ODPOWIEDZ
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Niesamowite Kolumbijskie wakacje.
Najlepsze w życiu.
Dzikie, intensywne, ale w tym beztroskie. Bo nie przejmowali się wcale tym, co im przyniesie jutro. Bo czerpali z każdego dnia pełnymi garściami. Kochając się, pieprząc, wyznając sobie miłość, patrząc głęboko w oczy i pod wpływem impulsu po zajebistym seksie.
Chodzili na drogie kolacje i udawali, bawili się i żyli.
Jak te dzieciaki, którymi przecież byli.
Madox znalazł nawet jakieś ogłoszenie, gdzie sprzedawali motocykl i pokazywał go Pilar.
Mieli go kupić, a kiedy już wezmą ślub, to może jechać na jakąś objazdową wycieczkę wzdłuż wybrzeża, zanim będą się przygotowywać do akademii policyjnej. Madox stwierdził, że przecież nie muszą, ale Stewart się zaparła, uznała, że nie mogą tego oblać, więc po motocyklowej podróży poślubnej mieli wziąć się za przygotowywanie do akademii. Piękne mieli plany.
I naprawdę wierzyli w to, że wszystko pójdzie po ich myśli, bo póki co w Medellin była cisza, a przynajmniej Marie, z którą się skontaktowali tak im powiedziała, że nikt ich nie szuka. Tio nawet chyba wycofał zarzuty, tak słyszała.
Tylko ciotka Pilar i jej kuzyn wypytywali o nią wszędzie.
I chociaż Madox widział jak to dotykało Stewart, chociaż pytał jej ze sto razy, czy chciała wracać, to ona zarzekała się, że nie, że chce z nim spędzić resztę życia. Z nim.
W tym domku na plaży, albo gdziekolwiek.
I on też z nią chciał.
A za dwa dni mieli to przypieczętować ślubem, o którym jeszcze nie powiedzieli Juanowi i Sofii, z którymi spędzali kolejny wieczór w klubie.
Dobrze się bawili we czwórkę.
Dzisiaj też zamierzali, chociaż Madox przed wyjściem, kiedy jeszcze Pilar się szykowała prezentując mu kilka kusych sukienek, odrzucił kilka połączeń od... jego matki.
A potem ten dziwny sms.

Odezwij się do mnie Madox.

Skąd Esme wiedziała, że on ma telefon Rosy?
Nie chciał teraz o tym myśleć. W ogóle nie chciał rozpamiętywać tego co zostawili w Medellin. Rozmawiać z matką i wysłuchiwać jej pretensji obaw tak naprawdę, zablokował jej numer.
- Czerwona - uśmiechnął się do Pilar, kiedy prezentowała mu kolejną sukienkę, a zaraz poderwał się z łóżka, wyrwał do niej, a potem całował długo jej usta. I dobrze, że nie miała na sobie jeszcze majtek, bo zrobili to znowu na ścianie.
Dlatego trochę spóźnili się do klubu, ale finalnie znaleźli swoich przyjaciół w loży, którą zarezerwowali sobie już wcześniej. Też za hajs starego Noriegi. Drinki też on dzisiaj stawiał.
Madox rozparł się na kanapie, chociaż rękę opierał gdzieś na plecach swojej... Narzeczonej przecież. Bo dwa dni temu, gdzieś pomiędzy tym jak obciągali sobie na motorówce, a pieprzyli się w oceanie, to on przecież dał jej prawdziwy pierścionek, ładny, z czerwonym oczkiem. I oświadczył się na plaży, na kolanach, a Pilar znowu tym razem go przyjęła.
- Ale co ja poradzę, że ona mnie tak kręci? - westchnął ciężko i zaraz poprawił się na kanapie łasząc do Pilar. Bo taka była prawda, że oni potrafili się nakręcić w jednej chwili, a potem... To już nie potrafili się zatrzymać. To już konsumowali ten ogień, który między płonął na różne sposoby i wszędzie.
I teraz też Madox tak na nią patrzył, coraz ciemniejszymi już ślepiami, a jego ręką zaczepiła o czerwony materiał sukienki na jej udzie, podwijając go do góry.
Może dobrze, że Sophia zarządziła, żeby poszli po drinki, bo nie wiadomo jakby to się skończyło. Madox się ruszył, poprawił jeszcze swoją drogą, czarną koszulę, w którą po klacie spływało mu kilka złotych łańcuszków, i taki z serduszkiem, z literką P, który wybrała dla niego Pilar, a potem poszli do baru z Juanem. Oparli się o niego zamawiając im drinki. I chociaż Madox rozmawiał z Juanem, to jego ciemne spojrzenie bez przerwy uciekało do niej, do tego jak tańczyła na parkiecie. Dla niego.
- Co? - dopiero kiedy Juan powtórzył swoje pytanie, to utkwił w nim wzrok.
- Pytam czemu nie chcecie jechać? Podobno z babką Pilar już dobrze i to był jednak fałszywy alarm, to co was tu trzyma? - zapytał. No tak, musieli im wkręcić, że babka jednak cudownie ozdrowiała, bo doszli do wniosku, że nie za bardzo im wyjdzie udawanie żałoby, kiedy oni... nie mogli się sobą nacieszyć.
- No... Za dwa dni chcemy się pobrać - zdradził Madox, a Juan zrobił na niego wielkie oczy.
- Pierdolisz? Stary... nie to żeby coś, ale wy macie po osiemnaście lat, serio chcecie się wiązać na całe życie? - zdziwił się. A Madox uciekł znowu wzrokiem do Pilar, koło której zaczął się kręcić jakiś typek.
- No kurwa, niczego bardziej nie chcę. Chcę się z nią zestarzeć, mieć dzieci, wnuki, dom, kota i psa, wszystko chcę z nią - znowu wrócił spojrzeniem do Juana, który parsknął śmiechem.
- Przy tym jak się ruchacie jak jakieś króliki, to różnie może być z tymi dziećmi - pokręcił głową. A Madox spojrzał na niego trochę tak, jakby nie wiedział skąd się biorą dzieci, uniósł jedną brew.
- Pilar jest na tabletkach - powiedział od razu, ale prawda jest taka, że ich nie widział na oczy, ale skoro tak mu powiedziała, to on był spokojny, ani razu już nie pomyślał o tym, żeby w ogóle kłopotać się prezerwatywami.
Dzieci im nie groziły. Ale Madox lat osiemnaście, to nawet kiedyś chciał je mieć, ze Stewart, wcale nie przejmował się tym, że mógł być tak chujowym ojcem, jak ten jego. Byłby zajebistym. Ojcem. Policjantem. Z Pilar to mógł być każdym.
- A no chyba, że tak, ej ale czekaj... to kogo wy weźmiecie na świadków? - zapytał Juan, ale Madox już odbił się od lady.
- Czekaj... Zaraz wrócę - poklepał kumpla po ramieniu, chociaż nawet na niego nie spojrzał, bo już spod na wpół przymrużonych powiek wpatrywał się w tego gościa, który zaczepiał jego narzeczoną.
Zaraz wyrósł przed nim na parkiecie i od razu pchnął gościa do tyłu, mocno, aż chłopak się zatoczył, a Madox skrzyżował ręce na piersi.
- Masz jakiś problem? Najebać ci? - warknął.
A facet parsknął pogardliwie.
- Ty? Chyba sobie kurwa żartujesz... Dawaj - zmierzył Noriegę spojrzeniem, a potem pokiwał do niego ręką. Może Madox rzeczywiście w tej drogiej koszuli nie wyglądał na kogoś, kto umie się bić, ale przecież to potrafił. Wygrał cały turniej walk w klatce. Nie trzeba była mu dwa razy powtarzać. Chociaż jeszcze się obejrzał łapiąc na moment ciemne spojrzenie Pilar.
A potem skoczył, jak ten jaguar, z rozpędu, powalił chłopaka na ziemię. I chyba trochę zaskoczył, chociaż facet się zamachnął. Madox uchylił, a zaraz wyjebał mu prosto w zęby. Raz, drugi, trzeci...
Dostał z kolana w plecy, ale za lekko, bo zaraz dociskał gościa przedramieniem do ziemi, za gardło, w które wbijał mu łokieć.
- Co powiedziałeś do mojej dziewczyny? - wycedził przez zęby, ale facet nie mógł zaczerpnąć powietrza, a co dopiero coś powiedzieć, robił się już cały czerwony, i to chyba nie była sztuczka jak Juana.
Udusiłby go?
Chciał to zrobić?
Może.


