ODPOWIEDZ
0 y/o
For good luck!
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ogromne okna ciągnące się od sufitu do podłogi wpuszczały do przestronnego salonu mnóstwo dziennego światła, a widok z nich jednemu zaparł by dech w piersi. Najwyższe piętro jednego z wieżowców na Financial District skrywało bowiem nie tylko niebotycznie luksusowe wnętrza, ale przede wszystkim niezwykłe widoki na Toronto. Panorama miasta roztaczała się przed nim, a poranne czerwcowe powietrze osiadało się na jego nagiej klatce piersiowej. Przyjemnie orzeźwiający wiatr rozwiewał blond kosmyki włosów, które jeszcze po nocy były w nieładzie. Srebrny Rolex z granatową tarczą osadzony na opalonym nadgarstku wskazywał parę minut po 7 rano, a zapach świeżo mielonej kawy przyjemnie drażnił węch. Taras choć częściowo osłonięty, wpuszczał świeże poranne powietrze które pozwalało mu lepiej myśleć i skupiać się na pracy. Śledził uważnym wzrokiem dane w komputerze, które z ogromną łatwością pozyskał w mniej niż dwie godziny. Plan był prosty. Zlokalizować Ivana McCove’a i grzecznie poprosić o oddanie pieniędzy, które tak się składa pożyczył pół roku temu na Sycylii i myślał, że zwianie do Kanady uratuje go przed spłatą długu. No cóż. Źle trafił, ponieważ Kai miał jedną dość problematyczną wadę. Był pamiętliwy i bardzo nie lubił gdy ktoś go robił w chuja. Ivan był w Toronto, zapewne nieświadomy tego że Heyward namierzył jego komórkę i dokładnie wiedział gdzie się znajduje. A oprócz tego pozyskał również inne przydatne dane. Np. Nazwisko i imię jego dziewczyny, miejsce pracy i adres zamieszkania. Wykorzystał swoje umiejętności informatyczne i wysłał do niego smsa, z miejscem spotkania dziś wieczorem podając się za jego najlepszego kumpla - jego dane też miał. Czasem bawiło go to, jak ludzie myśleli że są anonimowi. Jak pewni byli, że ich tożsamość jest bezpieczna. Krucha bywała ta pewność, bo w internecie było wszystko, a nowoczesna technologia była niebezpiecznym narzędziem w rękach kogoś, kto dobrze wiedział jak się nią posługiwać.
Równo o 23:00 czekał grzecznie na Ivana niedaleko opuszczonych kontenerów przy terminalu portowym. Wypalał sobie spokojnie papierosa oparty o ścianę i co rusz zerkał na zegarek. Nie brał pod uwagę niepowodzenia. Ivan już przy ich pierwszym spotkaniu nie wydawał się bystry, a jego ucieczka z kasą Kaia tylko potwierdziła jego przypuszczenia, że to idiota. Dlatego absolutnie nie zdziwiły go kroki, które chwilę później rozbrzmiały w alejce. Nie ruszył się z miejsca, wyglądając całkiem zwyczajnie w czarnych jeansach i tego samego koloru bluzie z kapturem, na pewno nie przypominał kogoś kto za paskiem od spodni miał schowany pistolet. W końcu Ivan pojawił się tuż obok niego. Kai wyrzucił niedopałek papierosa, przydeptując go białym air forcem, co zwróciło uwagę drugiego chłopaka. Jego niebieskie oczy rozszerzyły się w strachu, a ciało napięło się gotowe do ucieczki. Ale niestety Kai był szybszy. Zacisnął smukłe palce na jego koszulce i bez ceregieli rzucił nim o ścianę kontenera, jakby Ivan ważył tyle co piórko.
