27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oni chyba całe swoje życie spędzili na budowaniu jakiegoś nienaruszalnego paktu, który w pierwotnym założeniu miał przetrwać w s z y s t k o: kryzys dorastania, straty bliskich, pierwsze złamane serca, dzielące ich kilometry, mniejsze i większe kłótnie — bo i to w swoim życiu przerabiali. Byli dla siebie tym — górnolotnie ujmując — domem, bezpieczną przystanią, miejscem do którego chce się wracać i zawsze wrócić można, prawda? Tak bardzo potrzebnym w tym chaotycznym świecie, gdy dachy walą się im na głowy niespodziewanie. To był ich pewnik, więc nie ma się co dziwić, że drżeli na samą myśl o potencjalnej utracie czegoś tak kurwa ważnego. Los zwykle im sprzyjał, bo nawet gdy ciągnęło ich do siebie zazwyczaj było tak, że jeśli nie on był zajęty, to ona była. I to było prostsze, bo znalazło się milion wymówek, by nie balansować na krawędzi, a myśli zajmowało się kimś innym. Problem był taki, że od jakiegoś czasu Archie czuł się tak, jakby znów balansowali na jakiejś krawędzi, igrali z losem nad urwiskiem i tylko wychylali się coraz to bardziej, jakby próbowali sprawdzić kiedy runą w dół i kto zrobi to jako pierwszy, bo żadne nie chciało chyba brać tego na siebie. I teraz ich nic tam z tyłu nie wstrzymywało, a raczej nikt. Igrali sobie z losem, niby nie chcąc, a jednak tak bardzo chcąc zarazem. Chore, co nie? Naciągali swoją kumpelską granicę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, każdym wydłużonym spojrzeniem, każdym nieprzypadkowym dotykiem, zassanym palcem, dłonią wplątaną we włosy. I pomimo, że w myślach odpalały się mu czerwone kontrolki to on coraz gorzej radził sobie z traktowaniem ich jako ostrzeżenie. Czuł, że ta ich przyjaźń przestaje być już tą dobrze znaną bezpieczną przystanią, a zamienia się w bezpieczną ściemę i naprawdę nie wiedział co z tym wszystkim zrobić.
Próbował o tym nie myśleć, ale im bardziej się starał tym bardziej gesty Wallace, go z tego wybijały. Przykładowo teraz, kiedy od tak pozbyła się dzielącego dystansu i wbiła się między niego, a mapę znów lądując w jego ramionac. A on miał teraz ochotę zacisnąć ręce wokół jej talii, ułożyć głowę na jej ramieniu i zostawiać ciepłe oddechy na jej szyi, pod pretekstem studiowania tej mapy. I nagle niewiele myśląc robił to, tak po prostu jakby to był kolejny zwykły przyjazny gest podczas rozpracowywania planu wycieczki.
Nie był.
Strumyk.
Na chwile ich rozdzielił, gdy podejść do niego musieli. Tylko przez chwilę on wcale nie myślał o wodzie, przez którą miał ich przeprawić. Nie po tym jak Abby z premedytacją zwinęła mapę w rulon i wcisnęła ją sobie w dekolt. Jego mózg chyba chciał teraz wywiesić białą flagę i machać nią radośnie gdy z trudem przełknął ślinę. Bezpieczne miejsce, jasne. Uśmiechnął się zawadiacko, a wzrok podążył za mapą. Zazdrościł tej starej papierowej kartce, choć nie powinien. — Zawsze — odparł pewny siebie, stając tyłem do niej trochę się pochylając, by łatwiej jej było wpakować się na jego plecy. — Tylko ostrzegam, że nie przyjmuję reklamacji. Archibald Express nie posiada poduszek powietrznych i ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków — był raczkującym przewoźnikiem, stawiał pierwsze kroki w tym biznesie. Najpierw trzeba było wyłapać klientów, potem myśleć o większych udogodnieniach, bo wszystko w tym świecie kosztuje. Zerknął jeszcze na nią przez ramię, gdy tak odliczała w głos.
Zimno?
G o r ą c o.
Jasne, woda do najprzyjemniejszych nie należała, a;e ciepło jej ciała przylegającego do pleców, ten cholernie gorący oddech jaki otulał jego szyję, to wszystko sprawiało, że krew w jego żyłach przepływała szybciej.
Trzymaj się mocno, dno jest jakieś takie… — zaczął stawiając kroki powoli, dłonie zaciskając ja jej udach i było całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że ona nagle puściła jego szyję, a on akurat wtedy nadepnęła na obślizgły kamień. — …śliiiiiiskie! — Kostka uciekła w bok, a on próbując utrzymać jednocześnie i równowagę i Abby, przegrał nierówną walkę z grawitacją. Wyglądał jak pijana czapla próbująca tańczyć balet, a potem już było tylko głośne CHLUP i obydwoje wylądowali w wodzie.
Ja pierdole przywołało go do rzeczywistości. Podparł się na rękach i potrząsnął głową jak zmokły pies. Tym razem ani ona nie wylądowała na nim, ani on na niej. Siedzieli w tym bagnisku jak dwa nieszczęścia, więc przyklęknął przed Abby ignorując fakt, że wode ma dosłownie wszędzie i nagle spojrzał w jej przemoczony do reszty dekolt, z którego smętnie wystawał rtozmokły, papierowy rulon. Nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem przecierając dłonią swoją mokrą twarz, by później ze szczerym uśmiechem odgarnąć mokre włosy z jej twarzy, a potem, bezczelnie sięgnąć do jej dekoltu po rozmoczoną mapę skarbu. Żeby nie zmokła przypomniał jej słowa nie mogąc się powstrzymać. — Plus jest taki, że mój tyłek dzisiaj nie ucierpiał, a twój? — zapytał wstając na nogi i podając jej dłoń, by też mogła wydostać się z tego bagniska. — Żyjesz, czy teraz ja powinienem cię jakoś ojojać? zeeeeeemsta! bo mógłby, włożyłby w to caaaałe serce i pewnie nie tylko, gdyby mógł. — Bo jeśli jesteś cała to możemy kontynuować przeprawę ramię w ramię, ale jak nie to możesz wskoczyć ponownie na Archibald Express. Jestem totalnie mokry, ale wciąż zdatny do użytku — oznajmił z dumą obracając się do niej plecami i nie zdając sobie sprawę, że jakaś pijawka przyssała się do jego ramienia, bo pozazdrościła Abby zajebistego transportu i widocznie była łasa na ich skarby po które zmierzali i przestać chyba nie zamierzali?

Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Summertime, and the living is easy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie byli już dziećmi.
Przetyrani przez tak zwaną dorosłość, próbowali odnaleźć się w tym nowym świecie. Świecie, w którym problemy nie kończyły się na tym, że jak tylko się ściemni, trzeba będzie wracać do domu, albo że w osiedlowym sklepie skończą się ulubione lody. To mieli już za sobą. Tak samo uczucia, o które kiedyś wcale żadne z nich nie dbało. Przez większość czasu po prostu byli. Skupiali się na tym, że mogli razem spędzać czas, biegać po drzewach i turlać z górki. Żadne z nich nie przejmowało się tym szybciej bijącym sercem w piersi przy przypadkowym dotyku, ani tym, że czasami w brzuchu pojawiały się robaki, które gilgotały nieprzyjemnie. Zawsze można było to zwalić na kolejną niedobrą zupę ze stołówki.
A teraz?
Teraz na co mieli zwalić?
Na kanapki Dolores, które tak naprawdę były pyszne? Jak wyjaśnić robaki, które wwiercały dziurę w podbrzuszu, gdy tylko za długo patrzyła mu w oczy, kiedy przecież doskonale wiedziała, że to wcale nie były robale? Jak ignorować reakcja ciała, które spinało się pod jego dotykiem? I przyśpieszony oddech, który lądował na jego odkrytym karku, kiedy przenosił ją przez rzekę, a ona mocno trzymała się jego ramion? Ile jeszcze byli w stanie udawać, że nic między nimi nie było? Abby momentami miała wrażenie, że długo. W końcu robiła to przez połowę życia. A jednak ostatnio to wszystko stało się jakieś bardziej… ciężkie.
Wyraźne.
Dosadne. Do tego stopnia, że nawet kiedy Wallace wywinęła orła prosto do wody, w pierwszej kolejności jedyne o czym pomyślała, to wspomnienie zapachu jego szamponu do włosów, w które chwile temu wplotła przelotnie palce. To jak jego silne dłonie zaciskały się na jej udach, próbując utrzymać ją w pionie… a dopiero potem skupiła się na tym, jak runęła prosto do mułu. Jak woda w kilka sekund zalała jej ciuchy i ogarnęła chłodem ciepłe ciało. I może powinna to potraktować jako znak od losu. Sygnał, żeby w końcu ogarnęła siebie i własne myśli. Tylko jak ona miała to zrobić, kiedy on już przysuwał się do niej na k o l a n a c h i uśmiechał bezczelnie beztrosko, zaglądając w jej jasne oczy? Jak miała trzymać pion, gdy sięgnął do jej twarzy i chłodną dłonią przeczesał mokre kosmyki za ucho, a potem sięgnął do jej piersi po mapę skarbów. Sama nie wiedziała, jak długo na niego patrzyła, nim przemówiła.
Nie zmokłaby… gdybyś umiał chodzić — wypomniała mu, praktycznie od razu odbijając piłeczkę. — I pomyśleć, że człowiek myślał, że przez tyle lat nabrałeś wystarczająco mięśni, żeby unieść dziewczynę z mapą na własnych barkach narbał. Widziała to przecież na własne oczy, teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy woda zalała całą jego koszulkę i sprawiła, że materiał w całości przyległ do skórzy, podkreślając każdy, pojedynczy mięsień na jego ciele. Były tam. Ten fakt był niepodważalny, a jednak ona nie mogła przejść obojętnie obok tego, żeby go nie zaczepić. Tak samo jak tego, że kiedy zapytał, czy żyła i wyciągnął w jej kierunku rękę, Abby… ujęła ją na krótką chwilę, a następnie szarpnęła w swoją stronę. Nagle i niespodziewanie. Do tego stopnia, że Miller znowu stracił panowanie nad równowagą i runął prosto na nią. Znowu do tego obrzydliwego bagna. I nawet skonczyłby w nim twarzą, gdyby nie Wallace, która zrobiła za jego częściową poduszkę.
Uważaj, żebym ja cię nie ojojała, Miller — wycedziła przez zęby, podbijając głowę jeszcze bliżej jego twarzy. Zaglądajać w jego piękne, czarujące oczy, podczas gdy jej dłoń w pełni świadomie przesunęła się po jego biodrze i bezczelnie wcisnęła między ich ciała, by… wyrwać mu mapę. Spojrzenia nie zdjęła z niego nawet na moment. — I naucz się chodzić — dodała szeptem tuż przy jego twarzy, a potem szarpnęła się w bok, spychając do z siebie do tej wielkiej brei, śmiejąc się przy tym wyjątkowo głośno. Czy była z siebie dumna? Była! I nawet tego przed nim nie kryła. W przeciwieństwie do tego, jak mocno biło jej serce. — Zgłaszam reklamację na Archibald Express — rzuciła przez ramię, sama kierując się przez rzeczkę, przy okazji próbując rozwinąć mapę i sprawdzić, czy bardzo malunki na niej ucierpiały. — Słabej jakości transport… brak poszanowania klienta… — zaczęła wymieniać wszystko po kolei, uśmiechając się pod nosem przez cały. Archie mógł to zobaczyć dopiero, gdy podbiegł do niej bliżej już prawie na ostatniej prostej. I wtedy ona też zobaczyła coś na jego ramieniu. Coś czego być tam z pewnością nie powinno.
Czekaj — przystanęła momentalnie. — Nie czujesz? — wskazała na jego ramię, gdzie do skóry bezczelnie przyssała się jakaś pijawka. Była o g r o m n a. Całe szczęście Abby już dawno nie bała się robali. — Czy może jednak ci ją zostawić? Pijawki akurat mają mega dużo właściwości zdrowotnych. Zaraz będziesz mieć lepsze krążenie — nawijała lekarskim żargonem, dłonią sięgając do robala. Złapała go w odpowiednim miejscu, ale odklejenie go wcale nie było łatwe. Pijawa zdążyłą się już porżadnie przyssać. Tak, że kiedy Abby wyrzuciła ją do wody, po ramieniu Archiego spłynęła strużka krwi. — Widzisz, ktoś inny już cię ojojał — poklepała go tuż obok bolącego miejsca i znowu spojrzałą w jasne oczy z rozbawieniem. Pewnie nie na takie liczył, ale jak się nie ma co się lubi… no właśnie. Ruszyłą w stronę lądu, wyciągająć mapę. Idąc pierwsza wyliczyła odpowiednią ilość kroków, minęli wyliczoną liczbę drzew… tylko kiedy doszli do miejsca, w którym zakopana była ich kapsuła, ich oczom ukazał się ogrodzony teren budowy. Co prawda pusty, ale…
I co teraz? — spytała lekko zrezygnowana. Przecież chyba nie przeszli całej tej wyprawy po nic?! Przekręciła głowę, łapiąc spojrzenie przyjaciela. — Włamujemy się tam?

what now?
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedyś wszystko było bezmyślne, lekkie i pozbawione drugiego dna, a serce bijące szybciej podczas wspólnego turlania z górki zwalali na adrenalinę i zmęczenie. Teraz byli zbyt dorośli i zbyt świadomi tego jakie uczucia mogą wywoływać w sobie nawzajem i o co toczy się gra. Tamten stary świat zniknął bezpowrotnie, a Miller z jednej strony nie potrafił tego zaakceptować próbując za wszelką cenę przywołać tamte wspomnienia, a z drugiej chciał to wszystko rzucić w cholerę i spróbować czegoś zupełnie nowego. A jednak wciąż wspólnie tkwili gdzies pośrodku zagubieni w dorosłości pełnej podtekstów, z którymi nie wiedzieli co zrobić.
A niby to moja wina?! — oburzył się, choć w jego głosie to raczej nie było żadnej złości, a raczej rozbawienie i odrobina prowokacji. Bo właśnie to uwielbiał, prowokować ją. — Przepraszam cię bardzo, ale Archibald Express poruszał się bezbłędnie dopóki jakiś pasażer na tyłach nie stwierdził, że może olać wszelkie instrukcje BHP — i wymachiwać rękami zamiast trzymać się go mocno i próbować utrzymać równowagę. To, że głównym winowajcą był obślizgły kamień nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. — Ciesz się… — zaczął, ale jego gadane szybko zostało stłumione po tym jak Abby Wallace postanowiła Millera wziąć z zaskoczenia i szarpnęła go prosto w swoją stronę. Tonęli, nie tyle w bagnie, co we własnych dziwnych uczuciowych zapędach, a Millerowska kontrola naprawdę teraz znalazła się na granicy. Z trudem złapał równowagę nad nią, by nie przywalić czołem w jej nos i gdy tak leżeli przez krótką chwilę blisko siebie Archie odkrył, że Wallace ociekająca wodą wcale nie przypomina jakiegoś nieszczęsnego kaczątka. Wręcz przeciwnie. Wyglądała o b ł ę d n i e. Mokry materiał opinał się na jej ciele, a krople wody spływające po jej policzkach i szyi sprawiły, że znów musiał wyobrażać sobie.... zdechłe pieski, zdechłe pieski, zdechłe pieski. Boże, co ona z nim robiła?! Im bardziej naskakiwała, im bardziej była zadziorna, bezczelna i pewna siebie tym bardziej on chciał odpowiedzieć tym samym. I teraz też chciał doskoczyć bliżej, a przecież dzieliły ich tylko milimetry. Oj, mogłaby go ojojać. — Nie obiecuj, nie obiecuj — odpowiedział szeptem uśmiechając się przy tym łobuzersko gdy tak patrzył wprost w jej oczy. Widział jak jej dłoń przesuwa się po jego biodrze i wślizguje między ich mokre ciała. Bezczelna prowokacja. Czuł jak mięśnie jego brzucha niekontrolowanie spinają się, chciał to pociągnąć, zacisnąć palce na jej talii i zostać w tym błocie z nią jeszcze przez chwilę, ale ona znów utarła mu nosa. Poczuł szarpnięcie w bok, a chwilę później już leżał w błotnej brei. — Archibald Expres oficjalnie ogłasza upadłość, a wszystko przez uciążliwego klienta — a nie kiepskiej jakości usługi, prawda? Niechętnie podniósł się z kolan po tym wszystkim, wciąż dudnił mu w uszach jej triumfalny śmiech. Szybko nadrobił dystans słysząc, co tam mruczy pod nosem myśląc, że uda się jej zareklamować usługi na jego firmę transportową, która upadła szybciej niż powstała.
Reklamacja odrzucona z powodu naruszenia zasad BHP przez pasażera — krzyknął za nią przyspieszając nieco, by ją dogonić. Parsknął lekko widząc, jak próbuje reanimować ten zmokły kawałek papieru, na którym już niewiele dało się odczytać. Nie był wcale taki łatwy i nie zamierzał też tak łatwo reklamacji przyjmować, ale gdy Abby nagle przystanęła to nieco zgłupiał. Dopiero widząc jak wskazuje palcem na jego ramię dostrzegł tłuściutką pijawkę przyssaną do jego ciała. — Świetnie — mruknął robiąc za darmowy lunch dla jakiegoś obślizgłego stworzenia, a jego mina obrzydzenia mówiła sama przez siebie. Weź to ze mnie Wallace, ale ona wolała mu tu medyczne właściwości wymieniać. — Litości, moje krążenie ma się świetnie — krew dopływa tam gdzie niepowinna we właściwym czasie, naprawdę nie potrzebował wsparcia. Za to potrzebował go w pozbyciu się tego paskudztwa, którego jakimś dziwnym trafem się brzydził. Dżdżownice jakoś mu nie były straszne i jaszczurki, a nagle przyssana do niego pijawka sprawiała, że w duchu modlił się, by Abby załatwiła to szybko. I choć zgrywał trochę luzaka w związku z tą sprawa to był wdzięczny, że mu ją oderwała. — Zero empatii — pokiwał głową z dezaprobatą, gdy go jeszcze poklepała tuż obok piekącego miejsca. — W szpitalu też jesteś taka surowa? — Jak to mówiła siostra basen mówią Amerykanie – nie bady is perfekt.
To prawda, nie na to liczył. Takie ojojanie było do bani, ale ostatnio coś nie miał szczęścia. Jak nie popcorn to pijawka — lista znienawidzonych rzeczy tylko się powiększała. Kto da więcej?
Przetarł strużkę krwi, która spłynęła mu po ramieniu i westchnął bezradnie ruszając za Wallace, która udawała, że jest jeszcze w stanie coś z tej mapy przeczytać. I wszystko szło wyjątkowo łatwo. ZByt łatwo. Kroki się zgadzały, drzewa też, a on już wyczuwał zapach zwycięstwa w powietrzu. Problem w tym, że nagle stanęli twarzą w twarz z metalowym ogrodzeniem, a on ściągnął lekko brwi chyba próbując siłą umysłu rozpierdzielić te wszystkie przeszkody na ich drodze. No, ale nie po to taki szmat czasu to organizował i nie po to tu tyle jechali, a już na pewno nie po to tarzał się w tym bagnisku, by koniec końców nie odzyskać ich kapsuły.
Pytasz, a wiesz! — oznajmił odwracając głowę i łapiąc spojrzenie przyjaciółki. W jego oczach znów zapaliły się te same niebezpieczne iskry, co lata temu, gdy wpadał na coraz to głupsze pomysły, które ostatecznie wspólnie realizowali. Po chwili uśmiechnął się zawadiacko i podszedł do siatki, by złapać ją do rąk i poruszać nią nieco. — Delikatnie chwiejna, ale wygląda na stabilną — powiedział z powagą jednocześnie ignorując fakt, że z gaci wciąż kapała mu błotnista breja. — Nie po to te wszystkie starania, by poddać się tuż przed metą. Wolisz przerzucenie przez płot czy robimy przekop? Albo czekaj, spróbuję przejść — i jeszcze nie zdążył dokończyć, a już napędzany lekką adrenaliną i chęcią zaimponowania Wallace uznał, że najlepiej będzie się wspiąć. Sam nie był pewien czy to jakaś próba zrekompensowania kiepskiej przejażdżki, ale ta wspinaczka wychodziła mu niesamowicie gładko. Czuł się jak pieprzony Tom Cruise w Mission: Impossible i już miał z góry zawołać radośnie, że połowa drogi za nim, ale właśnie wtedy w jego uniwersum pojawił się error, a gdy przekładał nogę materiał jego koszulki zahaczył się o drut z ogrodzenia, Archie stracił równowagę, poleciał w dół na drugą stronę płotu, a koszulka częściowo została na ogrodzeniu.
Żył.
Kości całe.
Straty jedynie w godności i garderobie.
Uniósł głowę i spojrzał na Abby zza siatki. — Trudno — i tak była poplamiona — teraz przynajmniej widzisz te mięśnie, których to podobno nie nabrałem przez lata — oznajmił puszczając jej oczko. — To przechodzisz, czy mam sam odnaleźć te twoje listy miłosne z przeszłości do mnie? — zgrywał się, a pewnie sam taki napisał. — Mogę poszukać, jak myślisz gdzie powinienem kopać?


Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Summertime, and the living is easy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Archibald Express było świetnym serwisem. Nienagannym wręcz. Przecież już nie raz korzystała z jego usług jeszcze jako mała dziewczynka. A jednak dzisiaj coś nie do końca zafunkcjonowało. Właściciel firmy oczywiście postanowił zwalić to na pasażerów, i chociaż Abby nie do końca się z tym zgadzała, trzeba było przyznać, że może coś w tym faktycznie było. Ostatnio rzeczywiście chodziła jakaś bardziej rozkojarzona przy Millerze. Skupiała się na rzeczach, na których nie powinna, pozwalała sobie na zdecydowanie zbyt długie spojrzenia w oczy i bezczelność, która chociaż od zawsze im towarzyszyła, w ostatnim czasie zaczęła być dość dwuznaczna. Nawet kiedy skończyli po pachy umoczenie w błocie, a na twarzach pod poważnymi minami chował się uśmiech, to przecież nie omieszkali się zaczepić. Tak samo jak Abby zrobiła to w przypadku pijawki, którą Miller miał na ramieniu. Zaśmiała się na uwagę, że jego krążenie miało się świetnie.
Jesteś pewien? — uniosła w górę jedną brew. — Bo jakoś tak… pobladłeś jak zobaczyłeś tą pijawkę — prychnęła, próbując zdusić śmiech jeszcze w ustach. Faceci z fobiami to był jej słaby punkt. Uważała to za roz-czu-la-ją-ce. Ileż to razy w szpitalu miała przykład wielkiego, łysego mięśniaka, który bał się malutkiej igiełki przy pobieraniu krwi i prawie mdlał. A tutaj Archie, który zawsze pierwszy lgnął do wszelkiego rodzaju robactwa i paskudztwa, nagle był obrzydzony podanych rozmiarów pijawką. To jak ona tutaj miała mieć jakiekolwike pokłady empatii, jak wyglądało to tak uroczo, że z góry miała ochotę mu przykleić na plecy jeszcze z dziesięć.
W szpitalu musze być miła, bo mi za to płacą — spojrzała na niego wymownie i podeszła o krok bliżej, żeby dźgnąć go w klatkę piersiową. — Ty nie dość, że nie płacisz, to jeszcze masz u mnie nielimitowany karnet złośliwości za te wszystkie robale, które mi władowałeś we włosy za dzieciaka — chociaż pewnie teraz, gdyby miał okazję, zrobiłby to ponownie. Co prawda Abby już się ich nie bała, biorąc pod uwagę jak wiele obrzydliwych rzeczy naoglądała się podczas praktyk na SORze, ale that’s not the point. Poza tym, finalnie pięknie mu ją zdjęła, prawda? Nie pastwiła się nad nim, a mogła!
Pastwić postanowił się jednak los — tak dla odmiany — bo na terenie ich skarbu nagle i niespodziewanie pojawiło się ogrodzenie oraz wielki napis plan budowy zakaz wstępu. Instynkt samozachowawczy kazał się jej wycofać i nie pakować tam, gdzie nie ich nie chciano, a jednak wewnetrzne dziecko, które rozbudziło jedno spojrzenie Millera, głośno krzyczało o to, by dać się ponieść. Wisienką na torcie był jednak głos Archiego, który oznajmił, że wiadomo przecież, że w to wchodzą, a zaraz potem jeszcze podjął decyzje, że on jako pierwszy. Abby nawet nie zdążyła zareagować, zaproponować, że może pierwsze się rozejrzą i zobaczą, czy nie było jakiegoś innego wejścia. Nic. Mogła jedynie patrzeć, jak Miller bierze rozbieg, a potem wzbija się wysoko po siatce, żeby na ostatniej prostej… w połowie zawisnąć na ogrodzeniu.
W naturalnym pierwszym odruchu chciała się do niego wyrwać, sprawdzić, czy nic mu się nie stało, ale on sam bardzo szybko pokazał, że jedyne straty jakie miał, to w garderobie, nie stanie zdrowotnym. Stanął przed nią bez koszulki, z nagim, wilgotnym torsem, który jeszcze zabłysnął w promieniach słońca, które przedzierały się przez drzewo. Kurwa.
Jakie mięśnie? Nic nie widzę… — widziała. Widziała je i to aż za bardzo, ale przecież lepiej zamiast się do tego przyznać, było udawać i zaczepiać. Co prawda uśmiech mógł ją zdradzać, ale żarty to było jedyne co trzymało ją w ryzach, żeby za bardzo nie zagapić się na ciało Millera. — No przechodzę, przechodzę, przecież nie będę patrzeć, jak bawisz się beze mnie — nie po to przeprawiała się z bólach przez rzekę, żeby teraz stać po drugiej stronie płotu. Wzięła głęboki oddech i wykonała kilka kroków w tył. Mogło to wyglądać, jakby chciała wziąć rozbieg, ale ona tak naprawdę nabierała perspektywy. W końcu skoro to był teren budowy to musiała być też… jakaś furtka. I była, bo zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie Archie robił swój wielki parkour, pomiędzy jednym płotem a drugim stała… koparka, przedzielając te dwa ogrodzenia.
Ale pozwolisz Miller, że ja to zrobie… nieco bardziej z klasą — zaśmiała się i ruszyła w kierunku maszyny. Co prawda obok niej nie dało się przejść, biorąc pod uwagę jeszcze palety i inne budowlane elementy, ale jakimś cudem udało jej się wdrapać na koparkę. Ostrożnie przeszła wzdłuż miejsca dla kierowcy i przesunęła się na nielegalny teren. Przykucneła w miejscu, gdzie mogła zeskoczyć, żeby zniwelować nieco wysokość, a potem już tylko skoczyła tuż obok Archiego. Trochę nią zachwiało i chwała Bogu, że Miller stał blisko, to mogła złapać się go dla lepszej stabilizacji. Szkoda tylko, że na moment zapomniała, że Archie stał bez jakiegokolwiek odziania na górnej części swojego ciała i kiedy tylko pod palcami poczuła gorąc jego skóry, jeszcze kończąc w jego ramionach… no zrobiło się jej ciepło. Może trochę za ciepło. Zdecydowanie za ciepło.
Na coś się jednak przydajesz — rzuciła kompletnie od czapy, łapiąc jego jasne spojrzenie, podczas gdy dłonie mimowolnie przesunęły się po jego ramionach. — Może Archibald Express ma jeszcze jakieś szanse w tym świecie. A teraz chodź znaleźć tą kapsułę — czasu niby mieli dużo, ale biorąc pod uwagę, że byli na zabezpieczonym terenie, sytuacja mogła eskalować w każdym momencie. Nie wspominając nawet o tym, że cali byli upaćkani w breji i powoli robiło się zimno, kiedy lodowate ciuchy przylegały do rozgrzanego ciała. — Jak na moje, to było gdzieś… — zamyśliła się, obserwując drzewa i próbując sobie przypomnieć, w którym dokładnie momencie. — Tutaj? — przeszłą w drugą stronę, praktycznie do samego ogrodzenia, gdzie jeszcze trawa jakimś cudem była zielona. Tylko w tym jednym miejscu. Może to jakiś znak? No albo pusty strzał.