· · ─ ·𖥸· ─ · ·


W morderstwo.
Lopez nie miał skrupułów, był jednym z tych ludzi, którzy potrafili zabić z zimną krwią. Ręka mu nawet nie drgnęła, kiedy celował komuś miedzy oczy, nigdy nie zawahał się naciskając na spust. Był dobry...
I był staremu Noriedze oddany, od wielu lat. Jeden z jego zaufanych ludzi, tak się określał. Ale tak też mówił o nim szef. Lopez ty jesteś swój chłop.
Ale do tego dzieciaka miał dziwną słabość. Może dlatego, że był synem jego ukochanej kobiety? A może dlatego, że kiedy patrzył w jego oczy, to widział w nich siebie? Tego młodego, nieustraszonego chłopaka, który całe życie walczył.
Szedł korytarzem willi i chociaż od razu skierować się miał na podwórze, żeby zadzwonić do Fabiano, przy okazji robiąc obchód po włościach, to jego kroki jakoś mechanicznie, jakby niesione odruchem skierowały się do jej sypialni.
Kiedy Esme kłóciła się z mężem, to zamykał ją w jej pokoju, na długie godziny, żeby przemyślała sobie to co zrobiła.
Jak zwykle kurwa nic.
Andres doskonale o tym wiedział i nie raz zakradał się w te cztery ściany, nie raz proponował jej, żeby uciekli, ale ona nie chciała zostawić Madoxa. A ten gnojek ją zostawił.
Uciekł. Oni też powinni, już dawno temu.
Ułożył dłoń na klamce, ale zanim wszedł do środka to rozejrzał się na boki po korytarzu, był tu sam. Głucha cisza. I tylko jej płacz, który usłyszał dopiero gdy przysunął policzek do drzwi. Przekręcił klucz i wszedł do środka, a kiedy Esmeralda zerwała się na równe nogi, a krzesło od jej toaletki upadło z hukiem na podłogę, to Lopez wyrwał się do niej. Wytatuowaną rękę oparł na jej pełnych, gorących ustach kneblując ją, mocno. Przypierając do białego blatu. Esme miała na sobie białą, cienką, długą koszulę nocną, na ciele wciąż nosiła znamiona tego, jak nie chciała swojemu mężowi wyznać, że widziała w nocy ich syna, ale on miał nagrania z kamer. Nawet Lopez je widział.
- Cicho... - wyszeptał patrząc jej w oczy. Sam też wstrzymał powietrze i przez dłuższą chwilę nasłuchiwali, czy powalone krzesło nie wywołało poruszenia na korytarzu. Wpatrzeni tylko w swoje oczy, a kiedy Esme oparła mu miękko palce na dłoni, to ją zabrał, odsłonił jej usta.
Chciała coś powiedzieć, ale on tylko pokręcił głową.
- Carlos chce wrobić Madoxa w morderstwo - powiedział beznamiętnie, a Esma spojrzała na niego wielkimi oczami.
- Nie może... - pokręciła głową.
- Zrobi to, wiesz o tym - znowu odezwał się Lopez.
- Andres... Nie pozwól mu, nie możesz mu na to pozwolić - Esmeralda zacisnęła palce na jego nieskazitelnej koszuli.
- Wiesz doskonale, że nie mogę nic z tym zrobić Esme, ja tylko chciałem... Ucieknij ze mną, już nic cię tutaj nie trzyma, a ty musisz myśleć o sobie, a nie o tym... - niewdzięcznym gnojku, to chciał jej powiedzieć, ale ona wpatrywała się w niego wielkimi, błyszczącymi oczami.
- Zróbmy to. Zabierz mnie stąd Andres - sięgnęła do jego policzka opierając na nim dłoń, szorstki zarost wbijał się w jej miękką skórę - ale nie możemy tak zostawić Madoxa, to jest twój... - widział w jej oczach, że ciężko było jej to powiedzieć, że ją to gryzło. Zachęcił ją opierając rękę na jej dłoni, układając na niej palce - syn - powiedziała to w końcu.
Madox nie był synem Carlosa Noriegi. Nosił tylko jego nazwisko. A jego prawdziwy ojciec kochał jego matkę nad życie. I może dlatego on... Madox, też umiał tak kochać?
Mimo, że w domu tej miłości nigdy nie zaznał.

¿Qué le dijiste a mi novia? ♥️❀⋆.ೃ࿔*:・
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja
Głośna muzyka dudniła w uszach. Stały z Sofią tak blisko głośnika, że dało się czuć uderzania beatów na całym ciele. Skóra mrowiła, głowa pulsowała, tym samym odrzucając każdą, jedną negatywną myśl, jaka mogła się w niej stworzyć — wylatywała uchem razem z refrenem. Ciemne spojrzenie Pilar nawet na moment nie schodziło z jej n a r z e c z o n e g o. Może raz, kiedy spuściła je w dół, żeby obejrzeć pierścionek, który jej kupił. Piękny czerwony. Podarowany na samej plaży przy zachodzie słońca, które ostatnio oglądali praktycznie codziennie.
Momentami nie wierzyła, że to jest teraz ich prawdziwe życie.
Że weszli w dorosłość z takim przytupem i autentycznie nic się nie wyjebało po drodze odkąd tu przyjechali. Nie kłócili się, nie spierali, nie chodzili nawet w złym humorze, bo każdy jeden kaprys rozwiązywali na ścianie lub komodzie, do której on przyciskał ją mocno, a potem całował do utraty tchu i każdy jeden zalążek konfliktu porostu wylatywał wraz z głośnymi jękami. Mieli taką zasadę, że kiedy tylko jedno się irytowało lub gniewało, drugie po prostu go popychało i całowało. Wychodzili z założenia, ze uczucie, które do siebie mieli, było silniejsze niż jakiekolwiek zgrzyty i faktycznie — działało za każdym jednym, jebanym razem.
Działali na siebie również oni. Mocno, intensywnie, jak na nikogo innego na świecie. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest, żeby znowu się na siebie nakręcili. I nawet kiedy on był praktycznie po drugiej stronie klubu, a ona na parkiecie przy ścianie, nawet na moment nie spuszczała z niego wzroku. Każdy jeden ruch wykonany w obcisłej, czerwonej sukience był zadedykowany właśnie dla niego — dla jej na-rze-czo-ne-go, który rozbierał ją wzrokiem.
Może nawet byłby to jakiś świetny element gry wstępnej, bo jej oczy już robiłī się ciemne, jednak jak to często bywało w ich przypadku — ktoś musiał się napatoczyć i wszystko zawodowo spierdolić. Z początku kompletnie zignorowała faceta, który próbował z nią tańczyć, licząc, że z powodu braku uwagi sam odpuści. Tak się jednak nie stało i po kilku próbach odsuwania się od niego, Pilar w końcu odwróciła się z impetem i warknęła na gościa. Wiedziała doskonale, że to była tylko kwestia czasu, aż Noriega doskoczy do nich jak pieprzony lew w klatce i zaatakuje gościa. Nie chciała problemów, to miała być w końcu ostatnia wspólna noc z Juanem i Sofią, mieli się bawić i tańczyć do białego rana.
Serio typie, wypierdalaj, bo… pożałujesz, to chciała mu powiedzieć, zadzierając w górę głowę, ale nawet nie zdążyła dopowiedzieć zdania do końca, kiedy z tłumu wyłonił się Madox. Jego twarz była gniewna. Pilar od razu zauważyła pulsującą żyłkę na twarzy swojego narzeczonego, znała aż za dobrze to ciemnie spojrzenie — gotowe do walki, dokładnie takie samo, jakie zazwyczaj miewał w ringu.
Gość z początku zupełnie zlekceważył swojego przeciwnika. Myślał, że skoro był bardziej napakowany niż Noriega od razu dawało mu to przewagę. Jakże szybko się zdziwił, kiedy już przy pierwszym uderzeniu, Madox zrobił nienaganny unik, pokazując swoją szybkość, a zaraz potem wymierzył kolesiowi z pięści prosto w zęby.
Sofia zacisnęła mocniej palce na nadgarstku Pilar, próbując ją odciągnąć, ale Stewart jak zwykle nie potrafiła stać obojętnie. Tak po prostu się odsunąć. Wiedziała, że Madox sobie poradzi, a jednak ta potrzeba narwaństwa była od niej silniejsza. Wyrwała się do przodu, tym razem o dziwo do swojego chłopaka. Chciała odciągnąć go na bok, nieco uspokoić. W końcu już pokazał gościowi, kto tutaj rządził, wystarczyło. Widziała już katem oka, jak ochrona kieruje się w ich stronę.
Madox! — krzyknęła raz, drugi, trzeci. Na nic. Spróbowała szarpnąć go za koszulkę, ale on już siedział na facecie i okładał go po mordzie aż krew nie puściła się z nosa. Twarz Madoxa też w tym wszystkim ucierpiała, nawet nie wiedzieć kiedy. A potem wszystko działo się już kurewsko szybko: dwóch typa doskoczyło do nich na parkiet, ściągnęli Noriegę, unieruchomili, a w tym samym czasie z tłumu wyłoił się jakiś inny koleś z czarnej, skórzanej kurtce i skierował do podmiotu całej afery.
Guapo, kurwa! — strzelił kolesia prosto w łeb, pewnie specjalnie, na oczach ochroniarzy, bo ci tylko popatrzyli po sobie. — Jak ty się zachowujesz? Idziemy stąd — tyle. A potem szarpnął go za sobą, ciągnąć za materiał kurtki, która Guapo mial na sobie. Pilar zastanowiła się nad tą ksywką — bo facet nawet nie był jakiś piękny, ale z drugiej strony, kto by się tym przejmował? Wyszli? Wyszli. No więc nie było problemu. A przynajmniej tego, bo i ich ochrona chciała wypierdolić. Całe szczęście Juan okazał się świetnym negocjatorem i jakoś urobił facetów, że pozwolili im zostać. Pilar widząc obitą twarz swojego faceta, od razu zaciągnęła go do kibla w celu przemycia nadmiaru krwi.
Dzikusie, kurwa! — warknęła, kręcąc głową, kiedy byli już sami w pomieszczeniu. Złapała w ręce kilka płatków ręcznika papierowego i wsadziła pod kran. — Zawsze każdego musisz zapierdolić? — nalała wodę i spojrzała mu w oczy, przy okazji poprychajać na toaletę, żeby mieć do niego lepszy dostęp i lekko zadrzeć w górę jego głowę. — Wiesz o tym, że jak pójdziemy do policji, to nie będziesz się mógł tak bić? Normalnie by ci pewnie odznakę zabrali za takie bezpodstawne odpały! — weszła mu bezczelnie miedzy nogi i zabrała się za czyszczenie. Chociaż rugała go od góry do dołu, gdzieś na jej twarzy tlił się również uśmiech. Bo może i Madox był wariatem i dzikusem, ale prawda była taka… że Pilar to przecież kręciło. Nawet kiedy pozory starała się zachować zupełnie inne.

