34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

057.
Some stories don't end.
They just continue in a life that was never supposed to happen.

trigger warning
przekleństwa
Mieli być razem. Za dwa dni się pobrać.
Mieli już zawsze być szczęśliwi.
A ona miała być na zawsze jego.

Jeden list... Tyle od niej dostał. Nie odpowiadała na te jego, a wysłał ich dziesiątki, może setki?
Nie odwiedziła go ani razu.
Praktycznie nikt go nie odwiedzał. Został sam, w czterech ścianach celi, z jakimś zwyrolem jako jedynym kompanem do rozmów. Facetem, który siedział za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, którego dopuścił się na własnej żonie. A z nim Madox. Niewinny.
Ale w pewnym momencie sam zaczął wierzyć, że jednak to wszystko to była jego wina.

To sześć lat było kurewsko ciężką szkołą życia. Nie miało porównania do szkoły aktorskiej, którą sobie wybrał. Ani do akademii policyjnej, do której mieli iść razem. W pace ludzie się zmieniają i to samo tyczyło się Madoxa.
Najpierw umarła nadzieja, a ponoć ona zostaje z człowiekiem do końca, ale kiedy siedzisz w czterech ścianach. Kiedy ośmiu typa grozi ci śmiercią i nie śpisz trzecią noc z rzędu, bo zastanawiasz się czy twój współwięzień nie sprzedał cię za paczkę szlug i nie zapierdoli cię w nocy łyżeczką, to przestajesz liczyć na cokolwiek...
Potem umarła jego chęć pomagania innym, kiedy wstawił się za kogoś i skopali go tak, że kilka następnych nocy spędził w więziennym szpitalu. I tak nie spał, bo nie pozwalał mu na to ból, który dotknął chyba każdej żywej tkanki w jego organizmie. Myślał, że umarł... Że teraz już tylko piekło czeka przed nim otworem.
Niewiele się pomylił.
Ostatnie umarło jego dobre serce, gdzieś pomiędzy wyborem stłuc kogoś na kwaśne jabłko, czy samemu znowu lądować w izbie chorych. Wybrał pierwszą opcję.
Najpierw nauczył się nie wychylać, nie rzucać w oczy, nie reagować bez potrzeby. Wszelkie skrupuły wyparowały z niego szybciej niż się spodziewał. Potem zaczął zauważać pewne układy. Z czasem przyszło okrucieństwo. Przyszła walka o swoje. Bo on też nie zamierzał się w tym poddać.
Może złamał się w momencie, w którym wysłał do niej ostatni list?
Może już wcześniej.
Dni zlewały się w jedno, lata trwały wieczność...
A on spędził ich tam sześć.
Sześć wieczności.
Póki nie znaleźli dowodów, które wskazywały na to, że został wrobiony. Póki jakiś nadęty prawnik, jeden z najlepszych w Kolumbii nie zajął się jego sprawą. Zakładał, że to Lopez, odwiedził go wtedy... Odwiedzał go jeszcze kilka razy, opowiadając Madoxowi o jego siostrze. Esme nie przyszła do niego nigdy. Ukrywała się, bo Carlos Noriega, który przeżył postrzał, wydał na nią wyrok. Wydał go na całą trójkę. Zdradziecką żonę, jej kochanka kapusia i syna obłudnika.


✩₊˚.⋆☾⋆⁺₊✧


Marie siedziała na ogródku, przy jednym z tych ładnych okrągłych stolików, gdzie wysoko postawione paniusie z Medellin, tak jak zresztą ona, pijały swoją odtłuszczoną kawę. Spojrzała na swój złoty zegarek na nadgarstku, a długimi paznokciami postukała w blat stolika.
Pilar się spóźniała...
A może to Marie przyszła za wcześnie? Zdążyła już upić swojej fikuśnej kawy i przeglądała coś w telefonie, kiedy najpierw do jej stolika podbiegła uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczynka.
- Ciocia! - krzyknęła mała, a Marie uścisnęła dziewczynkę, mocno ją do siebie przytulając, pogłaskała jej gęste, ciemne włoski, a zaraz wstała, żeby przywitać się też ze swoją przyjaciółką.
- Boże Pilar, dobrze, że jesteś, to naprawdę ważne - i kiedy one usiadły do stolika, to dziewczynka już pytała czy może iść do ogródka pobawić się z innymi dziećmi.
Z boku kawiarni znajdował się plac zabaw, bo przecież kiedy eleganckie matki piły tu swoje kawki i oddawały się plotkom, to dzieci musiały się gdzieś bawić.
- Idź, tylko tak, żebyśmy miały cię na oku - Marie odpowiedziała za przyjaciółkę, ale przecież to była jej wyuczona formułka, Pilar zawsze chciała mieć swoje dziecko na oku. Mała roześmiała się wesoło i pobiegła do zjeżdżalni, gdzie dzieciaki ustawiały się w kolejce.
Kiedy podeszła do nich kelnerka Marie zamówiła kawę dla swojej przyjaciółki, tą co zawsze, a dla siebie ciastko. Nie jadała ciastek, bo dbała o linię, ale dzisiaj postanowiła sobie na nie pozwolić.
- Pilar... - zaczęła, a zaraz sięgnęła do dłoni swojej rozmówczyni, żeby zwrócić na siebie jej uwagę - Ticiano powiedział mi, że dzisiaj z więzienia wychodzi Madox - wydusiła to w końcu z ciężkim westchnieniem na pełnych ustach - jest przerażony, kazał mi się spakować i chce stąd wyjechać. Jest pewny, że on... że będzie się mścił - Marie też się bała, jej duże, zielone oczy zabłyszczały niebezpiecznie - ja w to nie wierzę, ale Pilar… Muszę ci coś pokazać - zaczęła grzebać w torebce, w tym czasie kelnerka przyniosła im zamówienie. A mała dziewczynka zjechała ze zjeżdżalni machając wesoło do swojej mamy.
Marie w końcu wyciągnęła z torebki pogniecioną kopertę.
- Pilar! To ważne - znowu zwróciła na siebie uwagę przyjaciółki. Trzęsącą się dłonią położyła na stole kopertę zaadresowaną na Pilar Stewart i przesunęła ją po blacie w jej kierunku - to ostatni list, który z więzienia wysłał Madox. Tio udało się go przechwycić... Wiesz, on też robi te swoje dziwne interesy - przewróciła oczami. A kiedy Pilar sięgnęła po wygniecioną kopertę mogła poczuć, że była wyjątkowa cienka. W środku nie było nic, żadnego listy, żadnej kartki i tylko na wewnętrznej stronie koperty, w samym środku wypisane jedno zdanie.

Miałaś być kurwa moja.


Marie jęknęła, a zaraz pochyliła się nad stolikiem.
- Pilar nic więcej tam nie było, żadnego listu, tylko to... Ticiano go otworzył, bo myślał, że to coś ważnego, ale to tylko to, nic więcej - powiedziała cicho, a jej trzęsące się palce sięgnęły do dłoni przyjaciółki - wysłał go zaraz po twoim ślubie, może to zbieg okoliczności, ale... - Marie spojrzała na przyjaciółkę zmartwiona, a zaraz mocniej ją ścisnęła - Pilar, myślimy z Ticiano, że też powinnaś na siebie uważać, nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy... - duże, zielone oczy utkwiła w twarzy przyjaciółki.


