Ale nie byli i zaraz się o tym przekonali, kiedy ledwo wysiedli z samochodu, a już musieli się znowu rozdzielić. I niby Noriega wiedział, że tak trzeba, niby przecież znał te tradycje, zdawał sobie sprawę ile czasu czasem kobiety potrzebowały, żeby zrobić się na bóstwo. Charity Marshall cztery godziny na przykład.
To i tak już za nią tęsknił. Zwłaszcza kiedy zakładał na nadgarstek zegarek, który od niej dostał, albo układał włosy, które by mu pewnie i tak zmierzwiła. A potem jeszcze ubierał koszulę, nie wiedział czy będzie pasowała do jej sukienki, bo nie wiedział co dla niego przygotowała.
Na pewno będzie, bo oni stawiali na czerwień, ich kolor już od samego Medellin, kolor miłości, która przecież tam właśnie wykiełkowała, a teraz w tym momencie kwitła już w najpiękniejszy możliwy sposób, na jebanych zgliszczach, na przekór wielu trudnościom. Kolor krwi, która towarzyszyła im tak często, bo przecież oni wiele jej przelali w imię tego uczucia. Własnej. I cudzej.
I teraz ta krew też krążyła już w żyłach szybko, kiedy... szykował się na ich ślub. Dziwne to było, bo pół roku temu, nie, kilka miesięcy wstecz, kiedy już przecież kręcili z Pilar, jak lecieli do Meksyku, to Madox jej powiedział, że on się już nie ożeni. Nie chciał po tym, co go spotkało z Rosą. Bo po co były im jakieś deklaracje?
A teraz co robił?
Najpierw w tym właśnie Meksyku się jej oświadczył, a teraz w Rio zamierzał wziąć ją za żonę. Wbrew wszystkiemu. Nie zważając na to, że ta decyzja może zaważyć na ich życiach. Stanąć krwistym znakiem zapytania nad tym co ich czeka w Toronto.
I tak już sobie grabili, zbierali, a teraz. Ślub.
Ale kurwa, przecież oboje tego chcieli, kochali się nad życie, co nie raz już sobie pokazali. I dzisiaj zamierzali to przypieczętować obrączkami, które wybrała dla nich Pilar.
Pilar o której Madox cały czas myślał, nawet kiedy siedział na dole z Ravim i oglądali mecz, kibicowali żywo Brazylijczykom, razem z całym Rio de Janeiro.
Kiedy padł gol, to cała willa wybrzmiała ich krzykiem, popiół z cygar posypał się po nagich torsach, a ciężkie szklanki z rumem odbiły od siebie, gdy się stuknęli i wychylili je za jednym zamachem. Mecz był w porządku, Madox lubił piłkę nożną, a jednak kiedy na dole pojawiła się Theresa, to zaraz wbijał w nią ciemne spojrzenie.
- Już? - pokręciła tylko głową, a zaraz goniła Raviego po drinki dla nich. Madox odchylił głowę do tyłu opierając się na oparciu kanapy, znowu spojrzał na zegarek.
Jeszcze chwila. Jeszcze trochę.
Tylko Theresa zaraz zagadała go wesoło, że ma coś dla niego.
- Dla mnie? - Noriega spuścił na nią spojrzenie - od Pilar? - zdziwił się, a kiedy oparła mu na brzuchu jakieś zdjęcie, to zaraz je odwracał. Oczy w momencie mu pociemniały, gdy z fotografii uśmiechała się do niego naga i mokra Stewart (zaraz Pani Noriega), z tymi czarnymi kudłami poklejonymi do piersi. Madox złapał więcej powietrza w płuca. A kiedy Theresa poleciała na górę, to odprowadził ją spojrzeniem pod same drzwi, czyli już nawet wiedział, gdzie się ukrywały. Może i na Raviego działało to odpowiednio. Nakręcało go. Ale to był Madox.
On odkrył kolejną fotografię, gdzie Pilar odchylała się dla niego do tyłu, i następną... A potem jeszcze jedną, tą tyłem. I kiedy trzymał już te wszystkie zdjęcia w ręce, to zaraz się wyrwał, zerwał z kanapy. Schody, a potem prosto do tych drzwi, wiedział już do których...