- Bardzo nie lubię, gdy ktoś nie oddaje mi tego, co pożyczył - Złowrogi syk opuścił jego usta, kiedy przycisnął zdrętwiałe ze strachu ciało Ivana. Chłopak miał może ledwo 20 lat i chyba dopiero wkroczył w ten mroczny świat. Może w innych okolicznościach Kai byłby bardziej wyrozumiały, ale nie lubił złodziei. - A tak się składa, że Ty wisisz mi sporo hajsu. - Uśmiechnął się do niego na tyle ciepło, że Ivan mógł przez chwilę myśleć że na nieprzyjemnej pogawędce się skończy. Jednak dłoń Kaia dość szybko zwinęła się w pięść i zderzyła się z żołądkiem towarzysza, który zakaszlał i zgiął się wpół z dość donośnym jękiem bólu.
- J..ja.. oddam. Oddam wszystko obiecuje. Ale teraz nie mam tych pieniędzy. - Wycharczał ledwo słyszalnie, ale mimo to było słychać błaganie w głosie. Sam nie wiedział co wkurwiało go bardziej. Fakt, że chłopak ochujał go na dwie bańki czy to, że bezczelnie kłamie. Chyba jedno i drugie. Dlatego dość szybko jego pięść znów odnalazła drogę do miejsca między żebrami a nerką Ivana, zderzając się z nim na tyle mocno że chłopak osunął się na ziemię. Schylił się, gotowy przyłożyć mu ponownie, ale coś zatrzymało jego rękę kilka centymetrów przed twarzą Ivana. Głos, który rozpłynął się w nocnej ciszy. Głos, którego wcale nie chciał słyszeć. Jeszcze nie teraz. Zbyt szybko, by zmierzyć się z tym po co tu faktycznie przyjechał. Choć nigdy nie odmawiał zadań, to które sprowadziło go do Toronto zasiało w nim ziarno niepewności. Coś czego nie potrafił nazwać kazało mu odwlekać moment spotkania z tym [i[demonem[/i]. Ale jeśli Mahomet nie chciał przyjść do góry, góra przyszła do Mahometa. Westchnął z irytacją i to nie na słowa, które zawisły w powietrzu, a na fakt osoby która je wypowiedziała. Zdecydowanie chciał opóźnić ich spotkanie i plan, który miał wcielić w życie.
- Widzę że wciąż chujowo idzie ci zmuszanie ich do oddania hajsu - Wyprostował się, górując na zwijającym się z bólu ciałem. I chodź uwagę skupił na kobiecie, jego stopa przycisnęła Ivana do zimnego bruku. Śnieżnobiały airforce, który wyglądał jakby dopiero opuścił sklep obuwniczy wbił się w obolałe żebro, dociskając chłopaka mocno do ziemi.
- Proszę, proszę… - Zagwizdał, uśmiechając się kącikiem ust. - Kogo moje oczy widzą… Nasz wyrzutek. - Cmoknął w powietrzu do ciemnowłosej, która podeszła już na tyle blisko, że bez problemu mógł się jej przyjrzeć. Nie zmieniła się za bardzo od ich ostatniego spotkania parę lat temu, zanim jeszcze wyjechał z Nowego Orleanu. Jakaś część jego wypluła swoiste przekleństwo na myśl, że Isobel sama napatoczyła się na niego. Jeszcze chyba nie do końca przyswoił co powinien zrobić. Lojalność kosztowała więcej niż można się było spodziewać. I chodź zimna stal pistoletu zapiekła jego lędźwie… Postanowił zrzucić to gdzieś w otchłań umysłu. Przyjdzie czas.. Kiedy zdobędzie jej zaufanie. Powoli.


Isobel Cameron
gall anonim
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

VI.

