ODPOWIEDZ
35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Kurwa, kurwa, kurwa. Wbiegam po schodach dosłownie na łeb na szyję bo ja pierdole, jestem już spóźniony, a jak to niby będzie wyglądać przed moją nową stażystką? Co prawda Thalia sama wydawała się jakaś taka nierozgarnięta, ale zaś ja byłem od tego, żeby jej świecić przykładem i udawać idealnego mentora. Do tej pory szło mi właściwie całkiem nieźle, chociaż prawdę mówiąc byłem raczej niepocieszony faktem, że dostałem przydupasa do nauki. Fakt, dziewczyna mogła się ode mnie bardzo dużo nauczyć, ale nie czarujmy się - mi się zwyczajnie nie chciało uganiać z uczennicą. Wracam jednak myślami do tamtego deszczowego popołudnia kiedy Vishwakar zaprosił mnie do swojego biura na rozmowę i jasno dał do zrozumienia, że nie mam wyboru. Więc kazał pan, musiał sługa, za dużo mi płacili żebym się kłócił. Poza tym miałem u nich kilku naprawdę ważnych klientów, którzy w zasadzie nieczęsto odpierdalali, a hajs wykładali głównie za klikanie w komputer, przez co mogłem sobie pozwolić na swoje poboczne sprawy, te z kolei rozwiązywałem głównie pro bono, z dobroci serca. I trochę dlatego, że szukanie dziury w systemie było nie tylko obowiązkiem, ale również przyjemnością. W każdym razie wpadam do swojego biura i widzę Jane siedzącą na swoim miejscu, piłującą paznokcie, ze sluchawką przy uchu - O, właśnie przyszedł - informuje osobę po drugiej stronie, więc unoszę obie brwi w pytającym geście, a ona zwraca się do mnie - Masz pozdrowienia od swojej mamy, chce ci coś powiedzieć - no tak, mogłem się tego spodziewać, one potrafiły godzinami wisieć na telefonie i pierdolić o niczym. Wywracam oczami, a dziewczyna na moment zaprzestaje manicuru, żeby podać mi słuchawkę. Kocham cię synku, miłego dnia - słyszę - No, ja ciebie też, pogadacie później, dobra? Mamy ważne sprawy, pozdrów ojca - odkładam telefon i zwracam się do Jane, która patrzy na mnie z tą samą miną co zawsze, czyli czymś między wkurwieniem a obojętnością - Ja pierdole, musiałem jechać jakimś objazdem, spociłem się jak wieprz, wali ode mnie na kilometr - informuję ją. Jechałem oczywiście rowerem, bo dzień był ładny, odpowiedni na poranną przejażdżkę. Dziewczyna wywraca oczami, a ja dalej nawijam - Weź, wymyśl coś, jak ja się pokażę komukolwiek? Normalnie leje się ze mnie, chyba mi schodzi wszystko co w życiu przyjąłem, czujesz to? Taki chemiczny pot - Jane w tym czasie wstaje ze swojego miejsca i przechodzi na drugą stronę, żeby otworzyć drzwi wysokiej szafy, z jej wnętrza wyjmuje świeży, wyprasowany garnitur. No tak, jej geniusz jest po prostu nie do opisania, kiedyś powiedziała mi, żebym sobie przyniósł tutaj ze dwa na wszelki wypadek. Na początku to miałem takie lol po co, ale nalegała, że kiedyś się przyda. No i dzisiaj właśnie nadeszło to kiedyś - Kurwa, ty jesteś jebanym geniuszem, najlepszym co mnie spotkało w tej pracy. A gdzie jest Thalia? - Jane wzrusza ramionami i mówi, że nie wie, na co marszczę brwi - Jak to nie wiesz? - w razie gdyby mnie nie było na miejscu, to miała raportować do Jane - Nie wiem, kurwa, a co ja jej GPSa w dupie zamontowałam? Jeszcze nie przyszła - mówi, pogania mnie jedną ręką żebym się szybciej rozbierał, więc rozbieram się szybciej - Nie przyszła? Znowu spóźniona? - czym prędzej wciągam świeże spodnie, one akurat nie wymagały zmiany, ale tamte nie pasowałyby do nowej marynarki - No najwidoczniej bierze przykład z góry - Jane uśmiecha się słodko, a ja ponownie wywracam oczami, ale już nie komentuję. Podaje mi koszulę i pomaga zapinać guziki, potem wiąże krawat, a na koniec z pewną dozą czułości wygładza klapy od marynarki - Zdecydowanie za mało mi płacisz - kręci głową, na co wzruszam ramionami - Gdyby to ode mnie zależało to już dawno bym cię ozłocił, będę wnioskował o podwyżkę dla ciebie u szefa - chociaż nie oszukujmy się i tak zarabiała dużo więcej niż przeciętna sekretarka. Tylko nie była przeciętną sekretarką. Mniej więcej w tym momencie drzwi do biura otwierają się i staje w nich spóźnialska we własnej osobie. Obydwoje wbijamy w nią spojrzenie, zaś Jane odsuwa się ode mnie i zaczyna zbierać mój przepocony garnitur z fotela dla gości, powoli wiesza go na wieszaku, ten zaś na drzwiach od szafy. Ktoś będzie musiał oddać go do pralni. Ktoś czyli Thalia - Athalia Rosenhall, miło, że wreszcie nas zaszczyciłaś swoją obecnością, mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie - posyłam jej groźne spojrzenie. Jane wita się szczerym uśmiechem i puszcza jej oczko, potem wraca na swoje miejsce żeby dalej piłować paznokcie. Ja z kolei macham na dziewczynę głową, że ma iść za mną, dalej wgłąb, do mojego prywatnego biura. Zatrzymuję się zaraz za drzwiami i zerkam na swoje biurko, jedną rękę uginam w łokciu przyklejając ją do piersi, drugą wspieram na tej pierwszej, a dłoń opieram na twarzy, stukając palcem w usta - Hmmm, czegoś mi tutaj brakuje, jak myślisz? - pytam, chociaż już za moment sam udzielam jej odpowiedzi - Kawy, Thalia, dla mnie podwójne espresso bez cukru, Jane pije cappuccino na mleku bez laktozy z dwoma łyżeczkami brązowego cukru, pospiesz się, bo mamy dzisiaj dużo pracy - poganiam ją ostatni raz, po czym ruszam w stronę swojego fotela.