✩₊˚.⋆☾⋆⁺₊✧


Zadanie było proste...
Chciał ją tylko nastraszyć. Pokazać jej, że będzie cierpieć za to co mu zrobiła. Miała na niego kurwa czekać, całą wieczność, jeśli zajdzie taka potrzeba, a ona wyszła za mąż. A ona urodziła temu facetowi dziecko.
Złamała mu serce.
Jakie kurwa serce?
Już go nie miał.
Stanął po drugiej stronie niskiego płotku, który otaczał placu zabaw dla dzieci, przy kawiarni. Najpierw złapał jej spojrzenie, identyczne jak jej matki. Potem pomachał do niej, uśmiechając się wesoło. A kiedy zwróciła na niego uwagę, wyciągnął w jej kierunku czekoladowy batonik z ciekawostkami i naklejkami ze zwierzątkami.
- Cześć, mam dla ciebie czekoladkę - zagadał ją, a gdy dziewczynka zbliżyła się do ogrodzenia, on znowu się do niej uśmiechnął.
- Nie znam cię, a mama nie pozwala mi rozmawiać z obcymi - rzuciła rezolutnie, mierząc go spojrzeniem. Madox kucnął przy płocie zrównując z nią wzrok. Uśmiechnął się pod nosem. Bystra była, jak jej matka. Oparł dłoń na zaostrzonym szczebelku.
- Jestem kolegą z pracy twojej mamy, Pilar - z jego twarzy nie schodził ten sympatyczny, sztuczny uśmieszek.
Dziewczynka się zawahała, ale skoro znał imię jej mamy...
Podeszła bliżej.
- Jesteś policjantem? Nie wyglądasz - powiedziała hardo. A Noriega znowu się uśmiechnął, cała Pilar.
- Nie? A dlaczego? - zapytał i znowu wyciągnął w jej kierunku batonik - zjadłem już trzy, ale rozbolał mnie brzuszek, ten może być twój - zrobił smutną minę.
Ciemne, duże ślepka zmrużyły się patrząc na niego podejrzliwie, ale w końcu zacisnęła małe paluszki na czekoladce.
- Oni nie są tacy pomazani - powiedziała odnośnie policjantów, patrząc na jego tatuaże. Rzeczywiście Madox przez te lata w pudle zrobił sobie sporo nowych dziar. Czarne włosy zgolił na łyso, zapuścił brodę. Wyglądał inaczej.
- Niektórzy są... Wiesz co? Jak mi nie wierzysz, to chodź, pokażę ci samochód, którym przyjechałem i wtedy wszystko będzie jasne - wyciągnął do niej rękę, na której wierzchu miał wytatuowane skrzydła.
- Radiowóz? - zapytała mała, a on skinął głową. Jej drobne paluszki przesunęły się po jego ręce, po tych wydziaranach anielskich skrzydłach - skrzydełka... Są ładne - powiedziała. A kiedy go dotknęła, to skóra zadrżała pod jej dotykiem.
Co on odpierdalał?
Miał ją złapać i wywieźć, nastraszyć Pilar. Pokazać jej, że teraz będzie cierpiała, tak jak on. Ale kiedy ta mała patrzyła w niego wielkimi, błyszczącymi oczami, identycznymi jak te jej matki.
Kurwa.
Wstał i poprawił kurtkę, spojrzał na nią z góry.
- Muszę iść, pozdrów mamę - jego wytatuowane palce musnęły jej główkę, a zaraz odwrócił się na pięcie i odszedł.
A Pilar, która siedziała z Marie przy stoliku, mogła zobaczyć tylko jego plecy, tatuaże na szyi, które wystawały spod skórzanej kurtki.
- Mami, mami! Zobacz co dostałam, od twojego kolegi, miał takie skrzydła na ręce, to chyba anioł! - zawołała dziewczynka biegnąc do swojej mamy, w rączkach ściskała batonik z ciekawostkami i naklejkami ze zwierzątkami - otwórz mi! - poprosiła, a kiedy Pilar rozerwała papierek, to zaraz wyciągała go jej z rąk - zobacz! Jaguar! - zaprezentowała z szerokim uśmiechem nową naklejkę, która wystawała z opakowania.

Jaguar.


Se suponía que ibas a ser mía, maldita sea.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

040.
You can blink your tears away,
but you can't blink away the pain.
14 września 2021
[…] Sama nie wiem, po co dalej pisze te listy, skoro i tak na nie nie odpisujesz.
Minął już rok, a ty dalej nie odezwałeś się do mnie ani razu. Ani kurwa razu, Madox. Ponad trzysta listów, a ty nic.
Ciągle głupio sobie wmawiam, że to dlatego, że ci nie pozwalają, a nie dlatego, że nie chcesz. Bo gdybym dopuściła do siebie myśli, że nie chcesz mnie znać, że mnie nienawidzisz za to wszystko… chyba bym tego nie przeżyła. I nie, wcale nie dramatyzuje.
Dalej tęsknie jak szalona.
W sprawie nie posunęło się nic konkretnego odkąd ostatni raz do ciebie pisałam. Udało mi się jedynie dostać w końcu namiar na Georga Rogersa, o którym kiedyś ci wspominałam. To najlepszy prawnik w Nowym Yorku, który zajmuje się podobnymi sprawami jak twoja — pomaga udowadniać niewinność ludzi, którzy zostali wrobieni w morderstwo. Skontaktowałam się z jego kancelarią, za samo spotkanie chcą jakiś kolosalnych pięniędzy, których kurwa jeszcze nie mam. Ale ogarnę je. Jakoś to wszystko ogarnę…
Wyjdziesz Madox, obiecuje ci to.
Wytrzymaj jeszcze trochę. […]

02 czerwca 2022
[…] Nie uwierzysz! Czytasz właśnie list od Funkcjonariuszki Patrolowej w Columbian Police. Kurwa te testy były niemożliwe, nie sądziłam, że się uda. Zdałam tylko ja i jeszcze dwie inne osoby, wszystkich innych oblali. Jestem oficjalnie w POLICJI. W przyszłym miesiącu zaczynam. Pierwsze co zrobie, to spróbuje się dowiedzieć, czy uda mi się załatwić spotkanie w zakładzie. Może nie chcesz mnie widzieć, ale mam to gdzieś. Ja i tak chce. Nawet jak masz zamiar powiedzieć mi prosto w twarz, że mnie nienawidzisz. Wiem, że tak nie jest. Nie możesz mnie nienawidzić, bo ja kocham cię nad życie. […]

28 lutego 2023
[…] Dzisiaj pisze do ciebie ze szpitala. Wyobraź sobie, że mam złamane całe trzy żebra. TRZY. Brałam udział w swoim pierwszym pościgu i prawdziwej szarpaninie. Nijak miała się do tych walk w klatkach te kilka lat temu. Byłabyś pod wrażeniem, co teraz umiem. Szkoda tylko, że skończyło się tak, a nie inaczej. Ale było warto. Może uda mi się awansować. Złożyłam wniosek o przeniesienie do służby więziennej. Na razie czekam na odpowiedź. Kocham cię. […]

24 grudnia 2023
[…] Szczerze? Nie mam już siły. Nie mam, kurwa, siły, Madox. Nie wiem, ile jeszcze tak uciągnę. Bez ciebie. Siedzę przy żałośnie ubranej choince i jedyne o czym jestem w stanie myśleć, to że gdybyś tu był, to byłyby nasze trzecie święta razem. Jako małżeństwo. Ja pewnie spaliłabym ciasteczka, a ty źle zamontował drzewko i wszystko pierdolnęłoby o podłogę. Na pewno śmialibyśmy się z tego, potem pokłócili, a na koniec wziąłbyś mnie na blacie i całe jedzenie wylądowałoby na kafelkach. Kurwa. Nawet nie wiesz, jak bardzo za tobą tęsknie. Myśle o tobie każdego, jebanego dnia. Odkładam każdy, jeden grosz, ale ciągle jest za mało. Odechciewa mi się kurwa żyć, bo co to za życie bez ciebie? Jedyną rzeczą, która trzyma mnie w ryzach jest… nie no, o tym powiem ci, jak wyjdziesz.[…]

13 lutego 2024
[…] Rogers zgodził się wziąć twoją sprawę. Ale kurwa… chce milion. Pierdolony milion, za przejęcie twojej sprawy. Ogarnę te pieniądze. Mam nawet plan. Znienawidzisz mnie za niego, może nawet na całe, jebane życie, ale trudno. Przynajmniej będziesz mógł nienawidzić mnie na wolności. Obiecałam, że wyciągnę cię z tego gówna i to zrobie. Niezależnie od tego, jak wiele nie będzie mnie to kosztować. Zrobie coś bardzo głupiego. Kurewsko głupiego. Mam nadzieje, że kiedyś mi wybaczysz. […]