🥔
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pobladłem?! no chyba ty Wallace!To nie bladość, a raczej dowód tego, że ta pijawka wyssała ze mnie to co najlepsze! — prychnął wyraźnie niezadowolony ale nie z tego, że ta pijawka się do niego przyssała ale z faktu, że Abby dostrzegła jego słabości. Choć prawdę mówiąc, gdyby tylko wiedział, że to ona miała słabość do facetów z fobiami to może postarałby się wręcz zemdleć z wrażenia. Może wtedy skusiłaby się na jakieś usta-usta? Cholera, że też tego nie wiedział! Głupek zupełnie tego nieświadomy zgrywał pewnego siebie i uniósł nieco brwi, gdy tak podeszła do niego i dźgnęła go w klatkę piersiową. — Jak na darmową usługę medyczną muszę przyznać, że wyciąganie tej pijawki poszło ci całkiem sprawnie. Doceniam, choć to klepnięcie na koniec mogłeś sobie podarować widząc, że ta pijawka wyssała ze mnie całą esencję — oznajmił z ciężkim sercem, by sekundę później już uśmiechnąć się do niej bezczelnie puszczając oczko. — A gdybym miał tylko robka pod ręką to wpakował bym ci go znów we włosy. W końcu dzisiaj mamy trochę powrót do przeszłości, więc nie czuj się zbyt bezpiecznie Wallace — groził, czy może obiecywał? Ciężko było stwierdzić, ale czy to istotne?
Teraz nie martwił się już pijawkami i robakami, bo mieli kolejne zadanie do przeskoczenia, prawda? A Archibald nie byłby sobą, gdyby w to nie wszedł na sto procent. On już tak miał, że zajawiał się i działał zanim dobrze jeszcze pomyślał co robił. Abby była inna, dawała sobie chwilę na zastanowienie i rozejrzenie się, kiedy on działał na gorąco, jakby chciał czym prędzej jej zaimponować nim ona sama zdąży znaleźć rozwiązanie. Niekiedy wychodził przez to na durnia, bo jak chociażby w tym przypadku ona znajdowała lepsze wyjście z patowej sytuacji, no ale z drugiej storny gdyby nie to, to nie miałaby szansy podziwiać tej wysportowanej klaty, którą wszystkimi zmysłami próbowała wypierać ze swojej podświadomości, ale oczy same aż do niego lgnęły. — Ta, jasne — odchrząknął dobrze widząc jak jej wzrok błądził po jego klatce i mówił zdecydowanie coś innego niż Jakie mięśnie, nic nie widzę. Uśmiechnął się szeroko, w ten typowy bezczelny i pewny siebie sposób. — Ślepota to poważny problem, Abby. Nie sądzisz, że pora na jakieś badania kontrolne? — dopytał napinając się nieco, by uwydatnić to co udało się mu w ostatnim czasie wypracować na siłowni i basenie. I z przyjemnością obserwował, jak zaczyna się lekko wycofywać i przez moment pomyślał sobie, że lada moment będzie musiał ją złapać jak postanowi wziąć rozbieg i się wspiąć. W duchu modlił się, by żadna kość ogonowa tym razem nie ucierpiała i odrobinę zacierał ręce na tę okazję, by zrobić pokaz sił i złapać je w swoje dobrze zbudowane ramiona, ale ona no właśnie — przeanalizowała otoczenie, a nie działała jak Archi na gorąco i zamiast widowiskowego skoku obserwował jak obchodzi ogrodzenie i wspina się na pobliską koparkę. Ułożył ręce na biodra i spojrzał na nią nie kryjąc oburzenia. — To jest oszustwo! — a nie jakieś tam obejście z klasą, pf. Zero poszanowania do kaskaderskiej sztuki. Tom Cruz not approved. — Gdzie adrenalina?! Przygoda?! każdej chwili szkoda! Zacmokał z niezadowoleniem udając zawód, ale ona znała go na tyle dobrze, że bez trudu dostrzec mogła tą iskrę w jego oczach. Przecież on wielbił to jej analizowanie, myślenie i ucieranie mu nosa za każdym razem! Bo ona musiała po swojemu, zosia-nie taka-samosia. Bo jednak na jego ramieniu chętnie się wsparła, a on trochę też przy tym się napiął, by czuła jaki z niego twardziel gdy tak dłońmi przesuwała po jego ramionach.
Przykro mi, ale Archibald Express ogłosił już upadłość. Teraz może pomyślę o usługach ratunkowych i wspieraniu dam w opałach swoim wcale nieumięśnionym ramieniem? — zażartował zerkając na rozmoczoną papkę w jej dłoniach, z której chyba próbowała jeszcze coś wyczytać.
W takim razie musimy spróbować tutaj — problem był taki, że nie przemyślał zbytnio kwestii kopania, ale tym razem on zastosował taktykę Wallace i rozejrzał się wokół. Byli w końcu na budowie i ku jego zaskoczeniu nieopodal koparki leżało coś, co może łopatą nie było, ale nadawało się bardziej na kopanie w ziemi niż ich dłonie, więc wrócił się biegiem po to, by zaraz później znów biec w jej stronę niczym Mitch Buchannon ze swoją czerwoną deską ratunkową. I gdy już dobiegł do niej to nie czekając zaczął kopać w miejscu, które mu wskazała. Kopał.I kopał.
Kopał dalej.
— Kurwa! Kopał i kopał.

Po chwili miał już na swoim koncie trzy potężne dołki, uwalone ciało błotem i strużkę potu spływającą mu po czole. No jemu wcale nie było teraz zimno. Przy piątym podejściu rzucił prowizorycznym narzędziem, a przy ósmym dołku położył się na ziemię rozkładając ręce i wzdychając ciężko. — Kurwa, Abby — mruknął wyraźnie niezadowolony z obrotu sprawy — albo pomyliliśmy kroki albo te buldożery przekopały już wszystko i nasza kapsuła przepadła — spojrzał na nią taki zrezygnowany, po czym zamknął oczy i przeczesał dłońmi swoje mokre i posklejane włosy. — Przepraszam, Wallace. To miały być idealne urodziny, miała być kapsuła, nasze stare komiksy, moje/twoje listy i ten idiotyczny pierścionek z odpustu za którym tak płakałaś chyba z tydzień, a miesiąc później znalazłem go u siebie pod łóżkiem i później schowałem ukradkiem do tej kapsuły… a zamiast tego prawie utopiłem cię w bagnie, zniszczyłem mapę i jeszcze tutaj marzniesz, a ja nawet nie uraczę cię moją przemoczoną koszulką — wyrzucił z siebie na raz wszystko i usiadł grzebiąc dłońmi w ziemi jakby miało go to w jakikolwiek sposób pocieszyć. I nagle grzebiąc tak obok swojej nogi nagle na coś natrafił.

Coś miękkiego…
….podłużnego….
…i wyraźnie wijącego się.
Na jego twarz powrócił bezczelny uśmiech, a oczy znów rozbłysły dawnym blaskiem. Złapał zdobycz między paluchy i nim Abby zdążyła zareagować podskoczył do nie majdając jej tym przed samym nosem. — Ale hej! Jak sie nie ma tego co się lubi to się lubi co się ma! Obiecałem powrót do przeszłości? Obiecałem! — zawołał śmiejąc się i prowokacyjnie machając dżdżownicą przed jej oczami. — Jednak są jakieś skarby na tym przekopanym terenie!

Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Summertime, and the living is easy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wcale nie oszukiwała!
Ona po prostu szukała rozwiązania zanim podjęła jakąkolwiek decyzję.
Była to akurat cecha, którą nabyła podczas wieloletnich studiów medycznych. W ratowaniu ludzkiego życia nie było miejsca na błędy, na źle ocenione sytuacje i chociaż trzeba było czasami działać szybko, na pewno nie można tego było robić bezmyślnie, bo mogło to kogoś kosztować życie. Chociaż przecież ona już od dziecka zawsze chodziła innymi ścieżkami niż inni. Była głosem rozsądku w ich duecie, podczas gdy Miller grzeszył samymi odstrzelonymi pomysłami.
Dopełniali się.
Czasami lepiej niż zdawali sobie z tego sprawę.
Ale przecież nawet nie zliczyliby ile razy Abby ratowała Archiego z opałów i sytuacji bez wyjścia, ale też jak wiele razy to on poprawiał jej humor albo gwarantował im niesamowite atrakcje, na które jej analityczny umysł w życiu by nie wpadł. I tak samo teraz, z tym swoim przeskokiem przez ogrodzenie: widowisko nie z tej ziemi. A do tego jakie widoki! Widoki, od których Abby nie mogła oderwać spojrzenia, nawet kiedy już przeszła po koparce, kompletnie ignorując jego bezczelne obelgi o oszustwie.
A potem znowu się na niego zapatrzyła, kiedy rozglądał się po placu budowy i szukał czegokolwiek, co mogłoby posłużyć im za łopatę. I kiedy kopał… jego mięśnie napinały się z każdym ruchem, każdym wbiciem narzędzia w podłogę i przerzuceniem ziemi na bok. Kopał i kopał, a Abby przysiadła sobie na jakiś paletach i tylko nawijała mu bez końca o jakiś skrajnych przypadkach, jakie ostatnio miała w szpitalu. Zagadywała, żeby przypadkiem nie zobaczył tego, jak bezczelnie się mu przyglądała, próbując uspokoić szalejące w piersi serce i ciemniejące spojrzenie. She’s just a girl.
Tylko zaraz okazało się, że kapsuły wcale nie było w miejscu, w którym powinna.
Przeszukali chyba wszystko, co się dało. Miejsca zaznaczona na przemoczonej, zlanej mapie, ale również te dookoła, które mogły być niewielką poprawką do ich dziecięcych kroków. Czy mogli się aż tak pomylić? A może po prostu tego już tu dawno nie było? W końcu niektóre miejsce były kompletnie przekopane przez wielkie, metalowe maszyny budownicze.
Pierwszy poddał się Archie.
Cisnął kopaczką gdzieś obok siebie i usiadł zrezygnowany na jednej z rozkopanych dziur. W pierwsze chwili Wallace myślała, że tylko robi sobie przerwę. Nic bardziej mylnego. On naprawdę składał broń i rozkładał ręce w zrezygnowaniu, a to jego Kurwa, Abby jakoś wwierciło jej się nieprzyjemnie pod czaszkę. Nie lubiła oglądać fo takiego u podłoża kapitulacji. Szczególnie, że nawet nie zdążyła się do niego bliżej przysunąć, a on już puszczał z ust wiązankę o tym, jak bardzo ją przepraszam i jak te urodziny były daleki od bycia idealnymi. A tego akurat słuchać nie mogła i nie zamierzała.
No chyba sobie żartujesz, Miller — pokręciła głową z pełną dezaprobatą i zaraz doskoczyła do niego, klękając przed nim. Spodnie i tak już miała całe ufajdane błotem, więc co za różnica? Nachyliła się w dół, próbując złapać jego spojrzenie, a kiedy to nie pomogło to jeszcze wyciągnęła rękę przed siebie i szarpnęła go za koszulkę, by w końcu na nią spojrzał. — Jest zajebiście, serio! — i to była najszczersza prawda, o jaką można było ją prosić w tamtej chwili. Nie było w jej wypowiedzi ani krzty kłamstwa czy naciągania. — Tak dawno nie robiłam sobie maseczki, że to błoto aż samo się prosiło, żeby wylądować na mojej twarzy — zaśmiała się, próbując go jakoś podnieść na duchu, przy okazji przyciskając się jeszcze bardziej do niego, tak blisko, że ich kolana się zetknęły. — Przecież dobrze wiesz, że twoje towarzystwo jest lepsze po stokroć niż jakieś tam pudło, które zakopaliśmy jako dzieciaki. Zrobimy nowe i chuj — wzruszyła ramionami, jakby to było tak oczywiste. Bo może było? Przecież przez te wszystkie lata również nazbierali całkiem sporo nowych wspomnień, które mogli zamknąć na kolejne dziesięć lat w kapsule. A potem znowu jej szukać i nie znaleźć i robić tak w kółko aż do usranej śmierci, bo czemu nie? Z nim wszystko brzmiało dobrze. I może było w jej słowach dużo ckliwości, ale tak przecież czuła. Nawet jakby miała z nim przez cały dzień leżeć plackiem na trawie, to i tak cieszyłaby się każdą, możliwą sekundą. To nawet nie podlegało wątpliwości. I może nawet chciała mu to powiedzieć, dodać coś więcej, bo przecież tyle słów cisnęło się jej na usta, kiedy patrzyła w jasne oczy Millera. Tylko wtedy…
Co ty tam masz? — rzuciła ostrzegawczo wyciągając w jego stronę palucha. — Archibald Miller, nawet się kurwa nie waż — jej głos był stanowczy, a spojrzenie gotowe, by mordować. Tylko on oczywiście nic sobie z tego nie zrobił — nie kiedy byli dziećmi i nie teraz — wyciągnął przed jej twarz obrzydliwą, długą dżdżownicę i zamajtał nią przed jej oczami. — BIERZ TO ODE MNIE! — czyli niektóre rzeczy jednak się nie zmieniały… Od razu zasłoniła twarz, próbując się odizolować od tego odrzydlistwa, a on jeszcze bardziej próbował się tym dostać do jej włosów. Szybko zerwała się z ziemi i gotowa była do ucieczki. Problem w tym, że Archie również był gotowy i tak ganiali się po tym placu budowy jakby znowu mieli po dziesięć lat. Jedną różnicą było to, że ona zamiast chować się za drzewami, chowała za koparkami i paletami. — Miller, zgi-nie-sz — zagroziła mu, szarpiąc się z nim i próbując wyciągnąć ciężką artylerię w postaci łaskotek. Tylko wtedy poczuła tego robala na swoim nosie. Zrobiła wielkiego zeza, a widząc, jak się jej tam porusza, aż odskoczyła do tyłu. Poleciała prosto na plecy, odbijając się jeszcze od jakiejś beczki, jeszcze bardziej tarzając się piachu i ziemi, gotowa nawet na czworaka uciekać od tego obrzydlistwa. I może nawet by to zrobiła, gdyby pod ręką nie poczuła czegoś twardego. Ku jej zdziwieniu to wcale nie był kolejny odłamek budowy, a coś czerwonego, coś dziwnie znajomego jak…
ARCHIE!! — krzyknęła, tym razem nie z przerażenia a ekscytacji. Od razu wspięła się na kolana i zaczęła gołymi rękami rozkopywać ziemię. Energicznie i za siebie, kompletnie niezruszona brudnem, który zbierał się pod paznokciami. Nic nie miało znaczenia, bo przed ich oczami, tuż spod ziemi ukazywało się właśnie czerwone, metalowe pudełko po ciastkach z wielkim wyblakłym napisem A+A forever.
Znaleźli.

*_*
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było jej.
P r z e p a d ł a.
Faktycznie Archibald wraz z wydaniem z siebie ciężkiego westchnienia i mocnego Kurwa poddał się. Tak po prostu! Choć przecież wykopał tyle dziur i włożył w to tyle starań, że gdy po raz kolejny raz się mu nie udało zalała go ta fala nieprzyjemnych uczuć, które jak się do siebie już dopuści to płyną, pędzą, i nie sposób je zatrzymać. I tak oto widmo porażki rozpłynęło się po jego ciele, wprawiając go w jakiś smutny stan bezradności.
— No a czy wyglądam jakbym żartował? Przecież nigdzie tego nie ma. Przepadło, puf było i nie ma — oznajmił, gdy tak przyklęknęła przed nim i spuścił głowę, ale Wallace nie dawała za wygraną. Zaraz go szarpnęła, by znów podniósł na nią wzrok.

Jest zajebiście, serio!

Wierzył jej. Chciał… bo po pierwsze znali się szmat czasu, że ściemę wyłapałby od razu. Po drugie, gdy wbiła w niego te błyszczące oczy on wiedział, po prostu wiedział, że dla niej — z kapsułą czy bez — jest z a j e b i ś c i e.
Cicho parsknął słysząc o błotnych maseczkach. — To może jeszcze pijawki w drodze powrotnej, w końcu jak szaleć to szaleć! Niech będzie luksusowo — zażartował wciąż nie brzmiąc zbyt pewnie, ale na pewno ciut lepiej niż chwilę wcześniej, gdy w jego głosie można było wyłapać jedno wielkie rozczarowanie.
I już miał przytakiwać, że ten pomysł na nową kapsułę wcale nie jest taki głupi, ale znalazł coś o wiele lepszego. Coś wijącego, miękkiego i podłużnego…

Archibald Miller, nawet się kurwa nie waż

To była muzyka dla jego uszu. Jeden z piękniejszych dźwięków na tym świecie. To w jaki sposób to wypowiadała tylko go nakręcał i poszerzał jego bezczelny łobuzerski uśmiech.
— Wallace, chcesz mi powiedzieć, że wciąż brzydzisz się tych maleństw? — nie rozumiał, serio! — One są całkiem urocze SPÓJRZ — on oczami wyobraźni widział w nich takie kreskówkowe wielkie gały i cwaniacki uśmieszek oraz jak wołają wormsowym głosikiem.
Dobij, D-d-dobij!
Masz za swoje!
Ahoj! Już po tobie!
Zdrajco!