Thalia Rosenhall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
For good luck!
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i'd apologise but i don't realise...
what i'm doing wrong...


To zdecydowanie nie był dzień, w którym miała ochotę oglądać twarz swojego przełożonego, Patela. Działał jej na nerwy, a poza tym nazywał ją pełnym imieniem, czego cholernie nie znosiła. W dodatku ostatnimi czasy pocił się jak szalony. Rozumiała, że jazda komunikacją miejską w samym środku Toronto potrafiła być co najmniej irytująca, no ale kurwa. Szanowany adwokat nie potrafił zadbać o to, żeby mieć w biurze chociaż jedną małą buteleczkę perfum? Serio? No nic. Musiała się starać. Zależało jej na tym stażu, więc suma summarum chciała dać z siebie wszystko, nawet jeśli oznaczało to regulowanie oddechu w jego obecności i udawanie, że absolutnie niczego nie czuje.

Cholera, jak na złość, nie wiedziała też, w co się ubrać. Nie była typem osoby, która lubiła wyglądać poważnie. Zdecydowanie bardziej wolała podkreślać atuty swojego biustu i krągłości, ale kancelaria to kancelaria. Trzeba było zachowywać chociaż te najniklejsze pozory profesjonalizmu. Bujała się do rytmu muzyki, przeglądając ciuchy, aż w końcu wybrała komplet, który nie krzyczał fuck me on the dancefloor, a raczej coś w rodzaju, staram się być profesjonalna.. więc był progresik biorąc pod uwagę jej standardy. Niestety, chwilę później, jak na złość, potrąciła dłonią kubek z kawą stojący na biurku, a ta rozlała się doslownie na jej dzisiejszy modowy wybor, - Kurwa maaać - jęknęła pod nosem, chwytając się za głowę i wpatrując z przerażeniem w outfit, który miał być jej dzisiejszą wizytówką. No nic. Musiała postawić na coś innego.

Wygrzebała z szafy ubrania, które nie były przesadnie roznegliżowane, chociaż czerwony stanik, będący jedyną czystą opcją, i tak lekko prześwitywał spod materiału. Welp. Patel mnie zajebie, pomyślała, patrząc na swoje odbicie. Przebrała się, dorzuciła czerwoną szmineczkę, bo może chociaż ona odwróci uwagę od stanika, no nie? Chociaż ten zbok i tak na bank zerknie oczkami w jej dekolt nie raz. Figured. Sigh. Zerknęła na czas. Była już spóźniona jakieś pół godzinki, no ale przecież musiała się ogarnąć?? Ruszyła na miejsce, a po kolejnych czterdziestu minutach w końcu dotarła. Dobra, wyszła jakaś godzina z kawałkiem spóźnienia. To nic takiego. Ludzie mieli w życiu większe dramaty. Weszła do środka i od razu rzuciła, - Przepraszam za spóźnienie, szefie. Strasznie dzisiaj wszystko się pogmatwało. Obiecuję poprawę. Nie, że to się nigdy więcej nie stanie, rzecz jasna. - Uśmiechnęła się szeroko, zerkając to na niego, to na Jane. Czasami zastanawiała się, czy zdarzało im się pieprzyć, no ale anyways, it wasn’t her business, eh? - A wytłumaczenie? Nie mam żadnego. Po prostu się spóźniłam - dodała odkładając swoją torbę na bok. - To od czego dzisiaj zaczynamy? - zapytała z autentycznym zaciekawieniem, bo naprawdę chciała zabrać się do pracy. Nauczyć się czegoś. Jakichś tajników obrony, oskarżenia, czegokolwiek...

Zbliżyła się do szefa i, o dziwo, musiała przyznać, że dzisiaj pachniał w miarę okej. Odetchnęła z ulgą, ale ta ulga trwała może całe dwie sekundy, bo zaraz palnął, że on i Jane chcą kawuni. Jakby sam nie potrafił sobie zrobić. Przewróciła oczami, ale zaraz wymusiła na twarzy słodki uśmieszek. - już zaraz będzie. - Zeszła do kawiarenki na dole i zamówiła dokładnie to, czego chcieli. Oczywiście szefunio dostał w swoim espresso mały gratis. Odrobinkę soli z saszetki, bo skoro już leżały takie fajne przy ladzie, to aż szkoda było nie skorzystać. Wróciła do biura, podała Jane jej kawę, a chwilę później skierowała się do gabinetu Williama. Postawiła przed nim podwójne espresso i uśmiechnęła się niewinnie, opierając biodrem o jego biurko. - Proszę, szefie - rzuciła słodziuteńko - to co masz dzisiaj dla nas w planach? - W jej głosie pobrzmiewało podekscytowanie, chociaż nie potrafiła sobie odmówić zerkania na kubek. Była cholernie ciekawa, czy zauważy, że w jego kawusi znalazł się mały, bardzo osobisty dodatek.