23 listopada 2024
[…] Nie wiem, czy dalej czytasz te listy. Wysyłam je już przez jebane cztery lata, minimum jeden na tydzień, a ty ani razu nawet nie odpisałeś. Aż tak bardzo nie chcesz mnie znać? Przecież kurwa nieustannie pracuje nad tym, żeby cię stamtąd wyciągnąć. Nie możesz nienawidzić mnie za coś, czego nawet nie zrobiłam. Myślisz, że tu jest lepiej bez ciebie? Nie jest. A twoje milczenie jest jebaną katorgą. Nawet marne ‚spierdalaj, Pilar’ byłoby lepsze niż to, co robisz.
I nienawidzę cię za to. Rozumiesz? NIENAWIDZE.
Wiec dzisiaj jest ten dzień, w którym faktycznie zamilknę. Jeśli nie dostane od ciebie odpowiedzi, to koniec, Madox. To będzie ostatni list, jaki ode mnie dostaniesz. Sprawa jest już w toku, Rogers kończy właśnie rozprawę nad która pracował rok i następna w kolejce jest twoja. Dałam mu namiar na Lopeza, ma pomóc z dowodami. Kasa jest przelana. Nie chcesz wiedzieć, co zrobiłam, żeby je zdobyć. Oczywiście, że nie chcesz, bo przecież nie chcesz mnie znać. […]


To faktycznie był ostatni list, jaki mu wysłała.
I wcale nie dlatego, że napisała, że będzie ostatnim, bo w każdym innym wypadku napisałaby kolejne sto, ale bo faktycznie dostała od niego odpowiedź. Pierwszego grudnia w jej skrzynce pojawiła się koperta ze stemplem więziennym w Medellin. A w środku była kartka. Nie było na niej wiele. Z jednej strony wielki napis spierdalaj, Pilar, o który przecież tak się prosiła, a z tyłu kilka dodatkowych zdań o tym, jak nie chciał jej znać. Jak zniszczyła mu życie, a kochanie jej było najgorszą decyzją, jaką podjął w całym swoim życiu.
Długo po tym płakała.
Każdego, jebanego dnia przez tygodnie.
Całe szczęście mąż, za którego wyszła robił biznesy z Toronto i potrafiło nie być go w domu pół miesiąca. Nie musiał więc oglądać piekła przez krótce przechodziła. Oglądała je za to ona. Maleńka, ciemnowłosa istota, która była jedynym powodem, dla którego Pilar w ogóle przesuwała się do przodu. Dla którego wstawała rano i się uśmiechała, nawet w te najgorsze dni. Czy gdyby nie była jego, to by ją zostawiła? Czy gdyby nie wyglądała jak on, nie śmiała się jak ten dziesięcioletni Madox, w którym pierwszy raz się zakochała, umiała by ją tak pokochać? Nie miała pojęcia. Ale kochała. Widziała w niej jego. Każdego dnia. I potem każdego kolejnego, kiedy miłość do niego przekuła w nienawiść.


· · ─ ·𖥸· ─ · ·


Amra, uważaj na schodek! — krzyknęła do dziewczynki, kiedy ta biegła radośnie z rączkami wyciągniętymi do przodu, żeby przywitać Marie. Oczywiście, że nie uważała i już na pierwszym potknęła się i poleciała do przodu. Całe szczęście Pilar doskoczyła do niej w ostatnim momencie i szarpnęła za czerwoną koszulkę w kwiatuszki. — Mówiłam uważaj — skarciła ją, ale czego ona się spodziewała? Przecież zawsze było to samo. To dziecko nie potrafiło uważać. Przesuwało się do przodu, łapiąc chwile i nie odwracając za siebie. Zupełnie jak ojciec.
Podeszła do stolika i przywitała się z przyjaciółką. Nie miała za dużo czasu, bo jeszcze tego samego dnia miała do odpracowania godziny na służbie. Na dobrą sprawę już powinna być w drodze z Amrą do swojej ciotki, żeby mała mogła zostać u niej na noc, ale Marie nalegała. Zarzekała się przez telefon, że to było cholernie ważne. Wiec przyszła.
Dla mnie tylko kawa — mruknęła obojętnie do kelnera, nawet na niego nie patrząc. Odwróciła się w jego stronę dopiero, gdy kierował się do lady. — Na wynos! — krzyknęła, dochodząc do wniosku, że tak będzie bezpieczniej, a zaraz potem wróciła uwagą do swojej przyjaciółki. Co mogło być tak ważne? Myślała, że nic, czego by się nie spodziewała. Liczyła, że znowu pokłóciła się z mężem albo miała problemy z biletem parkingowym za który dostała mandat, a Pilar znowu będzie musiała jej go umorzyć w systemie.
Madox wychodzi dzisiaj z więzienia.
Co? — otworzyła szeroko oczy, kompletnie nie wierząc w jej słowa. Serce na moment stanęło jej w miejscu, a całe ciało spięło się do granic możliwości. — Niemożliwe — wiedziałaby. Przecież by jej kurwa powiedzieli. Tylko kto? Kto jej miał powiedzieć, po tym jak rok temu jasno dała Rogersowi do zrozumienia, że miał doprowadzić sprawę do końca i zrobić wszystko, żeby go uwolnić, ale ona nie chciała mieć z tym już nic wspólnego. Miał informować tylko Lopeza, a ją zostawić w błogiej niewiedzy. No więc była. Wstała dzisiaj rano jak gdyby kurwa nic, zawiozła dziecko do przedszkola nawet kurwa nie wiedząc, że Madox…
…ostatni list, który z więzienia wysłał Madox.
Nic jej nie odpowiedziała.
Po prostu szarpnęła się do przodu, wyrywając spomiędzy jej idealnie zrobionych paznokci kopertę.
Miałaś być kurwa moja.
Było jej słabo. Nerwową ręką poobracała kopertę ze wszystkich stron, momentalnie zapominając, jak się oddycha. Zapomniała gdzie była, co robiła i nawet kiedy Marie nawijała jej dalej o tym, że powinna uważać, bo nie wiadomo, co przyjdzie mu do głowy, Pilar już wcale jej nie słuchała. Zerwała się z krzesła. Tylko co ona chciała zrobić? Jechać pod areszt? I co? Co ty możesz idiotko, przecież go nienawidzisz. Niech się pierdoli. Powtarzała sobie w głowie i ostatkami sił usiadła ponownie na krześle, akurat w momencie, kiedy podbiegła do nich Amra. Jej spojrzenie na sekundę zawiesiło się na nieznajomej sylwetce, a zaraz własne dziecko kładło jej na kolanach czekoladki z naklejkami. Czekoladki, które tak kurwa dobrze znała, że naprawdę zrobiło jej się słabo.
Skąd to masz? — warknęła na niczego niewinne dziecko, a kiedy tylko usłyszała, że od kolegi, który był aniołem… — Marie, pilnuj jej — rzucił jedynie i zerwała się z miejsca. Chciała ruszyć w stronę oddalającej się sylwetki. Widziała tą skórzaną kurtkę spod której wychodziły tatuaże, ten chód, ręce wciśnięte do kieszeni spodni… chciała tam pobiec, ale nawet dobrze się nie rozpędziła, a wpadła na kelnera, który właśnie niósł jej kawę.
Najmocniej panią przepraszam! — krzyknął i zaczął ją wycierać, a Pilar? Pilar spojrzała na niego tylko na moment, a kiedy uniosła głowę mężczyzny już nie było. Rozpłynął się w powietrzu na prostej drodze, zostawiając ją z przyśpieszonym biciem serca i tak kurwa mrożącym krew w żyłach uczuciem, że ledwo umiała ustać na nogach.
Zobacz! Jaguar!
Amra znowu się odezwała, wymachując z parteru w jej stronę naklejką, która swego czasu była początkem całej ich relacji. Teraz też nie była niczym. Była znakiem. Pierdolonym sygnałem, że to wcale nie był koniec. Że on naprawdę wrócił. A ona kurwa musiała wziąć się w garść. Odchrząknęła więc, prostując plecy i odwracając się do stolika.
Marie, musze lecieć, bo nie zdążę się przebrać na zmianę — pociągnęła nosem, nachylając się nad przyjaciółką, żeby złożyć na jej policzku przelotny pocałunek, przy okazji łapiąc drobną rączkę Amry.
Ale Pilar… — zaczęła przerażona, widząc tą cała scenkę, która przed chwilą miała miejsce.
Marie — przerwała jej, zaglądając głęboko w oczy. — Nie martw się — poprosiła ją stanowczo, po czym szarpnęła córkę w górę, biorąc ją na ręce i to do niej kierując kolejne słowa. — Słyszałam, że babcia zrobiła specjalnie dla ciebie Ajiaco! — uśmiechnęła się, a dziewczynka wyrzuciła ręce w górę i chociaż czekoladę mogła jeść tylko po obiedzie, tą od nieznajomego wsunęła już w drodze do auta. Auta, za które Pilar wcale nie powinna wsiadać, bo próbując odwiedź dziecko do własnej ciotki, spowodowała prawie trzy wypadki. Musiała się ogarnąć przed rozpoczęciem służby.

el amor de mi vida 🥀
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i przemoc
To miała być prosta robota, wchodzą do klubu starego Noriegi. Pakują kasę w torby, rozpierdalają mu bar i wypierdalają.
Planowali to od tygodni, jeszcze kiedy Madox siedział w pace, a on na tą okazję napisał dla swojego ojca piękny list.

