczka dropsów, kurwa. I każdy ten drops jest w innym miejscu i być może ktoś próbuje je nawet pozbierać i znowu wrzucić do paczki, ale wtedy ta paczka znowu się rozjebuje - wzdycham ciężko na moment zawieszając się nad własnymi myślami - Może kiedyś uznasz, że to jest ten moment na dzieci, ale to chyba nie jest teraz? - ja natomiast wiem, że u mnie ten moment nie przyjdzie, szczególnie, że od zawsze mówiłem, że nie będę miał dzieci, wszyscy powtarzali, że kiedyś mi się odmieni i co? Nie odmieniło się - Wiem jak to brzmi, ale chyba dla wszystkich byłoby lepiej gdyby to dziecko się nie urodziło - dla mnie, dla ciebie, a przede wszystkim dla niego. Ale chcę też żebyś wiedziała, że cokolwiek nie zdecydujesz to spróbuję być, może jako wsparcie w podjęciu trudnej decyzji? A może jako człowiek, którego kiedyś przyjdzie ci znienawidzić - odwracam twarz w jej kierunku, wbijając spojrzenie w jej oczy - Mogę cię przytulić? - ja chyba też potrzebuję teraz żeby mnie ktoś uścisnął. Albo najlepiej udusił.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

Właśnie chodziło o przemyślenie. Wymiotowała, zwracała wszelkie swoje wnętrzności, a z dnia na dzień słabła. Widziała samą siebie w lustrze. Gdyby ktoś określił ją mianem marnej, z pewnością by się nie obraziła. Przystałaby na to. Ba, przybiłaby piątkę, o ile wcześniej nie puściłaby siarczystego pawia. Wszystko miało być proste, przejrzyste, a w ogóle nie wyglądało to w ten sposób. Nabrała powietrza do własnych płuc, patrząc na zawartość miski. Kurwa, czy wszystko musiało wyglądać tak paskudnie? Czy ona musiała wyglądać w ten sposób? Przecież nie miało to rąk, ani nóg.
Ja nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego? Dopiero wtedy uniosła na niego spojrzenie. Mył koszulę. Może chociaż jeden zapach przestanie ją drażnić. Nabrała powoli powietrza do płuc, czekając na prawdziwą litanię nienawiści. William wiele razy zaskakiwał ją negatywnie, ale tez pozytywnie. Teraz miał pokazać swoją drugą twarz, aż musiała otworzyć delikatnie usta. O ironio, zaczął jej mówić to, co potrzebowała usłyszeć właśnie w tym momencie. Nie interesowało ją dziecko. Znaczy, tak, miała je w brzuchu, ale znów go unikała. Nie potrafiła tego robić, wolała schować się w jego ramionach przed całym światem i przynajmniej na krótki moment zniknąć, jakby nic innego nie miało już znaczenia. Cholera, sama chciała mieć z nim wiele wspólnego, wyjść z nim na randkę, ale cały czas coś siedziało jej na żołądku. Za Chiny nie chciało z niego wyjść. Widocznie Patel musiał być naprawdę nawiedzony. Nawiedzone nasienie znajdowało się w środku niej, zabierając z niej jakiekolwiek siły i rozum. Chociaż może to te hormony ciążowe sprawiły, że na nowo jej serce zabiło w jego stronę. Na początku przecież nie musiało być żadnych deklaracji, mogliby pójść na randkę, czy zabawić się po ciężkim tygodniu w pracy, prawda?
Ale kolejne słowa wydawały się ją zmiażdżyć wręcz doszczętnie. Od razu dziecko? Zabolało. Racjonalna Lotte, by się zgodziła, za to ta nieracjonalna... właśnie powstrzymywała się od płaczu. Łzy powoli zeszkliły jej oczy.
Wystarczył krótki moment, by cała przepiękna przemowa poszła do kosza. Cała się spięła i odsunęła się w sam róg kanapy. Może jednak William był dla niej totalnym obcym? Przy kolejnych słowach coraz bardziej pękała. Bał się, że wszystko się posypie jak urodzi? Aż pociągnęła mocno nosem kilka razy. Pierwsza łza spłynęła. Choć przemowa była pokrętna, to powoli do niej trafiała. Nie była gotowa. A może była? Za dużo wyborów. Dwa to stanowczo za dużo na hormonalną, zmęczoną i wycieńczoną Lottę. Usunąć, czy nie? Stracić wszystko, co się budowało na rzecz czego? Dziecka z sąsiadem, którego... może zaczynała kochać. Pierdolona chemia mogłaby zostać na półce w sklepach dla niej, zamiast wkradać się w relacje między nimi. Przecież ile to wszystko mogło trwać?
