Na tym polegała jego praca, żeby zachować zimną krew, kiedy robiło się naprawdę chujowo. Nie dać się zwariować.
Dlatego Lopeza spokojnie sunął wytatuowanymi palcami po ramionach Esme, ścierał łzy z jej policzków i patrzył jej głęboko w oczy, kiedy prosił ją o to, żeby
mu zaufała.
Musiała, bo w tym okrutnym domu, to oni byli jedynymi osobami, które mogły sobie ufać. Już wtedy, kiedy Carlos Noriega wywiózł Esmeraldę z Meksyku, porwał ją, a Andres ruszył za nią. Znalazł ją w różanej posiadłości...
Mieli uciec, ale ona była już wtedy w ciąży, ze swoim mężem. Tak założył Lopez, a Esme przecież wtedy nic mu nie powiedziała. Carlos jej pilnował, nie mieli jak uciec. A później było gorzej, kiedy na świat przyszło jego dziecko, bo przecież Madox na początku był oczkiem w głowie rodziców. Jedynym dziedzicem. Carlos go chciał, Esme gotowa była poświęcić dla niego wszystko. Nawet swoją miłość życia.
Ale Lopez jakoś wkręcił się w szeregi ludzi Noriegi, nie mógł być z Esmeraldą, ale zawsze miał na nią oko. Cały czas obok, nawet w momencie, kiedy jeszcze na początku jej mąż był w nią zapatrzony. Dopiero potem wyszła z niego ta cała agresja, która siedziała mu pod skórą, a kiedy kilkuletnie dziecko płakało, bo ojciec tyran okładał jego matkę, to Carlos znienawidził też Madoxa.
I to był koniec miłości w tym domu...
Chociaż ta Lopeza do Esme trwała, zawsze. On tylko czekał na jakiś jej sygnał, na decyzję, żeby stąd uciekli, razem. A ona trwała w tym dla swojego dziecka. Gubiła się w tym, kiedy Carlos bił ją, bił ich syna, a Lopez... on nie mógł z tym nic zrobić. Bo nie mógł zniszczyć zaufania swojego szefa.
Wszyscy tutaj wiele poświęcali, i nikt nie był szczęśliwy.
A teraz oni mogli.
Kiedy Andres wsiadł do samochodu, poprawiając pod marynarką pistolet, który ze sobą zabrał, od razu wbił w nią czarne spojrzenie.
-
Jedź Esme, po prostu jedź - nie musiał jej dwa razy powtarzać, od razu nacisnęła pedał gazu, aż autem szarpnęło. Lopez zapiął pasy, bo to podstawa pościgów... I ucieczek.
Na pewno już znaleźli ciało Noriegi, teraz w całym domu było zamieszanie, zastanawiali się kto to zrobił, kto wydał na niego wyrok, podłożył ochroniarza, który go zabił...
A oni mieli chwilę czasu, bo jeden z planów awaryjnych przewidywał zapewnienie bezpieczeństwa Esme, wywiezienia jej z posiadłości. Był taki plan, który przecież zlecił Carlos.
Wcale nie, ale wiedział o tym tylko Lopez.
A reszta ochrony wciąż wierzyła, że on tylko pojechał z panią jako jej ochroniarz. Póki ktoś nie wyprowadzi ich z błędu.
Kiedy stanęli na światłach, to spojrzał na Esmeraldę, prosto w jej piękne, duże oczy. Wiedział. I wiedział, że jej przeczucia są dobre. Że ich syn... Jego krew, w tym momencie już pewnie...
Nabrał w płuca więcej powietrza.
-
Wszystko jest dobrze Esme… To pewnie przez to co się stało. Madox wsiadł do samolotu, polecieli do Europy, Carlos nie zdążył go dorwać - kłamał. Kłamał jak z nut. Ale robił to tak często, z taką łatwością, że był pewny, że tego nie zauważyła, zaraz sięgnął do jej dłoni, opierając palce na ręce, która spoczywała przy skrzyni biegów -
o nic się nie martw, teraz musimy pomyśleć o nas - pierdolony egoista. Jego syn pójdzie siedzieć. Okłamywał kobietę, którą kochał nad życie.
Ale czy... jemu nic się nie należało od życia?
Czy zawsze musiał stawiać wszystko i wszystkich ponad nimi? Ponad ich miłością. Która rozkwitła między nimi, gdy jeszcze byli dzieciakami. Która przetrwała najgorsze chwile, a teraz dopiero mogła... Mogli z niej czerpać.
Wreszcie przyszła pora na nich.