Zapłacisz za to co zrobiłeś.


Jedno kurwa zdanie, które miał mu też napisać czerwonym sprayem nad ladą, kiedy chłopaki będą wypełniać torby pieniędzmi. To był dzień przekazania gotówki, mieli to zrobić zanim przyjedzie konwój. Informator przekazał mu też, że stary jest poza miastem, czyli w klubie nie ma jego ludzi, tylko obsługa. Dowiedział się też, że do klubu Noriegi nie przyjeżdża policja, nie ma tu wstępu.
Kurwa.
Nic prostszego. Szybka akcja.
Mieli broń i kiedy jeszcze na melinie powtarzali jaki jest plan to Madox przekładał w dłoniach pistolet z tłumikiem.
W więzieniu złapał sporo kontaktów, i teraz siedział w jednym pokoju z grupką ludzi, która tak samo jak on chciała dojechać jego ojca.
Chcieli go odjebać...
Ale kiedy on oznajmił, że najpierw musi się dopełnić zemsta, za to, że wpakował go za kratki. Ci psychole go poparli.
Każdy z nich chciał napluć mu w twarz. Każdy jeden chciał patrzeć jak cierpi.
Zaczynali od klubu i od czegoś, co przecież stary kochał nad życie... Od jego pieniędzy, brudnych, przesiąkniętych krwią.

Było ich pięciu.
Nie za dużo, żeby nie rzucać się w oczy, ale odpowiednia ilość, żeby to rozplanować.
Jeden przy drzwiach. Drugi w samochodzie i trzech na sali. W tym Madox. Dwóch pakuje pieniądze do toreb. On maluje ten napis i spierdalają. Przy okazji poszarpią barmanki, usadzą ochraniarzy, rozjebią bar i tyle, bez zbędnego rozlewu krwi...
Wpadli do lokalu wymachując pistoletami, z kominiarkami naciągniętymi na głowy.
- Gleba kurwa! Gleba suko! - krzyczał jeden z nich do kelnerki, która wrzasnęła przerażona jako pierwsza - na ziemię, leżeć kurwa i się nie ruszać! - facet machał pistoletem we wszystkie strony. Na sali nie było dużo osób i zaraz wszyscy spełnili żądania. W tym czasie Madox i jego partner zbrodni obezwładnili ochroniarzy, czterech. Dwóch już wcześniej, leżeli na zapleczu spięci opaskami zaciskowymi, z workami na głowach. Dwóch kolejnych położyli za ladą. Również pospinanych.
I kiedy jeden z bandziorów szedł po kolei barmanki krępując im ręce z tyłu. Drugi opróżniał sejf, do którego kod znali.
To Madox z tym czerwonym sprayem wspinał się na regał z alkoholami.

Zapłacisz za...


Tyle udało mu się napisać, a wtedy do pomieszczenia wpadł ten, który miał pilnować drzwi.
- Psy! Kurwa psy tu jadą! Ruszajcie dupy, spierdalamy - krzyknął. Razem zaczęli napełniać torby forsą - El Diablo, dawaj... Pomóż nam z tym - krzyknął do Madoxa, który się zawahał, ale zaraz zeskoczył z lady i pomógł pakować torby. Trzy torby jebanej, brudnej gotówki starego Noriegi. Jego tatusia...
Stary stawia.
Faceci złapali za nie przerzucając je na plecy, ale Madox się zatrzymał.
- Wypierdalać, zaraz was dogonię! - rzucił i kiedy oni wypadli na zaplecze, a potem do tylnego wyjścia, to on znowu złapał za spray, i dopisał na ścianie krzywy zjeżdżający w dół napis...

wszystko.


Sam wypadł na zaplecze, a potem bocznym wyjściem przed klub, gdzie miał być zaparkowany bus…
Tylko już go nie było, mógł się tego spodziewać, i nawet nie miał chłopakom tego za złe. Tak się umawiali, szybka akcja, a gdyby coś się posypało spotykają się w dziupli. Ruszył przed siebie, broń schował pod kurtką do kabury, którą miał zawieszoną na torsie. Ściągnął z siebie skórzane rękawiczki pod którymi chował swoje tatuaże. Ulicę dalej miał zaparkowany drugi samochód, musiał tylko do niego dotrzeć nie rzucając się w oczy. Sięgnął wytatuowanymi palcami do kominiarki, ale zanim ją zdjął przez drzwi od zaplecza wypadła za nim...
Ona.
Trzymała broń w wyciągniętych przed siebie dłoniach. Celowała mu w serce, a przecież kurwa. Zawsze miała nienaganny cel.
Stój...
Stanął. Podniósł ręce w górę, nad głowę, jakby się poddawał.
Ale kurwa nie miał zamiaru, bo zaraz do niej skoczył jak jebany jaguar. I zanim zdążyła nacisnąć na spust, wytrącił jej pistolet z rąk. Jednym ciosem, kopnął ją w łydkę podcinając, tak że się zachwiała.
Na glebę suko...
To powinien jej powiedzieć, a zamiast tego, jego ciemne spojrzenie złapało to jej. A w tym czasie ona mogła mu się zreflektować. Powinna.
- Dawaj - wycedził przez zęby. Głos miał inny niż lata temu, zmężniał. Zresztą cały Noriega podskoczył jeszcze te kilka centymetrów i przybrał, przypakował. A do tego te tatuaże. Nie wierzył, że by go poznała. Ale on zrobił to od razu. Nie pomyliłby jej kurwa z nikim innym. Nawet w najciemniejszej uliczce. Złapał gardę i kiedy się na niego rzuciła, to ją zablokował, a potem ona jego. Oddała mu, tak jakby od tego zależało jej życie. Bo może kurwa zależało?
Wpadli na ścianę, do której docisnął ją barkiem, ale odwinęła mu się kolanem, prosto w wątrobę. Syknął i zacisnął palce na jej gardle przytrzymując ją przy ścianie.

