Pierwsze krople deszczu nie miały dla niej większej wartości, spojone z chwilą zakładką ciężko grzmiącej pogody, i wciśnięte w szereg innych dźwięków, wolno pokrywały wilgocią przestrzeń, ale nie wbijały się w meandry jej myśli. W każdym razie nie na długo. Potrafiła zignorować ciążący na ramionach tonaż deszczu i mokrzejący daszek, który nasączał się leniwie deszczówką wraz z tymi kroplami, które dosięgały właśnie gleby, pachnąc petrichorem – ozonem i świeżo wytrąconymi z ziemi olejkami roślinnymi. Cząsteczki woni gładziły ją przy tym po policzkach i po nosie. Wchodziły w nozdrza gładką falą zmysłu.
Ta część ich spotkania wręcz ją uspokajała.
Świeżość powietrza, ostrego, lekko metalicznego przez mnogość wyciągniętych z przestrzeni związków chemicznych, miała w sobie łagodną naturę – przypominała rozpulchniający płuca, odświeżający haust oddechu.
Również szelest liści, targany przez ruch wiatru, nie wytrącał jej z równowagi.
Tylko jedna rzecz
(lub jeden człowiek) był w stanie wpłynąć na nią z n a c z ą c o.
Jake Davenport nie dawał się ignorować.
Tępe uderzenie w ciele i wezbrany w płucach tlen na widok męskiego niezadowolenia urwał się w przedziwnie chaotycznym rauszu niepokoju. Drobny szturm na ciszy alarmował, że coś zaraz nadejdzie, i niechybnie weźmie ją pod swoją jurysdykcję: wybrzuszone w niej emocji, dyskretnym mrowieniem oblekło członki dosłownie chwilę później, ściągnęło także skórę w agresywnym wręcz napięciu.
Jake Davenport nie znał litości.
Mruknięcie ze strony mężczyzny prawdopodobnie świadczyło o rozrzewionych w nim emocjach i luzujących się supłach cierpliwości, zwykle wątłych i skromnie zaplecionych, a dziś, w niezapowiedzianym poruszeniu, zagrożonych ich urwaniem. Rozluźnione i wręcz niebezpiecznie nietrwałe, nie stanowiły stabilnego fundamentu dla jego nastroju. Tak odczytywała widziany u kolegi stan.
(Może nigdy nie miał filtra?
Może wcześniej tego nie widziała?)
Teraz, patrząc na ściągnięte brwi mężczyzny i to w jaki sposób usta układały się w głośne prychnięcie. Jak obuwie przesuwało się szorstko po rogowatościach piasku, mroziła ją groźba nadchodzących zmian. Ta niewypowiedziana konieczność przemianowania znajomości z w coś znacznie mniej trwałego,
znacznie mniej miłego.
—
Jake... — jej własne słowa zawiesiły się pomiędzy cudzymi pretensjami. Pretensjami, które odbite przez podniesiony ton głosu mężczyzny i szarpnięte w teraźniejszości rozmyły kruchą próbę wyjaśnień. Westchnęła cicho, podkładając na ławce płaszcz i siadając na nim w nagłej zmianie decyzji odnośnie zajmowanej pozycji.
Chłód uderzył w nią ze zdwojoną siłą, najpierw w formie prądu zimnego powietrza, obiegającego ramiona i odkryty grzbiet. Następnie, nawet silniej, za sprawą postawy Jake'a.
Chyba nie mogłaś być aż tak naiwna?
Nie była nadwrażliwa. Nie starała się brać
. w s z y s t k i e g o
. do siebie, a jednak naleciałości ich kontaktu nie przygotowały jej na
tę rozmowę. Pełną wyrzutu i ostrych słów. Sztych oskarżenia utknął więc pomiędzy jej żebrami, wprawiając Jolene w wyraźny dyskomfort. Nie fizycznie, bo ten rodzaj bólu byłaby w stanie sprawnie zignorować. Problem stanowił ucisk w okolicach serca i wciąż towarzyszące jej uczucie tego, że jakkolwiek niewinne miała intencje (obronę samej siebie i swojej godności), nie wystarczały one, by zaspokoić jego żądzę doinformowania. Nie starczały nawet, by sama wierzyła w to, że wcześniejsza decyzja o przemilczeniu sytuacji z mężem była słuszna (może to ona się myliła? Może miała obowiązek obnażyć się
ze wszystkiego w imię wyższego dobra?). Widziała przy tym, jak ostrze cudzej oceny odnajduje w niej każdą rysę i każdą wątpliwość, które przez ostatnie miesiące tak skrzętnie ukrywała nawet przed samą sobą. A to... sprawiało, że nie była w stanie dłużej się bronić.
Zacisnęła szczękę, pozwalając na to, by wiatr poruszył pojedynczym pasmem ciemnych włosów, a następnie przylepił się jej do policzka. Nie poprawiła natrętnego kosmyka. Zamiast tego wyprostowała się odrobinę, jakby samą postawą mogła wstrzymać w sobie dumę, która jeszcze jakimś cudem – jako ostatnia – nie rozsypała się pod ostrością jego słów.