· · ─ ·𖥸· ─ · ·


Lopez przeszedł się po raz setny po ogrodzie, śnieżką, którą znał aż za bardzo na pamięć; którą przechodził jakieś sto razy dziennie, każdego, jebanego dnia. Tempo miał szybkie, ale to dlatego, że i jego myśli galopowały z zastraszającą prędkością.
Był się z myślami.
Nie wiedział, co powinien zrobić.
Świadomość, że Madox, ten pierdolony gnojek był jego synem nie dawała mu spokoju. Chciał mieć to gdzieś, wyjebane, ale z drugiej strony… kurwa. To były jego geny w tym chłopaku, jakaś jego cząstka, serce może, bo na pewno nie umysł! Lopez nigdy by tak nie uciekł. A przynajmniej tak myślał, aż do dzisiaj. Bo dzisiaj był dzień ostateczny. Taki, w którym on i Esme w końcu musieli uciekać. Nie było innego wyjścia. Stary Noriega był tak kurewsko zły, że stanowił autentyczne niebezpieczeństwo dla swojej żony, a Andres nie mógł na to pozwolić.
Miał wszystko przytowane — paszporty, pieniądze na koncie, nawet bilety lotnicze już kupił. Do Kanady, Toronto. Tam nikt ich nie będzie szukać. Będą mogli zacząć wszystko od nowa, oczywiście jak już przyzwyczają się do tych kosmicznie zimnych temperatur. Cieszył się na ich wspólna przyszłość, tylko… kurwa ta cała sprawa z wrobieniem nie dawała mu spokoju, wierciła jebaną dziurę w głowie.
Do tego stopnia, że w pewnym momencie sięgnął po telefon i wybrał numer od Fabio. Dwa sygnały i w końcu odebrał.
Co jest? — spytał niski głos po drugiej stronie.
Fabio, trzeba odwołać akcję — Lopez zrzucił bombę, w jednej chwili ryzykując dosłownie wszystkim c obudował przez tak wiele lat. Sprzeciwiał się swojemu szefowi.
Co kurwa?! Jak?
Stary się coś waha. Chyba jednak zmieni zdanie — szył jak umiał, na bieżąco. Ciekawe po kim Madox to miał, chyba po tacie. Na kompletnym spontanie wymyślał kolejne argumenty. Słyszał, że Fabiano się faktycznie zawahał. Noriega często zmieniał zdanie, a przecież w sprawie syna to już w ogóle. Tylko był jeden problem…
Co ty pierdolisz, Lopez… nie no już jest za późno — wyznał głos po drugiej stronie słuchawki. Wraz ze zdaniem było słychać jak Fabiano nagle zniża głos i wychodzi z jakiegoś pomieszczenia, a potem zaczyna szeptać. — Jesteśmy już w ich domu przy plaży. Mamy ze soba Guapo, już związanego, bo trochę się stawiał, lada moment dostanie kulkę w łeb — powiedział prowadzący cała operację, a Lopez złapał więcej powietrza w płuca. Serce zabiło mu mocno. — Debil myślał, że Noriega serio mu wybaczył ten wyciek danych przekazania z zeszłego miesiąca. Facet zrobił wedle zaleceń niezłą scenkę w klubie. Kurwa nie tylko kamery widziały, jak gówniarz go leje, ale też dziesiątki gapiów. Wyrok będzie miał jak znalazł, kiedy znajdą tu jego ciało — nawijał nakręcony, ewidentnie podekscytowany. Lopez ani trochę nie podzielał tej radości. Czuł, że ogromne brzemię zastało się na jego barkach. Że z jednej stornie nie mógł powiedzieć Esme, co się właśnie działo, a z drugiej musiał znaleźć sposób, żeby jakoś wyciągnąć Madoxa z pierdla, kiedy już tam trafi, skoro teraz nie był w stanie mu pomóc. Przecież nawet gdyby chcieli nie dojadą tam na czas. Mógł jedynie poprosić Esme żeby znowu do niego zadzwoniła albo zostawiał wiadomości, ale przecież i tak by ich pewnie nie odczytał.

Madox (੭ ;´ ⌂ `;)੭♡
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja, morderstwa
Madox lubił patrzeć na to jak Pilar tańczyła, dla niego, nie miał co do tego żadnych wątpliwości, bo jej ciemne spojrzenie łapało to jego nawet z drugiego końca sali.
Nakręcała go, tym jak poruszała biodrami w rytmie latynoskiej muzyki, tym jak jej palce sunęły ścieżkami, które on już też odrobinę poznał, też już miał swoje ulubione miejsca na jej gorącym ciele, których fakturę znał już doskonale, wiedział gdzie dotknąć, żeby zadrżała, a gdzie szczypnąć zębami, żeby jej pełne wargi opuścił kolejny jęk.
I chociaż jeszcze wiele rzeczy odkrywali, uczyli się siebie, to i tak już w tym co ze sobą robili, nie było żadnego zawahania, żadnego zastanowienia, dziko, agresywnie, czasem do bólu. Bo lubili ból, oboje.
A Madox nie lubił w chuj, jak jakieś typy bezczelnie przystawiały się do jego dziewczyny, wróć, jego n a r z e c z o n e j. Dlatego zaraz stał koło Stewart na parkiecie, dlatego zaraz krzyżował ręce na piersi pytając kolesia, czy ma problem. Chyba miał. Nie tylko do Pilar, jak się okazało, ale również z nim. Bo co on sugerował, że Madox nie spuści mu wpierdolu? Oczy zrobiły mu się momentalnie czarne, a potem, skoczył do typa jak ten dziki kot, jak jaguar. Szczytowy drapieżnik w swojej klatce. Wylądowali na parkiecie i chociaż Noriega też dostał w gębę, to jednak w tym starciu zdecydowanie wygrywał, bo facet szybko zalał się krwią. Nawet kiedy Pilar szarpnęła go za koszulę, kiedy krzyczała jego imię, zdecydowanie inaczej niż to robiła przez ostatnie kilka dni, to nie przestał. I dopiero ochroniarze ściągnęli go z kolesia.
- Jeszcze raz tak się odezwij do mojej narzeczonej, to cię zabiję gnoju! - Madox jeszcze szarpnął się do Guapo, ale ochroniarze go przytrzymali. A zresztą jego przeciwnika też już zbierał z podłogi inny facet. I Noriega przez moment miał takie wrażenie, że gdzieś go już widział. Tą gębę, ale może po prostu był do kogoś podobny? Pewnie tak.
Wyszli, nie było co drążyć tematu. Kiedy ochroniarze puścili Madoxa, to się poprawił, a zaraz doskoczyli do nich Juan z Sofią. Oczywiście, że chcieli ich wyjebać, ale Juan zaczął swoją gadkę, Sofia dodała, że tamten facet ich zaczepiał, Pilar potwierdziła, Madox przeprosił i jakoś udało im się udobruchać goryli.
A kiedy jego narzeczona pociągnęła go do łazienki, to spojrzał na drzwi od damskiej toalety.
- Nie powinno mnie tutaj być, ale w babskiej jeszcze tego nie robiliśmy - wyrwał się do niej, ale już go popchnęła na kibel, a Madox opadł ciężko tyłkiem na klapę, zadarł do góry głowę, żeby na nią spojrzeć - za ciebie każdego bym zapierdolił - powiedział patrząc jej w oczy, od razu oparł ręce na jej biodrach, przyciągając ją do siebie bliżej - przecież dał podstawę, dopierdalał się do ciebie... A zresztą, może pójdziemy na tajniaków, a tam czasem trzeba się bić, żeby nie spalić przykrywki, nie? - nie wiedział, ale tak podejrzewał. Chociaż pewnie po egzaminie czeka ich dużo jakiejś gównianej roboty, ale razem, to przejdą też przez to. Kiedy wepchnęła mu się między uda, to zaczepił ją nogą, trzymają blisko przy sobie. Wzdrygnął się lekko, kiedy ścierała mu krew z twarzy, dotknęła rozciętej wargi. Nawet nie wiedział kiedy ją rozwalił, dopiero poczuł na języku ten metaliczny, znajomy smak - nigdy nie pozwolę, żeby jakieś typy się do ciebie dowalały, i jak będziemy w policji, to też nie, a jak za dwa dni zostaniesz moją żoną, to już w ogóle - nawijał jej, a jego palce sunęły po jej udach, chowając się pod materiałem, krótkiej, czerwonej sukienki. Ciężki oddech, który wypuścił przez nos zagrał na jej dłoniach, gdy suchy już ręczniczek dociskała do jego wargi zbierając z niej kropelkę krwi, która się tam wyperliła - może poprosimy Juana i Sofię, żeby też zostali... No wiesz, żeby zostali naszymi świadkami? - zapytał wpatrując się w jej oczy, a wargami zaczepił jej palce, musnął je nimi, a zaraz uszczypnął zębami skórę na jej opuszku. Czuł, że ich przyjaciele by się na to zgodzili, Juan sam go pytał przecież kogo wezmą sobie na świadków. Co prawda dzisiaj musieli się wynieść z pola namiotowego swoim kamperem, ale... może mogliby się zatrzymać u nich, w domku przy plaży? Jakoś by to wszystko ogarnęli. Bo przecież teraz przewrotny los był po ich stronie. Prawda?


· · ─ ·𖥸· ─ · ·



Lopez nawet nie zdążył się zastanowić. Dźwięk wystrzału przeciął ciszę po drugiej stronie telefonu.
- Fabio... Kurwa Fabio co tam się stało?! - warknął do telefonu, ale wiedział co. Było już za późno. Stało się.
Fabiano nie odpowiedział, ale zaraz gdzieś w tle dało się słyszeć jego głos.
- Idioto! Co ty kurwa zrobiłeś?! Kazałem wam czekać...
- Rzucał się, nie chciał współpracować - odpowiedział mu inny głos. Fabiano znowu przyłożył do ucha słuchawkę.
- Za późno Lopez, Guapo nie żyje... - Andres sam się rozłączył. Skierował swoje szybkie kroki do posiadłości, a wtedy... Kolejny wystrzał przeciął powietrze. Ten był bliżej, na piętrze. Dochodził z pokoju Esmeraldy. Lopez rzucił się biegiem w tamtym kierunku przeskakując na schodach po kilka stopni. Otworzył drzwi z rozmachem, a kiedy na podłodze ujrzał ciało swojego szefa, w kałuży krwi, a przed nim kobietę, którą kochał nad życie, z wycelowaną do przodu lufą, to...
W pierwszej chwili go zamurowało.
- Co ty zrobiłaś, Esme! Co ty kurwa zrobiłaś?! - warknął i doskoczył do niej. Wyciągnął z jej dłoni pistolet, trzymała go pewnie, jakby doskonale wiedziała, co robi, jakby nie miała innego wyjścia. A przecież mieli uciec. Mieli dzisiaj rozpocząć resztę swojego życia, razem, we dwoje, z dala od tego całego syfu. Ale tak się chyba nie dało. Machina już ruszyła. Madox pójdzie siedzieć, za niewinność, bo zdradził swojego ojca. Bo zapragnął szczęścia, którego w tym domu nigdy nie zaznał.
Ale matka już go pomściła, zamordowała tego pierdolonego kata, który całe życie tłamsił i okładał ją, jej syna. Sprawiedliwości wreszcie stało się zadość, ale co teraz... z nimi?

