To Madox chciał crepes, czy tam naleśniki, i się zastanawiał tylko, czy może Ricz zrobił je na obiad. Ludzie się tutaj stresują, a ten myśli co na obiad...
No ale czym się stresować, chociaż zaraz jak William mówi, że
to bez sensu, a jeden z bandziorów dodaje.
-
To kogoś załatwimy za piętnaście minut, proste - to znowu robi się zamieszanie, znowu ktoś płacze, ktoś inny krzyczy, a Madox strzela oczami. No bo przecież policja na to nie pozwoli, nie zdejmą ich tu w banku, żeby narażać innych ludzi, a przynajmniej Noriega by tak tego nie załatwił. Zdjął ich w samochodzie, proste.
Madox znowu musiał iść przed bank z rannym, bez niego to w ogóle ten napad na sto procent by się nie udał, te bandziory jacyś tacy niemrawi.
No ale dobra, poszedł i załatwił, jak zwykle. Bo przecież on to miał jakiś dar przekonywania, wszystko potrafił załatwić, więc tam też tak zagadał, że wrócił w kamizelce kuloodpornej i z kluczykami. Jak Patelek do niego dopadł, to Noriega go pac pac po główce.
-
No co ty Will nie zostawiłbym cię - niby William był taki dla niego chamski, ale Madox to jednak był dobrym kumplem, dbał o swoich ziomków. No i teraz jak się pogodzili, to przecież nie pozwoliłby Patelka odstrzelić.
William jeszcze zagaduje do kasjerki, a Madox na nich patrzy z ukosa.
-
Ty to kurwa jesteś William, tylko laski wyrywasz, jak Gaba będzie przez ciebie płakać to ci zajebie - jeszcze tak mu powiedział, żeby Will wiedział, bo Noriega był przekonany, że on tamtej dziewczynie to dyktował swój numer, czy coś. Bo pewnie potem będzie chciał ją zaliczyć opierając się na tych traumatycznych przeżyciach. No i Madox to by nawet może na to przyklasnął, ale jak mu Will tak nagadał o Gabi, to on teraz nie wiem co ma myśleć.
Pewnie żeby Gaba była jednak z Willem? To by byli szwagrami.
Wsiadają wszyscy do samochodu a Madox już wiedział, że posadzenie Willa za kółkiem to nie jest najlepsza opcja. To jest najbardziej chujowa opcja na świecie, ale już mu się nie chciało dyskutować z tymi bandziorami, zresztą wciskają go do środka obok Willa.
No i jadą. Jak kurwa jakaś stara baba, która ledwo umie się wytoczyć z parkingu. Auto gaśnie Williamowi, szarpie, a on jeszcze potem ustawia sobie siedzenie, nawiewy i radio. Bandyci krzyczą, a Noriega opiera się o oparcie i odchyla głowę do tyłu, bo co miał zrobić?
Mogli jego posadzić za kółkiem, to już by pewnie byli poza Toronto na jakiejś pięknej drodze do raju, a tak...
Światło zmienia się na pomarańczowe, a Patel już hamuje. No tak kurwa, Madox to niczego innego się nie spodziewał po Williamie, ale bandyci się wkurzyli. A tan co przez Noriegę sięga do Williama to już go chciał złapać za łeb, ale Madox mu, że gdzie z łapami. No i oni krzyczą wciąż, że Will ma jechać, więc Noriega jako jego przyjaciel, postanowił mu pomóc i Williama kolano docisnął do podłogi do tego pedała gazu. Jak przejechali slalomem przez to skrzyżowanie, to Madox myślał, że tego nie przeżyją, ale jakoś się udało.
Tylko jak na złość potem na pasach wyłazi jakaś stara baba.
Te stare baby to prześladują chyba Madoxa, więc on już zasłonił oczy wytatuowanymi rękami, bo sobie wyobraził jak ta stara baba rozbryzguje się im na szybie jak mucha, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Znowu farcik.