To nawet nie jest chyba normalne zadźwięczało jej w głowie mimo tego z niespodziewaną mocą. Zsunęła przy tym wzrok na kieszeń ubrania rozmówcy, szybko, instynktownie, domyślając się, co mężczyzna trzymał pod palcami.
—
Możesz zapalić, jeśli chcesz...
Kontrastujące z
mogłaś mnie uprzedzić, pełnym wyrzutu, jej słowa miały w sobie ciche przyzwolenie i szokująco naturalną jak na tę sytuację empatię, której nie dało się oszukać. Nie dało się jej zagrać.
Jolene nie chciała być przeszkodą dla jego potrzeb.
Znała nad wyraz dobrze świat, w którym ludzkie oczekiwania stanowiły gruby fundament, na którym często budowało własne życie. Sama to robiła, uzależniając wizerunek od innych osób. Doskonale zdawała sobie sprawę również z tego, w jakich zawalinach konwencjonalnego gruzu można było wylądować, gdy pomimo monstrualności konstrukcji, jeden błąd był w stanie zawalić całość. Pozornie tylko potężną, i złudnie kuszącą luksusem.
—
Teraz już wiesz. Teraz możesz odejść —
...jak inni, dodała cicho, powściągliwie.
Daszek czapki, nieco przesunięty przy ściągnięciu płaszcza, zasunęła głębiej na szybko ziębniejącą przy jej delikatnej cerze twarz, wdychając przy tym wilgoć powietrza. Czuła na sobie jego wzrok, ale dała sobie dodatkowe parę sekund swobody, nim dała się mu złapać w uwiąź druzgocąco surowej oceny.
Raz...
dwa...
trzy...
Podniosła talerze orzechowych tęczówek na męską, niemal zaciśniętą w irytacji szczękę... zwróciła uwagę na napięcie mięśni wokół jego twarzy... wreszcie również odważyła się zatrzymać spojrzeniem na jego oczach. Nie odniosła się jednak do kolejnych słów oskarżeń. Nie zgadzała się z nimi, ale była na tyle dojrzała lub na tyle zrezygnowana, by nie prowokować Jake'a do wzmożonej złości. Nie była odpowiedzialna za to, w jaki sposób media szkalowały jej bliskich. Nie mogła być. Nie znała nikogo, kto udźwignąłby ciężar działań całego show biznesu. Wszystkich nieczystych zagrywek i natręctw dziennikarskich szuj.
—
Każde spotkanie... z każdym kogo znam... na każdym etapie życia... — mówiła wolno, ostrożnie, z delikatnie wyczuwalnymi pauzami między słowami, które miały za zadanie uporządkować nieco targające nią emocje... sprawić, że wypowiedź nie będzie brzmiała niepewnie, czy żałośnie słabo.
—
Myślisz, że powinnam tłumaczyć się za każdym razem?
— ...ludziom, bez względu na zażyłość?
—
Mam na przykład tłumaczyć się koledze ze studiów, na którego wpadnę przypadkiem na ulicy i ktoś akurat zrobi mi z nim zdjęcie? Czy może koleżance ginekolożce, z którą siedzę na kawie, kiedy tabloidy uznają, że pewnie ukrywam niechcianą ciążę? — Przykłady były czysto hipotetyczne, miały jednak uświadomić mu skalę tego, o co ją prosi.
—
A może każdemu dupkowi, którego spotykam w kameralnym miejscu i któremu wydaje się, że świat kręci się wokół niego i został perfidnie wmanipulowany w medialną intrygę? To będzie według Ciebie fair?
Ostatni scenariusz był już zdecydowanie bardziej osobisty i bardziej oskarżycielski, wycelowany w niego, choć nie mówiła wprost, jak bardzo zabolały ją jego słowa.
Jak bardzo – w istocie – były nie fair,
ale wobec niej.
—
Nie jestem wróżką, Jake. W ogóle nie powinno mnie być w Toronto tego dnia, miałam być w Windsor i wiedziały o tym media. Gdybym przewidziała, że ktoś zrobi nam zdjęcie i zacznie Cię nękać, UPRZEDZIŁABYM — zaznaczyła, odbijając zarzut odnośnie tego, co powinna, a czego nie powinna robić. Zagryzła zaraz na moment usta, tracąc przy nim kontrolę. Znów. Jego niecierpliwość musiała magicznie przelać się do czarki jej temperamentu, wprowadzając w niej nieuprzejmy chaos. Omal przy tym nie prychnęła w złości – pewnie by to zrobiła, gdyby nie nacisk zębów na wargę.
...
—
Jak nie chcesz żeby ktokolwiek Cię pytał i szukał, to nie powinniśmy dziś rozmawiać. Tak po prawdzie, nie powinniśmy wcale. Swoją kurtkę już masz.
Słowa wybrzmiały na sam koniec gorzko.
Skrzyżowała ramiona, w obronnym geście. Dreszcz zimna przeszedł jej przez ciało sekundę później, gdy nie tylko zdała sobie sprawę z tego, jak żałośnie miało skończyć się dzisiejsze spotkanie, ale również doszedł jej świadomości fakt, że w ciągu tych ledwie paru minut rozmowy, przemokła już doszczętnie.
Usta siniały pod działaniem nagle obniżonej temperatury.
I nie chodziło jedynie o ich lodowaciejące nastroje.
Jake Davenport