-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To był cholernie ciężki dzień. Są tacy klienci, którym nie możesz odmówić. Musisz wstać, ruszyć się z miejsca, choćby skały srały i prezentować się odpowiednio. Charlotte nienawidziła rozmawiać z Perrezem, ale on zawsze gadał to samo. Jesteś najlepsza, z nikim innym nie będę współpracował. Przy każdym spotkaniu robił do niej maślane oczka. Nigdy nie uszło to jej uwadze. Dotykał ją po ramieniu, a choć próbowała go strofować, to nic nie dawało. Stary spróchniały typ, którego serdecznie miała dosyć. Tylko był jeden bardzo ważny szczegół. Dobrze płacił. Musiała stawić się na jego rozprawie, uśmiechać się, ale po przerwie... wyczuła intensywną woń tytoniu i tak po prostu puściła bełta na środku sali. Przerwa w rozprawie. Sędzia mruknął jej tylko, by ogarnęła się. Czy to właśnie był zwiastun z niebios, że czas zakończyć ciążę?
Musiała trzasnąć drzwiami. Cała spięta weszła do mieszkania. W pierwszej chwili miała ochotę się rozpłakać, w drugiej coś zniszczyć, a w trzeciej... pojawił się William. Wypuściła głośno powietrze z nosa, kręcąc na niego głową. Czemu musiał traktować jej mieszkanie, jak własną spelunę? Kim dla siebie byli? Rodzicami nienarodzonego dziecka. To też ją wkurzyło.
— Cześć Lotte, miło Ciebie widzieć. Czy mógłbym wejść? — westchnęła głośno, wręcz pokazowo, strzelając przy tym oczyma — tak powinieneś zacząć — i w jednej chwili miała ochotę go wyrzucić z mieszkania. Po co mu takie informacje? Przecież była wolną kobietą, mogła robić to, co żywnie się jej podobało — W sądzie — mruknęła finalnie, siadając na fotelu — zwymiotowałam na sali. Typ jebał szlugami, a ja nie mogłam znieść tego smrodu — to co się w niej rozwijało, przekreślało jej karierę. Aż sama miała ochotę sobą wstrząsnąć, nawrzucać sobie, bo ile mogła to ciągnąć? Jej miejsce znajdowało się na sali rozpraw — nawet nie wiesz, jak brakuje mi zjarania fajki — albo zimnego piwa, kolorowego drinka, zapachu jaranego blanta — a kurwa rzygam, gdy je wyczuję — ostatnio to nawet nie mogła sama nic posprzątać, bo zawartość żołądka dawała o sobie głośno znać.
— Naprawdę Cię to obchodzi? — samą siebie aż chciała walnąć. Finalnie sam oto spytał — zmęczona... i głodna — standard. Własne organizm starał się ją zdradzić. Powoli samej siebie miała dosyć. Chociaż bardziej potrzebowała czyjejś opieki.
— A mógłbyś? — już same brzdęki wprawiały ją w iście senny nastrój. Chwila gdzie mogłaby przymknąć oczy i zapomnieć okazałaby się dla niej zbawienna — dostałam leki przeciwwymiotne... — więc jeść już mogła, ale nie oto jej chodziło — chciałabym... — uniosła wzrok z delikatnym wstydem i bólem w oczach — nie myśleć o ciąży — odciąć się od tego kompletnie. Jednym, mocnym cięciem, by móc raz a dobrze zapomnieć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski