— Może i wyglądasz jak mokry szczur, ale przynajmniej nie jesteśmy pokłóceni. Z dwojga złego lepiej w tę stronę, choć nie widzę tak naprawdę niczego złego w tym jak wyglądasz — wręcz przeciwnie, on to widział w tym wiele dobrego. Zbyt wiele jak na przyjacielską relację przystało i ani jednego szczura na horyzoncie, co by mu pomógł te grzeszne myśli rozproszyć. — I tak, ten moment jest właśnie teraz — bo w życiu o to chodziło, by łapać chwile i momenty, te które wydają się właściwie i nie planować, bo plany to zwykle szlag trafi. Tak jak wtedy, gdy sobie ucieczkę z domu skrupulatnie zaplanowali i co? Piorun strzelił, wiatr się zerwał, deszcz przemoczył do majtek.
Czy to nie dziwne, że najlepsze wspomnienia mieli właśnie z tych chwil, kiedy umorusani od stóp do głów odwalali coś niemądrego? Czy to normalne, że własnie w tych chwilach szczerzyli się do siebie tak szczerze, że aż gdzieś uwierało. Bolało, że to brzmi niby jak dobry żart, figlarnie gdy tak razem wygłupiali się, a on w środku czuł, że w sumie mógłby klęknąć po raz trzeci i czwarty na to kolano, teraz, za rok znów i w przyszłości, aż w końcu powie to na poważnie, a ona zupełnie poważnie odpowie mu tak... a gdy tak pomyślał to nawet straszne się to nie wydawało. Tylko takie... naturalne. Normalna kolej rzeczy.
— Podobno do trzech razy sztuka — odpowiedział radośnie puszczając jej oczko, ale co to miało w ogóle znaczyć? Że za trzecim razem w końcu mu odmówi? Czy może za trzecim razem to już będzie na poważnie? I czy faktycznie powinien on też doszukiwać się w tym drugiego dna? Skoro garnął się do tego w sposób nieprzemyślany, impulsywny, jakby tylko to działanie pod presją chwili nie pozwalało zdrowemu rozsądkowi zaprotestować… może coś w tym było? Prawda była taka, że ten zdrowy rozsądek — towar deficytowy w ciele Archibalda — odpalał się zazwyczaj wtedy, gdy zbyt mocno ciągnęło go do Abby, jakby obrał sobie za cel ochronę ich przyjaźni i na resztę aspektów życia Millera zdrowego rozsądku już nie wystarczało. Wszystkie siły na pokład, czy coś! Były jednak momenty takie jak te, gdy Archie wyrywał się przed szereg, walnął piękną przemowę i porywał się na wielkie gesty tak prosto z serca, co to się do niej wyrywało od najmłodszych lat. Może to właśnie było to drugie dno, które jego zdrowy rozsądek tak starał się zakopywać, raz po raz… po cholerę?!
I gdy tylko zgodziła się zostać jego oficjalną kompanką na dalsze dni — no inaczej być nie mogło — to wcisnął jej na palec ten pierścień, na ten najmniejszy, bo wcześniejsze próby były nieudane, ale kto by się dziwił. Troszkę podrośli, ale czy zmądrzeli w kwestii własnych uczuć? Może… bo gdy tak uniósł jej dłoń, by złożyć na niej przelotnego całusa i gdy usta zetknęły się z jej delikatną skórą, a spojrzeniem odszukał jej oczy, mógł przysiąc, że poczuł coś. Coś, co sprawiło, że chciał ją przyciągnąć do siebie bliżej… i place już zacisnął jakoś mocniej na jej dłoni, by to zrobić, ale nagle rozległ się…
T R Z A S K
…a rudy futrzak przemknął tuż obok nich. — A to gamoń jeden — mruknął bardziej do siebie z nadzieją, że go zrozumiała! Wiewiórka, nie Abby! Czy do swojej minusowej listy powinien dopisać wiewiórki? Może się wstrzyma, aż tak sobie nie przeskrobały, jeszcze!
