ISOBEL.
Brutalne opisy; przemoc; znęcanie się; groźby; zaburzenia; wspomnienie o morderstwie; wulgaryzmy i same nieprzyzwoitości.
Więź łącząca ją z Kaiem zniknęła wraz z jego wyjazdem. Obydwoje byli tak samo źli i zniszczeni przez swoich twórców, którzy spierdolili już na samym początku, powołując ich na ten spieprzony świat. Bo jak miała inaczej go określić? To wszystko było chore. Zniszczone. Przejebane do takiego stopnia, że nieraz załamywała ręce i poddawała się temu uczuciu całkowitej porażki, odcinając się od wszystkiego, co znała. Od ludzi. Od dźwięków dochodzących zza okna. Od huku dochodzącego do jej uszu, gdy ojciec pociągał za spust w taki sposób, że kula przelatywała na wylot przez ludzką tkankę, zostawiając po sobie rozmazane, krwiste smugi na ścianie. Widywała takie rzeczy. Nie powinna była, ale widziała. Przemoc ją ukształtowała. Przemoc była jej osobistym koszmarem. Prywatnym katem, oprawcą, życiem, śmiercią, szczęściem i zgubą. Właściwie przemoc była wszystkim, co znała i, co było jej bliskie. Akty agresji, rozładowywanie emocji, maltretowanie ludzi, którzy chcieli po prostu przetrwać w tym świecie. Cameron również to robiła. I żeby przetrwać, potrafiła posunąć się do najgorszych czynów. Bo tak naprawdę, Isobel Cameron była zniszczona. Już dawno przestała być człowiekiem. Zaburzenia psychiczne, kartoteka policyjna, bezwstydność… Nie miała żadnych oporów, co było przerażające i być może fascynujące zarazem. Tak naprawdę była tak rozpierdolona psychicznie, że gdyby mogła dostać kulkę w łeb, zostałaby z niej miazga i tona dziwnej masy będącej metaforą ciężaru, z którym musiała mierzyć się na co dzień. Wychodziła z założenia, że nikogo nie potrzebowała. Że świetnie radziła sobie sama, tak jak zawsze. Że skoro nie strzeliła sobie w łeb i nie podcięła cholernych żył, to znaczy, że nie było jeszcze aż tak źle. W towarzystwie odpowiednich osób potrafiła sprawiać wrażenie stabilnej… Ale w towarzystwie kogoś, kto był tak samo rozjebany jak ona…
Tworzyli z Kaiem niebezpieczny duet oparty na wzajemnym podjudzaniu się, chorych fantazjach, intensywnych kłótniach i tej świadomości, że mimo tego całego chaosu, rozumieli się bez słów i mieli tylko siebie. Odcięcie się od tego mężczyzny było doskonałym pomysłem, a jego wyjazd, tym, co jakoś ją podratowało. Gdy przebywali w swoim towarzystwie, spuszczali ze smyczy swoje demony i pozwalali im błądzić między ludźmi. To była toksyczna relacja polegająca na braku jakichkolwiek zahamowań. Żadnych słabości. Żadnych wyrzutów. Nienawidziła go za to, co z nią robił, ani za to, co działo się między nimi, gdy zostawali w swoim towarzystwie. Siebie też nienawidziła. Być może dlatego, bo kiedyś, te kilka lat temu, czuła się przy nim całkowicie wolna i nie musiała kryć się ze swoimi żądzami za maską złudnej przyzwoitości. Mogła być najgorsza. On także. Wzajemnie wyciągali z siebie swoje najgorsze strony, wywoływali pożar, który groził unicestwieniem. Nie wiedziała, co działo się z nim po wyjeździe. Nigdy nie wpadła na to, żeby do niego napisać, czy jakkolwiek się odezwać. Złożyła mu tylko jedną obietnicę: że zamieni jego życie w piekło. Zrobiłaby to, oczywiście, gdyby nie to, że ich kontakt całkowicie zanikł. Ostatnim wspomnieniem związanym z Kaiem był brutalny seks i obietnica, której nie zdążyła dotrzymać. Kai Heyward zniknął z jej życia i stał się trupem. Dowodem na to, że żywy człowiek potrafił być tak samo martwy, jak ciało pogrzebane na cmentarzu. Świat naprawdę jej nienawidził — albo uwielbiał — skoro postanowił z niej zakpić, wskrzeszając tego człowieka. Tutaj. W Toronto. W miejscu, w którym miała zacząć nowe życie.