trigger warning
Spaczenie; przemoc; wulgaryzmy
Demony były wszędzie. Stąpały po ziemi, poprzebierane za zwyczajnych ludzi i maskowały swoje paskudne oblicza nowymi kształtami. Ludzie powinni zostać ludźmi, miejsce demonów było w piekle, a demony w ludzkiej skórze, powinny trafić do więzienia piekła. Tak właśnie rozumowali ci, którzy wciąż wierzyli w prosty podział na dobro i zło. Klasyfikowali ludzi i ich uczynki, określając je słowami złe lub dobre i z reguły nie wnikały w szczegóły. Ludzie nie próbowali zrozumieć drugiej osoby, wyrabiając sobie od razu opinię na temat jej zachowania. Ocenianie przychodziło ludziom najłatwiej. Najwidoczniej właśnie do tego zostali stworzeni. Isobel patrzyła na to inaczej. Nie wierzyła, że człowiek był z natury dobry. Gdy obserwowała ludzi, widziała jedynie istoty powoli pożerające siebie nawzajem. Jedni robili to słowami, inni pięściami, a jeszcze inni z uśmiechem na ustach. Wyniszczenie zdawało się wpisane w ich naturę równie mocno jak oddychanie. Może dlatego nie przerażały jej potwory. Potwory przynajmniej nie udawały. Ludzie natomiast chowali swoje najgorsze instynkty pod cienką warstwą zasad i moralności, która pękała przy pierwszej lepszej okazji. Im dłużej ich obserwowała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że demony wcale nie różniły się od nich tak bardzo. Przecież przyglądała im się codziennie. Nawet nie musiała szukać zbyt daleko, by podać przykład — wystarczyło jedno spojrzenie w lustro. Widziała tę zniszczoną, przetyraną dziewczynę, jej ponure oblicze, a gdy się rozbierała, spoglądała na swoje zarysowane bliznami ciało. Naprawdę nie musiała odchodzić daleko, by spojrzeć demonowi prosto w oczy — dostrzegła ten wściekły błysk w swoich tęczówkach. Spojrzenie zimne jak lód i ostateczny brak nadziei na poprawę jakości życia.
Odcięła się od nowoorleańskiego gangu. Ucięła relacje wiążące ją z tą organizacją, potajemnie liczyła na to, że nie będzie musiała wracać do tego rozdziału. Nie nazwałaby tego uczucia nadzieją — tej została pozbawiona już dawno temu. To było raczej uczucie zmęczenia. Nie chciała już zajmować się porachunkami gangsterskimi. Zależało jej na przede wszystkim na zajęciu się sobą. Oczywiście pamiętała o układach ojca z niejakim Heywardem. Słyszała co nieco o umowie, którą nawiązali za życia starego Camerona. Ale to było dawno. Naturalnie uznała, że umowa przestała obowiązywać po śmierci mężczyzny. Z nieboszczykami ludzie raczej nie wchodzili w układy, Isobel była osobą decyzyjną w tej sprawie. Jako właścicielka antykwariatu miała prawo zrobić z nim to, co chciała. Dlatego weszła w układ z głową Triady. Zabójstwo w zamian za układy, miejsce, w którym można było się zaszyć i suma, która wystarczyła, by Isobel mogła przeżyć kilka miesięcy w Toronto. Antykwariat i jego podziemia, nie interesowały w praktyce nikogo. To miejsce nie przyciągało niczyjej uwagi. Włócząc się wieczorem po ulicach miasta, nie myślała o tym, że przeznaczenie i spotkanie z przeszłością, miało odbyć się tuż za rogiem zniszczonej kamienicy.
Akt brutalności, którego dopuścił się zakapturzony mężczyzna na drugiej osobie, nie wywołał w Isobel żadnego ludzkiego odruchu. Stanęła w pobliżu, opanowana i spokojna. Ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma, oparła się bokiem o zniszczoną ścianę. Przesunęła w grobowym milczeniu spojrzeniem po sylwetkach mężczyzn, skupiając głównie uwagę na napastniku. Zabawne, że doskonale pamiętała posturę Kaia, choć od ich spotkania minęło sporo czasu. Westchnęła cicho, jakby z frustracją, gdy wijący się pod Kaiem facet starał się bezgłośnie prosić o pomoc. Widziała nadzieję w jego oczach — i nie była odpowiednią osobą na to stanowisko. Potraktowała go jak bezdomnego psa, który roznosił pasożyty i choroby. Zignorowała tę prośbę, kręcąc przecząco głową. Odezwała się do Kaia. Rzuciła tekstem, który ją wyprowadziłby z równowagi — Widzę, że wciąż chujowo idzie ci zmuszanie ich do oddania hajsu. Zwróciła na siebie jego uwagę, tak jak chciała. W odpowiedzi na to spojrzenie posłała mu zjadliwy uśmiech.
