27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było ani grama medycznej wiedzy w tym jak obejmował ją pod piersiami i dociskał w całkowicie nieporadny sposób. To była czysta d e s p e r a c j a Millera, jakby każdy jej oddech był warunkiem jego własnego przeżycia. Może był? W końcu Archibald nie wyobrażał sobie życia bez Wallace, a jednocześnie patrząc na sposób w jaki próbował ją ratować i biorąc pod uwagę to ile głupich, niekiedy niebezpiecznych pomysłów przychodziło mu do głowy, zdawał się być głównym zagrożeniem jej życia. Życia, w którym się widział. Życia, do którego chętnie wparował zasuwając dziarsko w pampersie. Codzienności Wallace do której wpadał jak do tej dziury na zjeżdżalni, którą kiedyś zrobił swoim małym tyłkiem i głową pełną szalonych pomysłów.
Spoiler
Obrazek Obrazek
Już wtedy ślinił się na jej widok, gdy przechadzała się po ogródku, a on nosem wbitym w szybę próbował skupić na sobie całą uwagę. Wtedy jakoś łatwiej przychodziły im zaloty, o których szybko zapomnieli dorastając i wpadając w objęcia przyjaźni. Przyjaźni, której niejeden im zazdrościł i oni dobrze o tym wiedzieli. Zresztą każdy im to na każdym kroku podkreślał. Może to wzmagało presję, by nie spartolić sprawy do reszty?
ŻYJE!
I nagle to całe napięcie, które w panice się w nim nagromadziło, opadło. Odetchnął tak nagle, że mogła poczuć jego oddech na karku. — Jasne, beze mnie byś tu zginęła — przekomarzał się z nią, gdy tak prychnęła z niedowierzaniem, a przecież wiedział, że to ona ma całkowitę rację. Teraz może siedział obok Abby wysłuchując najnowszych ploteczek Dorothy jakby nic się nie stało, ale przecież stało się. Czuł chłód na swojej klatce, choć jeszcze kilka sekund czuł ciepło jej ciała, gdy ją obejmował. Nie miał czasu na analizowanie jakieś odległej przeszłości w temacie Jęczącej Janice, choć w jej jęczeniu temacie przecież był dobrze zorientowany… a przynajmniej tak się mu wydawało. Głupi! W błędzie był, ale on teraz najdalej mógł sięgnąć pamięcią do chwili przy blacie, brutalnie przerwanej przez matkę, bo prawda była taka, że Janice była dla niego jedynie mglistym wspomnieniem jakiegoś błędnego występku, podczas gdy cały jego świat skupiał się właśnie wokół Wallace.
Przysłuchiwał się wymianie zdań między matką, a Abby na temat potencjalnego ojca dziecka Janice i totalnie nie kumał sprawy, jakby miał jakąś lukę w pamięci. — Więc wychodzi na to, że chce powiedzieć — skoro na pewno wie, co nie? Coś musiał powiedzieć w końcu, bo obie spojrzały na niego tak, jakby czekały tylko aż się wypowie, ale nie był zbyt wylewny. — Może zaliczyła wielu i jest w procesie weryfikacji — jak taka Gaba była przez jakiś czas. Takie rzeczy trwają podobno. Z drugiej strony miała na to ile? Z siedem miesięcy? Chyba miała bardzo długą listę kandydatów do sprawdzenia… ale Millerowi nawet przez myśl nie przeszło, że mógł być jednym z nich.
Myśli innych miał teraz zbyt wiele, szczególnie gdy Dorothy postanowiła się ulotnić i zostali znów sam na sam z Abby… i ciszą. Choć w jego głowie wcale ciszy nie było, myśli tworzyły jeden wielki chaos, którego nie potrafił teraz zamienić na żadne sensowne słowa. Ona też milczała, a to przecież przerażało najbardziej. Archibald Miller nienawidził ciszy, a Wallace wiedziała, że gdy panowała ona zbyt długa to on musiał coś odwalić, by ją przerwać. Siorbanie gorącej czekolady nie było wystarczającym przerywnikiem. Wiedział, że powinien coś powiedzieć, ale wszytko będzie dobrze brzmiało głupio, a chcę cię znów pocałować zdawało się zbyt bezpośrednie, ale przecież właśnie tego chciał. Znów wbić się w te usta naznaczone czekoladą, ale ona wyglądała na wystraszoną. Bał się, że spłoszyć mógł ją bardziej tym wyznaniem, a uciekająca Abby w kierunku strefy tylko przyjaciele odbiłaby się od płotu, bo tam nie było już powrotu. I Archie też nie chciał tam wracać.