Mataría a cualquiera por ti, joder ₊˚⊹♡
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, kina morderstwo
Miał rację — nie powinno go być w damskiej toalecie.
Ale był.
Z rozwaloną wargą siadał na kiblu, na który popchnęła go Pilar, nawet nie kłopocząc się tym, żeby sprawdzić, czy klapa na pewno była zamknięta. Niby nie pobił się mocno z Guapo, a jednak ślady po bójce miał na twarzy aż za bardzo widoczne. Szczególnie pod ostrym światłem żarówki, która migała rytmicznie było widać kilka rodzących się pod skórą siniaków oraz rozwaloną do krwi wargę, z której ślęczyła się czerwona ciecz. Wciąż lepiej niż wtedy po spotkaniu z Trucizną, ale Pilar i tak musiała go opatrzyć. Namoczyła ręcznik papierowy lodowatą wodą, a następnie wcisnęła się bezczelnie między jego nogi, łapiąc zabrudzony podbródek w palce i szarpiąc do góry.
Nikogo dla mnie nie zapierdolisz — zacisnęła mocniej palce, wbijając mu je w skórę, zapewne robiąc mu jeszcze więcej siniaków. Nawet na moment nie spuszczała ciemnego, ognistego spojrzenia z jego twarzy. — Za morderstwo idzie się do pierdla, Noriega — musiała mu w ogóle o tym przypominać? Jeszcze kiedy było to tylko takie gadanie nie było tematu, ale przecież wiedziała, do czego był zdolny, widziała też jak czasami niewiele brakowało, żeby tracił kontrolę. Wiedziała, że jej w życiu by nie skrzywdził, ale innych? Tego nie była już taka pewna. Madox miał dobre serce, ale wychował się też w takim a nie innym domu, gdzie agresja była na porządku dziennym. Z pewnością miał w głowie zakorzenione głębokie traumy, których możne nie czuł, ale przecież one tam były i odzywały się w najbardziej niespodziewanych momentach. Jak dzisiaj, kiedy lał tego faceta na parkiecie i nikt nie umiał ich od siebie odciągnąć. Nie wiedział, kiedy przestać. Powinno ją to martwić, ale… przecież ona też była pierdolnięta. Tak naprawdę, gdzieś głęboko ją to kręciło. Ta jego nieustępliwość. I to, że za dwa dni zostanie jego żoną.
Za dwa dni, Madox… — mruknęła, ścierając nadmiar krwi z wargi, którą intencjonalnie musnęła też własnymi, chłodnymi palcami. Przesunęła po całej długości, naginając ją w dół i zbierając nadmiar wilgoci. — Będziesz mi mówił Pilar Noriega — nie potrafiła powiedzieć tego, nie uśmiechając się. Co z tego, że mieli zaledwie po osiemnaście lat, że uciekli z rodzinnego miasta, żeby zaszyć się gdzieś nad morzem bez większego planu? Liczyło się dla nich tu i teraz, chociaż jakąś tam wizje przyszłości mieli na siebie. Szczęśliwą to na pewno, bo Pilar nawet nie rozważała innej opcji.A już tym bardziej nie teraz, kiedy jego palce przesuwały się po gładkim udzie w górę, chowając pod materiałem cienkiej, czerwonej sukienki. Czuła jak robi się jej coraz cieplej. Jak serce zaczyna walić szybciej, a głowa już fiksuje się na jego punkcie. Naprawdę musiała się skupić, żeby umyć go do końca, chociaż ta rozmowa o świadkach nieco jej pomogła.
Zróbmy to — skinęła w końcu głową, przecierając ostatnie zakrwawione miejsce na jego szyi. — Poprośmy ich, na pewno mogą przedłużyć miejsce dla campera na dwa dni. Weźmy ich na świadków — uśmiechnęła się szeroko, wyrzucając ręcznik papierowy do kosza. Uważała to za świetny pomysł. Juan i Sofia można powiedzieć, że przyczynili się do tego, gdzie teraz byli, że udało im się tak sprawni uciec i tak dobrze tu zadomowić. Wzięcie ich na świadków byłoby idealnym zwieńczeniem tego pierwszego rozdziału ich wspólnej historii.
Zaraz ich zapytamy… — mruknęła, przekładając nogi tak, żeby mogła usiąść na jego kolanach i naprzeć na niego całym ciałem. — Bo teraz chce robić z tobą nieco inne rzeczy — wyjaśniła, po czym wpiła się energicznie w jego usta. Jedną ręką wplotła w jego włosy, szarpiąc za nie nieznacznie, a drugą zaś odnalazła jego dłoń, która błądziła po udzie i poprowadziła go sobie wyżej pod materiał, dosłownie między nogi, gdzie mógł poczuć, że… — Ups, zapomniałam założyć majtek — wydyszała pomiędzy pocałunkami na resztkach powietrza i jeszcze mocniej się do niego przykleiła, wprawiając przy okazji biodra w ruch. Z tymi majtkami to wcale nie wyszło specjalnie. Po prostu jak brał ją na ścianie zaraz przed wyjściem, to finalnie tak się śpieszyli, że zapomniała je założyć, okej? Teraz też musieli się spieszyć, bo damski kibel był jeden na cały lokal, a ktoś już zapukał pytając czy wolne. Ich to jednak wcale nie obchodziło, bo już zajęci byli sobą. Kompletnie zafiksowani na swoim punkcie, pozbawiając się ubrań i rzucając własnymi ciałami po całym pomieszczeniu, podczas gdy jęki mieszały się z głośnym oddechem, gdy robili to na umywalce, a potem jeszcze jeszcze przy kafelkach, zupełnie nieświadomie łapiąc ostatnie chwile beztroski. Nieświadomi, że kiedy tylko wrócą do domu na plaży, cały ich świat legnie w gruzach.

· · ─ ·𖥸· ─ · ·


Esme nie chciała tego robić. Plan z początku był prosty: zabrać rzeczy, zostawić po sobie jak najmniej śladów i po prostu uciekać. Problem w tym, że kobieta doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kogo miała za męża. Wiedziała też jaki los czekał i ją i Lopeza, gdyby kiedykolwiek zostali odnalezieni.
Biła z myślami, chowając do torby akurat ciężki pistolet, kiedy… on wszedł do środka. Kiedy jego ciemne, mroźne oczy przesunęły się po jej sylwetce, a spomiędzy ust wydał się ten osądzający głos co ty kurwa robisz. Wiedziała, że wszystko spalone, że nie miała wyjścia. Noriega nie tylko niebezpieczny, ale też nie był głupi — dobrze wiedział, co robiła i Esme widziała to po jego twarzy, że pod żadnym pozorem nie pozwoli jej wyjść z pokoju. A już na pewno nie żywej. Już i tak ostatnio sprał ją za to, że pozwoliła Madoxowi uciec. Zacisnęła więc mocniej palce na spluwie i strzeliła.
Nie była zielona w posługiwaniu się bronią, dlatego, wiedziała gdzie celować, żeby zabić. Problem w tym, że Noriega wziął ją z zaskoczenia i od razu ruszył w jej kierunku, więc nie miała czasu, żeby odpowiednio wycelować. Strzeliła najlepiej jak umiała, a mężczyzna, który w papierach widniał jako jej mąż padł na podłogę w kałuży własnej krwi.
Potem w pokoju pojawił się on.
Mężczyzna dla którego to zrobiła. Prawdziwa miłość jej życia. Powód dla którego jeszcze nie strzeliła sobie w łeb. Widziała przerażenie w jego oczach. W końcu Lopez też wiele lat był mu wierny jak pies, a teraz patrzył jak człowiek, który przeprowadził go przez piekło leżał w bezruchu. A potem krzyknął na nią. Wyrwał jej broń, a ona jakby dopiero wtedy poczuła ciężar własnej decyzji. Nie miała zamiaru jednak czegokolwiek po sobie pokazać.
Jak to co?! — również na niego warknęła. — Nakrył mnie. Dobrze wiesz, że nie wypuściłby mnie stąd żywą — zadarła wysoko głowę, momentalnie doskakując jeszcze bliżej do Lopeza i szarpiąc jego koszulę. — Co innego miałam zrobić, Andres? Dać się zabić? Dać ciebie zabić? — nawet nie kontrolowała łez, które płynęły z jej policzków. Esme może i umiała zachować zimną krew, ale pod koniec dnia była tylko człowiekiem. Czuła. Nie była też mordercą. Nigdy wcześniej nikogo nie zabiła, a teraz zrobiła coś tak karygodnego z człowiekiem, któremu kilka lat temu w kościele przed Bogiem obiecywała nie tylko miłość ale też wierność do grobowej deski. Cóż, może to był ten dzień.
Nie patrz tak na mnie — znowu się do niego odezwała. — Nie patrz na mnie, jakbyśmy mieli inne wyjście, jakbyś żałował… ja pierdole, co my z nim zrobimy?! — krzyknęła głośniej, zdecydowanie za głośno i trochę bezmyślnie, bo przecież po domu mogli kręcić się też inni. Plus… no jaką mieli pewność, że on faktycznie nie żył?

