ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

01.


Musisz zrozumieć jedno:

…że wszystko, co najważniejsze, tkwi zawsze schowane w cieniu, przesuwa się skacząc zwinnie przez żółte pęcherze świateł, jest chytre, giętkie i wnika przypadkiem w nozdrza i ślizga się na krawędzi spłoszonej nieświadomości, niedostępne, ukryte. Noc która właśnie w tej chwili zalega nad chmarą miasta wydaje się przypomnieniem. Wychodzi do niej naprzeciw stapiając się z nią w odlewie i cała, gęsta niejasność wydaje się być celowa, zupełnie, jak gdyby zamiast sczerniałej kopuły nieba dostrzegał jedną z wariacji masek zakładanych przez Toronto. Czy miało coś do ukrycia? Samo w sobie najpewniej nieszczególnie - jednak rój tych mieszkańców, dziesiątki setki przechodniów połykanych nagminnie przez ulice musiało coś w sobie kryć. Spoglądał na nich w ten sposób bo patrzył przez pryzmat siebie, zrozumiał, że widział w tym odniesienie dla własnej, głupiej ucieczki, dla wyjścia z domu bez celu, bez inspiracji bo czuł że zwyczajnie już musiał go opuścić. Nie odpoczął po pracy. Nie zasnął. W uśpionym pejzażu zimnej, wyblakłej architektury dostrzegał odbicie własnych skostniałych myśli i tendencji. Ile jeszcze… ile jeszcze, jak długo? Wyciągnął przed siebie dłoń. (Mógł widzieć wciąż na niej krew). Zacisnął palce w kwiat pięści, spróbował rozproszyć swoje rozważania. Co mi opowiesz, Miasto? Co zdołasz mi opowiedzieć? Ofiaruj mi jeden sekret, dobrze wiesz że jestem obeznany z koniecznością dochowania tajemnicy. Możesz na mnie polegać. Tak naprawdę możliwe, że nienawidzę cię tak samo jak miejsca, w którym się wychowałem. Możliwe-
Westchnął i zmrużył oczy. Przed nim zatańczyły postacie podobnie zabłąkane jak on. Kobieta oraz mężczyzna - ofiara oraz drapieżnik? Sprośne, rzucone jej oświadczenie, płaszcz narzuconej nagłej poufałości, zdania które pomknęły szatkując przestrzeń jak nóż. Ręka wyciągnięta w kierunku który nigdy nie będzie jej własnością. W jednym momencie scena wytrąca się z równowagi, mężczyzna go zauważa, rozumie że to za dużo, już wcześniej zaczął dostrzegać że nie wygra ale to wyłącznie zdołało przesądzić jego los. Mężczyzna rzuca się biegiem i znika w jednym z zaułków - myśli, przez krótką chwilę, że musi je dobrze znać. Sam idzie nadal przed siebie, jego kroki wbijają się w kręgosłup chodnika swobodnym, ospałym rytmem. Nie zastanawia się czy powinien reagować - wie, że musi to zrobić, że nie ma innego wyjścia. Zbyt silnie tresowali go w pracy oraz wcześniej na studiach że musi wciąż odpowiadać - więc reaguje - jak pies z powodzeniem poddany treningowi. Co mogło mieć tutaj miejsce? Nie wiedział czy kobieta jakkolwiek choć kojarzyła agresora. Czy ma to jednak znaczenie? Tak? Nie?
- Nic ci nie jest? - strzepuje z siebie pytanie tak jakby strzepywał kurz. Nie widzi żadnej potrzeby aby wydłużać formę i bawić się w niepotrzebne konwenanse. W nocy działały własne, zupełnie odrębne prawa. Noc była pełna ofiar i drapieżników, on za to zjawił się tuż po wszystkim - jakby jedynie czekał na padlinę.

Isobel Cameron
Ostatnio zmieniony pn kwie 27, 2026 8:46 pm przez Jude Iverson, łącznie zmieniany 3 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Isobel i jej spaczona wizja świata. Wulgaryzmy. Romantyzowanie przemocy.
II.