Czekoladowa obwódka była jego wybawieniem, przerywnikiem dręczącej ich ciszy. Czymś co sprawiło, że uśmiech sam cisnął się mu na twarz. Uśmiech, a potem śmiech, którym być może chciał odwrócić uwagę od tego, jak dłońmi zaczepiał jej nogę, gdy obracał ją w swoim kierunku na krześle i od tego jak na nią patrzył. Intensywnie, tęsknie, z uczuciem już wcale nie takim czysto przyjacielskim. W ciszy to napięcie narastało, ale śmiech stał się tym co pomogło im wrócić na ziemię. Tak wrócili, że aż nim grzmotnęło, gdy Wallace bezczelnie złapała za materiał podkoszulki i podwinęła go do góry by wytrzeć sobie twarz. Spojrzenie uciekło mu na jej odkryty brzuch, a palce drgnęły, co mogła poczuć na swojej nodze. Drgnęły, bo rwały się do tego, by znaleźć się wyżej na tej odsłoniętej skórze. Nim jednak zdążył cokolwiek zrobić znów bezczelny krok poczyniła, zsuwając się z krzesła i znów lądując gdzieś między jego nogami. Czy mu to przeszkadzało? Nie. Czy postanowił odpowiedzieć podobną bezczelnością i ułożył sobie dłonie na jej biodrach? Być może! Bo przecież widział jak na niego patrzyła, jak jej wzrok osuwa się na jego nagi tors. Może dzięki temu nie dostrzegła tego, że dech mu zaparło, gdy z odsłoniętym brzuchem buzię mu wycierała. Serce znów zaczynało wystukiwać zwodniczy rytm, jak wtedy przy blacie. Palcem gdzieś z biodra na skórę odkrytą zbłądził i nie żałował każdego ułamka sekundy spędzonego na badaniu gładkości. Znów zrobiło się ciepło, a oddech, który Abby pozostawiała na jego skórze tylko podbijał temperaturę, a on zamiast materiału ocierającego jego usta znów chciał poczuć jej wargi na swoich.
Chciał po nie sięgnąć.
Teraz.
Odskoczyła.
Nie zauważyła? Może zauważyła i nie chciała? Zmieszał się, odsunął dłonie z jej bioder, ściągnął brwi jakby mocno się nad czymś zastanawiał, ale w głowie miał teraz czysty chaos. Teraz to on p a n i k o w a ł w środku. — Co? A kino — przytaknął zsuwając się z krzesła. — Mamy godzinę, ale możemy wyjść wcześniej się rozglądnąć — powinni opuścić dom natychmiast, choć wcale nie chciał tego robić. — Na pewno coś tutaj ma, leć zobacz… a ja... — zmieszał się jakby planował ta zostać, a przecież był półnagi — też się może ubiorę — dodał zmieszany mierzwiąc sobie włosy, które zdążyły już przeschnąć. I znów wtoczył się za nią po schodach, tym razem nie pędząc jak na złamanie karku tylko powoli, ciesząc się widokiem. Milimetry dzieliły go od tego, by szarpnąć ją za rękę w kierunku swojego pokoju, gdy znaleźli się na górze. Już palcami skórę jej delikatnie musnął, przegrywał z rozsądkiem. Kolejny idealny moment, by los upomniał się o swoje. Tym razem się nie spóźnił i nie sprawił, że dali się porwać chwili.
Drzwi strzeliły.
