41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Niespecjalnie dałaś się poznać do tej pory... - odpowiedział odruchowo, gdzieś połową myśli tkwiąc w tym, co powiedziała.
Czy zdążył sobie stworzyć jakiś obraz na jej temat? Myślał, że nie, ale może... Może zadzwonił właśnie po to, żeby sprawdzić, kim jest?
- Ludzie, którzy rozczarowują, zazwyczaj nie walczą o innych. - dodał ściszonym głosem, po czym podniósł się ze swojego fotela, czując, że zmiana sytuacji pozwoli mu wyrwać się z zaułka, do którego dał się zapędzić.
Odsłonięcie zawsze powoduje, że jesteś wrażliwy na ataki. Nawet jeśli takie ataki nie istnieją. Ale jej dalsze słowa go rozbawiły. Śmiech rozładował delikatną frustrację pytaniami, na które nie znał odpowiedzi. Przynajmniej na razie. A może właśnie znał, tylko nie chciał się do tego przyznać.
- Na razie zadaję sobie pytanie, czy to już ten moment, czy jeszcze wytrzymam. - odpowiedział szczerze, czując lekki przestrach w sercu.
Nikt nie wiedział, że to tak poważne. Lekarz w szpitalu wiedział, że jest poważnie, ale nie że bierze też recepty od lekarza w klubie, który znał historię i wiedział, że ulga dawała mu możliwość pracy i... walki o tytuł...
I cieszę się.
- No to już wiem, po co zadzwoniłem...
Spojrzał na swoje dłonie, w których była otwarta fiolka i tabletka, która wypadła z niej.
- Dzięki, Iris... Spokojnej nocy.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Fair. Nie dała. Ale czy próbował? Kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, bo prawda była taka, że mogli się przerzucać tymi piłeczkami w nieskończoność. Bo nie dało się zaprzeczyć, że nie był to typowy początek jakiejkolwiek znajomości. Nie był też szczególnie dobry. Dlatego oczywiście, że dziwiło ją, że w ogóle teraz rozmawiali. Ale rozmawiali i w standardach Iris nie było nawet tak źle jak być mogło. Szczególnie gdy usłyszała jego śmiech. Był to jednak tylko moment, bo zaraz powiedział coś, przez co Valentine naturalnie spoważniała. Czy to już ten moment? Czy jeszcze wytrzyma? Serce zabiło jej mocniej, gdy usłyszała jego pożegnanie.
- Czekaj, Robbie… – rzuciła zanim zdążył się rozłączyć. Walnęła się przy tym kilkukrotnie otwartą dłonią w czoło, bo dlaczego to robiła? Dlaczego ją to w ogóle interesowało? To nie była jej sprawa… nie miała żadnych praw i kompetencji, żeby się w to wtrącać, ale mimo wszystko nie mogła się ugryźć w język. Sumienie jej nie pozwalało – Wytrzymasz. – zapewniła – Porozmawiajmy. – dlaczego to sobie robiła? Dlaczego to jemu robiła? Dlaczego w ogóle to robiła?! Nie potrafiła znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi, ale skoro już powiedziała A to należało powiedzieć też i B. Też ona musiała wymyślić temat skoro to ona próbowała przeciągnąć tą rozmowę, bo uroiło jej się w głowie, że w ten sposób nie sięgnie po leki – chociaż to było naiwne i pewnie w innych okolicznościach sama wyśmiałaby się za tą naiwność – Prawda, że nie dałam się poznać… skoro już zadzwoniłeś i oboje wiemy, że nie chodziło o drużynę, to się poznamy. Pytanie za pytanie. Wiesz jak w tych gówniarskich grach… co prawda tam jest jeszcze alkohol i wyzwania, ale nie jesteśmy już gówniarzami, więc przejdziemy do tego, co najważniejsze. – gadała zaskakująco swobodnie jak na to, że po prostu przeciągała! – Czyń honory. - wystawiała się i zupełnie nie wiedziała czego się spodziewać, ale postanowiła zaryzykować. Zresztą nawet nie miała pewności, czy będzie chciał w to iść... równie dobrze mógł wrócić do swojego dobranoc i się rozłączyć.