everyday, you lose the trail


Musisz zrozumieć jedno:
...że życie jest po prostu chujowe, niezależnie od miejsca zamieszkania. Wieczory w każdym mieście wyglądają tak samo. Zmieniają się tylko nazwy ulic i wygląd kamienic. Błąkała się po ulicach Toronto, jakby była wciąż w swoim mieście. Odwiedzała bary przepełnione klientelą spod ciemnej gwiazdy i nieoświetlone zaułki między zniszczonymi budynkami. Odnajdywała się w tym cieniu, jakby była jego częścią. Wtapiała się w niego i tworzyła z nim spójność — była lalką wyszytą ciemnymi nićmi. Część jej osobowości niezmiennie lgnęła do ciemności i pragnęła się z nią zjednoczyć. Isobel była wściekła. Głównie na siebie. O to, że dała się tak głupio przyłapać. Obwiniała za swoje niepowodzenie głównie mężczyznę, który był na tyle przywiązany do swojego samochodu, że od razu zgłosił się na policję. Kto, do cholery, kazał mu wjeżdżać tym swoim dopieprzonym, salonowym samochodem na teren ludzi, którzy tylko czekali na chwilę, by dać upust emocjom. Całym sercem nienawidziła bananowych dzieci. Pluła na nich z obrzydzeniem i najchętniej ściągnęłaby ich wszystkich na ziemię. Żyli w swoim świecie, zupełnie nieświadomi tego, co może ich spotkać, gdy wyjdą z tych swoich pozłacanych posesji i pozwolą objąć się pomroce. Błądzili jak dzieci we mgle, z nadzieją, że pieniądze pomogą im ze wszystkim. Oczywiście. Tylko szkoda, że niektórzy pluli na pieniądze.
W myślach Isobel rodziła się wizja perfekcyjnych zwłok rozciągniętych przez całą ulicę podtopioną krwią. Wyobrażała sobie błądzące strużki szkarłatnej posoki między chodnikowymi kostkami, po których właśnie szła. Chwilę temu była naprawdę wściekła. Ale teraz, gdy jej umysł zaczęły zalewać makabryczne obrazy, czuła, że jej nastrój ulega znacznej poprawie. Przez plecy dziewczyny przeszedł przyjemny impuls na myśl o tym, jakimi torturami uraczy tego chłopaka po swoim powrocie do Orleanu. W takich momentach zastanawiała się, czy nie zrobić czegoś zakazanego, bo myśl o deportacji z każdą chwilą stawała się coraz przyjemniejsza. Przeczytała ostatnio nową książkę o średniowiecznych torturach, i niektóre z nich wydały jej się naprawdę intrygujące.
Zwłaszcza opcja ze szczurami wgryzającymi się w ludzi.
Idąc tak wieczorem przez uliczny półmrok, kopała po drodze jakimś kamyk. Odbijał się o czubki ciężkich, podbitych metalem butów, wydając z siebie intrygujący dźwięk, gdy turlał się po chodniku. Pogrążyła się w swoich drastycznych myślach, czując przecinającą przez jej ciało ekscytację na myśl o tym, jak wiele bólu i krzywdy mogłaby wyrządzić temu skurwielowi z apartamentowców. Ludzie, których mijała, nieszczególnie zdobywali jej uwagę. Kątem oka dostrzegała mężczyzn, którzy na widok drobnej sylwetki przestawali nagle gadać i odsuwali papierosy od ust, zupełnie jakby nie widzieli nigdy wcześniej kobiety. Była pewna, że właśnie stała się ich głównych tematem. Zapewne rozmawiali o tym, że była dziwna, albo w jaki sposób mogliby ją przelecieć — nie byłaby zdziwiona, gdyby opinie były podzielone. Uszczęśliwiało ją natomiast to, że nikt jej, na razie nie zaczepił — dłonie wsunięte w kieszenie płaszcza, zaciskała mocno w pięści, muskając palcami składany scyzoryk. Te aż rwały się, żeby komuś mocno przypierdolić. Powtarzała w myślach słowa terapeuty, który t ł u m a c z y ł jej, że powinna zacząć panować nad swoimi emocjami i nie ulegać impulsom. Dlatego ściągnęła usta w wąską linię, zacisnęła zęby i przeszła obok nich, ignorując tę drażniącą obecność mężczyzn i nadmiaru testosteronu, który — jak jej się wydawało — niemal unosił się w zanieczyszczonym spalinami powietrzu. Nie wyskoczyła do nikogo z mordą, choć bardzo korciło. Cisnęły jej się na język same nieprzyzwoitości. Zduszenie tej potrzeby w zarodku wymagało od niej silnej woli. Odetchnęła z ulgą, gdy skręciła za róg i ulicy i nie dostrzegła więcej żadnej osoby, która mogłaby ją mocniej rozsierdzić. Żadnego zapalnika. Straciła na moment czujność i nie zauważyła, że jeden z tych idiotów postanowił za nią pójść. Odzyskała rezon, gdy poczuła, jak ktoś zsuwa jej kaptur z głowy. Zatrzymała się w miejscu, przeczesując wściekłym spojrzeniem chodnik.
— Maleńka, chyba się zgubiłaś. Nie wiesz, że o tej godzinie roi się od niebezpieczeństwa? — jego głos wdarł się do jej uszu niespodziewanie. Niski, choć dość ostry, taki który nie znosił sprzeciwu i wierzył, że może robić, co tylko mu się podoba. Zaciśnięte pięści Cameron nagle ją zaswędziały.
— Wypierdalaj — rzuciła ostrym tonem, odwracając się ze złością w kierunku mężczyzny. Błękitne oczy Isobel płonęły niebezpieczną wściekłością. Spojrzał na nią nieco dziwnie, jakby właśnie miał przed sobą rozjuszonego kociaka. Tyle, że Cameron nie była przerażonym kociakiem, tylko żmiją i nie bała się użyć kłów w sytuacji zagrażającej życiu — a za takie brała niemal wszystkie. Myślał, że może jej dotknąć. Że jego dłonie odnajdą swoje miejsce na jej ciele przysłoniętym przejściowym płaszczem.
Zamarła, kiedy jej dotykał, ale tylko przez chwilę. Kiedy jego palce wsunęły się bezczelnie pod płaszcz, poczuła, że traci nad sobą kontrolę. Przysunęła się do niego gwałtownie, jakby to ona w tym momencie była zagrożeniem, nie on. Zaśmiał się pod nosem, coś pierdoląc, że chyba ma ochotę na więcej. W niekontrolowanym ruchu instynktownie wyszarpnęła z kieszeni dłoń, rozkładając niewielkie ostrze, które błysnęło w świetle i przywarło ostrzegająco do jego policzka. Mężczyzna pobladł. Zaklął siarczyście pod nosem, wspominając, że jest popierdolona i powinien jej pokazać, czemu nie powinna się tutaj kręcić. Jego dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, jakby chciał odsunąć rękę od swojego policzka. Przygotowała się do uderzenia w brzuch, ale czyjaś obecność zbiła go z pantałyku. Mężczyzna wypuścił jej rękę spomiędzy palców, zerkając w stronę faceta, który przychodził. Wkurzony przesunął dłonią po twarzy, rzucając jej pogardliwe spojrzenie i w pośpiechu odszedł, zostawiając ją samą. Cameron odetchnęła z ulgą, próbując uspokoić bijące ze strachu serce. To nie tak, że nie była przerażona. W świecie pełnym drapieżników i ofiar N I G D Y nie była ofiarą. Była drapieżnikiem i nie powinna okazywać słabości. W tym samym trybie czujności odwróciła się w stronę mężczyzny nieopodal. Tego samego, co spłoszył napastnika i za chwilę się do niej odezwał.
Zaśmiała się kpiąco, paskudnie i wyjątkowo nieprzyjemnie, chowając ponownie dłonie do kieszeni.
— Mi? Tacy spierdoleńcy nie robią na mnie wrażenia. Jego zapytaj — gestem podbródka wskazała kierunek, w którym poszedł mężczyzna. Najpewniej wrócił do swoich kolegów. — Pewnie pobiegł właśnie poskarżyć się kolegom.


Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Szedł, oklejony posępną, stygnącą żywicą nocy - i mielił w ustach wrażenie, nagminne wrażenie gdyby, bo gdyby wszystko istotnie miało okazję potoczyć się inaczej, gdyby odwróciły się role, gdyby tamten nie uciekł i gdyby ona, zaszczuta jak słabe zwierzę, napięła cięciwę krzyku, gdyby, gdyby i gdyby piętrzące się w scenariuszach zwieńczonych jednym pytaniem - czy stanąłby wtedy w jej obronie? Czy miał w sobie tamtą siłę, tę samą z którą zagnieżdżał pięść w napuchniętej twarzy i patrzył jak krew z rozciętej, wynaturzonej wargi zalewa firanki zębów? Czy miał w sobie pęd agresji? Pomyślał o tym czy byłoby to przyjemne. Czy dałoby satysfakcję? Czy mógł odczuwać przyjemność kiedy nacinał skórę i wdychał zapach zniszczonych ustępujących tkanek? Skarcił wreszcie sam siebie, jakby czuł że próbował nazywać się potworem. Coś tkwiło w nim uśpione głęboko, coś próbowało wydostać się na zewnątrz.
Odetchnął.
Zazdrościł ludziom wolności. Zazdrościł całej swobody z jaką mogli wyrażać wszystko co zaczynało podgryzać ich od środka. Prowokacja i odruch. Sygnał, szybka odpowiedź. Zawstydził się, rozważając, jak wiele w sobie ukrywał. Czuł ucisk w środku, czuł mdlący, uciążliwy dyskomfort rozwieszony pomiędzy odcinkami jego żeber. Chłód zaszył się w jego płucach, żołądek wyginał grzbiet. Był tylko cieniem, był niewyraźnym, niepełnym odbiciem prawdy głoszonej o samym sobie. Był… Właściwie kim miałby być? Był suchym szczątkiem wspomnienia, zniszczoną cząstką dzieciństwa która nie miała szansy już dłużej się wyżywić.
Przeciąga swoje spojrzenie i zerka w kieszeń uliczki gdzie jeszcze przed chwilą rozproszył się mężczyzna. Nie zamierza tam iść. Nie zamierza zastanawiać się czy powinien pomóc. Ludzie często gubili się, myląc empatię z możliwością oceny czy powinno się podejmować działania. Powrócił prędko, znów osądzając uwagę na kobiecie. Było w niej coś, co sprawiało że niemal nie wyszczerzył się momentalnie w naiwnym stroju uśmiechu. Było w niej coś, co zwyczajnie zdołało mu się spodobać, tak, jak podobają się różne, spotkane w życiu zjawiska - grot błyskawicy marszczący zbłąkane niebo. Jej oczy, zatrzymane w półmroku, błyszczały niczym złowrogie, już dawno strącone gwiazdy. Jej oczy wydawały się punktem w którym wszystko może się kończyć i zaczynać - przemoc, butność, odpowiedź. Miała spojrzenie kogoś kto zdążył w życiu zobaczyć już wiele podobnych rzeczy i przeczył perspektywie ofiary w jakiej próbowano za każdym razem go umieścić. Doświadczenie jest skarbem. Doświadczenie jest klątwą. Doświadczenie jest...
- Nie wiem, czy ta swoboda, z jaką mnie o tym informujesz - mówi; nie spiesząc się, kładzie otwartą dłoń na powierzchni swojego karku, po czym odchyla głowę w wyrazie zastanowienia - powinna mi imponować - zaznacza - czy raczej mnie niepokoić - czy powinno go niepokoić jak mało, zaskakująco mało było w niej poruszenia? Nie umiał wyczuć jej strachu. Nie umiał wyczuć, aby bała się, że napastnik potrafił rzeczywiście ją skrzywdzić. Nie. Tutaj nie było prostej, tak bardzo ludzkiej obawy.

Odczekał, po czym dopytał:

- Potrafisz mi podpowiedzieć?

Isobel Cameron
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszyscy dźwigali na barkach ciężar własnych demonów i niebezpiecznych instynktów, które próbowali stłumić na rzecz zdrowego funkcjonowania w społeczeństwie. W Isobel mieszkało coś, co nawiedzało jej myśli i opętywało ciało, karmiąc ją brutalnymi, przepełnionymi morderczą żądzą obrazami, które wpływały na jej samopoczucie. Świat nagle malał, zawężał się do tych kilku punktów podsuwanych przez zdradziecką wyobraźnię, która wystawiała ją na próbę, niczym Bóg Abrahama każąc mu złożyć w ofierze jednego ze swoich synów. Była skłonna ulec tej nagłej potrzebie zbezczeszczenia czyjegoś życia, by w pełni się zadowolić, gdyby nie znała konsekwencji. Zawsze były konsekwencje. Jątrzyła ją świadomość, że nigdy nie będzie mogła być w pełni sobą i prześladowała, prowadząc ją w głąb ciemnego korytarza, z którego nie było ucieczki.
Mężczyzna, na którego natrafiła przez zupełny przypadek, gdy szła jedną z tych niebezpiecznych uliczek, sprowokował ją do ataku i rozgniewał próbą potraktowania ją jak przedmiot. Nienawidziła być traktowana przedmiot. Ani jak narzędzie. Tacy ludzie, jak on, przypominali jej tylko chwile, w których musiała walczyć o własną tożsamość, by nie zostać zdominowaną przez świat mężczyzn. W gangu nie było miejsca na słabości. Nie było miejsca na delikatność ani na kobiecość; należało atakować, jeśli chciało się przetrwać i to samo zrobiła tym razem. Poddała się impulsowi, chęci skrzywdzenia tego człowieka i pozostawienia po sobie pamiątki na jego policzku. Gdyby się nie wycofał, zrobiłaby to bez zawahania. Speszony obecnością trzeciej osoby, zrezygnował ze swojego planu, wycofując się w cień, a Isobel — choć odetchnęła z ulgą — musiała zmierzyć się z bolesnym rozczarowaniem. Adrenalina i niepewność zmieszały się z przyjemnością, wywołując w niej ambiwalentne uczucia. To nie było miasto, które znała. Było obce. Tutaj musiała zadbać o swoją pozycję w hierarchii, zawalczyć o nią, abo wyrwać siłą.
Najchętniej zrobiłaby obydwa naraz. Odkąd się przeprowadziła, spędzała najwięcej czasu w swoim pokoju. Rzadko z niego wychodziła i bardziej niż współlokatorkę, przypominała zjawę nawiedzającą mieszkanie, która pojawiała się w kuchni wieczorami i czasem za dnia, by sprawdzić, czy wszystko było na miejscu. Miała wystarczająco dużo czasu, by pomyśleć o swojej przyszłości. Dostała szansę, choć o nią nie prosiła. Czy powinna spróbować ją wykorzystać, czy może zignorować i pozostać tą samą, problematyczną Isobel, którą wszyscy znali? Tutaj nie miała nikogo. Zaczynała od nowa i czuła się w tej nowości zagubiona — przerażona tym, co mogło ją tutaj spotkać. Nie martwiła się o własne życie. Nie była przerażona tym, że ktoś z przeszłości ją znajdzie i zniszczy. Prześladowała ją obawa o ponowną utratę własnej osobowości na rzecz wykreowania nieznanej istoty. Ludzie pod wpływem miasta i innej społeczności się zmieniali, a ona nie była aż tak gotowa na zmiany. Zamierzała o siebie zawalczyć, nawet jeśli ta droga miałaby ją zaprowadzić ponownie do piekła. W tym dzikim, nasączonym nienawiścią spojrzeniu, było coś niepokojącego — coś, co sprawiało, że trudno było odwrócić wzrok. Nie była to już zwykła złość, lecz chłodna, niemal obsesyjna intensywność, jakby pod cienką warstwą opanowania kryło się coś zdolnego do wybuchu. Isobel Cameron była tykającą bombą, rozjuszonym stworzeniem skłonnym zaatakować każdego, kto odważył się zakłócić jej spokój.
Pytanie zadane przez mężczyznę zmusiło ją do przekrzywienia głowy w irracjonalnie rozbrajającym geście, tak cholernie niepodobnym do wsuniętych w kieszenie dłoni i wzroku przepełnionego niechęcią. Ten gest mógłby dodać jej kobiecego uroku, gdyby faktycznie odznaczała się tą delikatnością. Ale nie. Daleko było jej do delikatnej i czarującej; chyba, że ta miniaturowość miałaby się skrywać pod iście szatańskim urokiem.
— Nie obchodzi mnie to — rzuciła z bezczelnością godną anarchistki rzucającej zapałkę w skład prochu. Przestąpiła z nogi na nogę, z nadzieją, że mężczyzna po usłyszeniu tej nieprzyjemnej uwagi po prostu machnie ręką i odejdzie. Ale nie. On został i zadał następne pytanie, niemalże przyszpilające, zmuszające ją do rozwinięcia wypowiedzi.
— To zależy, co ci imponuje. Jeśli odczuwasz masochistyczną chęć wysłuchiwania o nienawiści do świata i o tym, co najchętniej by mu zrobiła... Może ci to imponować. Jeśli odczuwasz dyskomfort na myśl o tym, że noszę przy sobie nóż i daję się obmacywać obcemu typowi z nadzieją, że uda mi się zrobić mu krzywdę, powinno cię to niepokoić — wyznała niechętnie, mówiąc tonem tak obojętnym, jakby mówiła o pogodzie, a nie o nieszczęściu, które mogłoby się komuś przytrafić, gdyby nie obecność Jude. — Którym typem jesteś?


Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Znał bardzo dobrze to uczucie - p u s t k ę - gnającą sennie niepewność która ziajała niczym przegrzane zwierzę, znał bardzo dobrze ten sposób patrzenia na sytuację, wyblakły, zza ciemnej szyby, znał bardzo dobrze wszystko, co w pierwszej, dostępnej chwili zdawało się być największym wyzwaniem do zrozumienia. Nie oznaczało to, mimo tego, że czuł się w danym momencie jak u siebie. Coś ciągle mu przeszkadzało, sterczało jak wyrok drzazgi, coś ciągle było nie tak, zaczęło się nagle mieszać, niewiedza, ciekawość, opór. Rozsądek podnosił alarm, że lepiej iść w swoją stronę. Rozsądek przestawał istnieć. Ulegał teraz wrażeniu, że jego oddech posiadał w tej chwili obcy, zupełnie odrębny ciężar. Mógł poczuć niemal jak osuwa się niczym bezwładna masa wypadając przez linię jego ust. Czy bał się? Trwał w niewygodnym, oplatającym go w węzłach zawieszeniu. Doskwierał mu ciągły ucisk - wyrzucał sobie, stanowczo zbyt wiele razy, że powinien się obawiać, kiedy dostrzegał określone sytuacje, strach mimo tego wałęsał się po nim jedynie powierzchownie jak mały strudzony owad łaskoczący krawędzie jego skóry. Nie lubił tego nazywać zwyczajną obojętnością, bo sądził, że wszystkie te kłopotliwe epizody, jakich był do tej pory świadkiem, nie były mu w tym prostackim znaczeniu obojętne. Większość z nich poznał w pracy, na tyle specyficznej, że mogła wpłynąć na sposób, w jaki odbierał świat, nawet gdy nie znajdował się w szpitalu. Nie mógł sobie pozwolić, aby pozostać biernym.

Nie mógł. Dlatego działał.
Dlatego wciąż tutaj był.

- Żadnym z tych przedstawionych - odpowiada, nie poświęcając zbyt wiele czasu na przerwę zastanowienia. Nie dlatego że chciał w tym momencie poczuć się wyjątkowy - dlatego że chciał być szczery. Miał własny, odmienny pogląd. Miał własne, inne potrzeby. Spokojny, wygładzony na zewnątrz, nie pozwalając, by rozpaść się od środka. Gdzie mógł schować obawę przed jej nożem?
- Jestem po prostu typem, który dostrzega, że nie jest to pierwsza taka sytuacja w twoim życiu - dzieli się obserwacją. Jestem osobą, która potrafi to doskonale zauważyć i może powinienem się zmartwić, może powinienem zaczynać ci teraz współczuć, mówić coś, co w tych chwilach powiedzą porządni ludzie… - ale tego nie powiem, bo nigdy nie miałem siły i chociaż chęci udawać, nie sądzę też, że tego w danym momencie potrzebujesz.
Odwrócił głowę przed siebie, spoglądał w przełęcz ulicy, gdzie świecą łuski latarni, gdzie palą się czoła szyldów, gdzie tlą się okna, zaznaczając tym samym ślad prostej, nasączonej czuwaniem obecności. Nie opuszczając wzroku, rzucił:

- Zabiłaś kiedyś człowieka? - bezbarwnie, tak, jakby chciał się dowiedzieć, która była godzina. Godzina próby i błędów.