— Słońce, jedna rundka pokera jeszcze nikogo nie zabiła! — wyjąkał Otto tak jakby próbował udobruchać Dorothy. Musieli się spotkać gdzieś na podjeździe, skoro tak szybko do domu wrócili. — Wiesz mi, że kolejna rundka znacznie podniosłaby ryzyko nagłej śmierci! — pogroziła mu szorstko.
Za nimi też drzwi się zamknęły, gdy poszli się przebrać. Nie był pewien jakie skarby w szafie Bonnie odkryła Abby, ale on w swoich odnalazł czarno fioletowy komplet z Toronto Raptors i znów wyglądał jak dzieciak zajawiony koszykówką.
Gotowa?! — zapytał wytaczając się na korytarz i pukając w drzwi do pokoju Bonnie, które nieco się uchyliły. Mógł patrzeć, czy nie powinien? Cholera, zerknął i tak. — Jedziemy samochodem czy wolisz podskoczyć na rowerze? — zapytał opierając się o framugę i zastanawiając się czy powinien dymać do garażu po stare błyskawice, czy sobie odpuścić.



Even when the night changes, It will never change me and you
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Summertime, and the living is easy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Byli za blisko.
W każdym możliwym znaczeniu tego słowa i każdej możliwej jego interpretacji.
Nie powinni tego robić.
Nie powinni przekreślać tak solidnej, wieloletniej przyjaźni dla uczucia, które mogło zmieść wszystko w pył. Czasu nie dało się cofnąć, nie mogli po prostu wrócić się o te piętnaście minut i nie zrobić tego co zrobili przy kuchennym blacie. Mogli jednak udawać, że to wcale nie miało miejsca, że był to jedynie mały wypadek przy pracy. Tylko nawet to wychodziło im wyjątkowo ź l e, kiedy Abby znowu znalazła się między jego nogami i brudną już koszulką, ścierała z kącika jego ust resztki czekolady, zastanawiając się przy tym, czy po wypiciu tak wielkiej ilości cukru, jego wargi mogły być jeszcze słodsze. Mogły? Przestań.
Zaglądała mu w oczy, czując, jak jego kolano bezczelnie ociera się o jej odsłonięte udo. Skóra drapała się nawzajem, a niewielkie iskierki mrowiły naskórek. I jak ona miała się od niego odsunąć? Jak mogła znowu zachowywać się, jakby nic z tego nie miało znaczenia, kiedy ciało prowadziło się same? Kiedy szukało dotyku, nawet tego najdrobniejszego, szukało jeszcze więcej bliskości.
Ostatkami samokontroli wykonała taktyczny krok w tył.
Kino.
Mieli jechać na plenerowe kino.
Złapać miskę popcornu i obejrzeć ckliwy film o miłości.
Albo wrócić do Toronto już teraz i udawać, że ten dzień nie miał miejsca.
Sama nie wiedziała, która wersja bardziej by jej odpowiadała, a która dobitnie sprawiła, że w jej głowie już nigdy nie nastałby spokój. Podniosła na niego spojrzenie, gdy zaczął się miotać. Widziała po jego twarzy, że również myśli zaprzątał mu chaos. Całe szczęście finalnie oboje znaleźli w sobie pokłady siły i przywołali się do porządku.
To coś sobie od niej pożyczę — rzuciła z uśmiechem. Bonnie zdecydowanie była odpowiednim Millerem, żeby kraść jej ciuchy. Zawsze miała dobry gust. Nie żeby Zaylee nie miała, ale akurat jej to Abby zawsze się bała. Jej i tych jej garniturków, które nosiła nawet jako nastolatka w akompaniamencie poważnej miny, którą straszyła wszystkie koleżanki Archiego i Lucasa. — Zaraz wracam — dodała, jakby wcale sam się tego nie domyślił.
