-
Tell me quietly how the devil got your soul
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Równo o 23:00 czekał grzecznie na Ivana niedaleko opuszczonych kontenerów przy terminalu portowym. Wypalał sobie spokojnie papierosa oparty o ścianę i co rusz zerkał na zegarek. Nie brał pod uwagę niepowodzenia. Ivan już przy ich pierwszym spotkaniu nie wydawał się bystry, a jego ucieczka z kasą Kaia tylko potwierdziła jego przypuszczenia, że to idiota. Dlatego absolutnie nie zdziwiły go kroki, które chwilę później rozbrzmiały w alejce. Nie ruszył się z miejsca, wyglądając całkiem zwyczajnie w czarnych jeansach i tego samego koloru bluzie z kapturem, na pewno nie przypominał kogoś kto za paskiem od spodni miał schowany pistolet. W końcu Ivan pojawił się tuż obok niego. Kai wyrzucił niedopałek papierosa, przydeptując go białym air forcem, co zwróciło uwagę drugiego chłopaka. Jego niebieskie oczy rozszerzyły się w strachu, a ciało napięło się gotowe do ucieczki. Ale niestety Kai był szybszy. Zacisnął smukłe palce na jego koszulce i bez ceregieli rzucił nim o ścianę kontenera, jakby Ivan ważył tyle co piórko.
- Bardzo nie lubię, gdy ktoś nie oddaje mi tego, co pożyczył - Złowrogi syk opuścił jego usta, kiedy przycisnął zdrętwiałe ze strachu ciało Ivana. Chłopak miał może ledwo 20 lat i chyba dopiero wkroczył w ten mroczny świat. Może w innych okolicznościach Kai byłby bardziej wyrozumiały, ale nie lubił złodziei. - A tak się składa, że Ty wisisz mi sporo hajsu. - Uśmiechnął się do niego na tyle ciepło, że Ivan mógł przez chwilę myśleć że na nieprzyjemnej pogawędce się skończy. Jednak dłoń Kaia dość szybko zwinęła się w pięść i zderzyła się z żołądkiem towarzysza, który zakaszlał i zgiął się wpół z dość donośnym jękiem bólu.
- J..ja.. oddam. Oddam wszystko obiecuje. Ale teraz nie mam tych pieniędzy. - Wycharczał ledwo słyszalnie, ale mimo to było słychać błaganie w głosie. Sam nie wiedział co wkurwiało go bardziej. Fakt, że chłopak ochujał go na dwie bańki czy to, że bezczelnie kłamie. Chyba jedno i drugie. Dlatego dość szybko jego pięść znów odnalazła drogę do miejsca między żebrami a nerką Ivana, zderzając się z nim na tyle mocno że chłopak osunął się na ziemię. Schylił się, gotowy przyłożyć mu ponownie, ale coś zatrzymało jego rękę kilka centymetrów przed twarzą Ivana. Głos, który rozpłynął się w nocnej ciszy. Głos, którego wcale nie chciał słyszeć. Jeszcze nie teraz. Zbyt szybko, by zmierzyć się z tym po co tu faktycznie przyjechał. Choć nigdy nie odmawiał zadań, to które sprowadziło go do Toronto zasiało w nim ziarno niepewności. Coś czego nie potrafił nazwać kazało mu odwlekać moment spotkania z tym [i[demonem[/i]. Ale jeśli Mahomet nie chciał przyjść do góry, góra przyszła do Mahometa. Westchnął z irytacją i to nie na słowa, które zawisły w powietrzu, a na fakt osoby która je wypowiedziała. Zdecydowanie chciał opóźnić ich spotkanie i plan, który miał wcielić w życie.
- Widzę że wciąż chujowo idzie ci zmuszanie ich do oddania hajsu - Wyprostował się, górując na zwijającym się z bólu ciałem. I chodź uwagę skupił na kobiecie, jego stopa przycisnęła Ivana do zimnego bruku. Śnieżnobiały airforce, który wyglądał jakby dopiero opuścił sklep obuwniczy wbił się w obolałe żebro, dociskając chłopaka mocno do ziemi.