vamos ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Unidad Bravo-12, zgłoszenie kod 3. Możliwe włamanie i napaść w klubie Vacío — głos dyspozytorki wybrzmiał w policyjnym radiu, przecinając ciszę pomiędzy Pilar a Pablo, momentalnie ściągając na siebie ich uwagę. Już od dwóch godzin jeździli w kółko na patrolu, obserwując o dziwo spokojne miasto. Aż do teraz.
Tu Bravo-12 — Pilar oczywiście wyrwała się pierwsza do przodu. — Przyjęliśmy. Jedziemy na miejsce. Czas dojazdu… — spojrzała na miejsce, w którym aktualnie byli, w głowie szybko kalkulując, jak długo zajmie im dojazd na miejsce. Tak naprawdę to były trzy ulice, pewnie pięć minut by im wystarczyło. — Trzy minuty — mruknęła w końcu, a Pablo pokręcił głową, mając pełną świadomość, że teraz to on będzie musiał przycisnąć na gazie.
Przyjęto. Na miejscu mogą znajdować się uzbrojeni napastnicy. Zachowajcie ostrożność — standardowa forumułka w ramach odpowiedzi również została wypowiedziana, a Pilar już nawet nie słuchała, bo głowę miała uniesioną, a wzrok skupiony na otoczeniu.
Jak skręcisz tu w lewo do nadrobimy jakieś pół minuty — rzuciła sucho, gestem głowy wskazując odpowiedni kierunek.
Wow — Pablo prychnął pod nosem, ale finalnie zrobił to, o co go poprosiła.
Co?
Nic, po prostu to więcej słów niż powiedziałaś przez całe dwie godziny — wyjaśnił w końcu powód swojego rozbawienia, na który ona tylko przewróciła oczami. — No co, Pilar? Zawsze masz tyle do powiedzenia, a dzisiaj jesteś jakaś kurwa dziwn…
Zamknij się i jedź — warknęła i pewnie w każdych normalnych okolicznościach Pablo podjąłby rękawice i jeszcze ją pozaczepiał, ale przecież widział gołym okiem, że była mocno nie w sosie. Nawet jak się jej zapytał wcześniej, czy chce podjechać po czekoladowego szejka, to powiedziała, że nie. A przecież Pilar je uwielbiała. Dopytywać czemu nawet nie chciał, bo bał się, że go zapierdoli. Proste.
Na miejsce faktycznie udało im się zajechać w trzy minuty z hakiem. O dwie za późno jak się okazało, bo akurat kiedy partner Pilar hamował przed klubem, oboje mogli zobaczyć jak jakiś bus odjeżdża z piskiem opon. Pablo złapał za radio, żeby to odpowiednio zgłosić i zlecić pościg, ale Pilar już wyskoczyła z auta i biegła do środka.
PILAR!!! — krzyknął, wychylając głowę z okna. — Wracaj kurwa! Oni i tak uciekli — wydarł się za nią, ale ona nawet go nie słuchała. Mknęła do przodu. Przecież trzeba było sprawdzić, ile w środku było rannych i przede wszystkim, czy nikt tam faktycznie nie został. — Popierdoli mnie z nią — tyle powiedział jeszcze Pablo pod nosem, kiedy wyskoczył z lodówy i też ruszył do środka.
Ludzie w środku pochowali się po kątach, na podłodze nie rozlewała się tona krwi, ale to nie była rzecz, która najbardziej zwróciła jej uwagę. Zapłacisz za wszystko. Przeczytała napis na barze i okej, mógł to napisać ktokolwiek, w końcu Noriega miał naprawdę dużo wrogów, ale akurat dzisiaj? Drzwi trzasnęły gdzieś na zapleczu, a Pilar jak na zwałowanie ruszyła w tamta stronę z jakąś dziwną, desperacką siłą. W życiu tak szybko nie biegła. Pablo coś za nią krzyczał, ale ona miała go gdzieś. Z przygotowanym w dłoni gnatem wybiegła przez tylne drzwi, odnajdując postać.
Stój, policja!! — krzyknęła stanowczo, od razu celując w zamaskowanego mężczyznę. — Odwróć się z rękami w górze — warczała na niego, podchodząc coraz bliżej. Prawdę mówiąc nie spodziewała się takiego posłuszeństwa, biorąc pod uwagę, że ręce przestępcy od razu wyleciały w górę i może to właśnie uśpiło jej czujność. Ta jedna, głupia myśl, że może teraz już pójdzie łatwo.
Głupia.
Nim zdążyła powiedzieć ani zrobić cokolwiek więcej, postać w kominiarce nagle wyrwała się do przodu, podcinając ją w okolicy łydki. Z takim uderzeniem nie dało się walczyć — naturalnie ugięła się na moment, sycząc pod nosem. Tylko na moment, bo kiedy on na nią patrzył, ona zacisnęła zęby i praktycznie od razu mu się odwinęła.
Pilar nie była z tych funkcjonariuszy, którzy pierwsze praktykowali rozmowę nad przemoc i wzywanie setków posiłków zanim wejdą do akcji. Ona wyrywała się pierwsza, zupełnie jakby gwarantowanie sobie bólu sprawiało jej przyjemność, jakby było odpokutowaniem za grzechy.
Facet znowu do niej doskoczył. Tym razem była na to przygotowana i odrzuciła ramie w tył, uciekając przed jego pięścią. Sama też wyprowadziła uderzenie, ale on zrobił to samo. Dobrze się bił. Ale ona też swoje potrafiła, dlatego po chwili upozorowała kolejny zapach ręką, jednak finalnie zatrzymała ją w połowie, kiedy chciał jej odskoczyć i przywaliła mu kolanem. Pewnie mogliby się tak szarpać w nieskończoność, gdyby w końcu nie wylądowali na ścianie. A dokładniej jej plecy, które odbiły się boleśnie, a mężczyzna idealnie wykorzystał sytuacje i zacisnął swoje wytatuowane palce na jej gardle.
To był pierwszy moment, kiedy z bliska zajrzała mu w oczy.
Wszędzie poznałaby te oczy. Te pierdolone, czekoladowe oczy.
Jak mogłaby nie, kiedy tak bardzo swego czasu była w nich zakochana?
Serce podeszło jej do gardła, a głowa momentalnie spróbowała wytrzeć to, co się w niej właśnie pojawiło. To nie mógł być on. Nie. Nie było nawet takiej opcji. Nie miała go właśnie przed sobą.
No tylko chyba jednak miała.
Dusił ją, dociskał do ściany. Mógł czuć jak jej chaotyczny oddech przemieszcza się przy gardle, jak całe jej ciało zadrżało, a potem na własnych opuszkach mógł poczuć coś, co kurwa znał aż za dobrze, kiedy nie raz zaciskał się na jej gardle.
Madox? — powiedziała jego imię. Ułożyła zlepek liter, których nie używała już przez bardzo długi czas, a jej oczy zrobiły się wielkie. Źrenice wyjebało w kosmos, podczas gdy na twarzy w pierwszej chwili znalazło się zaskoczenie. Sekundę później dołączył też zlepek innych, skrajnych emocji. Ból, sentyment, rozgoryczenie, t ę s k n o t a, bo kurwa po raz pierwszy od sześciu jebanych lat zaglądała mu w oczy. Oddychała tym samy powietrzem, co on. I przez kilka krótkich chwil znowu miała osiemnaście lat. Znowu poczuła się jak ta wpatrzona w niego idiotka, która myślała, że ich miłość była w stanie przetrwać dosłownie wszystko.
Nie była.
I jej głowa bardzo szybko przywołała ją do porządku.
Mógł widzieć tą zmianę. Jak cała jej twarz a w nim spojrzenie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni i w kilka uderzeń przyśpieszonego serca przechodzi z czułości i niedowierzania… w nienawiść.
Spierdalaj, Pilar.
Żałuję, że kiedykolwiek cię kochałem.
Jesteś nikim.

Słowa z jego listu zaczęły panoszyć się w jej głowie. Odbijały od potylicy, waliły nawet w pierdolonej klatce piersiowej bez najmniejszego opamiętania, przerwały się w krwi i przypomniały jej o tym wszystkim, co powinna do niego czuć. Tamten piękny rozdział był już dawno zamknięty. Teraz został już tylko żal.
Żal, który zaraz pokazała mu w swoich kolejnych czynach, kiedy nagle z bezruchu przeszła do ofensywy. Ponownie zamachnęła się kolanem, tym razem nie celując już w biodra czy łydki. Przyjebała mu prosto w kroczę, a kiedy odruchowo zwolnił uścisk, bo z takim bólem nie dało się walczyć będąc mężczyzną, ona odwinęła mu się prosto w twarz. Dokładnie między oczy, prawie rozwalając mu nos. Powalając go do parkietu, sama lecąc razem z nim.
Mało ci więzienia?! — warknęła w końcu, próbując przygnieść go swoim ciałem. — Aż tak szybko chcesz tam wrócić? — znowu się zamachnęła, waląc go po twarzy, a raczej po czarnej kominiarce, po której opsnęła się jej pięść, kiedy się lekko odsunął. Nie miała w sobie ani krzty delikatności, a jedynie nienawiść. Jakby chciała go dosłownie rozszarpać. Wcale nie za to, co zrobił w klubie. I była gotowa wyprowadzić kolejne uderzenie, złamać mu kurwa nos, ale… nagle potrzeba zobaczenia go, była silniejsza. Zamiast uderzyć, zacisnęła palce na materiale kominiarki i szarpnęła ją w górę, zdzierając z jego głowy. Ukazując twarz, która niczym nie przypominała tego osiemnastoletniego chłopaczka, któremu zaraz przed tragedią mówiła pewne siebie kocham cię, mówiła jak to była najszczęśliwsza pod słońcem. Teraz nie była, chociaż serce waliło jej podobnie, jak wtedy.
W sekundę pożałowała, że zdjęła mu tą przeklętą kominiarkę.
Kurwa.