Ruszyła jako pierwsza po schodach i dałaby sobie przysiąc, że miała wrażenie, że Miller patrzył się jej na tyłek. I może (ale tylko może!) zakręciła nim bardziej niż powinna, mając na sobie jedynie jego bokserki i dużo za długą koszulkę. Wallace, ty hipokrytko. Pierwsze od niego odskakiwała, a potem sama prowokowała. Typowa kobieta, która za grosz nie miała pojęcia, jak połączyć ze sobą to, czego pragnęło serce, a przed czym przestrzegała głowa. Najchętniej wzięłaby jeszcze jedne prysznic, zimny najlepiej, żeby zrzucić z siebie to całe napięcie, ale na to nie było już czasu.
Podeszłą do szafy w starym pokoju Bonnie i rzuciła okiem na ciuchy idealnie rozłożone na wieszakach. Nie chciała jej za bardzo grzebać, dlatego wyciągnęła pierwszą, lepszą sukienkę, jaka rzuciła jej się w oczy. Biała, przeplatana koronką. Idealna na rower. Zarzuciła ją na siebie, pożyczając przy okazji bieliznę. W końcu co w rodzinie to nie zginie, nie? Włosy przeczesała trochę nad odczep. Nie lubiła się w kręconych, ale przecież nie będzie teraz biegać po domu i prosić Dorothy, żeby pożyczyła jej prostownicę. Wyszła do Millera taka, jaka była, na ile aktualnie było ją stać.
Może być? — uśmiechnęła się do przyjaciela i nawet zaprezentowała mu się w pełne okazałości. — Tylko żebyś imion nie pomylił! — dźgnęła go w klatkę piersiową. Tylko tego brakowało, żeby nazwał ją imieniem swojej siostry. Archie wyglądał dobrze. Jak zwykle zresztą, chociaż w myślach stwierdziła bezczelnie, że bez koszulki było mu zdecydowanie l e p i e j. Zostawiła to jednak tylko dla siebie i ruszyła do korytarza, zarzucić wciąż przemoczone buty.
Jak dla mnie możemy na rowerach — wzruszyła ramionami, wciskając na stopę czarnego trampka. Nie było to proste, ale jakoś się udało. A potem równie z powodzeniem udała im się wycieczka do garażu, gdzie o ścianę stały oparte stare (ale jare!) rowery. — To co, Miller… — odwróciła się przez ramię, łapiąc w dłonie czerwoną błyskawice. — Kto ostatni na miejscu płaci za popcorn i picie? — spytała zaczepnie, a nim Archibald zdążył się chociażby namyślić, a co dopiero odpowiedzieć, ona przerzuciła nogę nad siodełkiem, odbiła się drugą stopą i już pędziła przez podjazd, zaliczając absolutny i niepodważalny falstart, którym nie miała zamiaru się przejmować. — Rusz się!!! — proszę bardzo jaka cwana! Nie dość, że oszukiwała, to jeszcze miała czelność go poganiać.
Chociaż szczerze? Spodziewała się sromotnej porażki. Miller zawsze miał więcej siły w nogach, a ona w rękach. Potrafiła stać na nich przez długie minuty, kiedy trzymał ją za nogi i lepiej rzucała kamieniami, on za to wspinał się szybciej, biegał i… pedałował. O czym po chwili mogła się przekonać, bo kiedy sama myślała, że jest na prowadzeniu, kątem oka zobaczyła nagle znajomą sylwetkę, która się zrównuje z nią na pustej drodze.
Bez jaj — mruknęła, próbując przyśpieszyć. — To ma jakieś lewe przerzutki, to dlatego — szukała wymówki. Szkoda tylko, że kiedy spuściła wzrok na swoją kierownicę, bardzo szybko okazało się, że… on nawet nie miał przerzutek, bo Abby w przypływie adrenaliny złapała dla siebie jakiegoś marnego składaka, który nie potrafił się nawet dobrze rozpędzić. Nawet hamulców nie miał! Żeby się zatrzymać, trzeba było zapedałować do tyłu!
Nieźli kops. Żegnaj wygrano, witaj dług na karcie za napoje i wszystkie słodycze, jakie zgarnie dla siebie Archie Miller.

Archie ˚˖𓍢ִ໋❀
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Udawać.
NO PRZECIEŻ.
Mógł po prostu u d a w a ć!