-
Jedź na lotnisko, kupimy pierwsze lepsze bilety i też stąd uciekamy. A na miejscu... Gdzieś, skontaktujemy się z Madoxem, dobrze? - chciał ją pocieszyć.
Ale nie wiedział jak będą mogli dzieciakowi pomóc na odległość. Dzieciakowi, który tylko... wybrał miłość.
Który tak naprawdę nie zrobił nic takiego, bo przecież okradł tyrana, który całe życie znęcał się nad jego matką, nad nim. Złego człowieka. Najgorszego może w całym Medellin. A teraz płacił za to taką wysoką cenę.
Lopez czuł się z tym chujowo. Ale nie umiał inaczej, tak był zaprogramowany, najpierw myśl o niej, potem o sobie. A jej dzieciak... Powód przez który ona wiele lat trwała przy swoim mężu tyranie...
Jego dzieciak.
Przymknął na moment powieki, a zaraz odpiął pas i zdjął z siebie marynarkę, walnął ją na tylną kanapę. Wychylił się do tyłu między siedzeniami, żeby sięgnąć z torby, którą zabrał, czystą koszulę. Wziął się za odpinanie guzików tej, którą miał na sobie.
-
Mam paszporty, teraz jesteś Marisol Cruz, a ja... - zerknął w dokument, który wyjął z torby -
Carlos Cruz - wywrócił oczami, tak samo jak robił to Madox, bo pojebany zbieg okoliczności, że akurat dostał papiery z imieniem swojego szefa, który leżał martwy -
jesteśmy małżeństwem, wylatujemy na spontaniczne wakacje z okazji rocznicy ślubu... Dwudziestej - gdyby rzeczywiście wtedy w Meksyku, kiedy chcieli to zrobić, zanim Esme porwał Noriega, się pobrali, to mogliby teraz obchodzić dwudziestą rocznicę. Mieli po osiemnaście lat, głowy pełne marzeń.
A ona... po prostu wpadła w oko złemu facetowi, kiedy tańczyła dla niego, dla Lopeza przecież, boso na plaży.
Noriega był od niej starszy, wpływowy już. Bez problemu ją porwał, a potem wywiózł z kraju.
I tam mogła kończyć się ich historia, ale udało jej się skontaktować z Andresem, a on ruszył za nią. Znalazł ją. Ale był biednym chłopakiem, zanim udało mu się dotrzeć do Kolumbii, ona była już żoną, była już matką...
Matką, ich syna. Syna, który...
· · ─ ·𖥸· ─ · ·
Który bawił się w najlepsze ze swoją narzeczoną i przyjaciółmi w klubie. Niczego nie podejrzewając, bo przecież uciekli z Medellin. Przecież Bonawentura przywitała ich pięknie. Tutaj mieli też
powiedzieć sobie tak, przypieczętować swoją miłość ślubem. A za świadków mieć przyjaciół, z którymi poznali się niedawno, ale ile im zawdzięczali. Przywieźli ich tutaj, a potem praktycznie noc w noc poznawali uroki Bonawentury.
Szaleli, jak na takie dzieciaki przystało.
Osiemnastolatki, które uciekły z domu. Tylko oni nie zamierzali już wcale tam wracać. Oni mieli wieść swoje piękne, dorosłe życie razem.
Nic miało nie stanąć im na przeszkodzie.
-
To najlepiej wydana stówa w życiu - powiedział i parsknął śmiechem, co prawda musiał kolesiowi dać stówkę, ale rzeczywiście ten widok był niezapomniany, cały klub się przy tym ubawił, ale ochrona tym razem była nieugięta i zaprowadzili ich do wyjścia. Ale i tak mieli się zbierać. Był środek nocy, a Sofia i Juan odpadli już dawno.
Teoria Madoxa była taka, że to dlatego, że w międzyczasie nie wyszli się przewietrzyć na balkon, a oni z Pilar poszli... Zajęło im to chwilę bo znowu dobierali się do siebie na tarasie, przy jakiś niedobitkach, którzy nie potrafili nawet utrzymać papierosa. Ale kto by się tym przejmował?
Na pewno nie oni.
Niczym się nie przejmowali, krocząc pewnie do ich domku przy plaży. Przeskakując nad dziurami w chodniku i trzymając się za ręce. Jak te dzieci, chociaż to co chodziło im po głowach nie było ani trochę dziecinne.
-
Może pójdziemy jeszcze do oceanu? W nocy woda jest zajebista i wtedy moglibyśmy jeszcze... - zaczął, bo oni nigdy nie mieli siebie dość. Wiecznie było im mało.