- Proszę, proszę… - Zagwizdał, uśmiechając się kącikiem ust. - Kogo moje oczy widzą… Nasz wyrzutek. - Cmoknął w powietrzu do ciemnowłosej, która podeszła już na tyle blisko, że bez problemu mógł się jej przyjrzeć. Nie zmieniła się za bardzo od ich ostatniego spotkania parę lat temu, zanim jeszcze wyjechał z Nowego Orleanu. Jakaś część jego wypluła swoiste przekleństwo na myśl, że Isobel sama napatoczyła się na niego. Jeszcze chyba nie do końca przyswoił co powinien zrobić. Lojalność kosztowała więcej niż można się było spodziewać. I chodź zimna stal pistoletu zapiekła jego lędźwie… Postanowił zrzucić to gdzieś w otchłań umysłu. Przyjdzie czas.. Kiedy zdobędzie jej zaufanie. Powoli.
Isobel Cameron
-
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Odcięła się od nowoorleańskiego gangu. Ucięła relacje wiążące ją z tą organizacją, potajemnie liczyła na to, że nie będzie musiała wracać do tego rozdziału. Nie nazwałaby tego uczucia nadzieją — tej została pozbawiona już dawno temu. To było raczej uczucie zmęczenia. Nie chciała już zajmować się porachunkami gangsterskimi. Zależało jej na przede wszystkim na zajęciu się sobą. Oczywiście pamiętała o układach ojca z niejakim Heywardem. Słyszała co nieco o umowie, którą nawiązali za życia starego Camerona. Ale to było dawno. Naturalnie uznała, że umowa przestała obowiązywać po śmierci mężczyzny. Z nieboszczykami ludzie raczej nie wchodzili w układy, Isobel była osobą decyzyjną w tej sprawie. Jako właścicielka antykwariatu miała prawo zrobić z nim to, co chciała. Dlatego weszła w układ z głową Triady. Zabójstwo w zamian za układy, miejsce, w którym można było się zaszyć i suma, która wystarczyła, by Isobel mogła przeżyć kilka miesięcy w Toronto. Antykwariat i jego podziemia, nie interesowały w praktyce nikogo. To miejsce nie przyciągało niczyjej uwagi. Włócząc się wieczorem po ulicach miasta, nie myślała o tym, że przeznaczenie i spotkanie z przeszłością, miało odbyć się tuż za rogiem zniszczonej kamienicy.
Akt brutalności, którego dopuścił się zakapturzony mężczyzna na drugiej osobie, nie wywołał w Isobel żadnego ludzkiego odruchu. Stanęła w pobliżu, opanowana i spokojna. Ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma, oparła się bokiem o zniszczoną ścianę. Przesunęła w grobowym milczeniu spojrzeniem po sylwetkach mężczyzn, skupiając głównie uwagę na napastniku. Zabawne, że doskonale pamiętała posturę Kaia, choć od ich spotkania minęło sporo czasu. Westchnęła cicho, jakby z frustracją, gdy wijący się pod Kaiem facet starał się bezgłośnie prosić o pomoc. Widziała nadzieję w jego oczach — i nie była odpowiednią osobą na to stanowisko. Potraktowała go jak bezdomnego psa, który roznosił pasożyty i choroby. Zignorowała tę prośbę, kręcąc przecząco głową. Odezwała się do Kaia. Rzuciła tekstem, który ją wyprowadziłby z równowagi — Widzę, że wciąż chujowo idzie ci zmuszanie ich do oddania hajsu. Zwróciła na siebie jego uwagę, tak jak chciała. W odpowiedzi na to spojrzenie posłała mu zjadliwy uśmiech.
— Wyrzutek? Odważne słowa, jak na kogoś, kto wciąż robi za sukę na posyłki. Nauczyli cię już szczekać na komendę, czy się przed tym opierasz? — zapytała, rzucając w stronę blondyna niewerbalne wyzwanie. Może i była wyrzutkiem, ale dzięki temu uwolniła się ze szponów gangu. Mogła decydować sama o sobie. Minusem tej sytuacji było to, że teraz musiała radzić sobie całkowicie sama. Nie było za nią Jaya, poręczyciela, ani wujka, który przygarnął ją pod swoją opiekę, gdy zamordowano jej ojca. Ceną są wolnośći, była samotność. Zamierzała spłacić ją co do dolara.
-
Tell me quietly how the devil got your soul
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kai nigdy nie kwestionował tego, że był zły. Demony osaczyły go dawno temu, nie pozwalając mu być innym. Jedynym światłem dla jego mroku była matka, która niestety zmarła nim na dobre mogła zasiać w nim to ziarno. Łatwiej jest być złym. Pustym i bezuczuciowym. Świat nie jest sprawiedliwy, zadaje ciosy częściej niż się spodziewamy a ludzie, nawet jeśli mamy ich za przyjaciół w końcu stają się wrogami. W przyrodzie możesz być albo drapieżnikiem, albo ofiarą. Kai wolał być drapieżnikiem. Łatwiej było znosić życie, kiedy nie oczekiwało się od siebie bycia tym kim ludzie chcą żebyś był.. Żebyś robił to czego chcą i co jest normalne. Żyło się prościej bez wyrzutów sumienia, bez zastananawia się godzinami nad decyzjami jakie się podjęło. Tak żyło się łatwiej. Nawet jeśli w praktyce byłeś ucieleśnieniem diabelskiej istoty przedstawianej w mitach i legendach.