Spoiler
Obrazek Obrazek
Znaleźć lukę po tym wariackim kwadransie, wskoczyć do niej i udawać, że to co się wydarzyło tak naprawdę nie miało miejsca. I załatwione, po sprawie. Koniec i kropka. Nie bez powodu dumnie nosił przezwisko Loophole, prawda?
No ale kurwa nie potrafił.
Jak mógłby zapomnieć o czymś, co smakowało tak dobrze. Smak jej ust wyrył się mu już na zawsze w pamięci, a przyciąganie, które poczuł w tej konkretnej chwili było niemożliwe do zignorowania. Zwyczajnie nie dało się przejść obok tego obojętnie. On zresztą wobec Abby nigdy nie potrafił być obojętny, ale teraz? Teraz, kiedy nawet najdrobniejszy jej dotyk sprawiał, że jego ciało elektryzowało się, jedyne o czym mógł myśleć to to, jak to napięcie rozładować. Niepoważna głowa podsuwała mu pomysły wielce dalekie od strefy obojętności. Bliższe temu, co mogło mieć miejsce, gdyby tylko los sobie z nich nie zadrwił stawiając im na drodze Dorothy.
Z każdą kolejną chwilę spędzoną w kuchni wcale nie było mu łatwiej. Czekoladowe usta Abby wodziły na pokuszenie, a każdy jej ruch tylko potęgował to uczucie w nim. Nie potrafił się powstrzymać. Nie opanowałby się przed ponownym przyciągnięciem jej w swoje ramiona, gdyby nie ona.
Wycofała się.
K I N O
Dokładnie tego właśnie potrzebowali, a może i nie, ale sprawa i tak się już epicko rypnęła, więc mogli po prostu dreptać przed siebie w zaparte, by zobaczyć co ten dzień jeszcze ze sobą przyniesie. Każdy kolejny zresztą też, bo coś co wcześniej było dla nich dobrze znanym terytorium teraz wkraczało na zupełnie nową ścieżkę.
Najwyraźniej na tej ścieżce biodra Abby kołysały się jakoś mocniej niż gdy byli tylko przyjaciółmi. To jego głowa, czy jej celowe działanie? Nieważne, efekt był taki sam — jego myśli szalały, z każdą chwilą coraz bardziej. Sam nie pogardziłby chłodnym prysznicem, by wziąć się w garść, a jeśli tak dalej pójdzie to finalnie wyląduje w jeziorze po seansie. Powinien, bo na razie przegrywał ze zdrowym rozsądkiem, gdy zatrzymał się przy drzwiach pokoju Bonnie i bezczelnie zerknął do środka. Widok Wallace w tej białej sukience go zaskoczył, zwiewny materiał odsłaniający jej nogi i te jej kręcone włosy, które zresztą u w i e l b i a ł, nigdy nie rozumiejąc skąd to parcie na ich prostowanie. Wyglądała tak letnio, dziewczęco niby, a jednak czuł się sprowokowany. Kiedy dziabnęła go w klatkę piersiową i zażartowała o myleniu imion zorientował się, że stoi tak wpatrzony w nią z lekko rozchylonymi ustami i zaraz je zamknął, by znów je zaraz otworzyć mówiąc — Pierwszy raz widzę tę sukienkę. Zero skojarzeń — zapewnił ją wykonując jakiś durny gest, jakby jej słowo harcerza składał i uśmiechając się przy tym zawadiacko. Powinien walnąć teraz tekstem, że się odwaliła jak szczur na otwarcie kanałów i obrócić wszystko w żart, jak zawsze, ale nie… z jego ust wyrwało się tylko krótkie — Wyglądasz ślicznie — i stałby tak dalej rozmarzony, ale skierowali się do garażu, gdzie Abby obudziła w nim ducha rywalizacji.
