Ja wywracam oczami na tą jej paplaninę, a Jane chichocze cicho pod nosem i kiedy Thalia wychodzi po kawę to rzucam swojej sekretarce mordercze spojrzenie, w dodatku takie pełne dezaprobaty -
No co? Śmieszna jest, gdyby nie mówiła o tobie to też byś się uśmiechnął - wzrusza ramionami, a ja kręcę głową, zmierzając do swojego biurka. Baby zawsze będą po swojej stronie, następnym razem zastanowię się cztery razy jak będą mi chcieli przydzielić stażystkę, myślę, że ze stażystą dogadywałbym się znacznie lepiej. Ale teraz to już nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ech, trzeba było przywyknąć. Niemniej wbijam w nią badawcze spojrzenie jak się tak dziwi skąd ohydny smak mojej kawy, bo coś mi tu śmierdzi, ale powstrzymuję się od oskarżeń niepopartych żadnymi dowodami -
Nowa baristka, tak? No nieważne - już macham na to ręką, przechodząc wreszcie do rzeczy, tylko znowu nam przerywają. W dodatku szefostwo. Aż podskakuję na swoim fotelu, kiedy dziewucha kopie mnie w piszczel i marszczę mocno brwi, gryzę się w język, żeby jej nie zjebać, ale jakoś nie chcę przy Grancie, szczególnie, że facet naprawdę ją lubił, nie wiedzieć czemu. Z drugiej strony wszyscy partnerzy mnie także darzyli jakąś dziwną sympatią, pomimo tego jak zdarzało mi się odpierdalać. No cóż, najwidoczniej musiałem być naprawdę zajebistym prawnikiem. I miałem pod sobą Northex, największą firmę w Toronto, hajsik się zgadzał -
Kurwa, pewnie tak - mnie też się nie uśmiechało jeżdżenie po mieście do późna, serio wolałbym posiedzieć w chacie, albo cokolwiek innego. Grant odpisuje, że wszystkiego dowiemy się na miejscu, a ja pakuję do aktówki wszystkie potrzebne pierdolety. Potem to już siedzimy razem w taksówce, zerkam przez okno, patrząc na mijane budynki, ale kiedy dziewczyna się odzywa to odwracam twarz w jej stronę. Hinduski kierowca zerka na nas w lusterku -
Thalia, jesteśmy w pracy, a nie w biurze matrymonialnym, poza tym niczym dzisiaj nie zabłysnełaś, ale jeszcze masz szansę - niemniej moje spojrzenie opada na jej dekolt, jakoś tak automatycznie, bo inaczej się kurwa nie da, jak tak świeci cyckami obok. Poprawiam się na siedzisku i unoszę wzrok na dziewczęcą twarz, bo zaraz mnie jeszcze oskarży o molestowanie albo coś równie bzdurnego -
Jeszcze nie wiem, to nie zależy tylko ode mnie - wzruszam lekko ramionami. Chociaż gdyby zależało to już dawno bym ją zwolnił -
Dlaczego szefostwo tak bardzo cię lubi? - pytam, bo to nie był tylko Grant. Bradford i Vishwakar również wypowiadali się o niej bardzo pozytywnie, a ja nie potrafiłem w żaden logiczny sposób wytłumaczyć sobie dlaczego - dla mnie była pyskata i wredna. Wzdycham przeciągle wracając spojrzeniem do okna. Wkrótce zajeżdżamy na miejsce, kierowca ze śmiesznym akcentem oznajmia, że to tu, a ja mierzę spojrzeniem budynek, przed którym się zatrzymujemy. W okolicy nie ma ich wielu, natomiast ten wyjątkowo rzuca się w oczy - wygląda dosłownie jak w opór kiczowaty pałacyk. Niby współczesna architektura, ale dojebanie wieżyczki robią z niego jakiegoś dziwnego potworka, do ogromnych drzwi prowadzi ścieżka przez trochę zapuszczony ogród. Na trawniku, między roślinami majaczą równie kiczowate rzeźby z kruszca, który ma udawać złoto. Kurwa, kto może mieszkać w takim miejscu? Podskórnie czuję, że znam odpowiedź. Wysiadamy z taksówki i ramię w ramię ruszamy ścieżką pod wejście, gdzieś z lewej ujadają psy uwiązane na łańcuchach i Bogu dzięki, bo wyglądają na takie, które mogłyby nas rozszarpać za przekroczenie bramy posesji. Brama zresztą także robi niemałe wrażenie, chociaż nie jestem pewien czy pozytywne -
Mam złe przeczucie - rzucam do Thalii. Tylko nie możemy się wycofać, więc kiedy podchodzimy pod ogromne wrota to dzwonię dzwonkiem, w środku rozlega się głośne bim bam bom, a po krótkiej chwili otwiera nam mała dziewczynka, na oko ośmio, może dziewięcioletnia. Ma długie, czarne włosy, ciemne oczy i śniadą karnację, długą, kolorową spódnice, oraz równie ozdobną bluzeczkę, ale dopiero kiedy odzywa się w tym dziwnym języku to możemy być pewni, że właśnie trafiliśmy do gniazda cyganów. Zerkam krótko na swoją asystentkę, po czym pochylam się lekko do dziecka -
Cześć, jest ktoś dorosły w domu? - pytam, a ona uśmiecha się złowieszczo i wyciąga do mnie rękę -
Ta informacja będzie kosztować pięć dolarów - pieprzeni cyganie. Wciągam mocno powietrze do płuc, po czym prostuję się i sięgam do kieszeni po hajs, daję jej banknot, który chowa sobie za bluzkę -
Jest - odpowiada z bezczelnym uśmiechem. To by było na tyle, jak mniemam kolejna informacja będzie kosztować kolejne pięć dolarów, tylko zanim zdążymy się odezwać, ja czy Thalia, dziewczynka pyta -
Co chcecie? - tym razem to ja wyciągam do niej rękę -
Ta informacja będzie kosztować pięć dolarów - rzucam, unosząc nieznacznie jedną brew. Dziecko się krzywi, jednak zanim zdąży cokolwiek zrobić za jej plecami pojawia się inna kobieta, dużo starsza, która odgania ją z wejścia, gadając coś po romsku. Wbija w nas nieufne spojrzenie i rzuca -
Czego? - uśmiecham się lekko -
Dzień dobry, jesteśmy prawnikami, William Patel, a to Athalia Rosenhall, szukamy Pana Victoria Dragana, byliśmy umówieni na spotkanie - tłumaczę pokrótce. Jej wyraz twarzy zmienia się w momencie, macha ręką zapraszając nas do środka -
Victor jest z tyłu, w stajniach, za mną - rusza przez w chuj długi korytarz, wokół złoto i marmury, ja zaś przepuszczam w drzwiach moją asystentkę, gestem ręki wskazując jej, że ma iść pierwsza.
Thalia Rosenhall