Najwidoczniej Diabeł zatęsknił za swoją piekielną księżniczką.
— Masz dwadzieścia pięć lat. Już dawno powinieneś się nauczyć, że nie każdą da się wytresować — zakpiła, prychając przy tym niczym rozjuszony kot. Uniosła pytająco brew, słysząc zestaw zadanych przez niego pytań. Obserwowała go przez chwilę, zadając mu w ten sposób nieme pytanie:
czy ty z chuja spadłeś? Nie zamierzała mu się z niczego spowiadać. Właściwie to, co tutaj robiła, nie było jego zasranym interesem i chyba powinna mu o tym przypomnieć, bo pozwalał sobie na zbyt dużo. I należało to ukrócić.
— Chuj ci do tego — odparła iście uprzejmie, wymijając go z dumnie uniesioną głową, jakby właśnie przechadzała się po cholernym placu zamkowym, a nie zaśmieconej, zaciemnionej ulicy, która rządziła się własnymi prawami. Słysząc błaganie mężczyzny, który leżał pod butem blondyna, prychnęła z rozbawieniem. Przykucnęła obok niego, wyciągając składany nożyk z tylnej kieszeni przetartych bojówek. Poklepała mężczyznę po policzku, z początku otwartą dłonią, następnie przysiadła tuż obok niego, w lekko chłopięcym rozkroku, przerzucając dłonie przez kolana.
— Wisisz mu hajs, to się nie dziw, że jest wkurwiony — wskazała lekko głową w stronę Kaia, tak na wszelki wypadek, gdyby Ivan miał wątpliwości co do tego, o kim mówiła. Wsłuchała się w tę jego nudną historyjkę, gdy próbował wzbudzić w niej litość. Przysunęła nożyk pod jego brodę, unosząc ją lekko. Zapewne nie było to przyjemne doświadczenie. Ivan już miał ograniczone ruchy, był przygnieciony do ziemi przez Kaia. Spojrzenie Isobel płonęło żywym ogniem. Błękitne, zimne tęczówki, wyglądały, jakby właśnie stawały w płomieniach, nawiedzone przez samego szatana.
— A moja matka popełniła samobójstwo, bo nie wytrzymywała tyranii mojego ojca. Chcemy rozmawiać o tym, kto ma i będzie miał bardziej przejebane? Oddaj mu ten hajs, kretynie. Ja na jego miejscu już bym poderżnęła ci gardło, więc masz szczęście. Może chociaż da ci godzinę na ogarnięcie tego zasranego hajsu. A może pół godziny, hm? — pochyliła się nieznacznie, posyłając mężczyźnie zjadliwy uśmiech. Zaproponowała szczerze ten pomysł, czy właśnie robiła mu nadzieję? Właściwie wszystko zależało od Kaia, bo to jemu podpadł ten człowiek. Cameron dostrzegła okazję, żeby nieco się zabawić. Mężczyzna chyba właśnie zrozumiał, że miał przejebane. Zadrżał, a w kącikach jego oczu dostrzegła łzy.
— Ja… Wszystko zrobię. Tylko dajcie mi trochę czasu. Obiecuje, obiecuje... — skomlał żałośnie, niczym pies potrącony przez samochód.
Isobel cicho westchnęła, napierając metalem nieco mocniej na gardło mężczyzny.
— Słodki jesteś. Jak bardzo kochasz swoją dziewczynę, co? Może dasz mi się raz przelecieć i wtedy się zastanowię, czy oddawać cię w ręce mojego psychopatycznego chłopaka? — przeniosła wzrok na Kaia, który mógł dostrzec czające się w jej spojrzeniu rozbawienie.
Kai Heyward