To było niczym wybawienie, bo na rywalizacji opierała się ich przyjaźń. Mogli się w pełni oddać tej chwili, wypedałować emocje i poczuć wiatr we włosach, który przy odrobinie szczęścia wywieje im głupoty z głowy. Ta, jasne. Archiemu to co najwyżej rozwiało blond czuprynę. gdy rzucił się w pogoń za Wallace, która próbą oszustwa myślała, że coś ugra. Klasyczna, pyskata Abby Wallace. Kochał to. Jak się okazało nawet nie musiał wkładać w pedałowanie całej swojej mocy, gdy nagle zrównał się z nią na pustej drodze i roześmiał się w głos widząc, jak próbuje wyczarować sobie na nim przerzutki. — Fajną masz błyskawicę! Ale ja mam nowy nimbus 2001, podarunek od ojca! — czy brzmiał jak Draco Malfoy w tym momencie? Być może, ale nie zamierzał obrażać po wszystkim swojej Hermiony. Miller zresztą uważał, że Draco i Hermiona to akurat mogliby być ze sobą. Byliby prawie równie ładni, co Abby i Archie.
Rzucił jeszcze jedno krótkie spojrzenie na Wallace, której sukienka falowała na wietrze, a nogi w czarnych trampkach pracowały na pedałach starego składaka, jakby chciał to sobie wyryć w pamięci. Dokładnie tak, jak ten jej siniak na pomoście i ja w koszulce Green Day. Kolekcjonował takie chwile, ten widok też zamierzał… a później docisnął pedał i wysunął się na prowadzenie. Fory nie wchodziły w grę. Wiedział, że ma wygraną w kieszeni i niespecjalnie nawet starał się to obwieszczać powiększając dystans, raczej trzymał się bezpiecznej odległości, by mógł zagadać w razie czego. Po drodze rzucił kilka uwag typu: Co tak się ociągasz? Dajesz Wallace! Pedałuj pedałuj, raz raz! obracając się przez ramię, by skontrolować czy nie zgubił swojej Bulwy po drodze, aż w końcu dojechali. Miller bez oporu wyminął krążących w tej okolicy ludzi i wjechał na wzniesienie tuż przy brzegu jeziora, zaraz pod drzewem o którym wspominała mu mama. Rower położył na trawie i to samo zrobił z kocem, który przed wyjazdem przypiął do swojego bagażnika, a wtedy zobaczył dojeżdżającą do niego przyjaciółkę.
Prawie ze mną wygrałaś! — obwieścił radośnie — Zabrakło ci tylko jakieś pięćset metrów i zupełnie innego roweru — dodał chwytając za kierownicę, by pomóc się jej zatrzymać. — No a teraz zsiadaj, zgodnie z zasadami stawiasz popcorn i napoje — dodał i zaraz złapał ją za nadgarstek by pociągnąć w stronę oświetlonych girlandami budek. On to jednak wolałby żelki, ale nie był pewien co tutaj serwują. Nie bez powodu znienawidził popcorn, wolał go więc unikać w zestawieniu z Abby.
Podchodząc do stoiska z prażoną kukurydzą Miller zauważył najpierw typa w czapce realizującego zamówienia, a dopiero chwile później dziewczynę w koszulce, która opinała się na jej ogromnym siedmiomiesięcznym brzuchu. Widząc ich na horyzoncie zaraz podniosła na nich swój wzrok, a w jej oczach na chwilę pojawiła się złość, pewnie na samo wspomnienie tego, jak zawsze była piątym kołem u wozu w tym ich trio. Zamiast jadu zaserwowała im porcję przesadnej uprzejmości.
— Ooooo móóóóóój booooooooże — pisnęła przeciągle opierając dłonie na swoim pokaźnym brzuchu. — Abby! Aaaaaarchie! No nie wierzę! — posłała im taki uśmiech, że skala sztuczności wyjebała w kosmos. — Nierozłączni jak w podstawówce — skomentowała mierząc Wallace z góry do dołu z jakąś taką dziwną satysfakcją. Jakby właśnie w jej głowie zrodził się szatański plan.