Isobel Cameron
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Isobel. Spaczona wizja świata. Romantyzowanie śmierci. Opis zwłok i wspomnienie o miejscu zbrodni.
Śmierć była częścią życia.
Przychodziła nagle, czasem była bolesna, innym razem — delikatna. Przeznaczeniem człowieka było umrzeć. Niektórzy po prostu nie bali się konsekwencji swoich czynów i uważali, że mają prawo decydować o życiu i śmierci — tym typem człowieka był jej ojciec i być może ona również — po części. Ukształtował jej osobowość, wypierając to, co było w niej najlepsze. Pozytywne cechy zastąpił negatywnymi. W pewnym sensie był artystą. Potrafił zniszczyć człowieka, poskładać go na nowo i zmienić rdzeń jego tożsamości. Zawsze powtarzała, że to ojciec ją zniszczył — ale zaczynała rozumieć, że to nie do końca tak było.  Pozwoliła mu się zniszczyć, bo nie widziała innej drogi. Mogła zrzucić winę na innych; środowisko, rodziców, predyspozycje, pociąg do przemocy i niezdrową fascynację ideą śmierci. Nigdy nie szukała tego problemu w sobie, choć to od siebie powinna zacząć. Terapia, na którą poszła — albo raczej, do której została zmuszona — pomogła jej spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Zaczynała rozumieć mechanizmy, rozróżniać swoje myśli od tych wymyślonych. I próbowała sobie radzić. Próbowała, to dobre określenie.
Czuła się trochę jak udomowione zwierzę, które mimo wszystko nie potrafiło pozbyć się instynktów. Obserwując swojego kota wyglądającego za okno, doskonale rozumiała, jak się czuł. Sposób, w jaki zerkał na ptaki latające za oknem, owady wspinające się po szybie… Poruszał niespokojnie ogonem, pomrukując ostrzegawczo na ofiarę z zewnątrz. Isobel czuła się bardzo podobnie. Wiedziała, że w środku nadal ma w sobie coś niebezpiecznego. Coś, co w odpowiednich okolicznościach potrafiłoby zrobić krzywdę bez zawahania się. Leki jedynie zamykały to za grubszym szkłem. Miała świadomość, że ta część natury musiała pozostać pod kontrolą, jeśli chciała być wolna. Przyłapywała się na nerwowości za każdym razem, gdy umysł podsuwał jej drastyczne sceny. Oddech przyspieszał, lecz robiło jej się niedobrze. Nie od tego widoku. Nie od ilości krwi. Nie od zwłok rozczłonkowanych w taki sposób, że nie dało się w nich odnaleźć nawet cienia człowieka. Chciało jej się wymiotować, bo część niej rozpaczliwie chciała zrealizować każdy z tych obrazów, a ona musiała trzymać ją na smyczy tak mocno, że sprawiało jej to fizyczny ból.
Pustkę czuła głównie wtedy, gdy te obrazy znikały, a Cameron musiała wracać do rzeczywistości.
Doceniała szczerość mężczyzny — nie wszyscy z taką łatwością dzielili się swoimi obserwacjami z zupełnie obcymi ludźmi. Musiała przyznać, że był dobry. Słusznie ocenił jej sytuację, choć nawet jej nie znał. Uznała, że albo był dobry obserwatorem, albo miał wiedzę, którą nie zamierzał się z nikim dzielić. I chyba to wzbudziło w niej niepokój. Nie wiedziała, kim był ten człowiek. Nie rozumiała, czego od niej chciał i nie chciała tego zrozumieć. Organizm Isobel mimowolnie wprowadził ją w stan czujności. Czuła, że zaczyna dopadać ją paranoja; to ktoś, kto mnie zna? Może to jeden z podstawionych psychiatrów? A co jeśli jest z policji... Przysunęła dłoń do ust, przysłaniając je w taki sposób, jakby chciała kichnąć. Zamiast tego przygryzła wewnętrzny fragment skóry. Próbowała przywrócić się do rzeczywistości.
Zaskoczył ją pytaniem o morderstwo — odsunęła dłoń od ust, wsuwając je do kieszeni spodni. Zacisnęła dłoń, łapiąc spokojny oddech. Pozwoliła zawisnąć temu pytaniu w powietrzu, które momentalnie dziwnie zadrżało. Atmosfera się zagęściła, jakby wraz z głosem mężczyzny, tlen zmienił nie tylko swoje stężenie, ale i wzór chemiczny. Żołądek Isobel ścisnął się w ciasny supeł. Wyobraźnia przywołała obrazy z tamtego incydentu, prowokując Isobel.

Wciąż podoba ci się ten widok, prawda, Cameron? Widzisz te ślady po nożu? Zobacz, ile krwi rozlało się dookoła. Tonie w niej cała posadzka. Jesteś niesamowita, wiesz? Zamordowałaś go. Podniecił cię ten widok, przyznaj się. Przecież wiemy, że jesteś rozpieprzona. Nie próbuj udawać świętej.

Nie podoba mi się. To nie ja go zabiłam. Przecież nikt nie udowodnił mojej winy. Psychiatrzy mówili tylko o niepoczytalności… Gdyby było tak, jak mówisz, nie wyszłabym z ośrodka.


Przeprowadziła ze sobą wewnętrzny monolog, prosząc w ciszy o obecność psychologa, bo w tym momencie go potrzebowała. Zamiast znajomego specjalisty, miała przed sobą mężczyznę, który najwidoczniej uznał, że porozmawia z nią sobie na temat morderstw. Wyczuł od niej tę dziwną aurę? Czy coś o niej wiedział? Patrzyła na niego z zaciekawieniem i frustracją. Nie chciała o tym mówić. Nawet nie była pewna, czy faktycznie zabiła. Jude wyglądał jednak na takiego, który lubił wiedzieć. Tyle, że Isobel nie lubiła mówić. Przysiadła w cichy na chodniku, ignorując fakt, że było jej zimno w tyłek. Wyciągnęła papierosa i odpaliła go, oddzielając chwilę wcześniej płomień od podmuchów chłodnego wiatru. Przymknęła oczy, gdy końcówka papierosa zajęła się żarem. Zaciągnęła się, osmalając płuca i wypuściła kłębek dymu w eter.
— Chryste… — prychnęła cicho, bardziej do papierosa niż do Jude. — Ludzie zwykle zaczynają od pytania o imię — milczała przez chwilę, obracając papierosa między palcami. Żar rozświetlił jej twarz na ułamek sekundy, podkreślając błysk w jej oczach. Przerzuciła prawą rękę przez kolano, pochylając się nieco do przodu w nonszalanckim geście.
— A co? Serio wyglądam ci na kogoś, kto mógłby zabić człowieka? — zapytała, wyciągając w stronę mężczyzny tlącego się papierosa. Nie przywykła do tak trudnych pytań. Znaczy, psychiatrzy dość chętnie zaczynali z nią ten temat, ale to bo najwidoczniej uważali ją za interesujący przypadek. Pytali nawet wtedy, gdy została zdiagnozowana — zupełnie jakby ludzie, nawet ci względnie moralni, byli tak zafascynowani potencjalnym mordercą, że zaczynali traktować go niemal wyjątkowo.


Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
zaburzenia osobowości


Przeraził się samym sobą.

Boże.

Krótki, bezwzględny wyrzut zaczynał prędko rozchodzić się po scenerii jego wnętrza, napuchnął jak stare ciało wyrzucone do jeziora jego myśli, oplatał go zachłannymi korzeniami i wspinał się po kolejnych ułożonych nierówno szczeblach kręgosłupa. Zaciskał się niczym pętla.

Miał dosyć tego wszystkiego. Miał dość. Udawania.

Pytając tak naprawdę mógł spytać samego siebie - tyle, że dla niego odpowiedź zdawała się oczywista. Tak, mógłby zabić. Był o krok, ten niewielki po którym istnieje tylko rozległa przepaść. Nie chodzi nawet o zawód w którym balansował na pograniczu życia oraz śmierci, ważąc zyski i straty które ktoś przed nim oszacował i nazwał wytycznymi. Nie. Chodziło o inny moment i doskonale miał pojęcie, o jaki. Miał już dość udawania. Stał się własnym więzieniem, przykrywał się zachowaniem które zaczynano uznawać za stosowne. Wyznaczył sumiennie mury którymi objął zgniliznę. Czy myślał, naprawdę myślał że będzie w stanie to ukrywać? Dobrze wiedział jaki naprawdę kilkanaście lat wcześniej był. Dobrze wiedział że tak naprawdę się nie zmienił. Nadal był taki sam. Nadal stał wciąż w tym miejscu z połyskiem amoku w oczach. Gniew który wtedy odczuwał wydawał się niemal święty. Był tak wspaniały że powinien zaczynać się obawiać. Ubóstwiał go, cicho wielbił. Gniew stał się jego świątynią. Czy myślał że mógł go przykryć dostateczną zebraną liczbą udanych operacji? Czy myślał, że miałby zniknąć pod presją nadawanych tytułów, skończonych kursów i otrzymanych listami podziękowań? Nie. Ten gniew był nadal obecny. On tylko nauczył się z powodzeniem udawać że absolutnie nie istnieje. W głębi duszy chciał zemsty. Chciał krzywdy. Chciał tylko działać - właściwie do swoich pragnień.

