Nie było jej.
P r z e p a d ł a.
Faktycznie Archibald wraz z wydaniem z siebie ciężkiego westchnienia i mocnego
Kurwa poddał się. Tak po prostu! Choć przecież wykopał tyle dziur i włożył w to tyle starań, że gdy po raz kolejny raz się mu nie udało zalała go ta fala nieprzyjemnych uczuć, które jak się do siebie już dopuści to płyną, pędzą, i nie sposób je zatrzymać. I tak oto widmo porażki rozpłynęło się po jego ciele, wprawiając go w jakiś smutny stan bezradności.
— No a czy wyglądam jakbym żartował? Przecież nigdzie tego nie ma. Przepadło, puf było i nie ma — oznajmił, gdy tak przyklęknęła przed nim i spuścił głowę, ale Wallace nie dawała za wygraną. Zaraz go szarpnęła, by znów podniósł na nią wzrok.
Jest zajebiście, serio!
Wierzył jej. Chciał… bo po pierwsze znali się szmat czasu, że ściemę wyłapałby od razu. Po drugie, gdy wbiła w niego te błyszczące oczy on wiedział, po prostu wiedział, że dla niej — z kapsułą czy bez — jest z a j e b i ś c i e.
Cicho parsknął słysząc o błotnych maseczkach.
— To może jeszcze pijawki w drodze powrotnej, w końcu jak szaleć to szaleć! Niech będzie luksusowo — zażartował wciąż nie brzmiąc zbyt pewnie, ale na pewno ciut lepiej niż chwilę wcześniej, gdy w jego głosie można było wyłapać jedno wielkie rozczarowanie.
I już miał przytakiwać, że ten pomysł na nową kapsułę wcale nie jest taki głupi, ale znalazł coś o wiele lepszego. Coś wijącego, miękkiego i podłużnego…
Archibald Miller, nawet się kurwa nie waż
To była muzyka dla jego uszu. Jeden z piękniejszych dźwięków na tym świecie. To w jaki sposób to wypowiadała tylko go nakręcał i poszerzał jego bezczelny łobuzerski uśmiech.
— Wallace, chcesz mi powiedzieć, że wciąż brzydzisz się tych maleństw? — nie rozumiał, serio!
— One są całkiem urocze SPÓJRZ — on oczami wyobraźni widział w nich takie kreskówkowe wielkie gały i cwaniacki uśmieszek oraz jak wołają
wormsowym głosikiem.
Dobij, D-d-dobij! Masz za swoje! Ahoj! Już po tobie! Zdrajco!
Kiedyś to się grało…
Serio tego nie widziała? Miller totalnie, ale on w sumie i tak przez większość czasu sprawiał wrażenie mocno oklejonego. Z drugiej strony czy to jego wina, że typ z góry obdarzył go taką wyobraźnią? Nie miał wyjścia, biedak m u s i a ł z tym żyć, a skoro już był na to skazany to należało ten dar od Boga wykorzystać jak najlepiej. I to właśnie robił machając wormsem przed nosem Abby.
— W szpitalu na pewno oglądasz gorsze rzeczy! — i nie tylko o krwi tutaj mowa, bo serio tam na każdym kroku można było znaleźć coś obrzydliwego, ale nagle gdy coś się okazywało przypadkiem ciężkim to nawet gówno było pozłacane i każdy rezydent chciał je mieć dla siebie, co nie? Przynajmniej tak to przestawiali na tych wszystkich medycznych serialach, które żarliwie pochłaniał, ale żeby nie było — Miller to szanował. Ten zapał do pracy! On tam by zemdlał przy większej strzykawce (nawet bez igły), ale z wormsem potrafił biegać jak szalony. Ciekawe czy byłoby mu do śmiechu jakby tak Abby biegała za nim po szpitalu z wielką igłą i pełną gotowością wbicia jej w jego tyłek. No pewnie nie, ale teraz?
Bawił się przednio!!!
Aż czuł pod skórą taki dreszczyk ekscytacji, gdy Abby groziła mi prawie przez zaciśnięte zęby próbując go łaskotać, ale to nie Archie zwijał się ze śmiechu, a worms ze strachu i to tuż przed jej cholernie piękną i ubłoconą twarzą. Parsknął śmiechem, takim bezczelnym i radosnym, gdy mu zezowała i nawet w tej konkretnej sekundzie czuł jak serce szybciej wystukuje rytm i wyrywa się do niej. To były te
głupiutkie momenty podczas których głupiutki
miś Archie tracił dla niej głowę.
