Paradowanie po dziczy na golasa było chyba jednym z najdurniejszych pomysłów, jakie kiedykolwiek wpadły jej narzeczonej do głowy. Piękne, zgrabne ciało Teddy zostałoby wystawione na działanie całej masy zagrożeń - od poparzeń słonecznych, przez komary i kleszcze, aż po ugryzienia jakichś paskudztw, które mogły czaić się w wysokiej trawie. O wdepnięciu w coś ostrego nawet nie chciała myśleć. Wtedy romantyczny przechadzka zamienił się w wyjazd na izbę przyjęć. Ale czego nie robiło się, żeby uszczęśliwić swoją kobietę? Dla April była gotowa na wiele. Nawet jeśli oznaczało to ignorowanie wszystkich zasad bezpieczeństwa, których przez lata pracy jako strażaczka powinna się trzymać.
Chętnie powtórzyłaby randkę z muzeum. W sukience czy bez. Miała tylko nadzieję, że Finch się z nią nie zanudzi i wkrótce nie uzna, że życie u boku Darling jest zbyt spokojne i przewidywalne. Bo Teddy doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie należała do najbardziej ekscytujących osób na świecie. Nie miała miliona szalonych pomysłów na minutę i zdecydowanie częściej wybierała spokojny wieczór we dwoje niż wielką imprezę. Ale chciała wierzyć, że dla April to właśnie te małe rzeczy miały znaczenie. No i skoro Finch chciała z nią być po tylu latach znajomości, to chyba musiała jednak widzieć w niej coś więcej niż tylko obrzyganą sierotę, która potrafił przypalić kolację albo trzy razy wracać się do mieszkania, żeby sprawdzić, czy aby na pewnie zamknęła drzwi na klucz.
—
Myślisz, że pozwoliłabym ci tam zostać? — uniosła wysoko brwi. Może i ukochana recytowała wiersze polskich poetów jak dzika i pewnie mogłaby godzinami spacerować po miejscach związanych z ulubionymi wieszczami, ale chyba nie sądziła, że strażaczka tak po prostu wypuści ją z rąk. —
Już pogodziłam się z faktem, że najwyżej tam zamieszkamy — westchnęła z udawanym żalem. Oczywiście nie miała pojęcia, jak naprawdę wyglądało życie w Polsce, ale przecież nie mogło być tam aż tak źle. Oj, głupiutka, naiwna Teddy.
Nie musiały przecież nigdzie wyjeżdżać jeszcze w tym roku. Miały już na koncie Hawaje, a Nowy Rok przywitały w Mont Tremblant. Teraz siedziały nad jeziorem Simcoe i też było całkiem przyjemnie. To i tak było znacznie więcej, niż strażaczka mogła sobie wcześniej wyobrazić przy swoim napiętym grafiku. A zrobienie z wyjazdów noworocznych małej tradycji brzmiało akurat fantastycznie. Nie bez powodu wybrałam Darling odznakę dla postaci, która lubi świętować Nowy Rok, heh.
—
Coś wymyślimy — odparła, odwzajemniając pocałunek. Nie było przecież sensu tak dokładnie planować czegoś, co miało wydarzyć się dopiero za prawie pół roku. Do Sylwestra było jeszcze mnóstwo czasu, a Teddy nie wiedziała, czy zdoła do niego dożyć. Z nią to nigdy nic nie wiadomo. Oczywiście nie powiedziała tego żeby nie popsuć atmosfery. Zamiast tego złapała narzeczoną za rękę i podniosła się z pieńka. Od razu ruszyła w stronę chrustu, który wcześniej zebrały, jakby temat katastrof lotniczych i hipotetycznej walki o przetrwanie był zupełnie normalnym elementem rozmowy.
—
Szanse na przeżycie takiego wypadku lotniczego są wbrew pozorom całkiem wysokie, ale potem wszystko zależy od obrażeń wewnętrznych — zaczęła, jakby właśnie prowadziła szkolenie z pierwszej pomocy. —
Nie wiem tylko, czy będziemy w stanie rozpalić ogień, jeśli zostaniemy przygniecione przez wrak i zeżrą nas wilki — w jej głosie pojawiła się nuta szczerego żalu, kiedy pomyślała o Lexie Grey. Nie tak miało wyglądać życie. Człowiek ogląda serial, przywiązuje się do postaci, a potem scenarzyści postanawiają złamać mu serce. Daring nadal uważała, że niektóre decyzje były zwyczajnie niesprawiedliwe!
Odłożyła naręcze chrustu obok miejsca na ognisko i przykucnęła przy ziemi. Przez chwilę układała gałązki z przesadną starannością, jakby nie rozpalała zwykłego ognia na biwaku, tylko budowała konstrukcję, od której zależało ich życie. Właściwie trochę tak było. Przynajmniej według wszystkich programów survivalowych, które kiedyś oglądała.
—
Najważniejsze jest powietrze — wyjaśniła, zupełnie niepotrzebnie, bo April pewnie doskonale wiedziała, jak działa ognisko. Chyba. W końcu nie wymagało to doktoratu z fizyki ani specjalistycznego szkolenia. —
Jak dasz za dużo drewna na samym początku, to się udusi. Ogień potrzebuje przestrzeni — dodała, przesuwając kilka cieńszych patyczków bliżej środka. Ułożyła je jeszcze odrobinę lepiej, bo oczywiście nie mogła po prostu zostawić ich tak, jak leżały. Nawet przy czymś tak prostym jak ognisko musiała mieć pewność, że wszystko działało tak, jak powinno. Potem sięgnęła po zapalniczkę. Oczywiście miała ją przy sobie. Byłoby przecież dość kompromitujące, gdyby strażaczka wybrała się na biwak i nie miała czym rozpalić ognia. Chociaż prawdopodobnie i bez niej znalazłaby jakiś sposób. Może niekoniecznie tak efektowny jak w filmach, gdzie bohaterowie pocierają dwa patyki i po chwili mają ogromne płomienie, ale jednak.
Przytrzymała płomień przy suchej korze i po chwili między drobnymi gałązkami pojawiła się pierwsza iskra. Teddy nachyliła się ostrożnie, osłaniając ją dłonią przed lekkim podmuchem wiatru. Kilka sekund później ogień zaczął powoli zajmować kolejne kawałki drewna, a na twarzy Darling od razu pojawił się zadowolony uśmiech.
—
Widzisz? Bułka z masłem — oznajmiła, bo właśnie dokonała czegoś, co wcale nie wymagało nadludzkich umiejętności. Skinieniem głowy wskazała narzeczonej cienkie gałązki. —
Dawaj, dorzuć kilka — zachęciła ją z uśmiechem. Chciała, żeby April też miała w tym swój udział. To w końcu miało być ich ognisko, a nie kolejne zadanie, które Teddy wykonywała sama, bo akurat wiedziała, co robić. Poza tym ogień nie utrzyma się sam. Trzeba było go pilnować i poświęcić mu trochę uwagi.
April Finch