diferentes generaciones, problemas similares
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, seks, morderstwo i takie tam
Wpatrywał się w nią dużymi, błyszczącymi oczami, kiedy ścierała krew z jego twarzy. Zawsze robił to sam, ewentualnie Marie, a teraz, już kolejny raz, Pilar. Jego narzeczona. A za dwa dni żona. Niczego nie chciał tak bardzo, jak tego, żeby została jego żoną. I mogła sobie gadać, że nikogo dla niej nie zapierdoli, ale on wiedział swoje. Połasił do jej przedramienia szorstki policzek.
- Niektórzy wcale nie idą, nie martw się o mnie Pilar - bo Madox czuł się bezkarny, jak jego ojciec. Stary Noriega miał na koncie kilka żyć i co... wciąż był wolny.
Szkoda tylko, że Madox nie dorastał mu wcale do pięt, a do tego on przecież chciał zostać policjantem, a nie iść w ślady ojca. Nie bawić się w gangsterkę.
A może tak naprawdę do niej bardziej pasował?
Z tym swoim narwanym charakterem? Z agresywną naturą. I nutą szaleństwa, która siedziała mu pod skórą.
Tą samą skórą, która zadrżała pod jej dotykiem, kiedy czyściła go z krwi, jego wargę. Skinął głową na jej słowa, a kąciki ust uniosły mu się w uśmiechu. Za dwa dni, powiedzą sobie tak i już zawsze będą razem. Do pierdolonej śmierci, aż nie będą tak starzy jak Państwo Flores.
- Pilar Noriega, ale to brzmi - szarpnął się do niej bardziej, a krótkie paznokcie zaryły w gładką skórę na jej udach - zajebiście. Pani Pilar Noriega, detektyw Pilar Noriega, jeszcze lepiej - może oni żyli z dnia na dzień, łapali chwile, wyciskali je do cna, ale przy tym też fantazjowali, marzyli, snuli historie o tym, jak kiedyś będą razem w policji, jak wsadzą Truciznę. Byli młodzi, naiwni, niedoświadczeni jeszcze przez życie. A przede wszystkim to tak w siebie zapatrzeni, że nic innego się nie liczyło. Tylko oni.
Ale zaraz okazało się, że żeby to sfinalizować, to przecież potrzebują świadków, a kto był lepszym kandydatem niż Juan i Sofia? No według Madoxa nie było, a kiedy Pilar się z nim zgodziła, to wyjął palce spod jej sukienki i złapał ją za tyłek przyciągając do siebie bliżej, tak, że w udo wbijała jej się jego twarda... metalowa klamra od paska.
- Albo postawią go koło naszego domku, zagadamy Paula i na pewno się zgodzi... - musiał się zgodzić, bo przecież ostatnio wszystko tak ładnie szło po ich myśli. Wszystko im się układało. Madox już chciał się zerwać na równe nogi, iść do Juana i Sofi, ale kiedy Pilar oparła dłonie na jego kolanach i je złączyła, a zaraz usiadła na nim okrakiem, to mruknął i wyrwał się do niej, palcami sunął po jej plecach, na pośladki - a jakie rzeczy? Zapierzesz mi koszulę? Zobacz tutaj... spuścił głowę, a palcem zaczepił o jej pierś, żeby pokazać jej plamę na koszuli, między ich rozgrzanymi już ciałami. I tak ta koszula była czarna, więc nie było tego na niej widać, ale Madox chciał ją pozaczepiać, chociaż zaraz robiła to ona. Szarpiąc go za włosy, a potem już całowała jego wargi zachłannie, dziko, aż zamruczał w jej usta. A kiedy poprowadziła jego dłoń wyżej po udzie, w to wrażliwe miejsce, gdzie nie miała na sobie bielizny, to oczy w jednym momencie znowu zrobiły mu się ciemne.
- To nawet dobrze - odpowiedział jej między kolejnymi pocałunkami. A zaraz sadzał ją na umywalce, ciężka klamra paska opadła na podłogę z łoskotem, kiedy ktoś zapukał do drzwi - chwila... - chyba to nie Madox powinien się odzywać. Dlatego zaraz parsknęli śmiechem, między kolejnymi zachłannymi i dzikimi całusami, w których kradli sobie z płuc powietrze, w których gryźli się tak, że finalnie na językach, z ich smakami, mieszał się ten metaliczny, krwi, z jego rozwalonej wargi. Zrobili to na umywalce i na ścianie, w jego ulubionej pozycji, a potem jeszcze na kolanach. Madox na kolanach, bo to przecież też lubił.
A kiedy wyszli z kibla, to stała już przed nim kolejka pięciu wkurwionych lasek. Noriega jeszcze zapinał pasek, a Pilar poprawiała sukienkę.
- Sorry, mieliśmy... bardzo awaryjną sytuację - przeprosił, ale już zaciskał palce na ręce swojej narzeczonej, żeby pociągnąć ją na bok.
- Mogliście sobie wziąć pokój - rzuciła jedna z lasek wywracając przy tym oczami.
- W pokoju już to robiliśmy - odpowiedział jej Madox, a kiedy ona się do nich spierdalała, to jakaś inna wepchnęła się przed nią do kibla, no bo trzeba było się stać i kłócić? Robić dramy? No nie...
W tym czasie oni już czmychnęli do loży, gdzie czekali na nich Sofia i Juan z drinkami.
- No wreszcie, teraz my stawiamy, pijemy za wasz ślub, Juan mi mówił - zawołał Sofia przekrzykując muzykę, a jej chłopak zrobił przepraszającą minę - no to gratulacje, niech wam się wiedzie, czy coś - dodała wesoło, a zaraz wszyscy sięgnęli po kolorowe szoty, którymi się stuknęli i wychylili je w ramach toastu.
Dużo było tych szotów...
Dużo drinków.


· · ─ ·𖥸· ─ · ·


Plan był prosty, nie przewidywał tego, że stary Noriega skończy w kałuży krwi w jej pokoju, więc kiedy Lopez tam wpadł i zobaczył go na podłodze, w pierwszej chwili go zmroziło. Nogi odmówiły posłuszeństwa, głowa fiksowała się na tym, że to nie tak miało wyglądać. W drugiej już krzyczał do niej.
Co zrobiła...
Co ona zrobiła. Bo przecież to on miał ją przed nim chronić, to on dzisiaj rano, kiedy wszedł do niej do pokoju, zarzekał się, że nie pozwoli jej już skrzywdzić. Powinien tu być i zareagować. Nie obronił jej, nie mógł już obronić swojego syna. Jak chujowym był dla niej oparciem, partnerem.
Miłością życia.
- Esme… kurwa... - jego ciemne spojrzenie jeszcze zjechało na leżącego na podłodze trupa, jego szefa przecież. A palce zacisnęły się mocno na jej dłoni, która szarpała za jego koszulę. Czarne oczy zatrzymały się na niej, kiedy powtarzała mu to, że nie miała wyboru. Może nie miała?
- Dobra. Spokojnie, uspokój się - oparł palce na jej ramionach, zaglądając w jej duże, zapłakane oczy. W te wielkie oczy, które teraz patrzyły na niego z nadzieją. Lopez myślał intensywnie, jak pozbyć się ciała Noriegi, z jego własnego domu, po którym kręciła się jego ochrona?
Nijak. Nie mogli teraz tego zrobić. Zatrzymywać się i płakać nad trupem.
- Jesteś gotowa? - zapytał opierając palce w zgięciu jej łokci, potrząsnął nią lekko - Esme jesteś gotowa? Musimy stąd uciekać. Zostawimy go tu, Carlos ma tyle wrogów... Nie zgłoszą tego, gdzie mieli by to zgłosić, na policję? Policja nie ma tutaj wstępu, ktoś go sprzątnie za nas - ktoś kto będzie chciał zająć jego miejsce, ale oni będą już daleko stąd. Lopez złapał jej torbę, a drugą ręką sięgnął do jej dłoni, zacisnął na niej smukłe palce. Musiał zrobić jeszcze tylko jedną rzecz, żeby podejrzenia nie padły na Esmeraldę. Przecież nikt nie będzie tutaj robił śledztwa.
- Esme zejdź na dół, weź samochód, jednego z tych, które mają kradzione blachy, z Suvów i czekaj na mnie na podjeździe, daj mi siedem minut, zaufaj mi... I nie odwracaj się za siebie - poprosił ją patrząc jej głęboko w oczy. A kiedy otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, to Andres zamknął je w agresywnym pocałunku. Krótkim, ale dzikim, takim który miał jej powiedzieć, że musiała mu zaufać. Oderwał się od niej i pchnął ją za ścianę, kiedy po schodach na piętro wszedł jeden z ochroniarzy.
- Słyszałem strzał... - powiedział. A Lopez skinął głową.
- Z pokoju Pani - ochroniarz otworzył drzwi i wszedł do środka, a kiedy zobaczył swojego szefa na podłodze w kałuży krwi, to spanikował, ale Lopez zamknął za nimi wrota, zanim facet się zorientował, to już wpakował mu kulkę między oczy, jego mózg rozprysnął się na białej toaletce Esme, na ścianie w kolorze pudrowego różu. Broń którą Esmeralda zabiła swojego męża podłożył denatowi uprzednio wycierając odciski palców o jej jasną, cienką koszulę, tą drugą wsadził w jeszcze ciepłą rękę Noriegi. Chciał, żeby wyglądało to tak, jakby pozabijali się nawzajem, w końcu na starego Noriegę polowało naprawdę wielu ludzi. Może gdyby weszła tu psiarnia, gdy zaczęli to wszystko badać to dopatrzyli by się, że zaszło tu coś innego, ale pewne było, że policja się tym nie zajmie. A mafia traktowała pewne rzeczy mniej poważnie. Noriega gryzł ziemię, wielu ludzi się ucieszy.
Lopez puścił się schodami na dół, po drodze zatrzymało go jeszcze dwóch ochroniarzy.
- Szefie słyszeliśmy strzały - zaczepili go, ale Andres już widział samochód zaparkowany na podjeździe...
Uciekną. Uda im się. Wierzył w to.
- Sprawdźcie dom. Ja... uruchamiamy protokół awaryjny, Pani Esme ma zniknąć z posiadłości - czarne spojrzenie utkwił w oknie, które wychodziło na podjazd. Był taki plan. Wiedziała o nim cała ochrona, oprócz szefa. Lopez sam go kiedyś zaprezentował. Plan, który miał pomóc jemu i Esme w ucieczce, gdyby kiedyś wreszcie... odważyli się to zrobić.
Dzisiaj byli do tego zmuszeni.