— Wyrzutek? Odważne słowa, jak na kogoś, kto wciąż robi za sukę na posyłki. Nauczyli cię już szczekać na komendę, czy się przed tym opierasz? — zapytała, rzucając w stronę blondyna niewerbalne wyzwanie. Może i była wyrzutkiem, ale dzięki temu uwolniła się ze szponów gangu. Mogła decydować sama o sobie. Minusem tej sytuacji było to, że teraz musiała radzić sobie całkowicie sama. Nie było za nią Jaya, poręczyciela, ani wujka, który przygarnął ją pod swoją opiekę, gdy zamordowano jej ojca. Ceną są wolnośći, była samotność. Zamierzała spłacić ją co do dolara.

Kai Heyward
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
0 y/o
For good luck!
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
Przemoc
akapit]Kiedyś zastanawiał się skąd wzięło się pojęcia dobra i zła, kto miał prawo definiować co było dobre, a co było złe. Ludzie wkładali wszystko do jednego worka. Albo mieściło się w granicach normy którą sami sobie wyznaczyli, albo było poza granicą przyzwolenia i wtedy stawało się złe. A życie nie było zero jedynkowe i nie dało się przedstawiać go tylko w postaci dobra i zła. Na świecie było pełno złych uczynków maskowanych dobrem i tych dobrych, które okrywała szata zła. Czy masz prawo zarzucić ojcu, który zamordował gwałciciela swojej córki że zrobił źle? Ciężko było dyskutować o dobrych i złych uczynkach gdy nie znamy motywu działania.
Kai nigdy nie kwestionował tego, że był zły. Demony osaczyły go dawno temu, nie pozwalając mu być innym. Jedynym światłem dla jego mroku była matka, która niestety zmarła nim na dobre mogła zasiać w nim to ziarno. Łatwiej jest być złym. Pustym i bezuczuciowym. Świat nie jest sprawiedliwy, zadaje ciosy częściej niż się spodziewamy a ludzie, nawet jeśli mamy ich za przyjaciół w końcu stają się wrogami. W przyrodzie możesz być albo drapieżnikiem, albo ofiarą. Kai wolał być drapieżnikiem. Łatwiej było znosić życie, kiedy nie oczekiwało się od siebie bycia tym kim ludzie chcą żebyś był.. Żebyś robił to czego chcą i co jest normalne. Żyło się prościej bez wyrzutów sumienia, bez zastananawia się godzinami nad decyzjami jakie się podjęło. Tak żyło się łatwiej. Nawet jeśli w praktyce byłeś ucieleśnieniem diabelskiej istoty przedstawianej w mitach i legendach.