Byli z Isobel do siebie bardzo podobni. Wychowali w cieniu zasady walcz lub giń. Oboje nie mieli wyboru, bo podświadomie zostali zaprogramowani jak maszyny do zabijania. Do wyrównywania rachunków. Nie wiedzieli jak żyć inaczej. Nie znali domu bez pistoletów, nocy bez spływającej po panelach szkarłatnej krwi. Wychowali ich na podobnych do siebie, a może nawet i gorszych? Pozbawili ludzkich odruchów, wierząc że robią im przysługę. W paskudnym świecie, dobrzy ludzie nie mieli szans. Heywardowie zawsze mieli trochę więcej do powiedzenia. Zawsze byli wyżej i choć oficjalnie nie byli w żadnym gangu, kierowali wieloma grupami. Byli wyżej, bo nie bali się tych których się bano. Ojciec Kaia nawiązywał interesy z tymi, z którymi nikt inny nie potrafił, a syn zyskał szacunek razem z nim. Bo przecież byli tacy podobni…. Dlatego nigdy nie miał zbyt wielkich wyrzeczeń przez gang. Nic więc dziwnego, że nie padło nawet słowo sprzeciwu gdy po skończeniu studiów po prostu wyjechał i żył życiem, bogatego dupka. Pił drogie drinki w europejskich barach, opalał się na jachtach w towarzystwie pięknych kobiet i przez krótką chwilę był normalny. Ale gdy ojciec dawał mu zadanie, wykonywał je bez zająknięcia. Bo Paul Heyward był jedyną osobą, przed którą Kai czuł respekt. Wcale nie uśmiechało mu się spędzać kilku tygodni w Toronto, ale wiedział, że choć zadanie dane przez ojca będzie go kosztować więcej wysiłku.. Musi je wykonać. Chciał jednak nacieszyć się spokojem ile mógł. Ojciec nie dał mu czasu. Miał tylko wykonać zadanie. A łatwiej zabijało się ludzi, z którymi nie łączyła Cię jakaś historia.
- Pomyliło Ci się księżniczko. To suki szczekają na moją komendę. - Puścił do niej oczko, odpowiadając pewnym głosem. Isobel miała charakter, który sprawiał że ją lubił. Nie była prosta i zbyt oczywista. Była wyszczekana, odważna i nie robiła z siebie słodko pierdzącej dziewczynki, którą ktoś musi się zaopiekować. Potrafiła zadbać sama o siebie, a to było dużo. Może dlatego dość szybko się dogadali. - Co robisz w Toronto? - Skłamał gładko, jakby wcale nie wiedział że tu była. Gdy wyjeżdżał z Nowego Orleanu parę lat temu, cały syf jeszcze nie zdążył się wylać. - I co robisz w takim miejscu, o tej porze? - Dodał po chwili, wskazując ręką na otaczające ich kontenery. Idealne miejsce by dostać w pysk. Tak jak Ivan. W tej chwili przypomniał sobie o chłopaku pod jego podeszwą i zerknął na niego, akurat w momencie gdy ten zdołał wyciągnąć telefon z kieszeni. Ciężkie westchnięcie opuściło usta Kaia, kiedy schylił się i niezbyt delikatnie wyrwał mu komórkę z dłoni, a następnie roztrzaskał ją o chodnik.
- Proszę… Proszę powiedz mu, żeby mnie puścił. - Ivan zwrócił się w błagającym geście do ciemnowłosej, co spotkało się z prychnięciem Kaia. Ze wszystkich ludzi jacy mogli się tu pojawić, Cameron była ostatnią osobą która mogła go uratować. - Oddam wszystko. Oddam, obiecuję. Tylko mnie zostaw. Pozwól mi wrócić do domu. Moja dziewczyna… Ona jest w ciąży… - Ciężko wypowiadał słowa, zapewne przez połamane żebro, albo żebra… Spojrzał z nadzieją na Kaia, który westchnął męczeńsko na wzmiankę o ciąży. A potem spojrzał na Iso. Była kobietą i Ivan liczył, że to jakoś zadziała by chociaż zadzwoniła na policję. Albo pogotowie.. Albo jedno i drugie, bo kimkolwiek był Kai… Był potworem
Isobel Cameron
-
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Brutalne opisy; przemoc; znęcanie się; groźby; zaburzenia; wspomnienie o morderstwie; wulgaryzmy i same nieprzyzwoitości.