A kiedy Pilar wyskoczyła z tym
ja pierdole, jak ja cię kocham, to uśmiechnął się do niej szeroko -
maldita sea, cómo te quiero yo también -
ja pierdole, jak ja ciebie kocham też, mruknął w jej usta, między kolejnymi agresywnymi pocałunkami, kiedy jego plecy zderzyły się z jakąś latarnią. Szarpnął ją, tak, że to jej kręgosłup wylądował na słupie, a jego palce na jej udach, łasił się do niej, i napierał na nią mocniej z kolejnymi pocałunkami -
ja też nie, a najlepsze jest to, że już zawsze będziemy - te słowa układał na jej wargach. Patrząc jej głęboko w oczy. W te piękne, duże oczy.
Już zawsze będą. Razem. Szczęśliwi...
Biedne naiwne dzieci.
Puścił ją, a Pilar zaraz ciągnęła go do ich domku przy plaży.
-
Czekaj... Może chodźmy jeszcze na plażę, jeszcze chciałbym... - zaczął i jeszcze zatrzymał ją w miejscu. Jeszcze patrzył jej w oczy, i chciał z nią znowu uciec, w tę rozgwieżdżoną noc. Chciał z nią łapać jeszcze te chwile, odrobinę wolności... Jakby czuł...
Niebiesko-czerwone światła odbiły się w jej pięknych oczach. A radiowozy stojące przy podjeździe ich domku nie zwiastowały niczego dobrego.
-
Pilar… Chyba... -
powinniśmy spierdalać, to chciał jej powiedzieć, ale nie zdążył, bo kiedy tylko wyszli na ulicę, zaraz zauważył ich jakiś policjant. Madox odruchowo cofnął się w tył, zaciskając palce na jej ręce, pociągnął ją za sobą.
Noriega?
Było za późno. Zdążył tylko ją puścić, posłać ostatnie spojrzenie w jej duże, piękne oczy, a potem lądował na ziemi, przygnieciony przez gliniarza. Docisnął go do ziemi kolanem.
-
Pilar... - wydusił tylko, kiedy policjant wcale się z nim nie pierdoląc uderzył jego głową o asfalt. Szarpnął się i dostał znowu. A potem już stało nad nim trzech gliniarzy, nawijali coś, że jest podejrzany o morderstwo. Próbował się wyrwać, ale dostał w brzuch, a potem jeszcze w głowę lufą pistoletu. Traktowali go jak śmiecia, jak mordercę. Żadnej taryfy ulgowej.
I kiedy jeszcze jego ciemne spojrzenie na moment odszukało to jego narzeczonej, Pilar, to usta ułożyły się w bezgłośne.
Te Quiero.
Wsadzili go do samochodu. Wywieźli na komendę i starali się go przesłuchać, znowu dostał w twarz, bo nie chciał nic powiedzieć. Jak zdarta płyta pytał tylko.
-
Co z Pilar? Z tą dziewczyną... - nie myślał wcale o sobie, myślał tylko o niej. Na nią nic nie mieli.
Wszystko wskazywało tylko na niego, dziwnym trafem nagrania z klubu urywały się w momencie, w którym Guapo go opuścił. Kamery padły, świadkowie nie chcieli gadać.
A Madoxowi, który wciąż nie chciał nic mówić i nie przyznawał się do winy, przydzielili prawnika z urzędu. Mocno chujowego, przekonanego o jego winie. Narzędzie zbrodni z jego odciskami palców, nagrania na których szarpał się z ofiarą, wszystko świadczyło na jego niekorzyść, to usłyszał.
Wiedział, że się z tego nie wywinie, że tu już nie pomoże jego gadanie. Nic mu nie pomoże.
Wiedział też, że to jego ojciec. Bo nagle sobie przypomniał tą twarz, którą widział w klubie, którą widywał czasem w Medellin, jak pojawiała się w różanej hacjendzie.
Ale i tak najgorsze było to, że nie wiedział co z Pilar.
Nie miał pojęcia ile godzin już spędził w sali przesłuchań, pokazywali mu zdjęcia faceta z dziurą w głowie, broni, jego na podłodze z tym gościem, dociskali go. Ale nic nie powiedział, a jego palec zaczepił tylko o fotografię, na której widać było Stewart.
I wtedy jeden ze śledczych do tego doszedł. Odkrył jego słabość. Obiecali mu, że pozwolą mu się z nią zobaczyć, jeśli się przyzna, jeśli powie, co zrobił...
A on tak desperacko chciał chociaż jednej chwili z nią. Ostatniego spojrzenia w oczy, że to zrobił.
Przyznał się.
A i tak jej nie zobaczył.
Nigdy więcej.
nunca más ⋆。゚☁︎。⋆。 ゚☾ ゚。⋆