Durny jesteś, Hall. Auć,
emotional damage, z ust
Eryczki prosto w serduszko Halla, ała. Gdy tylko usłyszał te słowa, złapał się za serce i zaczął udawać, że bardzo go zraniła - w końcu był durny, więc było mu wolno, prawda? Nie widział problemu w przejęciu roli wyjazdowego
Daddy'ego błazna, jakoś trzeba było rozruszać towarzystwo. Zaraz roześmiał się, a gra w
Never Have I Ever rozkręciła się na dobre - Alex raz pił, raz nie pił, w zależności od tego, jak absurdalne okazywały się wyznania znajomych. No i w międzyczasie atmosfera zrobiła się gęsta, i to dosłownie, bo właśnie wtedy został zaatakowany przez dym z ogniska - na szczęście, miał wokół siebie oddanych, męskich przyjaciół, bo baby miały go w dupie.
Żyj, stary. Chcesz może wody? -
Jezu, dzięki, Eryczek, taaaak - rzucił z wdzięcznością, zanim
Stones wstał i podał mu zbawienną butelkę wody. Kochany przyjaciel, można było na niego liczyć w każdej kryzysowej sytuacji. I
Jason! Choi też był dobrym przyjacielem, mimo że nie podał Alexowi wody, ale za to wyłożył na stół inne ponętne propozycje. -
Już jest git, Jason, dostałem wodę, jestem zaopiekowany, ale jak będziesz chciał buziaczka, to mam sypialnię obok twojej - odgryzł się rozbawiony.
Chwilę później
Erika oficjalnie oddała kota pod opiekę
Duffy, po czym zarządziła babski rajd po prowiant, zgarniając ze sobą
Maddie i
Gabbie. -
Wróć szybko, najdroższa - rzucił słodko do Maddie, odprowadzając ją wzrokiem. Normalnie pewnie poszedłby do kuchni zamiast niej, ale hej – niech jego przyszła-niedoszła ma szansę na spokojne zaprzyjaźnienie się z jego ekipą, nie? Po prostu dbał o nią i jej integrację z grupą. Zanim jednak dziewczyny przekroczyły próg budynku,
Gabriela podeszła do niego i z pełną powagą wcisnęła mu w dłoń swój kijek z kiełbaską, rzucając groźbą bezwzględnego celibatu, jeśli jedzenie ucierpi. -
Twoja kiełbaska jest ze mną bezpieczna, Blais - rzucił Alex z bezczelnym uśmieszkiem i nawet puścił jej oko. Ot, cały on, śmieszek wyjazdowy numer jeden, yay.
No i co? Dziewczyny poszły, a reszta siedziała przy ognisku, jedząc, pijąc piwerko i śmiejąc się z kolejnych głupot. Alex zdążył już zjeść kawałek suchego chlebka, pociągnąć łyka z puszki i przy okazji pogłaskać za uchem wiejskiego kocura, który rozłożył się jak król na kolanach
Duffs.
Ale czaicie… Idziecie sobie spać i jakiś psychol łazi wam nad głowami i planuje morderstwo… W ogóle ciekawe, czy to prawda, czy tylko miejska legenda. Przypomniały mu się słowa
Shereen i uznał, że to idealny moment, żeby do nich wrócić. -
W każdej legendzie jest ziarenko prawdy, co nie? - skwitował krótko i filozoficznie. No i akurat wtedy
Eryczek oderwał wzrok od płomieni i rzucił luźną uwagę, że dziewczyny coś podejrzanie długo nie wracały... Alex obejrzał się przez ramię na domek za nimi i zmrużył oczy, bo w środku panowała niepokojąca ciemność. Żadne światło się nie świeciło, co było co najmniej dziwne. -
No, idź je zgarnij - rzucił do Stonesa, przy okazji profilaktycznie odsuwając kiełbaskę
Gabrieli od ognia, bo zaraz zamiast aromatycznie spieczonej kolacji, musiałby uraczyć ją jadalnym węglem. Kurde, a tak przy okazji, serio dziewczyn nie było już bardzo długo. Biedna Maddie, musiała znosić Gabrielę i Ericę taka... sama... bez niego...
Eric zniknął w mroku domku i dziesięć minut później
Shereen postanowiła do niego zadzwonić. Alex obejrzał się na domek jeszcze raz - kurde, rozdzielali się, łazili po kolei, może tam w drzwiach jednak czekał na nich psychol z siekierą i załatwiał ich jeden po drugim? Hm, ciekawa wizja... Na szczęście, nieprawdziwa, bo okazało się, że laski jakimś cudem zatrzasnęły się w pieprzonej piwnicy. Shereen już zaczęła zrywać się z krzesła, gdy
Jason kazał jej usiąść, a Alexowi - pilnować pozostałych dziewczyn i kota. Alex zasalutował mu krótko dwoma palcami i rozłożył nogi przed sobą, rozwalając się wygodnie na swoim siedzeniu. -
Rozkaz, szefie - mruknął pod nosem. Przy okazji przyszło mu do głowy, że zjadłby batonik, ale jakby teraz poszedł do kuchni po batonik, to Jason pewnie byłby zły albo zostałby posądzony o
wyjebongo w los laseczek. Kiedy Choi w końcu zniknął w domku, Alex spojrzał na Winfield. -
No i pięknie, Shereen, słyszałaś szefa. Masz siedzieć i ładnie wyglądać, bo inaczej Jason po powrocie zrobi nam tu wykład z BHP - zażartował, po czym odwrócił się do Duffs. -
Nie drapie? - spytał, po czym poprawił się na swoim siedzeniu.
No i... czas mijał, a z budynku poza okazjonalnym echem bluzgów, nie wyłaniał się żaden z chłopaków. Trzy laski poszły po chipsy i zniknęły w czarnej dziurze, a dwaj faceci poszli je ratować i najwyraźniej wszyscy z g i n ę l i. No ale jeśli ktoś myślał, że Alex tak po prostu będzie siedział na dupie i czekał na rozwiązanie sytuacji, to się grubo mylił. Wstał powolutku, otrzepał dresy z okruszków i zaczął lustrować otoczenie wokół budynku. Coś mu tu się nie kalkulowało... Przecież skoro było wejście, to musiało być też wyjście, zwłaszcza w tak starym domku jak ten, co nie? No i proszę - nagle jego wzrok padł na bok budynku, tuż przy fundamencie, gdzie znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi osadzone pod ukosem w ziemi. Klasyczna, staromodna klapa do piwnicy z zejściem od zewnątrz. -
Ej, laski... patrzcie tam - Alex wskazał podbródkiem w stronę bocznej ściany domu. -
Tu przecież jest drugie wejście - dodał, posyłając Shereen i Duffy znaczące spojrzenie. Na kota nie spojrzał, jakby co. Podszedł bliżej, pociągnął za jedno ze skrzydeł... udało się otworzyć drzwi! Ich oczom ukazały się strome, betonowe schodki prowadzące prosto do piwnicy. -
Shereen, bierz telefon i dzwoń do Eryczka, powiedz mu, że jebać te drzwi w kuchni, wejdziemy do nich od dupy strony - zarządził Alex. -
Duffs, idziesz z nami czy zostajesz i pilnujesz kota i ogniska? - rzucił w stronę Summers, której stoicki spokój go
zadziwiał. Miała typiara nerwy ze stali.
Eric Stones Jason Choi Erika Lindberg Duffy Summers Gabriela R. Blais Maddie Lennox Shereen Winfield