Więź łącząca ją z Kaiem zniknęła wraz z jego wyjazdem. Obydwoje byli tak samo źli i zniszczeni przez swoich twórców, którzy spierdolili już na samym początku, powołując ich na ten spieprzony świat. Bo jak miała inaczej go określić? To wszystko było chore. Zniszczone. Przejebane do takiego stopnia, że nieraz załamywała ręce i poddawała się temu uczuciu całkowitej porażki, odcinając się od wszystkiego, co znała. Od ludzi. Od dźwięków dochodzących zza okna. Od huku dochodzącego do jej uszu, gdy ojciec pociągał za spust w taki sposób, że kula przelatywała na wylot przez ludzką tkankę, zostawiając po sobie rozmazane, krwiste smugi na ścianie. Widywała takie rzeczy. Nie powinna była, ale widziała. Przemoc ją ukształtowała. Przemoc była jej osobistym koszmarem. Prywatnym katem, oprawcą, życiem, śmiercią, szczęściem i zgubą. Właściwie przemoc była wszystkim, co znała i, co było jej bliskie. Akty agresji, rozładowywanie emocji, maltretowanie ludzi, którzy chcieli po prostu przetrwać w tym świecie. Cameron również to robiła. I żeby przetrwać, potrafiła posunąć się do najgorszych czynów. Bo tak naprawdę, Isobel Cameron była zniszczona. Już dawno przestała być człowiekiem. Zaburzenia psychiczne, kartoteka policyjna, bezwstydność… Nie miała żadnych oporów, co było przerażające i być może fascynujące zarazem. Tak naprawdę była tak rozpierdolona psychicznie, że gdyby mogła dostać kulkę w łeb, zostałaby z niej miazga i tona dziwnej masy będącej metaforą ciężaru, z którym musiała mierzyć się na co dzień. Wychodziła z założenia, że nikogo nie potrzebowała. Że świetnie radziła sobie sama, tak jak zawsze. Że skoro nie strzeliła sobie w łeb i nie podcięła cholernych żył, to znaczy, że nie było jeszcze aż tak źle. W towarzystwie odpowiednich osób potrafiła sprawiać wrażenie stabilnej… Ale w towarzystwie kogoś, kto był tak samo rozjebany jak ona…
Tworzyli z Kaiem niebezpieczny duet oparty na wzajemnym podjudzaniu się, chorych fantazjach, intensywnych kłótniach i tej świadomości, że mimo tego całego chaosu, rozumieli się bez słów i mieli tylko siebie. Odcięcie się od tego mężczyzny było doskonałym pomysłem, a jego wyjazd, tym, co jakoś ją podratowało. Gdy przebywali w swoim towarzystwie, spuszczali ze smyczy swoje demony i pozwalali im błądzić między ludźmi. To była toksyczna relacja polegająca na braku jakichkolwiek zahamowań. Żadnych słabości. Żadnych wyrzutów. Nienawidziła go za to, co z nią robił, ani za to, co działo się między nimi, gdy zostawali w swoim towarzystwie. Siebie też nienawidziła. Być może dlatego, bo kiedyś, te kilka lat temu, czuła się przy nim całkowicie wolna i nie musiała kryć się ze swoimi żądzami za maską złudnej przyzwoitości. Mogła być najgorsza. On także. Wzajemnie wyciągali z siebie swoje najgorsze strony, wywoływali pożar, który groził unicestwieniem. Nie wiedziała, co działo się z nim po wyjeździe. Nigdy nie wpadła na to, żeby do niego napisać, czy jakkolwiek się odezwać. Złożyła mu tylko jedną obietnicę: że zamieni jego życie w piekło. Zrobiłaby to, oczywiście, gdyby nie to, że ich kontakt całkowicie zanikł. Ostatnim wspomnieniem związanym z Kaiem był brutalny seks i obietnica, której nie zdążyła dotrzymać. Kai Heyward zniknął z jej życia i stał się trupem. Dowodem na to, że żywy człowiek potrafił być tak samo martwy, jak ciało pogrzebane na cmentarzu. Świat naprawdę jej nienawidził — albo uwielbiał — skoro postanowił z niej zakpić, wskrzeszając tego człowieka. Tutaj. W Toronto. W miejscu, w którym miała zacząć nowe życie.
