Kiedy Young opowiadał przy stole w remizie, jak mają się sprawy z ciążą jego żony i że trzeba wykonać jakiejś skomplikowane, dodatkowe badania, które wykonują w jakiejś klinice w Ottawie, której Darling nawet nie zapamiętała, wyglądał na bardzo przybitego. Ostatnio widziała go w takim stanie w barze, kiedy opijali to, że po raz trzeci zostanie ojcem, a teraz takie rzeczy. No widać było, że chłop jest przybity. A potem wyszło, że nie ma z kim zostawić Sadie i Arlo. A co ona zrobiła? Oznajmiła, że to żaden problem i że przecież może się nimi zająć. Blaze sześćdziesiąt siedem razy dopytywał, czy na pewno i czy April nie będzie miała nic przeciwko. Oczywiście zagwarantowała, że wszystko będzie w porządku i że Finch będzie zachwycona. Dopiero po tym, jak Young chwycił ją w ramiona, żeby okazać swoją wdzięczność, uświadomiła sobie, co najlepszego narobiła.
Godzinę później jechali już jej Toyotą pod jego dom, gdzie przywitała ich zmartwiona twarz żony Blaze'a i odgłosy dziecięcych wrzasków. Dopiero wtedy Darling przypomniała sobie, że chyba wypadałoby poinformować o zaistniałej sytuacji April. Rychło w czas! Pospiesznie wystukała do niej wiadomość, jak zwykle trochę na okrętkę, autentycznie przerażona jej reakcją i tym, że za chwilę miała wrócić do domu z dwójką dzieciaków.
O ile Sadie dobrze pamiętała ciocię Teddy, bo raz Blaze zabrał ją raz na chwilę do pracy, żeby pokazać jej remizę, to dla Arlo była zupełnie obcą babą, która stroiła miny do lusterka wstecznego, chcąc go jakoś rozweselić. Pomogło dopiero śpiewanie o starym Donaldzie, który miał farmę, na co wpadła rezolutna sześciolatka. Gdyby nie to, Mały zawodziłby chyba przez całą drogę do centrum.
Przejażdżka windą była atrakcją. Bardzo długą atrakcją, bo Arlo powciskał wszystkie przyciski i zatrzymywali się na wszystkich piętrach, zanim dojechali na czwarte. A gdy drzwi otworzyły się, chłopiec wybiegł na korytarz tak szybko, że Darling nawet nie zdążyła mrugnąć. Nie miała pojęcia, że czteroletnie dzieci potrafiły tak szybko biegać! Potem pomyślała, że wcale nie jest taki szybki i na pewno by go prześcignęła.
— Jesteśmy! — zawołała od progu, zrzucając z ramienia torbę z rzeczami bąbelków, które od razu zaczęły rozglądać się po lofcie.
— Kotek! — zawołała Sadie, próbując dopaść do Liary, ale ta czmychnęła pod kanapę. Dziewczynka wydęła usta w podkówkę, ale nie rozpłakała się. Jeszcze.
— Hej — Teddy uśmiechnęła się do April, która wyjrzała do przedpokoju. Podeszła bliżej i musnęła usta narzeczonej. — Nie wiem, co mi strzeliło do głowy — wyszeptała, posyłając jej przepraszający uśmiech.
— Gdzie jest mama? — odezwał się Arlo i strażaczka już zdążyła zapomnieć, że przecież przywlekła ze sobą dwoje dzieci, a nie tylko jedno.
— Przecież wiesz — odparła spokojnie i przykucnęła, żeby pomóc mu ściągnąć adidasy. — Tata ci tłumaczył, że muszą załatwić pilną sprawę — wyjaśniła, ciągnąc za buta, który nie chciał zleźć ze śmiesznie małej stopy.
— Ale kiedy wrócą?
— Nie... niedługo — zreflektowała się, bo Blaze dokładnie tego nie określił. Mieli wrócić z Ottawy późnym wieczorem, ale możliwe, że odbiorą dzieciaki dopiero rano.
— Za ile godzin? — drążył uparcie Mały. — Tyle? — wyciągnął rękę i starannie odliczył cztery palce.
— Może tyle. Zobaczymy — kiwnęła głową, zerkając przez ramię na April. Cholera, naprawdę nie chciała go oszukiwać! — Albo jeszcze troszkę dłużej — dodała, tak na wszelki wypadek.
Naprawdę starała się ukryć przed nim własną niepewność. Arlo niewiele z tego wszystkiego rozumiał, ale chyba wyczuwał coś podskórnie. Stał pod wieszakiem w przedpokoju, z nosem spuszczonym na kwintę. Psiakrew, matka miała jednak rację, tłumacząc jej kiedyś, że dziecka nie da się oszukać. Ono zawsze się zorientuje, jeśli coś nie jest tak, jak być powinno.
martwić się jak se poradzi w nowej klasie. i czy wróci dzisiaj na noc franek albo stasiek