un precio alto por... el amor ₊˚⊹ᰔ
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja, jedna wielka tragedia
Świat nie istniał, kiedy miała go obok.
Prawdziwe tragedie mogły dziać się za drzwiami, a ona nie poświęciłaby im nawet sekundy swojej uwagi. Zbyt zajęta tym, co z nią robił, kompletnie zapomniała, że znajdowali się z klubie, a dokładniej w jedynem damskiej toalecie w tym przybytku i że kolejka już ciągła się pewnie do samej lady. Ktoś walił w drzwi, ktoś inny przeklinał i zarzekał się, że weźmie ochronę. A oni? Oni byli zamknięci w swojej bańce. Zajmowali się sobą najlepiej, jak tylko potrafili, nie umiejąc się od siebie odsunąć. Wiecznie pragnąć więcej, mocniej, bardziej. Wiecznie nie potrafiąc się sobą nasycić. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden wcale nie taki przypadkowy dotyk, żeby na nowo się na siebie nakręcili. I chociaż przyszli tutaj na szybkie przemycie rany i doprowadzenie Noriegi do porządku, Pilar doprowadziła ją do czegoś innego. Orgazmu dokładniej, który swoje zwieńczenie miał również na łazienkowych kafelkach. Gówniarze jednak za nic nie przejmowali się konsekwencjami swoich czynów. Żyli, kochali i śmiali się głośno, ciesząc każdą jedną minutą.
Ślepo wierząc w to, że tak naprawdę wyglądało życie.
Że nie było w nim problemów, chociaż tak naprawdę one po ciuchutku skradały się w ich stronę. Pilar i Madox trwali w pieprzonej ciszy przed burzą, nawet nie zdając sobie sprawy, że czekał ich sztorm, który zabierze ze sobą liczne ofiary. Sztorm ciężki do przeżycia. Nim jednak on nadejdzie, oni w pełnej nieświadomości zrobili co trzeba w łazience i wyszli, jak gdyby nigdy nic, szczerząc się na lewo i prawo do wkurwionych dziewczyn, rzucających kąśliwe komentarze pod nosem. Prawdziwe zresztą. W końcu byli bezczelni i pojebani. Mieli tego pełną świadomość. A najbardziej to byli po prostu w siebie zapatrzeni. Bez końca.
Gdzie byliście? — spytała Sofia z chwilą, w której pojawili się przy stoliku. Pilar rzuciła się pierwsza na kanapę, rozsiadając wygodnie, a kiedy tylko Noriega znalazł się obok, od razu wtuliła się w jego tors, zaciągając się dobrze znanym, bajecznym zapachem.
W kiblu… — mruknęła trochę jakby od niechcenia, trochę jakby to wcale nie było ważne.
Jesteście kurwa niemożliwi — skwitował Juan, kręcąc głową, a zaraz nawijał o tym, że wygadał się swojej partnerce na temat ślubu. Pilar spojrzała zaskoczona na Madoxa, bo nie wiedziała, że cokolwiek już powiedział wcześniej. Z drugiej strony to może nawet i lepiej? Szybciej załatwią to, co mieli załatwić i będzie można spokojnie przejść od rzeczy przyjemnych.
Ano właśnie — odchrząknęła, nachylając się nad stołem. — Jak już jesteśmy przy temacie ślubu… — spojrzała pierwsze na Juana, a potem zatrzymała się dłużej na Sofii. — Dobra chuj, po prostu to powiem. Chcielibyśmy, żebyście zostali naszymi świadkami — wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Nie miała pojęcia, czy normalnie powinno robić się do tego jakiś większy wstęp czy inne tradycje, których trzeba było przestrzegać, dlatego walnęła prosto z mostu. — Wiemy, że chcieliście jutro rano jechać już dalej, ale pomyśleliśmy, że może moglibyście zostać jeszcze dwa dni? Jakby na to nie patrzeć, to w chuj nam pomogliście i kurwa jesteście dla nas jak przyjaciele i totalnie rozumiemy jeśli nie, ale…
OCZYWIŚCIE!!! — Sofia weszła jej w pół słowa i aż wstała z kanapy, wywalając przy okazji szklankę z drinkiem, która rozlała się po stole. — JEZU PILAR — kwiknęła i pobiegła się na nich rzucić. — Moje gołąbeczki! — to chyba znaczyło tak? Położyła się na nich i zaczęła tulić, przy okazji podsyłając Juanowi wymowne spojrzenie. Trochę jakby już przegadali taką możliwość, kiedy oni zabawiali się w kiblu.
Nie patrz tak na mnie — mruknął Juan. — Ja nie będę się tulić z Madoxem. Żadne z nas pedały — mruknął jakiś oburzony ale wciąż rozbawiony, po czym wystawił rękę w stronę swojego kumpla i po prostu, po ziomilsku, przybił mu piąteczkę, które huknęła głośno, przegłuszając muzykę.
Jezu tak się ciesze, Ju, idź po alkohol, trzeba to opić! — Sofia już ponaglała swojego chłopaka, odsyłając do baru. — Powiedz, że ci tu się będą hajtać, to może dostaniemy całą butelkę — i faktycznie — Juan poszedł do lady, powiedział co kazała mu dziewczyna, a barmanka bez problemu wydawała mu wielkie wiadro z lodem, a pośrodku najlepszy rum, jaki mieli na stanie. A świętowanie można było zacząć!
Co za wspaniała, piękna noc.