Najwidoczniej Diabeł zatęsknił za swoją piekielną księżniczką.
— Masz dwadzieścia pięć lat. Już dawno powinieneś się nauczyć, że nie każdą da się wytresować — zakpiła, prychając przy tym niczym rozjuszony kot. Uniosła pytająco brew, słysząc zestaw zadanych przez niego pytań. Obserwowała go przez chwilę, zadając mu w ten sposób nieme pytanie: czy ty z chuja spadłeś? Nie zamierzała mu się z niczego spowiadać. Właściwie to, co tutaj robiła, nie było jego zasranym interesem i chyba powinna mu o tym przypomnieć, bo pozwalał sobie na zbyt dużo. I należało to ukrócić.
— Chuj ci do tego — odparła iście uprzejmie, wymijając go z dumnie uniesioną głową, jakby właśnie przechadzała się po cholernym placu zamkowym, a nie zaśmieconej, zaciemnionej ulicy, która rządziła się własnymi prawami. Słysząc błaganie mężczyzny, który leżał pod butem blondyna, prychnęła z rozbawieniem. Przykucnęła obok niego, wyciągając składany nożyk z tylnej kieszeni przetartych bojówek. Poklepała mężczyznę po policzku, z początku otwartą dłonią, następnie przysiadła tuż obok niego, w lekko chłopięcym rozkroku, przerzucając dłonie przez kolana.
— Wisisz mu hajs, to się nie dziw, że jest wkurwiony — wskazała lekko głową w stronę Kaia, tak na wszelki wypadek, gdyby Ivan miał wątpliwości co do tego, o kim mówiła. Wsłuchała się w tę jego nudną historyjkę, gdy próbował wzbudzić w niej litość. Przysunęła nożyk pod jego brodę, unosząc ją lekko. Zapewne nie było to przyjemne doświadczenie. Ivan już miał ograniczone ruchy, był przygnieciony do ziemi przez Kaia. Spojrzenie Isobel płonęło żywym ogniem. Błękitne, zimne tęczówki, wyglądały, jakby właśnie stawały w płomieniach, nawiedzone przez samego szatana.
— A moja matka popełniła samobójstwo, bo nie wytrzymywała tyranii mojego ojca. Chcemy rozmawiać o tym, kto ma i będzie miał bardziej przejebane? Oddaj mu ten hajs, kretynie. Ja na jego miejscu już bym poderżnęła ci gardło, więc masz szczęście. Może chociaż da ci godzinę na ogarnięcie tego zasranego hajsu. A może pół godziny, hm? — pochyliła się nieznacznie, posyłając mężczyźnie zjadliwy uśmiech. Zaproponowała szczerze ten pomysł, czy właśnie robiła mu nadzieję? Właściwie wszystko zależało od Kaia, bo to jemu podpadł ten człowiek. Cameron dostrzegła okazję, żeby nieco się zabawić. Mężczyzna chyba właśnie zrozumiał, że miał przejebane. Zadrżał, a w kącikach jego oczu dostrzegła łzy.
— Ja… Wszystko zrobię. Tylko dajcie mi trochę czasu. Obiecuje, obiecuje... — skomlał żałośnie, niczym pies potrącony przez samochód.
Isobel cicho westchnęła, napierając metalem nieco mocniej na gardło mężczyzny.
— Słodki jesteś. Jak bardzo kochasz swoją dziewczynę, co? Może dasz mi się raz przelecieć i wtedy się zastanowię, czy oddawać cię w ręce mojego psychopatycznego chłopaka? — przeniosła wzrok na Kaia, który mógł dostrzec czające się w jej spojrzeniu rozbawienie.
-
Tell me quietly how the devil got your soul
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy wyjechał, pogrzebał w myślach Isobel Cameron. Próbował choć na krótki czas uwolnić się od przywileju bycia synem Heywarda - gangstera i korzystał z bycia synem bogacza. Latał po świecie, imprezował, pił drinki i uprawiał seks jakby jutra miało nie być. Ale niestety ojciec zbyt szybko upomniał się o niego… I to w sposób, który cholernie go irytował…
Całe życie uważał, że nie miał sumienia. Że jego kręgosłup moralny został połamany przez ojca już dawno temu. A jednak zlecenie na Isobel w dziwny sposób skurczyło jego żołądek. Nie był pewny, czy będzie w stanie pociągnąć za spust. Kiedy kogoś sprzątał, zwykle go dobrze nie znał. Z Iso było inaczej.. Znał ją lepiej niż chciał. Znał jej mroczne myśli. Wiedział jakich perfum używa i jak brzmi jej oddech gdy dochodzi w jego ramionach. Znał jej słabości, a ona znała jego. A to utrudniało zadanie. Łatwiej było zabić kogoś, do kogo nie miało się żadnych uczuć. Z kim nie miało się żadnej historii.