Kiedyś to się grało…
Serio tego nie widziała? Miller totalnie, ale on w sumie i tak przez większość czasu sprawiał wrażenie mocno oklejonego. Z drugiej strony czy to jego wina, że typ z góry obdarzył go taką wyobraźnią? Nie miał wyjścia, biedak m u s i a ł z tym żyć, a skoro już był na to skazany to należało ten dar od Boga wykorzystać jak najlepiej. I to właśnie robił machając wormsem przed nosem Abby. — W szpitalu na pewno oglądasz gorsze rzeczy! — i nie tylko o krwi tutaj mowa, bo serio tam na każdym kroku można było znaleźć coś obrzydliwego, ale nagle gdy coś się okazywało przypadkiem ciężkim to nawet gówno było pozłacane i każdy rezydent chciał je mieć dla siebie, co nie? Przynajmniej tak to przestawiali na tych wszystkich medycznych serialach, które żarliwie pochłaniał, ale żeby nie było — Miller to szanował. Ten zapał do pracy! On tam by zemdlał przy większej strzykawce (nawet bez igły), ale z wormsem potrafił biegać jak szalony. Ciekawe czy byłoby mu do śmiechu jakby tak Abby biegała za nim po szpitalu z wielką igłą i pełną gotowością wbicia jej w jego tyłek. No pewnie nie, ale teraz?
Bawił się przednio!!!
Aż czuł pod skórą taki dreszczyk ekscytacji, gdy Abby groziła mi prawie przez zaciśnięte zęby próbując go łaskotać, ale to nie Archie zwijał się ze śmiechu, a worms ze strachu i to tuż przed jej cholernie piękną i ubłoconą twarzą. Parsknął śmiechem, takim bezczelnym i radosnym, gdy mu zezowała i nawet w tej konkretnej sekundzie czuł jak serce szybciej wystukuje rytm i wyrywa się do niej. To były te głupiutkie momenty podczas których głupiutki miś Archie tracił dla niej głowę.
Damn, girl.
Skrzywił się nagle widząc jak upada na plecy, ale gdy tylko upewnił się, że nic jej nie jest dalej doskoczył do niej z chęcią ułożenia Wormsa w jej włosach. Mógł się tam tarzać z nią w tym błocie, bo w sumie nawet chyba chciał. Tak właściwie to teraz nawet nie był pewien czy mu na tym robaku w jej włosach zależy bardziej czy na tej wspólnej błotnej potyczce, bo kiedyś… kiedyś liczyła się tylko rywalizacja o zwycięstwo, ale teraz kiedy na nią patrzył tak z góry… to już sam nie był pewien czego tak naprawde chce.
Wallace chciał... wyglądała na zdziwioną i podekscytowaną!
Co u licha?
Z wrażenia aż upuścił dżdżownicę, która teraz w świecie robactwa pewnie będzie traktowana niczym jakiś potężny bohater bo przeżyła starcie z Bossem Millerem, który siał postrach już jako kilkulatek w ich świecie, a co dopiero teraz! Każdy worms byłby wychwalany po starciu z legendarnym Archiem ALE nie w tym rzecz!
Rzecz w tym, że jej ekscytacja wyrażana w ilości wyrzucanej energicznie ziemi w powietrze, była o g r o m n a!!! Zaraz do niej doskoczył padając na kolana i nie wierząc własnym oczom. — ZNALAZŁAŚ ją! — nie wierzył w to. Widział, ale nie dowierzał, nawet wtedy gdy razem wykopali je całkowicie i gdy trzymał to w legendarne pudełko w ręce. — To ona, no kurde… ty to jednak jesteś — spojrzał na nią tymi maślanymi oczami jakby się rozpływał, ale pomimo tego szaleństwa z robakiem, które właśnie mieli za sobą i po którym oddychali ciężko jakby przebiegli maraton, Archie i tak czuł dziwne ukłucie w okolicy mostka na myśl, że ich kapsuła się nie znalazła…a teraz? Teraz wszystko było takie jak powinno, nawet jeśli byli brudni, zdyszani i zupełnie niepoważni. Jakby jakiś pokręcony rytuał właśnie się spełnił, gdy trzymali w rękach te wspomnienia.
— Czyń honory — odparł zerkając na Abs, by otwarła ich pudełko. W środku było pełno drobnych rzeczy od jakiejś zasuszonej czterolistnej koniczyny, która prawie cała się skruszyła, przez kapsle z piwa wujka Franka, które nie miały dla niego większego znaczenia, po ten… — chwila moment, właśnie po niego sięgnął wyciągając dumnie i wymachując nim przed nosem Abby — …pierścionek z odpustu, za pomocą którego oświadczył się jej na zwisając głową w dół na trzepaku. — O matko i nasze listy — bo przecież każdy miał za zadanie sporządzić check listę rzeczy, które zrobią jak już będą duuuuuuzi. Zaraz dorwał tą swoją, bo prawdę mówiąc nie był pewien co tam napisał.

☐ Zostać mistszem NHL, strzelić gola rzycia i rzeby cały Toronto Maple Leafs bił mu brawo na stojąco.
☐ Wybudować wielkie igloo całe z zamrożonego syropu klonowego i wylizać je od środka.
☐ Zjeść dwadzieścia gałek lodów w jeden dzień i w ogóle nie słuchać rzadnych dorosłych.
☐ Oswoić ogromnego łosia, nazwać go Puszek i jeździć na nim do sklepu po słodycze.
☐ Polecieć do Wioski Świętego Mikołaja.
☐ ABBY MILLER, szczęśliwa rzona! Bo obiecałaś na trzepaku, więc już zawsze będziesz moją pyskaczką.

Pyskaczką? Cholera wie, co autor miał a myśli, ale niewątpliwie miał zamiłowanie do słodyczy, zwierząt i marzeń do spełnienia najprędzej na jakimś kwasie, a Abby zdecydowanie nie była jego RZoną, ani nawet żoną. Dobrze, że chociaż te dwadzieścia gałek udało się im zjeść pewnego razu w Toronto, gdy zrobili sobe challenge, ale nie skończyło się to zbyt dobrze. Przez dwa dni skręcał się z bólu brzucha, a gardło bolało go przez kolejny tydzień.
— Co tam masz?! — zaraz to zaglądał przez ramię na jej listę.
Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Summertime, and the living is easy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak.
To właśnie chciała mu powiedzieć.
Dalej brzydziła się TYCH maleństw.
Po pierwsze bo były obrzydliwe, po drugie że miały okropną konsystencję i całe się wiły, a po trzecie jej niechęć do robali była spowodowana niczym innym jak traumą z dzieciństwa, której twórcą był sam Archibald Miller we własnej osobie. Osobnik niebezpieczny, który przez wiele lat wciskał jej dżdżownice we włosy i na twarz, który podkładał jej pod poduszkę różowe robale na obozie letnim i nie miał litości, jeśli chodzi o tortury. Nic więc dziwnego, że kiedy po piętnastu latach znowu wyciągnął w jej kierunku to obrzydliwsto, Abby zaczęła uciekać.
Ale dobrze, że tak się stało.
Bo dzięki swoimi spiskiemu upadkowi prosto na brudną ziemię natrafiła na coś twardego, co po chwili okazało się rzeczą, po jaką tu przyszli. Czymś, czego Miller nie potrafił znaleźć przez ostatnie pół godziny kopania i marznięcia, a tu proszę, jeden upadek i było. Uśmiechnęła się pod nosem, widząc jego ekscytacje.
Wisisz mi za to porządny masaż! — wystawiła palec w jego kierunku i dźgnęła go lekko w ramię, kiedy tylko padł obok niej na kolana i zaczął razem z nią grzebać w ziemi. Już żadne z nich nie przejmowało się brudnymi rękami ani tym, żeby szukać łopatki, zrobili to w taki samo sposób, w jaki zakopali swoją kapsułę, a już po chwili mogli podziwiać czerwone, metalowe pudełeczko, w którym matka Archiego trzymała nici, wiadomo.
Ja pierwsza? — spojrzała na niego, gdy kazał jej czynić honory. Poprawiła jeszcze włosy, które bezczelnie spływały jej do przodu i mokre lepiły się do twarzy. — Dobra, zrób mi miejsce, Miller — pchnęła go delikatnie, nachylając się nad pudełkiem. Serce waliło jej mocno, gdy chłodne palce zacisnęły się na wieczku, a zaś gdy dookoła wybrzmiał znajomy trzask, uniosła spojrzenie na Millera. Bo to przecież była chwila, po którą tutaj przyszli. Właśnie mieli przed oczami kawał przeszłości. Historii, której byli głownymi bohaterami, chociaż przecież znalazły się tam również takie rzeczy jak kapsle od wujka Franka i kartka walentynkowa, którą Archie dostał od Tiffany z równoległej klasy. Abby śmiertelnie się wtedy na niego obraziła, że wsadził to do ich kapsuły, chociaż teraz jak patrzyła na to z perspektywy lat, to tak naprawdę nie miała o co, biorąc pod uwagę, że Tif była teraz zakonnicą. Pewnie dużej miłości i tak by z tego nie było.
Listy?! — nachyliła się w stronę Millera. — Pokaż to! — wyrwała mu kartkę z ręki i zaczęła czytać wszystko co tam miał, śmiejąc się głośno. — Zobaczmy, z NHLu nie wyszło… nic. Wielkie igloo wciąż jest do zrobienia, w końcu jeszcze drugie tyle życia przed nami, nie? — posłała mu wymowne spojrzenie i szturchnęła go ramieniem. — Gałeczki odhaczone, chociaż jak sobie przypomnę, ile po tym rzygałam, to NIGDY WIĘCEJ. Z łosiem może być problem, wioska mikołaja też raczej mało prawdopodobna do zrobienia… — zaśmiała się, kręcąc z niedowierzaniem głową. I dopiero wtedy spojrzała na ostatni punkt. ABBY MILLER, szczęśliwa rzona. Ha! To dopiero się źle zestarzało, biorąc pod uwagę, jak uczucia zawsze się rozjeżdżały. Jak za każdym razem kiedy ona chciał, on kogoś miał i odwrotnie. A kiedy oboje byli sami… pękali. A jednak patrząc na to zdanie mimowolnie poczuła, jak jej serce przyśpiesza. Znowu uśmiechnęła się pod nosem. I może nawet by coś o tym powiedziała, ale… — Patrz jaki miałeś problem z ż z kropką. Pewnie do dzisiaj walisz z błędami! — oczywiście obróciła wszystko w żart, bo jakby inaczej. Czy oni kiedykolwiek nauczą się rozmawiać o uczuciach? Pewnie nie, bo jednak nad popędy bardziej cenili sobie swoją przyjaźń i nie łatwo było się przełamać. Całe szczęście Miller jak na zawołanie zmienił temat na listę Wallace, więc oddała mu jego kartkę i sięgnęła po własną.
Jezu nawet nie pamiętam, co tam napisałam — bo faktycznie wypisywanie tej kartki pamiętała jak przez mgłe. Jedynie to, że leżeli wtedy na drewnianym, starym pomoście przy jeziorze i kłócili się o długopis, bo jeden ledwo pisał i nikt go nie chciał. Oczywiście trafił się on Archiemu, jej lista była starannie rozpisana.