Westchnął, bo wszechświat znów zdecydował za nich i podniósł się podając jej rękę, by pomóc jej wstać. — Wracamy, wracamy — przytaknął i zaraz schylił się, by tą ich kapsułę ze sobą zabrać. — A mama to się już dzisiaj z darami popisała — if you know what i mean, popatrzył na nią znacząco mając na myśli truskawkowe prezerwatywy, ale gorąca czekolada wcale by im nie zaszkodziła.
Droga powrotna wcale nie była dla nich łaskawsza, choć odpuścił sobie tym razem przedzieranie przez ogrodzenie, by przypadkiem gaci nie stracić. Obrał trasę wybraną przez Abby, bo nie przewidział usługi chippendales na jej urodziny, choć może powinien? Bez koszulki i z zardzewiałym pudełkiem pod pachą utorował jej drogę przez rzekę z nadzieją, że żadna pijawka już się do niego nie przyczepi, a gdy w końcu dotarli do drewnianego domku poinformował. — Pozbieram rzeczy z góry — by się tu żadna zwierzyna nie pokusiła, jak ich nie będzie. — ŁAP! — zawołał zrzucając poduszkę, która spadła prosto na jej głowę, a chwile później kolejną. — No orientuj się Abby! — z koszem w ręce zszedł w dół i zapakował wszystko do auta.
Archie zaraz podkręcił ogrzewanie w aucie, a po chwili już para z ich mokrych ubrań unosiła się w samochodzie. Wyglądali k o m i c z n i e, gdy szyby tak parowały, zapach rzeki unosił się w małej przestrzeni, on siedział umorusany bez koszulki, a ona z różowym plastikiem na najmniejszym palcu. Dzieci wojny i jeszcze na dodatek to Holiday - Green Day, które włączyło się w kolejce z urodzinowej składanki i sprawiło, że Archiemu gibała się głowa w rytm muzyki.
— Ok, misja kapsuła zakończona sukcesem. Straty z mojej strony: jedna koszulka, odrobina krwi i godność podczas wspinaczki — wyznał poważnie spoglądając kątem oka na Wallace i przenosząc spojrzenie na pierścionek, którym się bawiła — ale było warto — podsumował i znów już patrzył przed siebie, by dowieść ich bezpiecznie do domu.
Stali teraz przed domem rodzinnym Archibalda, ale jak na złość nikt im nie otwierał. — Jaki dzisiaj mamy dzień? — spojrzał szybko na telefon, gdy tak marzli po wyjściu z nagrzanego samochodu. — Cholera, klub książki — a to zawsze oznaczało sączenie wina z koleżankami i marudzenie na mężów, którzy wykorzystywali ten czas na swoje wyjście bez towarzystwa żon. Oznaczało to tyle, że chata choć wolna to wciąż pozostawała zamknięta. — Nie wziąłem kluczy! Ale… czekaj tutaj! — polecił i zaraz pognał za dom, bo jak z przodu było zamknięte to przecież zawsze przedzierał się przez to małe okienko do piwnicy, bo wiedział jak je poluzować. Problem w tym, że już wcale taki mały w barach nie był jak wtedy, więc nie dość, że się zaklinował i walczył z tym niczym Puchatek w norze Królika, to jeszcze wylądował na ziemi z hukiem zahaczając bokiem o parapet i robiąc sobie przy tym popisową szramę. Jakby już mu ta pijawka za mało krwi upiła.
Czy to wszystko było konieczne?
Nie.
To pewnie było jak z tym płotem na placu budowy. Wcale by go nie zdziwiło, gdyby Abby tam już stała teraz w środku jak wytoczył się z piwnicy i kierował się do drzwi głównych, by je otworzyć dla niej. W końcu klucz był ukryty pod jedną doniczką, o czym zawsze zapominał.