Powstrzymał się by nie ścisnąć ręki w zwiniętą pięść. Czuł się jakby ścigała go niewidzialna zawodząca policja przeznaczenia. Chciał rzucić, że to nieważne, ale już nie był w stanie. To nie była kolejna stwierdzona przez niego śmierć po której musiał natychmiast się otrząsnąć. Umierał dziesiątki razy próbując z rozpaczą wmówić że stał się teraz wspaniałą wersją samego siebie. W nocy nie istniały imiona, nie istniały demony, jedynie ludzie mogli pozwolić sobie by stawać się odrobinę bardziej prawdziwymi. Przez chwilę zaczął żałować że wyniósł taką wątpliwość. Pytanie, które jej zadał było nieodpowiednie, choć wszystko co zdążyło w tej chwili się zdarzyć nie było wyłącznie zwykłym, ponurym elementem codzienności. Od napastnika po pierwsze mówione słowa, to nie jest zwykłe spotkanie więc nie chciał wcale traktować go w mdły, pospolity sposób. Moment zastanowienia zapadał się z niezręcznością - papieros pełgał w półmroku absolutnym ostatkiem swoich sił. Dał jej ten czas na oddech bo wiedział że tego potrzebuje. Potrzebowali. Oboje.
- Na to się nie w y g l ą d a. To się po prostu robi albo nie - odpowiedział z przekąsem. Nie wiedział nawet czy jego kąciki ust nie podwinęły się w uśmiechu. Dokładnie tak stawiał sprawę - robisz albo nie robisz, niepodjęcie decyzji jest także formą wyboru. Tak zaczął postrzegać świat. Nie wiedział czy człowiek może w klarowny sposób wyglądać na mordercę, pewnie gdyby tak było nie mogliby aż tak łatwo nagminnie wabić swoich ofiar. Spojrzenie rzucane przez kobietę rozcięło przestrzeń jak nóż.
- Cóż. Przynajmniej od zawsze - przystąpił z nogi na nogę - wychodziłem z takiego założenia - zadarł podbródek wpatrując się w bezmiar nieba. Gwiazdy lśniły jak kości ułożone starannie na tkaninie.

Isobel Cameron
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Isobel. Spaczona wizja świata. Romantyzowanie śmierci i morderstwa. Zaburzenia osobowości.
Mogłaby zabić. Ludzkie życie w jej spojrzeniu nie miało żadnego odbicia. Dostrzegała tylko jego kruchość. Patrząc na drugiego człowieka, nie widziała kogoś wartościowego, lecz fizyczną powłokę. Ciało, które z zewnątrz wydawało się twarde i przystosowane do trudnych warunków, ostatecznie okazywało się tylko cienką powłoką. Błoną, za którą kryły się wrażliwe na urazy organy. Wystarczyło znać punkty witalne, wiedzieć, gdzie uderzyć, by przesunąć szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Podbródek. Szyja. Splot słoneczny. Brzuch. Miejsca instynktownie chronione przez człowieka. Nie brzydziła się swoimi myślami, dużo bardziej przerażał ją fakt, że musiała tłumić te dziwne potrzeby. Czasem chęć wyrządzenia komuś krzywdy była tak trudna do opanowania, że robiło jej się niedobrze — musiała opróżnić wtedy żołądek, jakby w tym akcie oczyszczania organizmu z toksyn, oczyszczała także umysł z nieprzyzwoitych myśli. Czymkolwiek było to, co wiło się w jej wnętrzu i poruszało się niespokojnie za każdym razem, gdy wyczuwało okazję do przelewu krwi, nie dawało jej spokoju. Dręczyło ją. Zasypiało, gdy faszerowała się lekami. Pomrukiwało niespokojnie, gdy leki przestawały działać i musiała wziąć kolejną dawkę. To było męczące. Wywoływało frustrację. Nakręcało spiralę paskudnych myśli i ścierało jej sen z powiek. Ciało Isobel Cameron zamieszkiwał trudny do przepędzenia demon, który zmieniał jej osobowość latami i kształtował ją na nowo.
Więc tak. Mogłaby zabić.
Tak. Zabiła.
Nie zrobiłaby tego drugi raz.
Biegli psychiatrzy powołani przez sąd, zgodnie wydali orzeczenie o niepoczytalności, dzięki czemu udało jej się uniknąć pozbawienia wolności. Niedopałek papierosa przeganiał mrok, zastępując ciemność światełkiem nadziei. Szansą dla tych pochłoniętych przez mrok, którzy już dawno przestali wierzyć w sprawiedliwość, bo świat nigdy nie był dla nich bezpiecznym miejscem do życia. Czuła się jak pierdolona outsiderka. Zawsze na uboczu. Zawsze w cieniu. Wyklęta przez anioły, przygarnięta przez demony. Zaszyła się w cieniu niczym szczur pod śmietnikiem. Wychodziła wieczorami, gdy chodniki pustoszały, a na ulicę wychodziły potwory przebrane w ludzkie szmaty. Zagryzła mimowolnie wargę, odrzucając to, co zostało ze świeżo wypalonego papierosa i uniosła to dzikie, nieokreślone niczym istotnym spojrzenie, które zatrzymała na twarzy mężczyzny.
— Wiesz, co najbardziej podoba mi się w wypadkach i morderstwach? Rozlew krwi. Brudne ściany. Brudna podłoga. I ta kałuża pod tym, co kiedyś było człowiekiem. BYŁO. — przełknęła ślinę, podnosząc się z zimnego chodnika. — Lubię moment, w którym krew zaczyna stygnąć, ale ta ciepła… Uświadamia mi, że ludzkie życie jest warte tyle, co pierdolony śmieć na chodniku — wsunęła dłonie w kieszenie spodni, wyrażając swoją opinię. Mówienie o tym sprawiało jej przyjemność. Kąciki ust dziewczyny drgnęły w delikatnym uśmiechu, gdy wyobraźnia podsuwała obraz leżącego na chodniku, tuż u jej stóp, nieruchomego ciała. Poczuła ten dziwny dreszcz, który przemknął po skórze, prąd wsiąkający w naskórek. Wstrzymała na chwilę oddech. Być może wstrzymało go całe miasto, ten wszechobecny półmrok, latarnie rzucające pożółkłe światło.
— Zabiłeś kiedyś człowieka? — Zapytała nieco ciszej, jakby nie chciała kalać tej sakramentalnej ciszy, chwały oddanej Śmierci, nad którą nikt nie miał kontroli.
— Normalni ludzie nie zadają bezpodstawnie takich pytań. Albo zabiłeś, albo zabijasz, albo planujesz zabić, albo stoisz na rozdrożu — ona również kiedyś na tym rozdrożu stała. Cztery lata temu. Wyrwała się spod amoku, a gdy odzyskała kontrolę, było już za późno. Wystarczyło jedno własnoręczne morderstwo, by wypuścić przeklętą bestię.
Jedno, by spieprzyć sobie życie bardziej, niż było.


Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
tematy dotyczące śmierci i religii

Nie wierzył w grzechów odpuszczenie.
Nie wierzył w ciała zmartwychwstanie.
Nie wierzył w żywot wieczny.

Amen?


Obrazy stają się żywe - zyskują odrębny krwiobieg, unoszą się i pulsują, unoszą się ponad umysł i syczą jak gęsty dym który wkrótce łapczywie, szczelnie rozpocznie wypełniać ciało. Każdy z nich jest granicą - wspomnienie to cienka linia, linia pomiędzy jego tutaj i teraz a starą szatą wydechów, słów i potrząśnięć serca - linia którą przekroczy. Zdania, które mówi kobieta są gęste i niemal lepkie od śluzu nagłej obsesji. Może znów doskonale odczuć na sobie wagę jej spojrzenia, w jej oczach tkwi pewna dzikość, którą mają bezpańskie, zabłąkane stworzenia jakie nie potrzebują rąk potrafiących dłużej je wykarmić. Noc, w której mogli się zetknąć musiała być wyjątkowa.
Był przekonany, że jej o tym nie powie, tak samo jak ona nie miała dotąd odwagi przyznać się bezpośrednio, nie powie co miało miejsce w jego rodzinnym mieście, nie powie, jak nienawidził być słaby, jak sądził, że bez uderzeń, bez krzyku, bez zaciśniętych pięści jest nikim, jest nic nie warty, jest bierny jak jego matka, jest łupem i jest ofiarą. Zaciskał więc pięści silniej aż stały się całkiem blade, odsłaniając szczerzące się, górskie łańcuchy kości napiętych pod błoną skóry, aż nie czuł tępego bólu gdy zaczął uderzać w twarz, gdy nie runęli na posadzkę łazienki w wartkim, zwierzęcym krzyku. Krew była wtedy przyjemna, a krzywda była nagrodą. Pamiętał że nigdy wcześnej i nigdy później nie poczuł się w taki sposób, zupełnie jak gdyby wtedy wszedł na zupełnie inny i wyższy poziom istnienia a potem nagle się spalił w kontakcie z bezwzględnym słońcem i stracił chorągwie skrzydeł. Nigdy wcześniej i później. Obecnie był wypalony, łudząc się, że potrafi nadać swojemu życiu jakąś wartość. Tydzień po tym zdarzeniu skierował się do spowiedzi, matka błagała go, by przemyślał to wszystko i udał się do kościoła. Czuł się rozczarowany, że ktoś równie wielki jak bóg byłby w stanie tak łatwo mu wybaczyć. Księża musieli kłamać - bóg nigdy nie miał być słaby, na tyle słaby by udawać że nie dostrzega rdzy w której wszyscy bez przerwy korodują.
Obserwują się. Uważnie się obserwują, każdy ruch, każde drobne, na pozór niewinne drżenie, każdy afekt mimiki. Przypominają jedne z ostatnich figur pozostawionych na planie szachownicy, mdłej szachownicy stworzonej przez szorstki chodnik, bez pojęć czerni i bieli. Nie mają historii, imion. Nie mają nawet właściwych, mogących ich zadowolić odpowiedzi.
- Nie wiem, czy ich zabijam - opuścił głowę, nie patrząc się dłużej w niebo. Odwrócił się, stając naprzeciwko kobiety. Oparł się wygodnie plecami o ścianę jednego z budynków. Czy był w tej chwili w potrzasku? - Ktoś może pewnie stwierdzić, że tak - uniósł leniwie kącik swoich ust. Słyszał dużo opinii, o konowałach, o złych bezdusznych rzeźnikach którzy nie znali treści starożytnej przysięgi, którzy hańbili zawód. Czyjaś babcia, czyjś ojciec, rozległy tłum pokrzywdzonych. Granica pomiędzy błędem a właściwą decyzją potrafi zniknąć za mgłą. Nie spieszył się i pozwalał milczeniu by pokazało wszystkie swoje szpony. Kobieta podniosła się, dystans bardziej tlił się. Zanikał.
- Wiesz - rzucił, jak gdyby od niechcenia - kiedy mówisz o śmierci, masz tyle różnych emocji. To nawet poetyckie. Przepiękne - powiedział jej nawet z lekkim cieniem zachwytu. Nie wyglądała jak wszystkie te osoby które widywał przywiezione z ulic w momencie prób, przedawkowań oraz innych sytuacji kryzysowych. Była inna - miała w tym pewną niemalże literacką elegancję. Czas nadal leniwie płynął, oplatając się dookoła ich sylwetek.
- Problem polega na tym, że śmierć wcale taka nie jest. W chwili, gdy następuje, dziwisz się, że twój oddech nadal jest taki sam. Pora dnia się nie zmienia - wyprostował się, zrobił niewielki krok. Znów mówił do niej półszeptem, głos tworzył strużkę jak szkic, ponownie miał tę manierę, pozbawioną zupełnie żadnej temperatury, ogrzaną tylko przez ciepło własnych rozchylanych ust. Ile widziała śmierci? Czy dostrzegała ją tylko w telewizji jak ludzie obserwujący z wypiekami na twarzy, z tą pewną nienaturalną chęcią postrzegania kolejnych wygłoszonych tragedii, mówiących, o jaka szkoda, uzależnionych od nich jak od ciężkich używek? Czy kiedyś widziała ciało zastane bez oznak życia? Opadły, wiotki podbródek, ostry, odmieniony kształt rysów, zmętniałe szyby ich oczu? Śmierć nie była niezwykła, bo była w tym wszystkim niezwykle naturalna, a wszystko, co jest bezwzględnie częścią samej natury nie powinno rozbudzać większego niż jest to niezbędne poruszenia. Rozumiesz? Teraz rozumiesz?
- Nic się nie zmienia - dodał ciszej - w zasadzie.