Tylko Ravi go złapał za ramię.
- Gdzie? - rzucił zaciskając palce mocniej na ramieniu Madoxa.
- No kurwa... Widziałeś te zdjęcia? - oczywiście, że nie widział, bo mu ich nie pokazał, bo zaraz wkładał je sobie do tylnej kieszeni spodni. Ale chyba Ravi umiał sobie je wyobrazić, skoro podobne dostał przed ślubem od swojej żony, bo zaraz wyszczerzył się i pokiwał głową.
- Ale to właśnie o to chodzi, żebyś się na nią nakręcił... - wyjaśnił Ravi, a Madox przewrócił oczami.
- Ale ja jestem cały czas na nią nakręcony, wystarczy jedno jej spojrzenie - kiedy jej czarne oczy wpatrywały się w niego pełne dwuznaczności. To mu wystarczało. Jeszcze raz sięgnął do tych fotek i jeszcze raz przełożył je w palcach, aż go skręcało, żeby do niej iść. Pierdolić to wszystko, tradycje, zasady, i ich widzimisię, a potem... pierdolić się z nią, ale Ravi przytrzymał go na kanapie.
- Nie pożałujecie, Theresa wie co robi, zaufajcie jej - zapewnił go Ravi. Ale Madox to już siedział obrażony krzyżując ręce na piersi. Już mu się mecz przestał podobać, a popiół z papierosa spadł mu na buta, wyczyścił go i pyknął kilka kółek z dymu. Ravi zaraz jednak zagadywał go o słowa przysięgi.
- Powiem... coś, prosto z serca? Nie wiem, ale coś wymyślę... - zaczął Madox, a Ravi… w pierwszej chwili to się zerwał krzycząc, że sędzia cwel i był spalony, ale zaraz popatrzyła na Madoxa z boku, jak na debila.
- Lepiej coś sobie przygotuj, bo może ci języka w gębie zabraknąć chłopie - dał mu dobrą radę, ale przecież Madoxowi nigdy go nie brakowało.
Nie, raz mu brakło, kiedy Pilar mu powiedziała, że chce z nim już wziąć ślub. Wyciągnął się na kanapie.
- Ja pierdole... No to nie wiem zacznę od tego, że... - i rzeczywiście brakło mu tego języka, bo tyle chciałby jej powiedzieć, jak kurwa zmieniła całe jego życie, wypierdoliła je do góry nogami, ale nie żałował tego nawet przez chwilę. Jak przewartościował dla niej swoje priorytety, i jak kiedyś w Medellin jeszcze, Emptiness było dla niego najważniejsze, to teraz była ona. Chciał jej powiedzieć, że nie wyobraża sobie życia bez niej, że wolałby już chyba umrzeć niż być sam. Że kochał jej piękne, duże oczy, zadziorne uśmiechy, czarne kudły, każdy pieprzyk na jej skórze i wszystkie tatuaże. Blizny, które nosiła i te, które zebrała już będąc z nim. Że chciałby ją bronić przed całym światem, bo najważniejsze dla niego było jej bezpieczeństwo, ale jednocześnie, nie umiał jej nie narażać. Bo oni uwielbiali adrenalinę, ale jeszcze bardziej on uwielbiał ją.
Tyle rzeczy chciał jej powiedzieć, że teraz w głowie miał jeden pierdolony chaos.
- A ty co powiedziałeś Theresie? - zapytał w końcu, a Ravi się zaśmiał.
- Że chcę z nią spędzić resztę życia, bo sprawia, że moje serce bije szybciej, że moje oczy się śmieją, a myśli wracają do niej z każdej nawet najbardziej odległej podróży. Jest moją bezpieczną przystanią i jedyną miłością - wyrecytował, a Madox się uśmiechnął, bo przecież on to już słyszał, on był bezpieczną przystanią Pilar. A ona...
Ona była kurwa jego portem, gdzie zawsze wracał po kurewsko ciężkim dniu, wszystkimi myślami, całym sercem. Za każdym razem.
- Ładnie - stwierdził, a Ravi znowu się uśmiechnął, ale...
Zaraz zerwali się z kanapy znowu krzycząc.
GOOOOOL!
¿Cuánto tiempo más? 𐙚⋆°