Ale zaraz w pobliżu wyją syreny i już trzy radiowozy siedzą im na dupie. Przejebane... Albo William ich rozbije, albo zaraz ich zestrzelą, Madox aż się poklepał po brzuchu, na którym miał kamizelkę kuloodporną. A potem Will mówi to
wiem co robię, Noriega aż ściągnął usta w wąską linię, bo mu się wcale nie wydaje, ale dobra. Poklepał Williama po ramieniu i odwraca się do bandziorów.
-
Ja mu ufam - no to stulił im trochę gęby tymi słowami, ale też tak nie do końca, bo oni jeszcze coś tam krzyczą, jak William zwalnia, ale kiedy w końcu skręcił w tą boczną uliczkę, to wszyscy odetchnęli z ulgą. Zaraz już są na autostradzie, czyli już prawie w domu, bo przecież bandziory ich zaraz wyrzucą, czy coś...
Tylko, że się okazuje, że zabrakło im paliwa i muszą zjechać na stację, tym razem William ma iść, ale Madox się tak kręci na miejscu.
-
Kurwa chłopaki... muszę iść się odlać - mówi w końcu, ale bandziory, że nie ma takiej opcji, na szczęście
kolega Madoxa mówi, żeby mu pozwolili, bo przecież im załatwił samochód i w ogóle. No to w końcu go puścili, a Noriega sobie paraduje po stacji w tej kamizelce kuloodpornej, macha do Williama, że idzie do kibla, żeby na niego poczekał i mu wziął hot doga, bo jest głodny, jakby nigdy nic. No zgłodniał sobie chłop.
Niby William coś tam, że a co na to chłopaki, ale Madox macha ręką i rzuca, że zanim on wyjdzie z kibla to już będzie gotowy, więc Patelek mu zamawia hot doga. I kiedy Noriega jest w toalecie to Will stoi przed szybą i patrzy na te parówy, które się tam kręcą. W końcu wyszedł Madox, sprzedawczyni go jeszcze pyta jakie sosy wariacie, to sobie wziął meksykański, wiadomo.
No i w końcu wyszli ze stacji, podchodzą do samochodu, a tam nagle akcja...
Podjeżdżają radiowozy, jeden wielki huk, policjanci krzyczą
stać bo strzelam! A jeden z bandziorów, nie żaden z nowych kolegów Madoxa, tylko inny, wypada z auta z pukawką. To znaczy z pistoletem wyciągniętym przed siebie i strzela... Tak strzela, że prosto w Williama, ale Noriega się wyrwał do przodu i go zasłonił, a przy tym sam oberwał kulkę. Kolejny huk wystrzału tym razem policjant zdejmuje bandytę, ale Madox już leży na ziemi, a cały bok ma w czerwonej cieczy. William padł przy nim na kolana i coś tam krzyczy, że lekarza pewnie. Ale Madox go nie słucha, bo go napierdala bok...
Tylko zaraz się okazuje, że jednak jakiś Diabeł miał go chyba w opiece, bo kula utkwiła w kamizelce kuloodpornej, którą Madox miał na sobie, a to czerwone to jest... Sos meksykański. William płacze (tak zakładam), ale Madox jak otworzył oczy, to sięga ręką do swojego boku, bo jednak pewnie będzie miał tam w chuj siniaka po tym, ale na szczęście nie ranę postrzałową.
-
Kurwa... parówka wypadła - bo on teraz ma w ręce tylko bułkę, której spód się wyjebał, jak ją za mocno ścisnął i ten sos mu pociekł po boku i wypadła z niej parówka. No ładnie.
Bandyci wysiadają z rękami na głowach, bo widzą już, że policja się tutaj nie ma zamiaru z nimi pierdolić, więc zaraz tam koło nich powalają tych karków, a jeden jeszcze krzyczy dramatycznie.
-
Nie umieraj Madox!
William N. Patel