Gdyby jakimś cudem Albert został profesorem Xavierem, na pewno wybiłby tej rudej wariatce z głowy połowę jej pokręconych wizji w ciągu pięciu minut, był o tym święcie przekonany. Użyłby bardzo fajnych metod, na przykład prychania i pstryczków w nos. -
Na balu maturalnym zobaczysz mnie w garniaku po raz ostatni - obwieścił z całkowitą powagą, kiwając powoli głową. Szczerze? Nienawidził garniturów! Za bardzo kojarzyły mu się z pogrzebem ojca, sztywną atmosferą i wbijającym się w szyję kołnierzykiem, w którym nie dało się normalnie oddychać. Wtedy jeszcze nie miał pojęcia, że życie zmusi go, aby założył garnitur jeszcze… trzy razy, albo i cztery. Biedny Albert. Gdyby wiedział, co przyniesie przyszłość, pewnie spaliłby każdy garnitur w zasięgu stu kilometrów.
No ale wracając do tematu… Odurzone sarny? Jedzące jego plantację? Thallman aż przewrócił oczami. Znowu. -
Byłyby na haju tylko wtedy, gdybyś wpuściła je do szklarni, mała - spojrzał na nią z ukosa, no bo chyba to było kurewsko jasne, że zielsko hodowało się w zamknięciu? Owszem, powiedział wcześniej, że hodowałby marihuanę w ogrodzie, ale miał na myśli SZKLARNIĘ, żeby sadzonkom było ciepło, wygodnie i w ogóle. Sarny musiałyby być w chuj mądre, żeby samemu sobie otworzyć drzwi i zrobić ćpuńską imprezę. Jeju, a jakby tego było mało, Cassie cały czas go o coś opierdzielała! Teraz za to, że nie chciał biegać, serio? Na litość boską, czy w tym kraju nie można było po prostu po ludzku i z rozumem i godnością człowieka pospacerować? -
Sreństwa - skwitował jej monolog o "odrobinie szaleństwa", bo oczywiście, że w tej sekundzie zabrakło mu jakichkolwiek racjonalnych argumentów do dyskusji.
Stał sobie z dłońmi w kieszeniach, czekając, aż Cassie otrzyma swoje wymarzone lody, a w międzyczasie kopnął z nudów trzy małe kamyki, obserwując, jak toczą się po chodniku. Fajne te kamyki. O, Cassie wróciła. I ZNOWU PRETENSJE! -
Przecież ja nawet nie lubię lodów, wolę chrupki - wzruszył ramionami i tym razem nawet się uśmiechnął pod nosem. Skoro Wildbird dopięła swego i właśnie zajadała się tymi swoimi zimnymi kulkami, istniała szansa, że na chwilę zamknie buzię i przestanie go opieprzać. A przynajmniej tak myślał przez jakieś trzy sekundy, dopóki nie podstawiła mu gałek pod sam nos. -
Idź mi stąd z tym, DBAM O LINIĘ! - zażartował, ostentacyjnie odchylając głowę do tyłu, ale ostatecznie uległ i spróbował gałki czekoladowej. Okej, była całkiem spoko, ale chrupki i tak wygrywały. Chrupki przynajmniej nie zamrażały mózgu.
Kiedy wresznie wcisnęli się do opuszczonego kina, a Albert rozsiadł się na jednym z fotelu, Cassie zaczęła gadać coś o duchach. Thallman zerknął na nią z rozbawieniem. Duchy? -
A jak w ogóle szuka się duchów? To one nie są, no wiesz... niewidzialne? I przypadkiem czy one właśnie nie chcą być znajdowane? - parsknął, śmiejąc się pod nosem i obserwując, jak Cassie rozglądała się z rozdziawioną buzią dookoła siebie. Cholera, mimo że na zewnątrz Albert robił wszystko, by wyglądać na poirytowanego, w rzeczywistości uwielbiał przebywać z Cassie, była dobrą przyjaciółką, for real. W Oakville po prostu musiał dbać o pozory. Dlaczego? A no, na przykład, dlatego, żeby Chris nie powiedział, że Albert był słabą, sentymentalną pizdą. -
Tam się całowali - dodał po chwili, wskazując podbródkiem na kilka rzędów do tyłu. Tak, Thalia i Chris całowali się bezczelnie na tylnych siedzeniach, a Albert zwiedzał wtedy zakurzone zaplecze teatralne. Znalazł nawet kilka starych strojów, ale nie wyglądały na takie, które fajnie byłoby przymierzyć, takie zakurzone szmaty, fujka.
Albi akurat wspominał sobie czasy, jak to fajnie było mieć dziewczynę, bo niedawno zerwał z kolejną, kiedy Cassie nagle zaczęła skakać po starych fotelach. Znowu się uśmiechnął, bo wyglądało na to, że intuicja go nie zawiodła i zabranie tutaj Birdy było strzałem w dziesiątkę. A wtedy jeden z foteli trzasnął, a Cassie straciła równowagę i jak długa poleciała prosto na niego, trafiając tyłkiem w sam środek jego brzucha. W ogóle się tego nie spodziewał. Wybałuszył oczy i jęknął przeciągle. -
Ochujjapierdoleudusiszmnie - wykrztusił, bo ciężar Cassie dosłownie wycisnął z jego płuc całe powietrze, gdy na niego upadła. Przez moment widział nawet przed oczami czarne plamy!!!! -
Weź usiądź obok i nie wstawaj już, co? - wydusił z siebie z trudem, łapiąc ją w pasie i jednym ruchem przesuwając ją na siedzenie obok, bo wciąż nie mógł złapać pełnego oddechu. -
Umieram - wymamrotał chwilę później, zwijając się lekko i masując po obolałym brzuchu. Oczywiście, że trochę dramatyzował i koloryzował, w końcu byli w teatrze, co nie?! -
Umieram… - powtórzył z grobową powagą, a zaraz przyłożył dłoń do czoła i odchylił głowę do tyłu. -
O tu, tu zostanę na wiek wieczny i zrzucę z tych znużonych ramion ciężkie jarzmo złowrogich gwiazd! - wyrecytował po chwili cytat z "Romea i Julii", bo męczyli tę durną lekturę w zeszłym miesiącu. A potem parsknął śmiechem, bo cud, że w ogóle zapamiętał tę kwestię.
Birdy