szef Patel
35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wywracam oczami na słowa dziewczyny i wzdycham przeciągle, w duchu pytając wszystkie cząstki wszechświata dlaczego zesłał mi akurat ją? Jest ponad czterdzieści milionów ludzi w Kanadzie, a pod moje skrzydła trafia akurat Thalia - Pierwsza zasada bycia prawnikiem brzmi - zawsze miej coś na swoją obronę, więc popracuj trochę nad wymówkami, Athalia, następnym razem wymyśl coś co poprawi mi humor - tak ją instruuję na przyszłość, żeby nam wszystkim żyło się lepiej. Poza tym jak się spóźni do klienta to przecież nie powie mu, że tak wyszło, bo jak to brzmi? Ja, na przykład, opanowałem sztukę tworzenia pokrętnych wymówek do perfekcji, później tylko trzeba było uważać, żeby się za często nie powtarzały. Jej chwilowy entuzjazm trochę nawet łagodzi sytuację, ale przecież nie byłbym sobą, gdybym jej nie wysłał po kawę. Może kiedyś doczekam takiego pięknego dnia, że zaskoczy i sama pomyśli, żeby po drodze wziąć napoje? O, zawsze mogłaby wtedy powiedzieć, że stała w kolejce po moje ulubione espresso. W oczekiwaniu na strzał kofeiny zasiadam na swoim turbo wygodnym, biurowym krześle i zaczynam poprawiać wszystkie rzeczy na blacie, jakby się przez noc zdążyły poprzesuwać, taki mój codzienny rytuał na dobry początek dnia, a kiedy Thalia wraca z kawą to uśmiecham się do niej lekko - Dziękuję - no i proszę, jak chciała to potrafiła być miła - Siadaj - kiwam na nią głową, po czym w jedną rękę chwytam jakieś papiery, a w drugą mały kubeczek z kawą czarną jak smoła i mocną jak diabli - Okej, to na dzisiaj mamy tak - już mam zacząć wyliczać co w planach, ale robię krótką przerwę żeby się napić i jak to mam w zwyczaju walę cały kubek na raz. Smakuje jak szczyny, obrzydliwie, ledwo przełykam to gówno i od razu się mocno krzywię. Dosłownie czuję jak mi się cofa, jednak przysłaniam usta wierzchem dłoni i kolejny raz przełykam - Kurwa, co to jest? Chyba zmienili kawę, będziesz musiała zacząć chodzić do tej kawiarni po drugiej stronie ulicy, bo to się nie nadaje do picia - zgniatam papierowy kubek w dłoni, po czym wyrzucam śmieć do kosza obok swojego biurka. Mlaskam kilka razy, ale to nie pomaga mi pozbyć się tego okropnego smaku więc odkładam papiery, żeby sięgnąć do szuflady, bo mam tam zawsze jakąś małą wodę na kaca. Przepłukuję gardło, po czym wreszcie ponownie sięgam po dokumenty, chrząkam i już mam zacząć nawijać o naszym dzisiejszym planie dnia, ale wtedy do gabinetu, bez pukania, wpada jeden z partnerów kancelarii, pan Grant, wbijam w niego spojrzenie - Lepiej żebyście byli wolni, mam coś dla was - rzuca od progu. Po prostu kocham jak Grant wpada bez zapowiedzi do mojego biura i żąda żebym rzucił wszystko, bo ma dla mnie (w tym przypadku dla nas) coś nowego. Co za każdym pieprzonym razem jest czymś totalnie pojebanym. Nauczony więc doświadczeniem odzywam się od razu - Ale my dzisiaj mamy Pana Braxtona, a potem zamierzałem szczegółowo odpytywać Athalię z prawa karnego - zaczynam się wykręcać, jednak facet marszczy mocno swoje krzaczaste brwi - Panna Rosenhall nie jest już na studiach, więc zakładam, że zna prawo karne, inaczej nie dostałaby się na ten staż, a Braxton odwołał dzisiejsze spotkanie, Jane ci nie mówiła? - rzuca ostro, natomiast gdzieś zza jego pleców dochodzi do nas głos sekretarki - Sorki, zapomniałam, mój błąd - obydwoje, i ja i Grant, w tym samym czasie wywracamy oczami - Szczegóły wysłałem ci na maila, czemu nie jesteś jeszcze zalogowany? - pyta - Bo mi zasilacz wysiadł, musiałem sobie skombinować nowy - obydwoje wiemy, że to nieprawda - Zawsze musisz mieć jakąś wymówkę? - w odpowiedzi wzruszam ramionami, ale patrz pierwsza zasada bycia prawnikiem. Klikam coś w klawiaturę, że niby się loguję, chociaż jeszcze nawet nie zdążyłem odpalić kompa. Grant kręci głową, po czym wychodzi, a ja uruchamiam komputer w międzyczasie myśląc o tym co zjem dziś na lunch i czy powinienem go zjeść z Thalią czy do tej pory zdąży mnie jeszcze bardziej wkurwić? Stukam palcami w blat, tymi drugiej ręki w myszkę, żeby wejść w wiadomość od szefa, a tam dosłownie trzy rzeczy - godzina, nazwisko i adres - I co? To wszystko? To niby są te szczegóły? - odwracam lekko ekran w jej stronę, żeby też mogła zobaczyć, po czym wzdycham ciężko - Dobra, widzę, że dowiemy się wszystkiego na miejscu, która jest godzina? - ja już uruchamiam mapy google żeby zobaczyć gdzie to jest, bo nazwa ulicy dosłownie nic mi nie mówi i się okazuje - Co to kurwa za zadupie? - ale nie było czasu się nad tym zastanawiać, bo mieliśmy go stosunkowo mało na taką podróż - Zamów nam taksówkę - rzucam do Thalii, zaś sam piszę jeszcze do Granta czy to na pewno wszystko?