· · ─ ·𖥸· ─ · ·



Mówił do niej, żeby się uspokoiła, a ona nie potrafiła.
Jak mogła, kiedy ledwo co władowała kulkę własnemu mężowi prosto w serce?! Jak mogła stać spokojnie obok jego krwawiącego ciała i udawać, że wszystko było w porządku, zachowując przy tym stoicki spokój? Czasami przerażało ją, że Lopez potrafił. Że umiał być tak bardzo bezwzględny jeśli chodziło o interesy, a zaraz potem niesamowicie czuły tylko dla niej. Bo kiedym mówił jej, jej ą kocha, nie było w nim ani krzty agresji. I właśnie za to go pokochała. Tym różnił się Carlosa — nie miał mroku w oczach, a jedynie szczere intencje.
Tak jak teraz, kiedy przejmował inicjatywę, ocierał jej łzy, a zaraz planował im całą ucieczkę i plan działania. Nie mogła zrobić nic innego niż tylko go posłuchać. Szczególnie kiedy przypieczętował to agresywnym pocałunkiem zaraz po, na który Esme od razu odpowiedziała, szarpiąc jego koszule.
Zaufaj mi.
I nie odwracaj się za siebie
.
Umiała wykonywać polecenia. Robiła to przecież całe, jebane życie. Żyła z posłuszeństwa i dzięki posłuszeństwu. Dlatego kiedy pchnął ją na ścianę, nawet już na niego nie spojrzała. Pociągnęła jedynie nosem, wbijając wzrok przed siebie, chociaż cholernie chciała spojrzeć mu jeszcze raz w oczy i powiedzieć, jak bardzo go kochała. Chciała. Ale miała się nie odwracać. Ruszyła więc boczny korytarzem i skierowała się w dół.
Nie odwróciła się nawet kiedy w domu wybrzmiał kolejny strzał. Jedynie serce zareagowało, wyrywając się z piesi tak mocno, że klatka piersiowa autentycznie ją zabolała. Ruszyła jednak po auto. Miała mu zaufać. Ufała. Jak nikomu innemu na całym, jebanym świecie. Ledwo łapiąc oddech pokonała ostatnie schodki prowadzące do garażu, a potem władowała się za kółko jednego z samochodów, które miało kradzione blachy. Kluczyki były w środku. Oczywiście. Wszystko przygotowane na wszelki wypadek. Wypadek, który teraz ratował im życie, bo kiedy tylko Esme wyjechała na podjazd i przystanęła na moment ze wciąż włączonym silnikiem, sama nie wiedziała, czego się spodziewać. Nie wiedziała kto oddał strzał, ani co tam się stało.
Po prostu na niego czekała.
I kiedy w końcu go zobaczyła, upierdolonego krwią pod czarną marynarką, serce znowu się wyrwało, a oczy zaszły łzami. Żył. Ja pierdole. Załkała na głos. Miała na to całe dziesięć sekund, bo po nich Lopez już ładował się od auta z wielka torbą, a ona odjechała z piskiem opon, nawet raz nie odwracając się za siebie. Po prostu przemknęła jak burza przez pierwsze trzy ulice, zdecydowanie przekraczając prędkość.
Andres… — zaczęła, gdy już zrobiło się bezpieczniej. — Powiedz mi prawdę. Wiesz gdzie on jest? — odwróciła głowę w jego kierunku, kiedy stali na światłach. Ciemne ulice Medellin wciąż tętniły życiem, ale nikt zdawał się na nich nie zwracać uwagi. Esme wbiła spojrzenie w Lopeza, nawet na moment nie ściągając z niego wzroku. — Mam złe przeczucia — dodała prawie szeptem. Sama nie wiedziała, co to było. O co dokładnie jej chodziło. Ale przecież matki już tak miały, czyż nie? Po prostu czuły. Jakby były w jakiś pojebany sposób połączone ze swoimi dziećmi niewidzialną nicią, która wyrywała się, gdy tylko działa im się krzywda.
Esme czuła to tak mocno jak jeszcze nigdy wcześniej.
Czuła, że coś było nie tak.
Że jej jedyny syn był w tarapatach.


· · ─ ·𖥸· ─ · ·



Tymczasem w Buenaventurze noc trwała w najlepsze.
Alkohol w klubie lał się strumieniami, muzyka dudniła głośno, a Madox z Pilar kompletnie stracili rachubę czasu. Nie miała pojęcia, ile dokładnie wypili, ani kiedy pożegnali się z Juanem i Sofią. Zdecydowanie wystarczył jej fakt, że szła teraz opustoszałą ulicą z ukochanym za rękę, śmiejąc się głośno z tego jednego faceta, który rozebrał się i na waleta robił na środku parkietu dżdżownice po tym, jak Noriega założył się z nim, że ten wymięknie.
Serio, dalej mam przed oczami jak uderzał napletem o parkiet z każdym podskokiem — znowu się zaśmiała, ocierając z policzka samotną łzę, która była efektem czystego szczęścia i śmiechu do rozpuku. Boże, co to była za noc. Niesamowita. Pełna zwrotów akcji, ale najlepszym było chyba to, że Juan i Sofia zgodzili się zostać te dwa dni dłużej i być świadkami na ich ślubie. Ślubie, który miał się odbyć już za dwa dni. Dalej nie mogła w to uwierzyć, że człowiek mógł być tak szczęśliwy, tak zadowolony z życia, że wszystko tak dobrze potrafiło się układać. Czuła w sobie tak wiele endorfin, że…
Ja pierdole, jak ja cię kocham — rzuciła zupełnie z zaskoczenia, a potem naparła na niego, wpijając się chaotycznie w jego obłędne usta. Smakowała go agresywnie i do utraty tchu. Całe szczęście, że za plecami Madoxa był słup od latarni, bo inaczej wyrżnęliby orła. — W życiu nie byłam tak szczęśliwa — mruknęła gdzieś pomiędzy pocałunkami, wciskając dłonie pod jego koszulkę. On też pewnie nie próżnował i może nawet zatrzymaliby się tu dłużej, gdyby nie fakt, ze przecież byli już jakieś trzy minuty od domku, który wynajmowali. Po chuj pieprzyć się pod latarnią jak mogli na każdej jednej szafce w ich małym mieszkanku. Złapała jego rękę i szarpnęła w stronę mieszkania. Uśmiech nie schodził jej z ust.
Do czasu.
Do tego jednego momentu, w którym ujrzała niebieskie migoczące światła na terenie ich niewielkiego osiedla.
Madox… — przystanęła na moment, zaciskając mocniej palce na jego dłoni. Serce momentalnie podeszło jej do gardła. — Coś się tam stało? — pytanie klucz. I może to był moment, kiedy ich instynkt powinien zadziałać. Kiedy powinni odwrócić się na pięcie i po prostu uciec. Ty była ich jedna, jedyna, ostatnia szansa.
Jedna decyzja.
Sekunda zwłoki.
Jedno zawahanie.
Nim się obejrzeli, nim nawet kurwa policzyli, ile dokładnie radiowozów stało przed ich domkiem, jakiś policjant podszedł do nich z boku, rozmawiając z kimś na radiu.
Dzieciaki, a co wy tu… — zaczął, ale nawet nie dokończył. Bo kiedy tylko jego spojrzenie zatrzymało się na twarzy Madoxa, kiedy zobaczył strach w oczach tej dwójki nastolatków naprawdę nietrudno było połączyć kropki. — Noriega? — spytał oschle, już sięgając po coś do paska. Nawet nie musieli odpowiadać. Widział to po ich oczach. A potem po tym, jak Pilar głupio myślała, że jeszcze mieli jakiekolwiek szanse. Chciała pchnąć Madoxa, zmusić do ucieczki, ale policjant był pierwszy. Od razu rzucił się na Madoxa, lądując z nim w parterze, podczas gdy ze wszystkich stron zaczęli zbierać się inni policjanci.
CO PAN ROBI!? — krzyknęła głośno, czując jak panika kompletnie przejmuje jej ciało. — PUŚĆ GO! — zawyła, mając wrażenie, że ledwo potrafi oddychać. Chciała nawet rzucić się na policjanta, dokładnie tak, jak zrobiła to wtedy na ogródku Pani Flores, ale ktoś już szarpnął ją do tyłu i również wcisnął jej głowę do piachu, przytaczając jakieś artykuły o zatrzymaniu.
Puszczaj! — a Pilar jak w jakimś amoku, wciąż się wierzgała, ryjąc twarzą o piasek. — Madox… MADOX!! — krzyczała jego imię, łudząc się, że on im pomoże. Przecież zawsze to robił. Zawsze był jej bohaterem. Szył na bieżąco, umiał się bić, teraz była na to najwyższa pora! Teraz mógł ich wszystkich pozabijać, kiedy ona wiła się pod uciskiem, kiedy czyjeś kolano wbijało się jej w plecy, a oczy zachodziły łzami. Bo co tu się kurwa odpierdalało? Przyjechali za nimi aż z Medellin? Może dało się to jeszcze jakoś wyjaśnić? Łudziła się. Wciąż się kurwa łudziła, bo nie miała pojęcia, że w ich domku, który wynajmowali na jego dokumenty leżał właśnie Guapo z rozjebaną głową w kałuży krwi, a DNA Madoxa było wszędzie nie tylko w mieszkaniu, ale także na narzędziu zbrodni. Na pistolecie, który ukradł ojcu. Dokładnie tym samym, którego nagrania jak Noriega wyciągał go z sejfu ojca miał Carlos.
Spoiler
Obrazek
el principio del fin 🥺
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”