Miała rację. Jej nie dało się wytresować. Była zbyt dzika by zapanować nad demonami. I to go kręciło. Tak samo jak sposób w jaki się poruszała. Niechętnie ale musiał przyznać, że mimo upływu lat… Cameron wciąż go cholernie pociągała.
Obserwował jak podchodzi do nich i kuca przy Ivanie, który był wyraźnie przerażony. Chyba jeszcze bardziej niż przed kilkoma chwilami. Nie dziwił mu się, dziewczyna potrafiła być przerażająca. Kai obserwował ją w ciszy, czując jak krew w jego zaczyna szybciej płynąć widząc jak samym swoim jestestwem wywołuje strach w leżącym pod jego butem chłoptasiu. Każda jego komórka budziła się do życia i sam był na siebie wściekły, że ciało tak reaguje na jej widok.
- Widzisz, cały problem leży w tym, że Ivan mnie brzydko okantował. Zwinął moją forsę i uciekł, myśląc że go nie znajdę…. Więc mogę mu dać co najwyżej porządną nauczkę, zanim CAŁA kwota wróci na moje konto. - Mruknął luźno, odpowiadając na wzmiankę o godzinie albo pół. Najpierw musiał być pewny, że nie będzie musiał tego idioty znowu szukać. Prawda była taka, że wcale nie chodziło o kasę. Kai miał jej jak lodu i bańka w tą czy w tą nie robiła mu dużej różnicy. Ale lubił budzić strach. Lubił gdy się go bali… A przy okazji nie lubił złodziei.
- Zrobię wszystko… Tylko mnie nie zabijacie.. - Jego błagalne jęczenie zaczynało działać mu na nerwy, a z drugiej strony zaintrygowało go to że był gotowy na przygodny seks w zamian za życie… Zaraz jednak na myśl, że miałby położyć swoje łapy na ciele Cameron wprawiła go w niewytłumaczalny dyskomfort. Ale nie dał tego po sobie poznać. - Jak mnie zabijecie to nie odzyskasz kasy… - Pewniejszy głos Ivana przedarł się do niego, przez sprośne myśli jakie tworzyły się w jego głowie. Zwęził lekko oczy, dochodząc do wniosku że musi przypomnieć chłoptasiowi w jakiej sytuacji się znajduję. Przerzucił nogę przez jego ciało, górując nad nim i zacisnął pięści na jego koszulce podnosząc go bez trudu i mocno przygważdżając do ściany kontenera.
- A może powinniśmy zawitać do twojej dziewczyny? - Syknął, a jego lodowaty głos wywoływał ciarki na kręgosłupie. - Najpierw na Twoich oczach przelecę ją tak, że przez tydzień nie będzie się mogła podnieść. A potem pozwolę mojej kobiecie zrobić z wami co tylko będzie chciała… - Obrzydliwy uśmiech wpłynął na jego przystojną twarz, a z tej Ivana odpłynęły wszystkie kolory… - A tak się składa… Że to prawdziwy demon.. - Wyszeptał, zerkając na Isobel. A w jego spojrzeniu czaił się ogień… Wspólne akcje zawsze go jarały… Seks po nich był nie do opisania… I jakaś jego część chciała sprawdzić… czy to się nie zmieniło….