✿ Zostać syreną, ale taką co może chodzić po lądzie kiedy chce.
✿ Mieć 57 psów i żadnego kota, bo koty są podejrzane.
✿ Polecieć na Księżyc i sprawdzić czy naprawdę jest z sera.
✿ Nauczyć się rozmawiać z wiewiórkami.
✿ Uciec z domu na jeden dzień i mieszkać w domku na drzewie razem z Archiem.
✿ Zjeść tort na śniadanie, obiad i kolację i nie umrzeć.
✿ Zostać lekarzem.
✿ I żeby Archie mnie zawsze kochał.


Westchnęła głośno, znowu czując to znajome, przyśpieszone bicie serca.
Nie pokaże ci!! — krzyknęła nagle, kiedy Archie chciał się nachylić w jej kierunku. — Nic nie zobaczysz, Miller. To prywatna dokumentacja z moją starą ja!!! — próbowała się od niego odsunąć, ale oczywiście Archie był o wiele szybszy i zaraz wyrwał jej kartkę, z której spokojnie mógł sobie przeczytać te wszystkie NIEDORZECZNE podpunkty. A ona? Ona tylko lekko się przesunęła, niby grzebiąc w pudełku, bawiąc się pierścionkiem, a jednak ukradkiem przyglądając mu się, kiedy czytał jej listę. Obserwowała jak kąciki jego ust pną się ku górze, jak oczy świecą tym swoim charakterystycznym blaskiem i na moment kompletnie się na niego zapatrzyła, czując ścisk w brzuchu. Dopiero po chwili spuściła spojrzenie na pierścionek z odpustu.
Czemu mi go nigdy nie oddałeś? — zapytała, łapiąc jego piękne, jasne spojrzenie, przy okazji podciągając kolana prawie pod samą brodę. — Miałeś się nim oświadczyć, Miller.

🌻
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Archibald Miller straumatyzował Abby Wallace, no świetnie!
Nie miał powodów do dumy, to fakt, ale on nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak wielki wpływ miał na jej obrzydzenie do tych różowych obślizgłych wijątek. Trochę myślał sobie, że Abby specjalnie tak przesadza pieszcząc i uciekając, by on się jeszcze bardziej starał ją dogonić. Takie trochę nieudolne zaloty dzieciaków, które najwyraźniej zostały mu do dziś. Wystarczyło na nich spojrzeć, kiedy tak tarzali się po tej ziemi — ona niby przestraszona, a on złośliwy — a jednak ich oczy wyrażały więcej niż tysiąc słów. Znów miały w sobie tę beztroskę, której choć akurat ich dwójka nigdy nie straciła, bo we dwoje nawet w dorosłym życiu wciąż wpadali na absurdalne pomysły, to jednak… był to jakiś inny wymiar, kiedy wrócili na stare śmieci, a wcale nie takie stare uczucia odżyły.
Masaż? A wiesz, że ojciec dalej trzyma w garażu ten wielki fotel masujący, który mu okupowaliśmy i zawsze się z nami wykłócał żebyśmy zabrali tyłki, bo jego kręgosłup tego potrzebuje? — zagaił śmiejąc się pod nosem. — Jesu mama nie mogła patrzeć na to w salonie i w końcu widocznie wygrała… bo wylądował w garażu, chociaż zdaje się, że ojciec relaksuje się w nim teraz nieco inaczej… znalazłem w bocznej kieszonce trawkę — może dlatego już się tak nie stawiał i wyniósł go do swojego królestwa. Królestwa, które pewnie i tak wkrótce odwiedzą, jak będą szukać jakiś ciuszków na zmianę. — Możesz mieć masaż z bonusami — uśmiechnął się zawadiacko, bo wpierw pomyślał o wibracjach i trwace, ale dopiero gdy to powiedział pomyślał o czymś zupełnie innym i zaraz już znów w jego głowie przewijały się zdechłe pieski, bo to nie był czas na takie myśli.
Dobrze, że ta jego manifestacja zdechłych piesków nie sprawiła, że jakiegoś wykopali, bo to dopiero byłoby traumatyczne przeżycie. Gorsze niż wijące i bardzo żywe robaki. Na szczęście w końcu odkopali kapsułę, a Archibalda aż roznosiła ekscytacja. Nie ma co się oszukiwać, straszna z niego była buła w kwestii sentymentalnych rzeczy i nawet nie potrafił zgrywać obojętnego cwaniaka, co to niby nie lubi takich rzeczy. Poza tym Abby szybko by go rozszyfrowała jakby się tak popisywał…
Dzięki bogu z tym NHLem — przyznał, bo wciąż wzdrygał się na myśl o tym co przytrafiło się Toby’emu z ich rocznika. Jak przydzwonił głową i już nigdy nie był taki sam z powodu urazu. Kiedyś Archie faktycznie traktował to jako zabawę i niejednokrotnie skończył z potłuczonymi żebrami i siniakami na klatce, a jego przygodę z tym sportem definitywnie zakończyło rozcięcie łyżwą, po której do dziś ma bliznę na łydce. — A igloo możemy machnąć w tym roku — choć cholera wie skąd on by wyprowadził takie ilości syropu klonowego, ale czego się nie zrobi dla tak ważnego przedsięwzięcia. — I co jak co, ale wioska świętego mikołaja jest bardzo prawdopodobna, tylko bilety drogie — ale taka Finlandia była kuszącym kierunkiem podróży. Może poślubnej?! W końcu kiedyś Abby Miller będzie jego szczęśliwą rzoną, co nie?
Wcale, że n-nie-eee! — odpowiedział z udawanym oburzeniem, a pewnie gdyby nie te wszystkie korekty w telefonie i aplikacjach to dalej walił by takie błędy jak kiedyś.
I gdy tak zatracili się w swoich listach czytając je wręcz z wypiekami na policzkach, czas na moment się zatrzymał… chociaż nie, on się cofnął. Jakby znów byli tymi dzieciakami, co to dopiero zamierzali zakopać swoje skarby.
Oj no pokaż, nie bądź taka! — i nim zdążyła zaprotestować po raz kolejny on już wykradł jej listę z zamiarem szybkiego przeczytania jednej za drugą, ale na pierwszej zatrzymał się z rozdziawionymi ustami. — NO WEŹ! Ja to jednak jestem super, spełniam marzenia niczym jakiś dżin nawet o nich nie wiedząc! — spojrzał na Abby z błyskiem w oku, ale jej zdziwiona mina go zaniepokoiła. — No nawet nie mówi mi, że nie pamiętasz tego koca co wyglądał jak syreni ogon? Dałem ci go na urodziny i okazał się tak wygodny, że prawie wtedy płakałem, że też taki chce, a ty na urodziny sprezentowałaś mi podobny z nemo. Musisz to pamiętać! — i już, PYK odhaczone. — No z tymi psami to chyba cię nieco poniosło po obejrzeniu 101 dalmatyńczyków, ale jest to coś wciąż do zrealizowania. Zawsze możesz otworzyć schronisko — zażartował czytając dalej. Trzecie odpadało, na pogaduszki z wiewiórkami też raczej nie mieli szans, a ta… — Ucieczka! O matko — parsknął śmiechem, bo to akurat się im udało, szkoda tylko, że akurat tej nocy, kiedy postanowili uciec rozpętała się niezła burza i koniec końców wylądowali wystraszeni i przemoczeni waląc do drzwi domu Millerów. — Pamiętasz minę mojej mamy — pokiwał głowa zniedowierzaniem, że mieli tyle szalonych pomysłów i część z nich faktycznie zrealizowali. Bez wątpienia Wallace była idealną kandydatką do tego typu przedsięwzięć. — Z tym lekarzem to akurat pewniak był już od dawna, a… — i teraz doczytał do końca. TO DOPIERO BYŁ PEWNIAK. Taki, że spalił buraka nie wiedząc jak to skomentować, a mimo to uśmiechnął się spoglądając na Abby i obserwując jak sama ucieka wzrokiem do odpustowego pierścionka. — Przechowałem go… no wiesz, na właściwszy moment. Nie pamiętasz jak wtedy byłaś na mnie śmiertelnie obrażona o Srif, Pif czy jak jej tam było Tif? — zagadał sięgając po to plastikowe cacko obracając nim w palcach. — Ale teraz… — teraz to co innego! — Dobra, koniec żartów — zaczął i zaraz uśmiechnął się w ten typowy dla niego łobuzerski sposób. Klęknął przed nią ubrudzony, bez koszulki i z tym pierścionkiem wyciągniętym prawie pod sam jej nos z taką dumą, jakby był najdroższym diamentem na świecie. I patrzył na nią… patrzył tak ciepło i szczerze. — Archibald Express może i zbankrutował, koszulka została na płocie, nie mamy łosia Puszka i iglo z syropu klonowego, z wiewiórkami nie pogadamy — no chyba, że po tej trawie ojczulka — i na księżyc nie polecimy, ale… mamy nas. My, przeciwko całemu temu durnemu dorosłemu światu — wyznał dając jej lekkiego psryczka pierścionkiem w nos i patrząc prosto w jej oczy, kiedy tak zezowała momentami zerkając na diament.
Więc pytam ś m i e r t e l n i e poważnie, Wallace… czy zostaniesz moją oficjalną kompanką, najlepszą bulwą i najwspanialszą pyskaczką już na zawsze? Czy obiecujesz być zawsze w gotowości ojojania mnie, dokładnie tak jak ja zawsze, w każdej sekundzie jestem gotowy ojojać ciebie? — uśmiechnął się delikatnie — I czy będziesz wytrwale znosić te wszystkie robaki i moje durne pomysły dla dobra mojego wiecznie chłopięcego ego? — no po tym ostatnim mógł ją strach oblecieć, ale niech no spojrzy na tego łobuza!

Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Summertime, and the living is easy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dziwnie patrzyło się na zawartość kapsuły. 
Niby w dobrym tego słowa znaczeniu, a jednak przez moment Abby nie potrafiła sobie poradzić z nostalgią, która się tam znajdowała. W jednej sekundzie zetknęła się ze wszystkimi wspomnieniami, które kryło pudełeczko. Z tymi dobrymi jak i złymi. Z listami, które sporządzili jeszcze jako małe szczyle i które nie miały żadnego zastosowania w dorosłym życiu. Z niespełnionymi marzeniami i ambicjami, z beztroską, jaką mieli wtedy w sercu. Bo kto normalny chciał mieć ponad pięćdziesiąt psów? Na pewno nikt normalny! 
Z psami mocno przesadzone — zaśmiała się głośno na jego słowa. Chyba faktycznie wpisała tą pozycję na listę po obejrzeniu 101 dalmatyńczyków, jak ryczała przez pół godziny i nawijała Archiemu, że ona by się zaopiekowała tymi wszystkimi pieskami i kiedyś sobie takie sprawi. Własnej matce wtedy po przyjściu do domu powiedziała, że jak zarobi pierwsze dorosłe pieniądze, to kupi całe schronisko. — Chociaż jak zostanę kiedyś milionerką za wynalezienie lekarstwa na raka, to kupię wszystkie schroniska w Toronto — teraz on eskalował. Coś jednak zostało w niej z tej dziesięcioletniej Abby, jak zresztą było widać na załączonym obrazku. Chociaż akurat uciekać z domu nie miała zamiaru. Pamiętała dokładnie, jak tak uciekli, że wieczorem zastała ich burza i musieli jak morke szczury z podwiniętymi ogonami świecić oczami przed mamą Miller. Całe szczęście matka Archiego była najbardziej wyrozumiałą i kochaną kobieta na świecie, dlatego po solidnej zjebce, jaką dostali, dała im również gorącą herbatę i stertę kanapek, bo tego oczywiście też sobie nie spakowali. Pewnie umarliby tam na drzewie z głodu. Całe szczęście nic takiego się nie stało i Abby mogła zostać pełnoprawnym lekarzem! Chociaż jedna pozycja z jej listy faktycznie się spełniła.
Ale czy jedyna?
Siedziała z podkulonymi nogami, przyglądając się pierścionkowi z odpustu. Przerzucała go w palcach i obracała, łapiąc na plastikowy kamień nieco promieni słonecznych, które ledwo ogrzewały ich ciała. Pamiętała dokładnie jak bardzo była obrażona na Archiego, że pozwolił jej zgubić ten pierścionek. Było to dokładnie tego samego dnia, kiedy mieli lekką sprzeczkę o Tiffany z dzielnicy, z którą nagle Miller też chciał się bawić. Abby nie rozumiała jeszcze wtedy pojęcia zazdrości, ale z pewnością mogła je czuć w sowim dziesięcioletnim ciele. Na ułamek sekundy wspomniała tą wersje Wallace, chociaż ta za wiele się nie zmieniła. Po prostu teraz lepiej ukrywała to w sobie.
Miller za to nie ukrywał nic i zaraz wyznał jej, że przechował go na właściwy moment.
I ten moment jest właśnie teraz? -- prychnęła rozbawiona. — Akurat kiedy wyglądam jak mokry szczur? — bo inaczej nie dało się tego nazwać. Nie dość, że byli upierdoleni od błota od góry do dołu, to jeszcze blond włosy Abby kleiły się jej do twarzy i obojczyków wyznaczających się pod skórą. Tylko jak się okazało, Archiemu wcale to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mu, żeby runąć przed nią na kolano, zabrać jej pierścionek, a potem wystawić jej go przed twarz.
Piękne były te jego oświadczyny.
Bardzo Miller style.
Wyjątkowo czarujące. Szczególnie oczy, które mieniły się zaczepnie, wpatrzone w nią z pewnego rodzaju czułością, która zawsze rozkładała ją na łopatki. Nawet nie panowała nad delikatnym uśmiechem, który wymalował się na jej twarzy. Kurwa. Dziesięcioletnia Wallace chyba posikałaby się ze śmiechu. A dorosła?
Miller, nie wiem czy masz tego świadomość, ale to już drugi raz w tym miesiącu, kiedy mi się oświadczasz — zaczęła, wypominając mu epickie oświadczyny na kręgielni, kiedy krążkiem cebulowym prosił ją, żeby została jego bulwą na dobre i złe. Swoją drogą epicko wtedy rozwalili (prawie) całą konkurencje, chociaż Państwa Henedersonów nie powinno się nawet liczyć do statystyk. — Uważaj, bo jeszcze wyczytam się w tym drugiego dna — zagroziła. Jakiego? Że był w tym bardziej głęboki podtekst? Że Archie mógł chcieć coś więcej? No tylko pytanie, czy to faktycznie byłoby aż takie złe? Czy już niewystarczająco długo pielęgnowali swoją przyjaźń, żeby w końcu pogodzić się z tym napięciem, które gromadziło się między nimi? Z tymi wydłużonymi spojrzeniami prosto w oczy i przyśpieszonym biciem serca. Nie TAK!.
Ale tak, zostanę twoją oficjalną kompanką, najlepszą pulą i najwspanialszą pyskaczką — wyznała w końcu, wystawiając w jego kierunku dłoń. — Zawsze — dodała nieco ciszej, obserwując, jak Archie próbuje wcisnąć kawałek plastiku na jej palec serdeczny. Co oczywiście nie szło najlepiej, biorąc pod uwagę, że Abby nabrała torcie kilogramów i masy mięśniowej. — Spróbuj na ten — schowała większość palcy i zostawił tylko malutki. Pierścionek odpustowy szedł LEDWO, ale finalnie udało się przepchać. Gorzej będzie ze zdjęciem, ale to już problem jutra. Szczególnie, że w tamtej chwili myśli jak i wzrok Wallace już w pełni skupiały się na Millerze. Na sposobie w jaki jego palce muskały jej ciepłą skórę, jak jasne oczy wodziły po jej twarzy, a ona jeszcze zamiast się odsunąć, przytrzymała sobie jego dłoń i uniosła ją do ust. — A&A forever, nie? — prychnęła, po czym złożyła na wierzchu jego dłoni przelotnego całusa. A potem przysunęła własną rękę do jego ust. Dokładnie tak jak to zrobili kilkanaście lat temu, gdy byli jeszcze szczylami i ryli swoje inicjały w drzewie. Dzisiaj towarzyszyły temu zupełnie inne odczucia i emocje. Szczególnie, że żadne z nich nie wyszło z inicjatywą, żeby rozłączyć ich splecione dłonie. Oczy też szukały kontaktu. Te Abby wodziły między jasnymi, pięknymi oczami, a pełnymi ustami, podczas gdy jej kciuk muskał jego skórę.
I może nawet by się odważyła, zrobiła coś w końcu z tym nieznośnym napięciem, ale wtedy coś trzasnęło w krzaku obok, a gdy oboje spojrzeli w tamtą stronę, mogli zobaczyć… wiewiórkę. Piękna, rudą wiewiórkę, która przeleciała potem gdzieś za plecami Millera.
Może jednak nic straconego z tymi gadaniem z wiewiórkami — zaśmiała się, odsuwając nieco od Archiego. Znowu oblana kubłem zimnej wody, odczytując to jako znak od wszechświata, że lepiej będzie, żeby trzymali się na odpowiedni dystans. — To co? Wracamy? Może twoja mama zrobi nam swoją popisową gorącą czekoladę — przydałaby się na to, jak bardzo zmarznięci już byli i przemoczeni. A do tego prysznic. Tak, to też był świetny pomysł.

Archie ⋆‧°𓏲ּ𝄢
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”