Byli z Isobel do siebie bardzo podobni. Wychowali w cieniu zasady walcz lub giń. Oboje nie mieli wyboru, bo podświadomie zostali zaprogramowani jak maszyny do zabijania. Do wyrównywania rachunków. Nie wiedzieli jak żyć inaczej. Nie znali domu bez pistoletów, nocy bez spływającej po panelach szkarłatnej krwi. Wychowali ich na podobnych do siebie, a może nawet i gorszych? Pozbawili ludzkich odruchów, wierząc że robią im przysługę. W paskudnym świecie, dobrzy ludzie nie mieli szans. Heywardowie zawsze mieli trochę więcej do powiedzenia. Zawsze byli wyżej i choć oficjalnie nie byli w żadnym gangu, kierowali wieloma grupami. Byli wyżej, bo nie bali się tych których się bano. Ojciec Kaia nawiązywał interesy z tymi, z którymi nikt inny nie potrafił, a syn zyskał szacunek razem z nim. Bo przecież byli tacy podobni…. Dlatego nigdy nie miał zbyt wielkich wyrzeczeń przez gang. Nic więc dziwnego, że nie padło nawet słowo sprzeciwu gdy po skończeniu studiów po prostu wyjechał i żył życiem, bogatego dupka. Pił drogie drinki w europejskich barach, opalał się na jachtach w towarzystwie pięknych kobiet i przez krótką chwilę był normalny. Ale gdy ojciec dawał mu zadanie, wykonywał je bez zająknięcia. Bo Paul Heyward był jedyną osobą, przed którą Kai czuł respekt. Wcale nie uśmiechało mu się spędzać kilku tygodni w Toronto, ale wiedział, że choć zadanie dane przez ojca będzie go kosztować więcej wysiłku.. Musi je wykonać. Chciał jednak nacieszyć się spokojem ile mógł. Ojciec nie dał mu czasu. Miał tylko wykonać zadanie. A łatwiej zabijało się ludzi, z którymi nie łączyła Cię jakaś historia.
- Pomyliło Ci się księżniczko. To suki szczekają na moją komendę. - Puścił do niej oczko, odpowiadając pewnym głosem. Isobel miała charakter, który sprawiał że ją lubił. Nie była prosta i zbyt oczywista. Była wyszczekana, odważna i nie robiła z siebie słodko pierdzącej dziewczynki, którą ktoś musi się zaopiekować. Potrafiła zadbać sama o siebie, a to było dużo. Może dlatego dość szybko się dogadali. - Co robisz w Toronto? - Skłamał gładko, jakby wcale nie wiedział że tu była. Gdy wyjeżdżał z Nowego Orleanu parę lat temu, cały syf jeszcze nie zdążył się wylać. - I co robisz w takim miejscu, o tej porze? - Dodał po chwili, wskazując ręką na otaczające ich kontenery. Idealne miejsce by dostać w pysk. Tak jak Ivan. W tej chwili przypomniał sobie o chłopaku pod jego podeszwą i zerknął na niego, akurat w momencie gdy ten zdołał wyciągnąć telefon z kieszeni. Ciężkie westchnięcie opuściło usta Kaia, kiedy schylił się i niezbyt delikatnie wyrwał mu komórkę z dłoni, a następnie roztrzaskał ją o chodnik.
- Proszę… Proszę powiedz mu, żeby mnie puścił. - Ivan zwrócił się w błagającym geście do ciemnowłosej, co spotkało się z prychnięciem Kaia. Ze wszystkich ludzi jacy mogli się tu pojawić, Cameron była ostatnią osobą która mogła go uratować. - Oddam wszystko. Oddam, obiecuję. Tylko mnie zostaw. Pozwól mi wrócić do domu. Moja dziewczyna… Ona jest w ciąży… - Ciężko wypowiadał słowa, zapewne przez połamane żebro, albo żebra… Spojrzał z nadzieją na Kaia, który westchnął męczeńsko na wzmiankę o ciąży. A potem spojrzał na Iso. Była kobietą i Ivan liczył, że to jakoś zadziała by chociaż zadzwoniła na policję. Albo pogotowie.. Albo jedno i drugie, bo kimkolwiek był Kai… Był potworem

Isobel Cameron
gall anonim
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
ISOBEL.
Brutalne opisy; przemoc; znęcanie się; groźby; zaburzenia; wspomnienie o morderstwie; wulgaryzmy i same nieprzyzwoitości.