Isobel Cameron
-
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ironią było to, że choć potrafili doprowadzić siebie nawzajem do kompletnej ruiny i mogli spalić cały świat bez kiwnięcia palcem, stojąc obok siebie jak nomadzi wygnani ze swojego terytorium, przez wiele lat byli dla siebie oparciem. Większość ludzi określiłoby wiążącą ich relację, jako bliską, ale prawdziwą bliskość osiągali tylko wtedy, gdy rozbudzała ją cielesność. Emocjonalnie tworzyli toksyczną relację, opartą na ciągłych przepychankach i przekraczaniu granic, których normalny człowiek by nie przekroczył. Podniecała ich przede wszystkim adrenalina. Isobel karmiła się czyimś strachem — uważała, że oczy osoby przerażonej błyszczały dużo piękniej. Łzom na ogół przypisywało negatywne znaczenie, jakby świadomie wypierało się z myśli to, że niektórzy płakali również ze szczęścia. Strach miał w sobie intrygującego, podniecającego — wywlekał na wierzch ukryte obawy i właśnie te lęki podkreślały kolor, nadając temu sarniemu spojrzeniu głębi. Cameron lubiła intensywne doznania, silne emocje. Satysfakcjonowało ją niszczenie życia drugiej osobie. Często sięgała po przemoc fizyczną, ale za prawdziwą broń uważała psychiczną. Słowa potrafiły dotkliwie zranić, nie mniej niż nóż wbity pod żebra. Z taką różnicą, że nóż wbijał się gładko w skórę i odpowiednio naostrzony, rozcinał warstwa po warstwie, odsłaniając to, co ludzie chcieli intuicyjnie chronić — wrażliwe organy. Nóż oznaczał krew. Dużo krwi. Powolne wykańczanie ciała. Słowa… One raniły powoli, wżerały się w podświadomość, rujnując silną wolę i pozbawiając nadziei. Uważała to za piękny akt powolnej anihilacji. Często powoływała się na bliskie komuś osoby. Przywiązanie jest ograniczeniem samego siebie, ta reguła rządziła światem od niezliczonej ilości lat. Ludzki gatunek miał masochizm zakodowany w DNA. Nawet najwytrwalsza osoba w pewnym momencie życia spotykała kogoś, na kim mimowolnie zaczynało jej zależeć. Isobel przekonała się o tym na własnej skórze, gdy w jej życiu pojawił się Kai i został na dłużej. Rzadko przywiązywała się na tyle, by okazywać zazdrość. To był tylko jeden jedyny raz. O jeden raz za dużo, ale gdyby mogła cofnąć czas, ponownie weszłaby do tej samej rzeki, bo ta nienawiść, którą zaczęła żywić do Kaia, była efektem ubocznym chorej miłości, którą go darzyła.
Chociaż, czy to na pewno była miłość?
Nie potrafiła powiedzieć, co naprawdę ich łączyło. Nie uważała, by wszyscy byli zdolni do prawdziwej miłości, lecz prawda była nieco inna. Nawet najgorsi, pozbawieni serca ludzie na swój sposób potrafią kochać. Nawet jeśli tylko przez chwilę i nawet jeśli ich miłość jest chora — Cameron tego nie dostrzegała.
Słuchała słów Kaia, marszcząc brwi i wykrzywiając twarz w pełnym dezaprobacie grymasie. Kącik ust dziewczyny drgnął w ledwie dostrzegalnym wyrazie pogardy, a jej wzrok, który spoczął na Ivanie, można było porównać do lodowatej surowości. Wypowiadanymi słowami wydał na siebie wyrok, a Isobel nie była na tyle sprawiedliwa, by wziąć jego stronę. Być może był w pewnym sensie pokrzywdzony, ale tylko idiota wierzył, że uda mu się przechytrzyć Diabła. Gdyby Ivan trafił na byle jakiego żółtodzioba, miałby szansę na wygraną w tej potyczce. Niestety podpadł Kaiowi. Z tego grzechu musiał rozliczyć się sam. Liczenie na czyjąkolwiek łaskę było cholernym błędem. Westchnęła z udawaną troską, cmokając przy tym z rozczarowaniem, gdy Heyward podzielił się swoją wersją wydarzeń.
— Masz przejebane, wiesz? W tym świecie gardzimy złodziejami, idiotami też. Jesteś idealnym przykładem, że złodzieje mogą być idiotami. Zagrajmy w orzeł i reszka — zabrała ostrze od szyi chłopaka, pozwalając mu na złapanie oddechu.
Chciał zaprzeczyć, jakoś zareagować i najwidoczniej przejąć kontrolę, ale… Był w tym naprawdę beznadziejny. W tym czasie, gdy Isobel podrzucała ostrze do góry, łapiąc je ponownie w dłoń, Ivan zaczął mówić coś o tym, że jeśli go zabiją, to nie odzyskają pieniędzy. Przygodny seks nieco ją rozbawił; bo choć propozycja wyszła od niej, nie pozwoliłaby obmacywać się takiemu idiocie. Jawnie robiła sobie żarty. Jedynym facetem, który wzbudzał jej zainteresowanie, był Kai. Z tej dwójki to jasnowłosy pociągał ją dużo bardziej: jego pewność siebie, śmiałość, skłonność do przemocy i to, że zamiast pieprzyć, po prostu przechodził do czynów. Cameron lubiła ludzi, którzy robili swoje, zamiast strzępić język.