Tus ojos siguen siendo los mismos...
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, przemoc
Policyjne syreny odbiły się od ścian, kiedy wypadł tylnym wyjściem z klubu. Przed sobą miał drugi budynek. Więc przed nim rozpościerał się korytarz do końca ulicy, potem następna i samochód... Musiało się udać.
Stój, policja!
Kurwa.
Dlaczego ten głos brzmiał tak znajomo?
Zaraz okazało się dlaczego, kiedy się odwrócił i ją zobaczył, jak celowała do niego. Nie zakładał, że spotkają się tak szybko, a już na pewno nie, że dzisiaj, tutaj. Mógł kurwa lepiej sprawdzić, kto był na służbie.
Odwróć się z rękami w górze.
Wykonał jej polecenie, posłusznie, grzecznie, jak na zresocjalizowanego bandytę przystało...
A zaraz, kiedy się zawahała doskoczył do niej, jak dzikus, którym przecież był. Ani trochę mniej narwany. Ani trochę mniej dziki. Wytrącił jej broń i ją podciął, a kiedy syknęła, to znowu jego ciemne oczy zawisły na jej twarzy, na pełnych ustach, za długo, bo mu oddała. Wyprowadził cios, który skontrowała, a potem ona jego. Dawała z siebie sto procent, widział to w jej oczach. On może jakieś siedemdziesiąt. Mógł ją powalić silniejszym uderzeniem, bo przecież miał nad nią przewagę. A on co...?
A on się z nią kurwa bawił. Przez jebany sentyment?
Jaki kurwa sentyment, kiedy powinien ją nienawidzić?
Zacisnął palce na jej gardle prezentując tatuaż z anielskimi skrzydłami. A kiedy poczuł jak pod nim zadrżała...
Kurwa.
Kurwa!

Dlaczego mięśnie na karku automatycznie mu się spięły? Dlaczego poczuł wędrujący po plecach dreszcz i dziwny ucisk gdzieś w dołku?
Docisnął ją do muru mocniej, a kiedy spojrzała mu w oczy, kiedy złapała jego spojrzenie, zacisnął palce mocniej. Niekontrolowany jęk opuścił jej pełne wargi, a tym razem on... Kurwa, ugiął się pod nim. Przysunął bliżej zaglądając jej w oczy.
Madox.
Dopiero to jedno słowo go otrzeźwiło, sprowadziło na ziemię. Poznała go. Nawet pomimo tego jak bardzo się zmienił, że nie był już zupełnie tym osiemnastoletnim, zapatrzonym w nią chłopakiem. Ona go poznała...
Sięgnął drugą ręką do kominiarki, nie luzując wcale uścisku na jej szyi, już miał ją zdjąć, ale wtedy... jej twarz się zmieniła, zauważył to, a potem poczuł, kiedy kolanem oberwał prosto w jaja. Cofnął się, puszczając ją, zgiął w pół, a na dokładkę dostał jeszcze w twarz.
- Cios poniżej pasa... Pilar - warknął i splunął krwią jej pod nogi. Rozcięła mu wargę, dobrze wymierzyła, a on już czuł rozlewający się na języku, znajomy, metaliczny posmak. Kolejny cios wyprowadziła mu w nos i gdyby się jej nie uchylił, to mogła mu go złamać, jednym kurwa ciosem, ale dostał w czoło, zamroczyło go, na jedną chwilę, a ona to wykorzystała powalająca go na ziemię, złapał ją za rękę, mógł ją szarpnąć i przerzucić nad głową. I nawet kurwa przez chwilę chciał. Ale znowu się zawahał, znowu dał jej fory. Po chuj on to robił?
Przecież już mu w ogóle na niej nie zależało. Wcale.
Miała cierpieć, a zaraz lądowała na nim przygniatając go do ziemi, jej marne pięćdziesiąt kilo. Przechylił na bok głowę.
- I co myślisz, że ty mnie tam wsadzisz? - syknął, uchylając się przed jej ciosem. Zamachnął się żeby jej oddać, ale wtedy szarpnęła za materiał kominiarki, żeby mu ją ściągnąć. I chociaż wyglądał inaczej, to kiedy się uśmiechnął, usta wygięły się ku górze... w tym jego bezczelnym uśmieszku, to przecież miał w sobie coś z tego dzieciaka. I kiedy tak zesztywniała patrząc na niego, to wybił się nogą, spiął mięśnie na brzuchu, zaczepił ją ramieniem i przerzucił na bok, szarpnął za kolano wsuwając pod siebie. I ona była naprawdę unieruchomiona, kiedy docisnął ją sobą do ziemi. Machnęła ręką, za którą ją złapał, skrepował ją jej nad głową, i docisnął mocniej, tak, że mogła poczuć... broń, którą miał na piersi, jak wbijała się w jej ciało tworząc na nim siniaki, na kolejne kilka dni.
- Nie mam zamiaru tam wracać, już nigdy, prędzej... - te słowa zawiesił nad jej pełnymi, gorącymi wargami, które zadrżały niekontrolowanie, kiedy się do niej przysunął, jego kolano wdarło się między jej nogi. Ale nie zdążył nawet dokończyć, bo z budynku wypadł jej partner. Z wyciągniętą przed siebie bronią, a później wszystko działo się szybko...
Pilar szarpnęła w dół kominiarkę zakrywając mu twarz, Madox wybił się do góry, szarpnął ją za sobą za fraki, tak, że wylądowała w jego silnych ramionach. I może kurwa w innych okolicznościach to by było nawet... przyjemne?
Ale on już sięgnął pod kurtkę i wyciągnął spluwę, przyłożył jej ją do skroni. Zimna lufa na rozpalonej skórze spowodowała, że przez jej ciało znowu przeszedł dreszcz. Przez jego też.
- Rzuć broń! Rzuć kurwa broń, bo rozwalę jej łeb! - rozwaliłby? Jej?
Szarpnął ją za sobą, a palce znowu opierał na jej gardle. Drugi policjant się zawahał. A Madox tym razem sięgnął do jej włosów, szarpnął za nie odchylając jej głowę na bok, tak że lufa przesunęła się po jej policzku na żuchwę. Wiedział gdzie celować, żeby wypierdolić jej piękną dziurę na wylot, w mózgu. Żeby kurwa nic z niej nie zostało.
I chyba Pablo też to zrozumiał. Uniósł ręce w górę zawieszając pistolet na palcu.
- Odkładam... Zostaw ją... Posiłki już jadą, nie masz szans na ucieczkę - rzucił spokojnie pochylając się i odkładając pistolet na ziemię. A Madox znowu szarpnął za sobą Pilar, w kierunku końca tego ciemnego zaułka.
Czuł, że nie ma. Czuł na plecach ten przyjemny nieprzyjemny dreszcz. Wywołany adrenaliną, która pulsowała w żyłach bo czym innym?
I kiedy jego nogi sięgnęło światło latarni na końcu ulicy, to zaraz za jego plecami zatrzymał się czarny, terenowy samochód.
- El Diablo! Wsiadaj! - odezwał się z niego kobiecy głos.
- Złap mnie... - tyle mruknął do ucha Pilar, zanim nie szarpnął ją za włosy i nie odepchnął w ramiona jej partnera, a zaraz sam wskoczył do samochodu przez otwarte drzwi, które mu przygotowała,. Zanim zdążyli sięgnąć po swoje pistolety, auto ruszyło z piskiem opon. A za nim radiowóz. Drugi. I trzeci.
- Kto to jest kurwa El Diablo? - zapytał Pablo, kiedy już zebrał z ziemi swoją broń.
A Pilar doskonale wiedziała kto...
Tylko co zamierzała z tym zrobić?
Gdzieś w oddali dźwięk syren wymieszał się ze strzałami. A potem trzask, tłuczone szkło i gnieciona blacha. Jeden z radiowozów odpadł szybko kończąc na zaparkowanym na poboczu samochodzie.
Pilar i Pablo usłyszeli tylko jak te kolejne oddalają się coraz bardziej.