Robbie Cole
41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Robbie wrzucał właśnie tabletkę z powrotem do fiolki, kiedy usłyszał nerwowe próby zatrzymania go przez telefon. Tak, jeszcze chwilę temu sam złapał się na tym, że chciał wziąć tabletkę odruchowo. Nie dlatego, że potrzebował uśmierzyć ból. Tylko dlatego, że tak miał w zwyczaju.
- Iris... - jej imię w jego ustach wybrzmiało bardzo ciepło, niemalże z rozczuleniem.
To nie tak, że siedzę ze strzykawką w ręku.
- Spokojnie... To nie jest Twoja rola, żeby o mnie walczyć. - powiedział po chwili zawahania. - Zauważyłem, że biorę leki odruchowo, jak miętówki. Chodziło mi o to, że każda godzina to ta myśl, czy jeszcze dam radę, czy chcę już poczuć ulgę.
Westchnął ciężko, próbując pozbyć się dyskomfortu, który ta rozmowa zaczęła w nim wywoływać. Ramię odezwało się silniejszym bólem, który wywołał skrzywienie na jego twarzy.
- Alkohol i wyzwania, mówisz? - zabrzmiało trochę inaczej. Nie zapanował nad falą bólu. - Znałem kiedyś gościa, który tak przechodził terapię...
Krótko parsknął śmiechem.
- Wiesz, że nie piję alkoholu? Nigdy jakoś mi nie służył... Wiesz, sport i tak dalej. Ale po kontuzji i lekach... Hmmm...
Nie pił już siedemnaście lat... I chyba nikt nie zauważył tego, że nawet w sytuacjach społecznych ma w ręku lemoniadę albo wodę.
Czyń honory.
W słuchawce znowu zapadła cisza, w której tylko delikatnie słychać było ich oddechy. Nie powinien tego robić. Ale jedno pytanie nie zaszkodzi...
- Jak miał na imię Twój wyimaginowany przyjaciel z dzieciństwa? - zapytał z głupia frant, chyba chcąc całkowicie zmienić temat.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie była jej rola, żeby o niego walczyć. Wiedziała to. Zdawała sobie z tego sprawę, a jednocześnie coś ją ku temu popchnęło. Nie potrafiła powiedzieć co to było, ale coś niewątpliwie tak. Już sam fakt, że zaczepiła go pod szpitalem, teraz to już były tylko konsekwencje tamtego popołudnia… i poczuła dziwną satysfakcję, gdy porównał swoje branie tabletek do miętówek. Czy to nie pierwszy krok w dobrą stronę? Czy nie od tego zaczyna się każda porządna terapia?
Tylko ty nie jesteś terapeutką, Valentine.
Skarciła się w myślach, a nie w myślach parę razy uderzyła otwartą dłonią w czoło starając się przywołać do porządku. Nie powinna była tego robić, nie powinna była ciągnąć tej rozmowy, nie powinno ją to wszystko interesować… a mimo wszystko czekała na zadane przez niego pytanie.
I aż parsknęła.
- Nie miałam. Mam trzy siostry, więc nie miałam przestrzeni na samotność i wyimaginowanego przyjaciela, który pomagałby mi ją przetrwać. – przyznała, uśmiechając się pod nosem. Pominęła też to, że być może była też zgorzkniała od dzieciństwa, widziała zbyt dużo gównianych sytuacji, musiała zbyt szybko dorosnąć i z tego powodu uważała też takie rzeczy za głupoty – I jeśli to naprawdę było pytanie, którym chciałeś mnie poznać to… chyba jestem rozczarowana, Robbie. – rzuciła, ale nie trzeba było się szczególnie wysilić, żeby usłyszeć w jej głosie rozbawienie, więc nie powinien brać jej rozczarowania na szczególnie poważnie – Przemyśl to jeszcze. Mam nadzieję, że jeśli jeszcze na siebie wpadniemy to rzucisz mi w twarz większym wyzwaniem. – dodała swobodnie, uśmiechając się do słuchawki – Nie będę ci dłużej przeszkadzać. Dobranoc Robbie. I pamiętaj… dasz jeszcze radę. – dodała, kończąc, dając sobie jeszcze kilka sekund i wreszcie przerywając połączenie.


/koniec

Robbie Cole
ODPOWIEDZ

Wróć do „telefony”