Więź łącząca ją z Kaiem zniknęła wraz z jego wyjazdem. Obydwoje byli tak samo źli i zniszczeni przez swoich twórców, którzy spierdolili już na samym początku, powołując ich na ten spieprzony świat. Bo jak miała inaczej go określić? To wszystko było chore. Zniszczone. Przejebane do takiego stopnia, że nieraz załamywała ręce i poddawała się temu uczuciu całkowitej porażki, odcinając się od wszystkiego, co znała. Od ludzi. Od dźwięków dochodzących zza okna. Od huku dochodzącego do jej uszu, gdy ojciec pociągał za spust w taki sposób, że kula przelatywała na wylot przez ludzką tkankę, zostawiając po sobie rozmazane, krwiste smugi na ścianie. Widywała takie rzeczy. Nie powinna była, ale widziała. Przemoc ją ukształtowała. Przemoc była jej osobistym koszmarem. Prywatnym katem, oprawcą, życiem, śmiercią, szczęściem i zgubą. Właściwie przemoc była wszystkim, co znała i, co było jej bliskie. Akty agresji, rozładowywanie emocji, maltretowanie ludzi, którzy chcieli po prostu przetrwać w tym świecie. Cameron również to robiła. I żeby przetrwać, potrafiła posunąć się do najgorszych czynów. Bo tak naprawdę, Isobel Cameron była zniszczona. Już dawno przestała być człowiekiem. Zaburzenia psychiczne, kartoteka policyjna, bezwstydność… Nie miała żadnych oporów, co było przerażające i być może fascynujące zarazem. Tak naprawdę była tak rozpierdolona psychicznie, że gdyby mogła dostać kulkę w łeb, zostałaby z niej miazga i tona dziwnej masy będącej metaforą ciężaru, z którym musiała mierzyć się na co dzień. Wychodziła z założenia, że nikogo nie potrzebowała. Że świetnie radziła sobie sama, tak jak zawsze. Że skoro nie strzeliła sobie w łeb i nie podcięła cholernych żył, to znaczy, że nie było jeszcze aż tak źle. W towarzystwie odpowiednich osób potrafiła sprawiać wrażenie stabilnej… Ale w towarzystwie kogoś, kto był tak samo rozjebany jak ona…

Tworzyli z Kaiem niebezpieczny duet oparty na wzajemnym podjudzaniu się, chorych fantazjach, intensywnych kłótniach i tej świadomości, że mimo tego całego chaosu, rozumieli się bez słów i mieli tylko siebie. Odcięcie się od tego mężczyzny było doskonałym pomysłem, a jego wyjazd, tym, co jakoś ją podratowało. Gdy przebywali w swoim towarzystwie, spuszczali ze smyczy swoje demony i pozwalali im błądzić między ludźmi. To była toksyczna relacja polegająca na braku jakichkolwiek zahamowań. Żadnych słabości. Żadnych wyrzutów. Nienawidziła go za to, co z nią robił, ani za to, co działo się między nimi, gdy zostawali w swoim towarzystwie. Siebie też nienawidziła. Być może dlatego, bo kiedyś, te kilka lat temu, czuła się przy nim całkowicie wolna i nie musiała kryć się ze swoimi żądzami za maską złudnej przyzwoitości. Mogła być najgorsza. On także. Wzajemnie wyciągali z siebie swoje najgorsze strony, wywoływali pożar, który groził unicestwieniem. Nie wiedziała, co działo się z nim po wyjeździe. Nigdy nie wpadła na to, żeby do niego napisać, czy jakkolwiek się odezwać. Złożyła mu tylko jedną obietnicę: że zamieni jego życie w piekło. Zrobiłaby to, oczywiście, gdyby nie to, że ich kontakt całkowicie zanikł. Ostatnim wspomnieniem związanym z Kaiem był brutalny seks i obietnica, której nie zdążyła dotrzymać. Kai Heyward zniknął z jej życia i stał się trupem. Dowodem na to, że żywy człowiek potrafił być tak samo martwy, jak ciało pogrzebane na cmentarzu. Świat naprawdę jej nienawidził — albo uwielbiał — skoro postanowił z niej zakpić, wskrzeszając tego człowieka. Tutaj. W Toronto. W miejscu, w którym miała zacząć nowe życie.