Archie — jak na chodząca lukę w systemie przystało — totalnie nie ogarnął ani jadu w jej oczach, ani osi czasu i tego, że ostatni raz widział się z nią na jesieni, gdzie wypili zdecydowanie zbyt wiele piwa nad jeziorem. Oparł się łokciem o blat i uśmiechnął szeroko. — Siema, Janice! Mama wspominała, że dorabiasz tutaj. Daj nam dwa duże popcorny — a niech będzie, że zeżre w ramach zemsty te paskudne marionetki i niszczycieli dobrej zabawy — i dwie cole, może być? — zerknął jeszcze na Abby, czy nie wolałaby czegoś innego i zaraz też zwrócił się do Janice. — Przegrała dzisiaj wyścig i stawia — pochwalił się, a Janice jakby czekała na taką informację i zaraz wypaliła. — Należy się 50 CAD — ale zaraz typ z czapką spojrzał na nią jak na wariatkę wtrącając. — Baby brain ma, liczyć nie umie, dwadzieścia będzie — zsumował, a ona już niezadowolona pakowała im popcorn do papierowych pudełek nie szczędząc przy tym soli. Chyba po to, by później nie wypłacili się w napojach jak ich będzie suszyć.
Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
Summertime, and the living is easy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez moment miała ochotę zrobić mu krzywdę.
Zetrzeć z ust ten jego szeroki uśmieszek, pod którym miękły jej kolana, gdy bezczelnie n a ś m i e w a ł się z roweru, jaki się jej trafił. A przecież to nie wina Abby, że Miller miał na stanie w garażu takiego gruchota, który nie dość, że nie miał przerzutek, hamowało się pedałując do tyłu, to jeszcze opony były tak sflaczałe, że okrawał o cud sam fakt, że Wallace przesuwała się jakkolwiek do przodu. Może gdyby nie wyrwała się pierwsze do wyścigu i nie zaliczyła falstartu, zorientowałaby się w porę, że coś było nie tak i mogłaby dokonać podmianki, a tak? Tak już nie było odwrotu. Musiała dojechać swoim Numbusem -100 na miejsce docelowe, które w dodatku znajdowało się pod sporych rozmiarów górką.
Swoją drogą, kto mądry wpadł na to, żeby robić kino letnie, na którym każdy upijał się tanim piwem na górce? Przecież to aż prosiło się o tragedię, a ona jako lekarz wiedziała najbardziej, jak łatwo kości łamały się przy upadku z wysokości.
Dojechała na miejsce oczywiście po Archiem, z jakimś dziesięciominutowym opóźnieniem, dysząc głośno i przecierając kilka kropelek potu, które pojawiły się na czole. Kto powiedział, że ten wypad będzie czystą przyjemnością? Na pewno nie ona, bo od błogiego dzieliło ją naprawdę wiele. Podniosła spojrzenie na Millera, kiedy znowu zaczął się wypowiadać i od razu zgromiła go wzrokiem.
Zrób mi przysługę, Archibald i wywal ten gruchot, co? — mruknęła, przerzucając nogę i zsiadając z pojazdu. Nawet nie kłopotała się, żeby rozłożyć mu nóżkę, bo co? Oczywiście, że jej nie miał! Cisnęła nim na trawę i tylko otrzepała ręce. — Tak, tak, ja stawiam. Możesz pławić się w swojej NIEUCZCIWEJ wygranej — no jasne. Jakby ona wygrała, to byłoby to jak najbardziej zasłużone zwycięstwo, a nagle nie pasowało jej, że nie mieli równych szans, a on po prostu lepszy pojazd. Nieładnie. Całe szczęście mogła być salty, bo i tak w ramach sromotnej przegranej to jej przyszło stawiać popcorn i napoje.
Ruszyła więc za Millerem do budki z przekąskami, a kiedy tylko ich oczom ukazała się Jęcząca Janice, Abby zlustrowała ją od góry do dołu, naturalnie zatrzymując się gdzieś w połowie. Brzuszek miała ogromny. Odznaczał się pod kwiecistą, luźną koszulką z logiem knajpy, dla której pracowała. Na oko Wallace był to jakiś szósty, siódmy miesiąc. Stanęła tuż obok Archiego i pozwoliła mu złożyć zamowienie, przy okazji sięgając do torebki, żeby wyciągnąć portfel.