Emocje narastały w niej z każdą chwilą. Miał rację, ale czy w godzinę mogłaby zdecydować? Czy tak czuli się przysięgli, decydując o karze śmierci? Jedna myśl leciała za drugą, a gdy spytał... nawet nie dała mu sekundy na reakcję. Odłożyła miskę na ławę, a sama wręcz rozpaczliwie się w niego przytuliła. Nigdy nie potrafiła go zrozumieć. Z jednej strony potrafił być kochany, wspierający, z drugiej był największym dupkiem, jakiego spotkała, ale... kiedy wyczuwała od niego szczerość, nie potrafiła reagować inaczej.
Daj mi proszę dzień... — wyszeptała, kiedy jedna łza za drugą zaczęła spadać z jej policzka. Ciało się jej trzęsło i jedyne, czego potrzebowała to bliskości — nie dam rady dać Ci teraz odpowiedzi, ale... — głos na moment się jej urwał — też nie jesteś mi obojętny...
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Obejmuję ją mocno i krótko całuję w skroń, czuję mokre ślady dziewczęcych łez gdzieś na swojej nagiej piersi i chociaż jej odpowiedź nie jest dla mnie do końca satysfakcjonująca, to jednak widzę w jej wielkich, błyszczących oczach to, co ta przemowa miała zaszczepić gdzieś w jej umyśle. Że zachowanie tego dziecka może okazać się złym pomysłem. Rozumiem, że ta wiadomość spadła na nią jak grom z jasnego nieba, na mnie właściwie też, ale zegar tyka i każdy kolejny dzień działa na moją niekorzyść. Co jeśli jutro spotka na swojej drodze jakieś przekochane dziecko, które obudzi w niej uśpiony w tym momencie instynkt macierzyński? Co jeśli najlepsza przyjaciółka przekona ją, że razem dadzą radę i żaden facet nie jest im potrzebny? Szczególnie taki nieodpowiedzialny jak ja, co to włoży, a potem ucieka od konsekwencji. Co jeśli jej rodzina się dowie? A później przekaże mojej? Wtedy to już dupa zbita, matka by mnie chyba wydziedziczyła na amen jakby się dowiedziała, że namawiam Charlotte do aborcji, ojciec właściwie do tej pory głównie mnie unikał, więc niewielka strata. Niemniej nie chcę zostawać na świecie sam, skoro nawet najlepszy przyjaciel w tym momencie się na mnie wypiął - Mhm, dobrze Lotta, przemyśl to sobie - mówię, chociaż wiem doskonale, że każdy kolejny dzień bez odpowiedzi, właściwie każda godzina, może nawet każda minuta będzie jebaną katorgą. Nie wiem jak w ogóle dam radę skupić się dzisiaj na spotkaniu z klientem, w dodatku kurwa jak na złość całkiem ważnym. Ja pierdole, czy wszystko zawsze musi się sypać na raz? Jak jakaś śnieżna kula, która rośnie z każdym kolejnym metrem, żeby na końcu tak przyjebać, że zostaną tylko zgliszcza. Obejmuję Kovalski trochę mocniej, opierając policzek na jej głowie, oddycham głęboko, a serce wciąż wali mi trochę szybciej niż zwykle. Pierwsze emocje chyba zdążyły już opaść, chociaż nie jestem do końca pewien, czy te drugie nie są jednak gorsze - szok wywołany rewelacjami o wpadce ustąpił miejsca niepewności, która zawisła nad moją głową jak ciemne chmury i będzie za mną chodzić dopóki Charlotte nie podejmie decyzji. Ta cisza między nami przedłuża się jakoś dziwnie i chcę się odezwać, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, albo cokolwiek, ale obawiam się, że nie będzie. W tym momencie znowu odzywa się mój telefon - Kurwa - rzucam w eter, jednak muszę odebrać, to Jane - Co?! - rzucam wściekłe do słuchawki, a ona odpowiada mi równie wkurwiona - Mnie się kurwa pytasz co?! Gdzie ty do chuja jesteś?!... - wywracam oczami - Dobra, nie truj dupy, zaraz będę - rozłączam się zanim zdąży ponownie na mnie nakrzyczeć, a potem wzdycham przeciągle - Lotta muszę iść - chociaż może powinienem zostać? - Ale wpadnę do ciebie później, jeśli chcesz - bo może jednak woli zostać sama, żeby sobie to wszystko przemyśleć bez udziału osób trzecich - Kupię ci jakieś ciastko po drodze, albo coś innego, co? - może kiszone. Wstaję powoli z kanapy i rozglądam się za jakimś długopisem i karteczką, na której mogę zapisać swój numer - Jakbyś czegoś potrzebowała to dzwoń, albo pisz, zwykle jestem pod telefonem - chyba, że na wakacjach, wtedy leży w sejfie a ja baluję, jednak póki co nie zanosiło się na urlop. Muszę jeszcze zajść do siebie żeby się przebrać, mam nadzieję, że mój klient już nie zwątpił i nie poszedł poszukać sobie innego prawnika.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”