Damn, girl.
Skrzywił się nagle widząc jak upada na plecy, ale gdy tylko upewnił się, że nic jej nie jest dalej doskoczył do niej z chęcią ułożenia Wormsa w jej włosach. Mógł się tam tarzać z nią w tym błocie, bo w sumie nawet chyba chciał. Tak właściwie to teraz nawet nie był pewien czy mu na tym robaku w jej włosach zależy bardziej czy na tej wspólnej błotnej potyczce, bo kiedyś… kiedyś liczyła się tylko rywalizacja o zwycięstwo, ale teraz kiedy na nią patrzył tak z góry… to już sam nie był pewien czego tak naprawde chce.
Wallace
chciał... wyglądała na zdziwioną i podekscytowaną!
Co u licha?
Z wrażenia aż upuścił dżdżownicę, która teraz w świecie robactwa pewnie będzie traktowana niczym jakiś potężny bohater bo przeżyła starcie z Bossem Millerem, który siał postrach już jako kilkulatek w ich świecie, a co dopiero teraz! Każdy worms byłby wychwalany po starciu z legendarnym Archiem ALE nie w tym rzecz!
Rzecz w tym, że jej ekscytacja wyrażana w ilości wyrzucanej energicznie ziemi w powietrze, była o g r o m n a!!! Zaraz do niej doskoczył padając na kolana i nie wierząc własnym oczom.
— ZNALAZŁAŚ ją! — nie wierzył w to. Widział, ale nie dowierzał, nawet wtedy gdy razem wykopali je całkowicie i gdy trzymał to w legendarne pudełko w ręce.
— To ona, no kurde… ty to jednak jesteś — spojrzał na nią tymi maślanymi oczami jakby się rozpływał, ale pomimo tego szaleństwa z robakiem, które właśnie mieli za sobą i po którym oddychali ciężko jakby przebiegli maraton, Archie i tak czuł dziwne ukłucie w okolicy mostka na myśl, że ich kapsuła się nie znalazła…a teraz? Teraz wszystko było takie jak powinno, nawet jeśli byli brudni, zdyszani i zupełnie niepoważni. Jakby jakiś pokręcony rytuał właśnie się spełnił, gdy trzymali w rękach te wspomnienia.
— Czyń honory — odparł zerkając na Abs, by otwarła ich pudełko. W środku było pełno drobnych rzeczy od jakiejś zasuszonej czterolistnej koniczyny, która prawie cała się skruszyła, przez kapsle z piwa wujka Franka, które nie miały dla niego większego znaczenia, po ten… — chwila moment, właśnie po niego sięgnął wyciągając dumnie i wymachując nim przed nosem Abby — …pierścionek z odpustu, za pomocą którego
oświadczył się jej na zwisając głową w dół na trzepaku.
— O matko i nasze listy — bo przecież każdy miał za zadanie sporządzić check listę rzeczy, które zrobią jak już będą duuuuuuzi. Zaraz dorwał tą swoją, bo prawdę mówiąc nie był pewien co tam napisał.
☐ Zostać mistszem NHL, strzelić gola rzycia i rzeby cały Toronto Maple Leafs bił mu brawo na stojąco.
☐ Wybudować wielkie igloo całe z zamrożonego syropu klonowego i wylizać je od środka.
☐ Zjeść dwadzieścia gałek lodów w jeden dzień i w ogóle nie słuchać rzadnych dorosłych.
☐ Oswoić ogromnego łosia, nazwać go
Puszek i jeździć na nim do sklepu po słodycze.
☐ Polecieć do Wioski Świętego Mikołaja.
☐ ABBY MILLER, szczęśliwa rzona! Bo obiecałaś na trzepaku, więc już zawsze będziesz moją pyskaczką.
Pyskaczką? Cholera wie, co autor miał a myśli, ale niewątpliwie miał zamiłowanie do słodyczy, zwierząt i marzeń do spełnienia najprędzej na jakimś kwasie, a Abby zdecydowanie nie była jego RZoną, ani nawet żoną. Dobrze, że chociaż te dwadzieścia gałek udało się im zjeść pewnego razu w Toronto, gdy zrobili sobe challenge, ale nie skończyło się to zbyt dobrze. Przez dwa dni skręcał się z bólu brzucha, a gardło bolało go przez kolejny tydzień.
— Co tam masz?! — zaraz to zaglądał przez ramię na jej listę.