Najwidoczniej Diabeł zatęsknił za swoją piekielną księżniczką.

— Masz dwadzieścia pięć lat. Już dawno powinieneś się nauczyć, że nie każdą da się wytresować — zakpiła, prychając przy tym niczym rozjuszony kot. Uniosła pytająco brew, słysząc zestaw zadanych przez niego pytań. Obserwowała go przez chwilę, zadając mu w ten sposób nieme pytanie: czy ty z chuja spadłeś? Nie zamierzała mu się z niczego spowiadać. Właściwie to, co tutaj robiła, nie było jego zasranym interesem i chyba powinna mu o tym przypomnieć, bo pozwalał sobie na zbyt dużo. I należało to ukrócić.
— Chuj ci do tego — odparła iście uprzejmie, wymijając go z dumnie uniesioną głową, jakby właśnie przechadzała się po cholernym placu zamkowym, a nie zaśmieconej, zaciemnionej ulicy, która rządziła się własnymi prawami. Słysząc błaganie mężczyzny, który leżał pod butem blondyna, prychnęła z rozbawieniem. Przykucnęła obok niego, wyciągając składany nożyk z tylnej kieszeni przetartych bojówek. Poklepała mężczyznę po policzku, z początku otwartą dłonią, następnie przysiadła tuż obok niego, w lekko chłopięcym rozkroku, przerzucając dłonie przez kolana.
— Wisisz mu hajs, to się nie dziw, że jest wkurwiony — wskazała lekko głową w stronę Kaia, tak na wszelki wypadek, gdyby Ivan miał wątpliwości co do tego, o kim mówiła. Wsłuchała się w tę jego nudną historyjkę, gdy próbował wzbudzić w niej litość. Przysunęła nożyk pod jego brodę, unosząc ją lekko. Zapewne nie było to przyjemne doświadczenie. Ivan już miał ograniczone ruchy, był przygnieciony do ziemi przez Kaia. Spojrzenie Isobel płonęło żywym ogniem. Błękitne, zimne tęczówki, wyglądały, jakby właśnie stawały w płomieniach, nawiedzone przez samego szatana.
— A moja matka popełniła samobójstwo, bo nie wytrzymywała tyranii mojego ojca. Chcemy rozmawiać o tym, kto ma i będzie miał bardziej przejebane? Oddaj mu ten hajs, kretynie. Ja na jego miejscu już bym poderżnęła ci gardło, więc masz szczęście. Może chociaż da ci godzinę na ogarnięcie tego zasranego hajsu. A może pół godziny, hm? — pochyliła się nieznacznie, posyłając mężczyźnie zjadliwy uśmiech. Zaproponowała szczerze ten pomysł, czy właśnie robiła mu nadzieję? Właściwie wszystko zależało od Kaia, bo to jemu podpadł ten człowiek. Cameron dostrzegła okazję, żeby nieco się zabawić. Mężczyzna chyba właśnie zrozumiał, że miał przejebane. Zadrżał, a w kącikach jego oczu dostrzegła łzy.
— Ja… Wszystko zrobię. Tylko dajcie mi trochę czasu. Obiecuje, obiecuje... — skomlał żałośnie, niczym pies potrącony przez samochód.
Isobel cicho westchnęła, napierając metalem nieco mocniej na gardło mężczyzny.
— Słodki jesteś. Jak bardzo kochasz swoją dziewczynę, co? Może dasz mi się raz przelecieć i wtedy się zastanowię, czy oddawać cię w ręce mojego psychopatycznego chłopaka? — przeniosła wzrok na Kaia, który mógł dostrzec czające się w jej spojrzeniu rozbawienie.

Kai Heyward
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „Port of Scarborough”