I weź jeszcze dorzuć nam te M&Msy — wskazała na paczkę kolorowych kuleczek i aż zmrużyła oczy, kiedy ich stara koleżanka z klasy podała jakąś kosmiczną kwotę za te pięć rzeczy. Nie żeby Wallace była skąpa i żałowała pieniędzy, ale była też realistką. Nie zdążyła nawet jednak podnieść spojrzenia na tablice z cenówkami, bo chłopak, który również tam pracował podał im już poprawną cenę. Janice momentalnie zrobiła się czerwona jak burak i przewróciła wielkimi, zielonymi oczami.
Oj Toby — zacmokała, kręcąc się przy kasie. — Ja po prostu napiwek już nam naliczyłam — spróbowała obrócić to wszystko w żart, na co Abby jedynie uśmiechnęła się delikatnie i położyła na blacie trzydzieści.
To w takim razie reszta dla was — puściła oczko w stronę dziewczyny. — Jak ciąża? Wszystko dobrze? Dobrze się czujesz? — zapytała z czystej troski lub po prostu zboczenia zawodowego.
A ty co? Lekarz? — Janice ryknęła śmiechem, znowu wywracając ślepiami, na co Abby tylko spojrzała na Archiego, zaciskając usta w wąską linię. To co, ona nie wiedziała?
No w sumie to tak — podrapała się po głowie. — Pracuje w szpitalu w Toronto — dodała a atmosfera zrobiła się troche niezręczna. Jęcząca Janice lekko się zmieszała, patrzyła to na nią to na Millera, ewidentnie kalkulując coś w głowie. Kilka razy wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale na tym etapie już chyba się bała, więc poszła nałożyć im popcorn i nalała coli. — Więc jakbyś potrzebowała kiedyś jakieś bardziej dokładne badania, czy chciała zaczerpnąć no wiesz, trochę medycznej wiedzy, to masz mój numer — chyba miała. Tak przynajmniej wydawało się Abby. W jej słowach nie było ani krzty złośliwości, czy potrzeby pochwalenia się, jak dobrze potoczyła się jej ścieżka kariery. Po prostu Wallace taka już była — każdemu dookoła chciała pomagać i robić dobrze. Często kosztem własnego komfortu.
Jasne… — Janice mruknęła pod nosem i wydała im wszystko, a kiedy Archie brał pod pachy dwie paki popcornu, dziewczyna oparła długie paznokcie pomalowane na różowo na jego dłoni. — Będziemy musieli pogadać — dodała już tylko w jego kierunku, a jej kciuk zatoczył kilka kółek na miękkiej skórze. Abby obserwowała to z boku i może nawet połączyłaby jakieś kropki czy chociażby zastanowiła się nieco dłużej nad scenką, która miała miejsce, ale za bardzo skupiła się na tym, że nagle była… zazdrosna? O Millera? O to, że jakaś inna kobieta łapała go za rękę? Kurwa. Aż musiała sobie odchrząknąć i złapać więcej powietrza w płuca. — No wiesz o nas i… — Janice kontynuowała, ale wtedy na ekranie pojawił się obraz, a ludzie zaklaskali.
O, chyba będzie się zaczynało — wtrąciła się, przejmując papierowe kubki z colą i łapiąc między palce jeszcze opakowanie MMsów. — Do potem, Ję… Janice — dodała, a sama odciągnęła Archiego w miejsce, które zarezerwowała dla nich Dorothy. Nie była do końca dumna ze swojego zachowania. Normalnie nie robiła takich rzeczy, ale ta ręka na jego nadgarstku… Nie no, ogarnij się.
Co w ogóle oglądamy? — zadała, siadając wygodnie i od razu łapiąc słomkę językiem, nakierowując ją między usta, upiła kilka łyków. I kiedy myślała, że zapicie myśli będzie wystarczające, wtedy spomiędzy jej ust wyleciało kolejne pytanie. — A ciebie i Janice coś ten… łączy?

Wcale nie była zazdrosna.


jealous type
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”