Thalia Rosenhall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
26 y/o
For good luck!
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jezu. Dlaczego ten staruch musiał być aż tak irytujący?

Może gdyby nie był jej szefem i gdyby nie wiedziała, że pocił się jak jakiś czterdziestoletni facet produkujący zdecydowanie za dużo testosteronu, żywiący się wyłącznie pizzą, popijający chorobliwe ilości energetyków i piwa najgorszego sortu, a wieczorami grający w Dotę albo LOLA... (nie pytajcie, dlaczego było to aż tak sprecyzowane. Pierwsze, co przyszło jej do głowy, XD) To może, ale tylko MOŻE, uznałaby, że był nawet atrakcyjny. A tak? Znała go od zupełnie innej strony. W dodatku ciągle, ale to ciągle nazywał ją Athalią, czego, do kurwy nędzy, nienawidziła. Aż się prosiło, żeby wsunąć mu coś do jedzenia albo kawy, bo sorry, jak długo można być takim ignorantem? No proszę. - Szefie, nie chcę nic mówić, ale złość piękności szkodzi, a jestem pewna, że swojej urody będziesz potrzebował jeszcze przez parę lat, bo z tym charakterkiem... - Przewróciła oczami. - Nie wiem, kto z szefem na dłuższą metę wytrzyma, ale! - Uniosła palec ku górze. - Jesteśmy tutaj dla pracy, a nie po to, żeby bawić się w biuro matrymonialne, więc najmocniej przepraszam. - Ukłoniła się do połowy niczym jakiś lokaj. - Następnym razem wymyślę coś tak spektakularnego, że poprawi ci humor i sprawi, że szczęka opadnie szefowi na podłogę, dobra? Idę po tę kawę!