- Skręcaj, tu kurwa skręcaj! - krzyczał na nią odwracając się przez ramię, zdjęła jeden radiowóz, ale wciąż na ogonie mieli dwa.
- Zamknij się M. wiem co robię! - odpowiedziała mu i zaciągnęła ręczny bokiem wchodząc w zakręt, prosto w jakąś uliczkę. Jedna suka ją minęła, bo nie zdążyła wykonać manewru, ale ta druga wpadła za nimi między budynki. Kobieta za kółkiem docisnęła pedał gazu, a autem szarpnęło. Wyskoczyli z ulicy przecinając na czerwonym kolejne skrzyżowanie, slalomem między samochodami...
I to był ten moment, kiedy zgubili pościg. Trzeci radiowóz spektakularnie uderzył w jakąś ciężarówkę a w powietrze wystrzeliły szkła i kawałki blachy.
Nie zatrzymała się, na łeb na szyję pędziła przez miasto i dopiero kilka ulic od klubu zjechała w ciemny zaułek. Znowu przesiadka. Porzucili Jeepa w jakiejś uliczce, pościągali kominiarki i jak gdyby nigdy nic, trzymając się za ręce, przeszli do końca ulicy i wsiedli do czerwonego BMW zaparkowanego przy krawężniku, tym razem Madox wylądował za kółkiem.

Atrápame si puedes ִֶָ. ..𓂃 ࣪ ִֶָ🪽་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja
I co, myślisz, że mnie tam wsadzisz?
Nie myślała.
A już na pewno nie to, że wsadzi go do pierdla, z którego desperacko próbowała go wyciągnąć przez ostatnie sześć lat. Ilość nieprzespanych nocy, niebezpiecznych wycieczek, próbując znaleźć jakiekolwiek dowody i poświęceń, jakie zdecydowała się podjąć tylko po to, żeby Noriega mógł chodzić wolno. Oddychać świeżym powietrzem, tym samym co ona i podejmować dobrowolne decyzje.
Teraz też je podejmował, kiedy lał się z nią na pięści, rzucając po rozgrzanym po całym dniu asfalcie. Nie czuła, żeby dawał jej taryfę ulgową, chociaż mogła się mylić. Bo kiedy tak siedziała na nim okrakiem, przyciskając go do ziemi, miała wrażenie, że spokojnie mógł ją z siebie zrzucić, o wiele szybciej niż finalnie się na to zdecydował. Czuła jak mundur ora o asfalt, gdy ją w końcu przerzucił, gdy docisnął się do niej, a jego kolano niebezpiecznie ulokowało się między jej nogami.
Niekontrolowana fala gorąca momentalnie zalała jej ciało. Mogła tłumaczyć sobie, że było spowodowane podwyższoną adrenaliną i spięciem całego ciała, ale w środku doskonale wiedziała, że on po prostu wciąż na nią działał. Zawsze. Przez całe pierdolone życie i żadna nienawiść nie była tego w stanie zmienić. Nie kiedy każda żywa tkanka w jej ciele wyrywała się do tej znajomej bliskości.
Prędzej co? — warknęła, chcąc pociągnąć go za język, ale wtedy jak na złość zza drzwi wypadł Pablo. Kurwa. Powinna się cieszyć, że go widzi. W każdej innej okoliczności byłaby mu kurewsko wdzięczna za pomoc w interwencji, ale teraz? Teraz była jeszcze bardziej wściekła. Na Madoxa tez powinna być, a jednak nawet z żalem i uczuciem nienawiści w sercu nie chciała, żeby pakował się w kolejne kłopoty, dlatego nie myśląc za dużo, szarpnęła za kominiarkę i zarzuciła mu ją na głowę, chowając twarz mężczyzny przez swoim policyjnym partnerem. A on co? A on szarpnął ją do góry, przykładając jej do głowy lufę.
Zimną, twardą lufę.
Przymknęła oczy, gdy tak krzyczał że rozpierdoli jej łeb, a jej biodra nieznacznie, ledwo wyczuwalnie przycisnęły się do niego jeszcze bardziej. Co ona kurwa robiła? Cóż. Gdzieś w środku doskonale wiedziała, że nie strzeli. Była tego wręcz przekonana. Nie zabiłby jej. Skąd to wiedziała? Bo ona też nie byłaby w stanie tego zrobić. Problem w tym, że za Pablo już nie mogła ręczyć. Widziała jak rozglądał się po odkrytych miejscach na ciele Noriegi, które nie przysłaniało ciało Pilar.
Pablo — warknęła, łapiąc jego spojrzenie. Chciała go jakoś uspokoić. Wiedziała, że bywał narwany, szczególnie kiedy chodziło o krzywdzenie oprawców, a przecież w jego oczach Madox tym właśnie był. Oprawcą, który chciał ja skrzywdzić.
Może nawet by strzelił, może by sprobował, ale wtedy jakieś auto podjechało do tyłu, a potem wszystko działo się już kurewsko szybko: poleciała do przodu, ryjąc rękami o asfalt, rwąc sobie skórze, Madox wskoczył do samochodu, Pablo próbował trafić w oponę, policja ruszyła za nimi i wszystko zawodowo się pojebało. A w jej głowie jedynie odbijały się te dwa słowa…

Znajdź mnie.

Chciała go znaleźć. Próbowała. Przez jeszcze długie godziny jeździła radiowozem, rozglądając się dookoła, szukając śladów. Nawet wróciła się potem do klubu, żeby poszukać jakichkolwiek śladów, dać sobie punkt zaczepienia, jednak na nic. Głowę przy tym wszystkim miała kurewsko ciężą, nie potrafiła się skupić na niczym innym, a ślady jego pałcy na jej szyi irytująco mocno przypominały jej o tym krótkim lecz intensywnym spotkaniu. I zostały z nią aż do następnego dnia.


Jesteś pewna, że cię to nie boli? — głos Galena przeciął powietrze w akompaniamencie spokojnej muzyki, wyrywanej przez zespół smyczkowy, a jego delikatne palce musnęły kropki na szyi Pilar. Miękko, bo Wyatt zawsze był w swoich gestach wyjątkowo wysublimowany. — Może jednak zobaczyłby to lekarz, co Pilar? Ręce też masz całe zdarte — złapał ją za nadgarstki i spojrzał na strupy, a potem na jej twarz. — I ta rozcięta warga… — dodał spokojnie, chociaż Pilar widziała, że w jego oczach tliła się troska. Galen brzydził się przemocą. Wychowywał się w domu, gdzie konflikty rozwiązywało się w o wiele bardziej kulturalny sposób, niekoniecznie lepszy, ale na pewno niej fizyczny. Akceptował jej ścieżkę kariery, ale zdecydowanie jej nie pochwalał. Nie raz mówił jej, że przecież mieli tyle pieniędzy, że mogła zając się czym tylko chciała albo po prostu być w domu.
Jest okej — mruknęła w odpowiedzi, uśmiechając się do niego delikatnie. — Wiesz, że jestem dzielną dziewczynką — wiedział. Sam przecież wiele razy powtarzał, że w pierwszej kolejności zaimponowało mu to, jak odważna była, kiedy pomagałą mu z tą cala sprawą z kontenerami. Jak była nieustraszona i niczego się nie bała. Kurwa, gdyby tylko wiedział, jak bardzo mylił się z tym byciem nieustraszoną.
Jesteś — skinął głową. — Ale to nie wcale nie znaczy, że..
Panie Wyatt — Francis, pracownik Galena, wyrósł między nimi, podpierając się dłonią o wysoki stolik. — Przyjechali ci od przetargu, za jakieś piętnaście minut będzie można zaaranżować rozmowę — zdał meldunek, a kiedy tylko Galen skinął głową, Fran oddalił się maleńkimi kroczkami w stronę barku. Pilar chwile na niego patrzyła, bez większego celu, a potem odwróciła się do swojego męża.
Długo tu musimy siedzieć? — spytała prosto z mostu. Galen doskonale wiedział, że nienawidziła tych wszystkich imprez dla bogoli. Nie dość, że nigdy nie było tu co robić, nie dało się nawet potańczyć do tej sztywnej muzyczki, jedzenie było niedobre, to jeszcze nie było żadnych słodkich przekąsek z czekoladą. Co tu lubić w takich imprezach? Ale przecież chodziła z nim, jak na prawioną żonę przystało, uśmiechała się i wyglądała zjawiskowo w długiej, obcisłej, czarnej sukience z bezczelnym wycięciem na nogę, praktycznie na całej długości i z odkrytymi plecami, kiedy on dyskutował o biznesach. A tego dnia było jeszcze gorzej, bo jej myśli ciągle odbiegały do zupełnie innego mężczyzny. Do tego jak bardzo się zmienił, jak wymężniał, jak jego skórę pokrył czarny tusz… myślała o nim do tego stopnia, że w pewnym momencie chyba aż się jej przywidziało i miała wrażenie, że nawet w tłumie już go widziała.
Ogarnij się, Pilar.