Rozwój sytuacji oglądała w ciszy. Przyglądała się Kaiowi, który zgarnął typa za fraki, pokazując mu, kto w tym momencie miał przewagę. Czuła się jak widz oglądający całkiem niezły spektakl — chociaż nigdy nie przepadała za teatrem. To było przedstawienie o niesamowitej ludzkiej hipokryzji i całkowitym upodleniu w celach wyższych. Bohaterem tragicznym tej historii był pieprzony Ivan, Kai natomiast odgrywał rolę głównego antagonisty i wyglądał przy tym cholernie pociągająco. Przesunęła spojrzeniem po jego rękach; aż żałowała, że miał na sobie bluzę, bo w tym momencie najchętniej przyjrzałaby się jego wyrzeźbionym przedramionom. Musiała skupić wzrok na profilu jego twarzy. Dostrzegała tę demoniczną wściekłość w oczach i naprawdę, wiele by dała, by to na nią w tym momencie spojrzał. Chętnie zamieniłaby się miejscami z Ivanem i pozwoliłaby Kaiowi docisnąć się do ściany z taką siłą, że zostawiłby siniaki na jej skórze. Zerknęłaby na niego wyzywająco, podsyciła ogień i zadbałaby o to, żeby całkowicie stracił nad sobą kontrolę.
Zrobiło jej się cholernie ciepło na tę myśl. Zdecydowanie mogłaby się oddać w jego ręce.
Zamiast tego podniosła się z miejsca, zatrzymując się tuż obok Ivana. Posłała mu drwiący uśmiech, gdy Kai wspomniał o pieprzeniu jego dziewczyny. Nieszczególnie podobała jej się ta wizja, ale w tym momencie musieli odegrać perfekcyjnie swoje role. Zacisnęła dłoń na włosach Ivana, odchylając mocno jego głowę w taki sposób, by uderzył potylicą o ścianę. Uchwyt jej palców nie był ani trochę delikatny. Zapewne poczuł to mocne szarpnięcie, bo dostrzegła przecinający jego twarz grymas bólu. Ona natomiast poczuła pod paznokciami jego skórę i przechyliła głowę nieco w bok, wpatrując się w niego z niepokojącym błyskiem w oczach. Granica między wściekłością a przyjemnością z obserwowania jego cierpienia zaczęła się zacierać. Spojrzenie chłopaka wyrażało szczere przerażenie. Wyglądał jak przestraszone zwierzę rezygnujące z walki o życie. Brzmiał żałośnie, gdy błagalnym tonem powtarzał proszę, tylko nie moja dziewczyna… nie moje dziecko. A Isobel zbierało się na mdłości.
Cofnęła się, zatrzymując za plecami Kaia, do których przylgnęła niczym cień. Dłonie dziewczyny, które jeszcze chwilę temu zaciskały się na włosach Ivana, wsunęły się pod bluzę i bluzkę blondyna. Sunąc paznokciami wzdłuż napiętych mięśni brzucha i jego dolnych partii, wspięła się na czubki palców, nachylając w stronę ucha Heywarda.
— Może niech zadzwoni po swoją dziewczynę…? Popatrzę razem z nim, jak będziesz się z nią pieprzył. I zrobię to z przyjemnością — przechyliła głowę tak, by jej słowa były przeznaczone wyłącznie dla niego, zahaczając ustami o odsłonięty fragment jego szyi. Była szczerze zafascynowana sposobem, w jaki Kai postępował z Ivanem i miała ochotę mocniej go sprowokować. Nie spuszczała przy tym wzroku z Ivana. Obserwowała go z wyrachowaniem, dbając o to, by przyjrzał się jej ustom, gdy wymawiała wyraźnie każde słowo. Zapewne dostrzegł też dłonie dziewczyny błądzące niebezpiecznie po ciele Kaia. O to również zadbała.
— Wy... wy jesteście pojebani — wyrwało się Ivanowi ochrypłym, łamiącym się głosem. Oczy miał szeroko otwarte, a oddech urywany. Każde kolejne zaczerpnięcie powietrza sprawiało mu ból. Nerwowo spróbował potrząsnąć głową, choć zaraz się skrzywił. — To... to chore. Błagam, zostawcie ich. Nie każcie mi dzwonić.