Nadawała jak katarynka, bo w trakcie własnego monologu zdała sobie sprawę, że nie powinna wspominać ani słowem o jego statusie związku, ani tym bardziej o jego wyglądzie. No ale miała to gdzieś głęboko pomiędzy cyckami, a że miała je spore, welp. No więc ten. Wróciła niedługo później z jego kawunią, wzbogaconą o dodatkowy ingredient X, raz po raz przyglądając się mężczyźnie i czekając, aż wreszcie się napije. Usiadła na swoim miejscu, słuchając, co mieli dzisiaj w planach i jak mniej więcej miał wyglądać jej dzień. Dłonie trzymała grzecznie na udach, wpatrując się w szefa, kiedy przysuwał kubeczek do ust. Zaczęła wbijać paznokcie w skórę tak cholernie mocno, jakby wywołany przez nią ból miał powstrzymać uśmiech wkradający się na jej twarz. Nie mogła przecież wybuchnąć śmiechem. Ja pierdolę. No nie. Wytrzymaj. Nie śmiej się. Przygryzła policzek od środka, widząc, jak jego twarz wykrzywia się pod wpływem smaku przepysznej kawusi. - Czekaj, serio? - Zmarszczyła brwi, usilnie starając się nie roześmiać. - Była tam jakaś nowa baristka. Następnym razem upewnię się, że pójdę do tej drugiej. - Pokiwała głową ze zrozumieniem, podczas gdy w środku zwijała się ze śmiechu i mentalnie waliła dłonią o biurko. No kurwa, cudo.
Obrazek

Kiedy w dalszym ciągu próbowała zachować powagę, ignorując mlaskanie szefa, do gabinetu wszedł pan Grant. Thalia od razu wstała, żeby się z nim przywitać, bo hello, jemu akurat należał się szacunek, okej? Po chwili ponownie usiadła i zaczęła słuchać tego, co miał im do powiedzenia. Gdy William znowu zwrócił się do niej w ten irytujący sposób, posłała mu wkurzone spojrzenie. No czy on naprawdę nie mógł przestać jej tak nazywać? Wysunęła nogę pod biurkiem i kopnęła szefa prosto w piszczel, bardzo wymownie, chociaż oczywiście miało wyglądać to na czysty przypadek. - Och, przepraszam - rzuciła niewinnie, natychmiast prostując się na krześle. - Dokładnie, panie Grant. Mam prawo karne w małym paluszku. - Posłała mu uroczy uśmiech. Lubiła fakt, że mężczyzna ją lubił, hihi. Jemu akurat nie mogła podpaść. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy sekretarka zaliczyła drobne faux pas, bo chociaż raz to nie Thalia była osobą, która coś spieprzyła. Kurde, brakowało jej tylko popcornu. Tak cudownie słuchało się, jak pan Grant zwracał uwagę jej szefuniowi, który przecież zawsze wiedział wszystko najlepiej. - Jakie szczegóły? - zapytała, po czym nachyliła się, żeby zerknąć na wiadomość. Z maila właściwie nic konkretnego nie wynikało. Sama nie była zbyt miejscowa, więc nie miała pojęcia, gdzie znajdował się podany adres, ale reakcja szefunia mówiła wszystko. - Cholera, pewnie wrócimy zajebiście późno - westchnęła. Miała nadzieję, że uda jej się wrócić wcześniej. Najwyraźniej będzie musiała odwołać wieczorną zmianę w drugim miejscu pracy. - Już zamawiam - odparła, wyciągając telefon i rezerwując przejazd przez ubera.

Jakieś dwadzieścia minut później nadal siedzieli w taksówce, bo, jak Patel wcześniej wspomniał, miejsce znajdowało się kurewsko daleko. Thalia przekręciła głowę w jego stronę, - To co, szefunio? Powiesz mi dzisiaj, jak ładnie wyglądam albo jak świetnie sobie radzę? - Posłała mu szeroki uśmiech. - Kiedy będziemy mieli ewaluację mojej pracy? - Uniosła brew, próbując wychwycić z jego reakcji, czy zamierzał przedłużyć jej kontrakt. Chociaż, well... na razie nie miała zbyt wielu osiągnięć, którymi mogłaby się pochwalić. No chyba że cyckami, które raz po raz eksponowała, a zwłaszcza dzisiaj. Hah.

szefunio
ODPOWIEDZ

Wróć do „Vishwakar, Bradford & Grant Llp”