Isobel Cameron
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
tematy dotyczące śmierci; morderstwo; rozterki psychopatki




Ile oddechów dzieli człowieka od śmierci?
Ile uderzeń serca dzieli je od całkowitego zatrzymania?
Ilu sekund potrzeba, by odejść?
Ilu dni, by ludzie o tobie zapomnieli?


Często zastanawiała się nad sensem ludzkiego życia, nad wartościami. W miejscu odciętym od świata, w pomieszczeniu odgrodzonym od społeczeństwa przybrudzonymi, białymi kafelkami, miała wystarczająco dużo czasu, by o tym pomyśleć. Patrząc w sufit, przybrudzony dziwnymi, rdzawymi zaciekami — pewnie bywały problemy z instalacją — próbowała ułożyć myśli i znaleźć jakikolwiek sens. Może jakieś plany na przyszłość? Może odrobina wyrozumiałości dla siebie, innych i świata? Negatywne scenariusze zalewały jej myśli falami, a wraz z nimi, brak pozytywnych odpowiedzi na pytania. Zazdrościła tym, którzy widzieli życie w kolorowych barwach i nienawidziła ich jednocześnie. Głupotą, zdaniem Isobel, była radość z tego, co się ma, albo z tego, co się widzi, bo każda rzecz — materialna czy niematerialna, bo uczucia nie były materialne — dawała tylko złudną wizję szczęścia, która trwała przez chwilę. Niektórzy za radość uważali posiadanie rodziny, inni materialnych rzeczy — Isobel cieszył widok gotówki. Jeśli miałaby wymienić rzeczy, które kojarzyła z przyjemnością, byłyby to pieniądze i ból fizyczny. Nic więcej nie przychodziło jej do głowy. Każdego dnia wyciągała te same wnioski. Poza braniem leków i drobnych rozrywek nie bardzo miała co ze sobą zrobić na oddziale. Najwidoczniej nawet myślenie jej nie wychodziło, skoro przez kilka miesięcy zdążyła wywnioskować głównie tyle, że jeśli nie będzie sprawiać problemów, to wróci do normalnego życia (którego nie chciała, bo społeczeństwo ją przerażało). Naprawdę wszystko było do dupy.
Opowiadała o śmierci i rozlewie krwi, jak o czymś, co ogląda się na co dzień; bez rozdrabniania, bez oblekania we współczucie czy emocje zdradzające, choć cień empatii, czy szacunku do ofiar morderstw. Nie zamierzała udawać, ku uciesze innych, że w jakiś sposób ją to ruszało. Śmierć była jedyną pewną w życiu każdego, niezależnie od wieku. Przychodziła nagle, skradała się cicho i atakowała, gdy wszyscy spali — zabójcze, niedostrzegalne piękno, które pasjonowało Isobel Cameron. Dostrzegała w tym akcie brutalności artyzm. Czerwone smugi rozpryśnięte po jasnych meblach i podłogach przypominały krople farby rozrzucone losowo po śnieżnobiałym płótnie. Morderstwo jako sztuka? Tak, bo tylko ktoś całkowicie pozbawiony skrupułów i pewny tego, że chce zabić, mógł to zrobić. Uważała to za akt odwagi. I nie zamierzała mówić o tym zupełnie obcemu mężczyźnie, choć wydawało jej się, że mógłby o tym posłuchać. A ona mogłaby mu o tym powiedzieć, gdyby jakkolwiek go znała.
Nie wiem, czy ich zabijam — jak to kurwa nie wiesz?
Przemknęło jej przez myśl, gdy przechylała lekko pytająco głowę w bok, odsłaniając skrawek szyi, do tej pory przysłonięty przez kołnierzyk ciemnego płaszcza. Zapytałaby, czy ich torturował, jeśli nie zabijał, lecz powstrzymała się przed tym pytaniem, dając mężczyźnie pole do manewru. Do wyjaśnienia tego, co miał na myśli. Czekała cierpliwie, nie popędzając i nie dopytując. Samo zainteresowanie tym tematem sprawiało, że w głowie Isobel, jeden po drugim, pojawiały się znaki zapytania. Kim był? Czym się zajmował? Był rzeźnikiem? Przestąpiła z nogi na nogę, zajmując miejsce tuż obok niego. Oparła się o tę samą ścianę, uginając nogę w kolanie, oparła podeszwę podkutego metalem buta o powierzchnię budynku.
— Skąd możesz wiedzieć, co czuje osoba, która umiera? Wydajesz się dość żywy, więc na pewno nie z własnego doświadczenia. Ty widzisz śmierć jako coś, co po prostu przychodzi naturalnie. Godzisz się z nią, bo wiesz, że następuje. Dla mnie to coś bardziej… Emocjonalnego — podniecającego. To nie wygląd ciała chodziło, nie o zmiany fizyczne. O mętne spojrzenie. O szary odcień skóry, plamy opadowe. Chodziło o sam akt pozbawienia kogoś życia, o tę śmierć, która nie przychodziła naturalnie, lecz została dokonana przez drugą osobę. O brutalność. Przestąpiła z nogi na nogę, poważnie zastanawiając się nad słowami mężczyzny. Nie szukała innego sensu w jego słowach, poza tym, co sama z nich wyciągnęła. Isobel była cholernie przekonana o tym, że tylko i wyłącznie rację miała ona sama. Nie zgadzała się z tym, co mówił Jude, choć musiała przyznać, że zaintrygował ją swoją osobą. W tym momencie stał się dla niej czymś w rodzaju zagadki, ale czy chciała ją koniecznie rozwiązywać? Doskonałe pytanie. Półszept, z którym się do niej odniósł, otulił ich niczym ciemna mgła osadzająca się na ubraniach. Isobel nie mówiła głośno, bo nie chciała zniszczyć tej wieczornej ciszy, którą szczerze sobie ceniła. Zwłaszcza w tak ruchliwym mieście. Tutaj rzadko zdarzała się cisza.
— Wszystko się zmienia. Zależy od tego, którą jesteś stroną. Dla bliskich świat się kończy. Lekarzowi może być przykro. Dla zmarłego nie ma różnicy. Dla mordercy, jeśli jest się akurat nim, świat nagle staje się piękniejszy, a on odczuwa satysfakcję. Albo strach. W zależności od tego, czy to, co zrobił, było instynktem, impulsem, czy może sposobem na wyładowanie frustracji — Ton głosu dziewczyny był chłodny i melancholijny. Mówiła o śmierci z zadziwiającym spokojem, jak ktoś wspominający dawno zamknięty rozdział życia, a nie odebrane istnienia. W słowach Isobel brakowało skruchy, czy poczucia winy. Jedynie cicha, ponura refleksja.

Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”