Pienso tanto en ti que siento que puedo verte..
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Galen Wyatt, piękny niebieskooki, w tym swoim idealnie skrojonym smokingu, z nieskazitelnie białą koszulą, której kołnierzyk Pilar poprawiała mu przed wyjściem z domu. Zapatrzony w nią, jak w najpiękniejszy na świecie obraz, bo wreszcie była jego.
Odważna, trochę dzika, ale przecież Pilar potrafiła dotknąć takiej struny jego duszy, której nikt nie umiał.
Przecież się rozumieli, poczuli coś do siebie, wtedy przy tych kurczakach w Wendys, kiedy rozmawiali o swoich marzeniach, o sobie, kiedy ich dusze połączyła jakaś nić porozumienia.
Kochał ją. Całym zbrakowanym i chorym serduszkiem. Kochał ją.
Troszczył się o nią i dlatego pytał o te znamiona na szyi. Nie powiedziała mu przecież skąd je miała, ale Galen nie był głupi. Czasem naiwny, czasem nieżyciowy, ale nie głupi.
Znowu ze dwadzieścia razy powtórzył jej, że nie musi się narażać, że on może jej dać wszystko, czego tylko zapragnie.
Wszystko.
Chciał jej to dać, ale wiecznie słyszał od niej Galen ta sukienka jest za droga, za tą diamentową kolię moglibyśmy wspomóc jakieś biedne dzieciaki. Robił to, z taką kobietą u boku Galen Wyatt był nie tylko prezesem i bogatym dupkiem, był też filantropem. Bo Galen wszystko by dla niej zrobił.
I teraz też kiedy pytała go, czy długo muszą tu siedzieć, to obejmował ją w pasie, przyciągał do siebie, tak, że jej plecy wsparły się na jego torsie, kiedy pochylał się jej do ucha, kiedy między czarnymi, zmierzwionymi kudłami, które przecież miała dla niego upiąć nad karkiem, tak jak lubił, ale tego nie zrobiła. Szepnął jej na ucho.
- Załatwię tylko to spotkanie i możemy jechać. Napij się szampana, zjedz coś dobrego, a ja rozmówię się z inwestorami i jestem... cały twój - jego ciepły oddech musnął jaj szyję. A zaraz palce przesunęły się po biodrze, kiedy ją wymijał. Mrugnął do niej jednym okiem, podbródkiem wskazując syto zastawiony stół z przekąskami...

A po drugiej stronie tej nadętej sali bankietowej on.
Zupełnie nie na miejscu, od razu rzucał się w oczy. W kolorowej, drogiej koszuli pod czarną marynarką, nonszalancko rozchełstanej pod szyją, ze złotym łańcuszkiem... Serduszkiem z literką P spływającym mu po wytatuowanym torsie, ze złotymi pierścionkami. Wszystkimi swoimi tatuażami i kolczykami. Nie pasował do towarzystwa i powiedział to swojej partnerce od razu na wstępie. A kiedy wysoka, długonoga blondynka, w czerwonej, obcisłej sukience opierała się o jego klatę i rozglądała po sali, znowu westchnął ciężko.
- Haddie czy naprawdę uważasz, że to dobry pomysł, żebyśmy tu byli, tamta baba ściska tą swoją torebusię, jakbym miał jej ją zapierdolić - podbródkiem wskazał jakąś kobietę, która patrzyła na niego spod byka.
- M. Przecież obiecałeś, że pokażemy się tatusiowi, wiesz jak go wkurwia, że jego ukochana córeczka... - odwróciła się do niego przesuwając palcami po jego torsie, zaczepiając palcami o jego pasek, ale się nie zatrzymała, sięgnęła niżej, paznokciem zahaczając o rozporek - daje dupy gangusowi - dokończyła wbijając w niego niebieskie spojrzenie. A Madox szarpnął się do niej łapiąc ja za pośladek, przyciągając do siebie mocniej.
Ojciec Haddie pracował w policji, teraz już był na emeryturze, ale wciąż pociągał wiele sznurków, wciąż miał swoje kontakty, a jego jedyna córka, ukochane dziecko, pokazywało się tutaj z nim. Synem Noriegi.

Galen Wyatt zawsze miał oko, i teraz też od razu wychwycił jej sylwetkę. Haddie Wheller. Może powinien się przywitać?
Odchrząknął, a blondynka odwróciła się energicznie wpadając w ramiona Noriegi, który ją przy sobie przytrzymał.
- Och! Galen - odezwała się słodko, a zaraz wyrwała do przodu, żeby złożyć na policzkach Wyatta ciepłe pocałunki - ile to lat? Tatuś nie mówił, że tutaj dzisiaj będziesz - odezwała się witając z nim.
Madox zmierzył go spojrzeniem, nadęty dupek. Sięgnął ręką do biodra Haddie opierając na nim wytatuowane palce, zaznaczając swoje terytorium.
- Madox, mój facet - przedstawiła go Haddie przyciągając do siebie za koszulę.
Teraz to niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po gangusie. Jej gangusie.
- Galen Wyatt - przedstawił się wyciągając rękę. Madox drgnął, ale ją uścisnął, pewnie, mocno.
- Jesteś tu sam? - zapytała blondynka. A Wyatt rozejrzał się dookoła.
- Nie, z żoną... - zaczął, a jego błękitne spojrzenie zatrzymało się koło stołu z przekąskami.
Madox też zerknął w tamtym kierunku.
Z żoną. Kurwa. Z żoną.
Tylko nie ona.

- Tam stoi. Pilar! - zawołał i pomachał do niej. A wytatuowane palce Madoxa mocniej wbiły się w biodro Haddie, zerknęła na niego z ukosa. A potem wszystkie spojrzenia zatrzymały się na Pani Wyatt. W tej zjawiskowej, czarnej, jakby nosiła żałobę, sukience.
Wyglądała...
- Och piękna! - Haddie się uśmiechnęła, a zaraz wyrwała do przodu, żeby przywitać się z Pilar - jestem Haddie, koleżanka Galena, chodziliśmy razem do szkoły - zagadnęła ją wesoło, a zaraz znowu sięgała do Madoxa - a to mój... - zaczęła.
- My się znamy - przerwał jej Noriega, a jego czarne spojrzenie zatrzymało się na oczach jego żony Galena Wyatta.

Su. maldita. esposa.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Galen był dobry.
Wiele ludzi mówiło o nim, jako o pustym prezesie, który własną matkę sprzedałby za zyski w firmie i który ze swoich kobiet z kontenerów strzelał sobie nowe mebelki do mieszkania. Ona widziała w nim o wiele więcej. Już kiedy pojechał z nią do tamtego burdelu, żeby odnaleźć jedną z przetrzymywanych dziewczyn, kiedy otworzył się przed nią, opowiadając o tym, jak ciężko miał jako bananowe dziecko w domu… Już wtedy widziała w nim kogoś więcej. Zobaczyła tamtego złamanego chłopca, który jedyne czego chciał w życiu to trochę zrozumienia. I leku na samotność. Bo przecież mógł mieć wszystkie pieniądze świata, mógł kupować jachty i wynajmować teatry, ale przecież ona nie były w stanie kupić drugiej osoby. Nie na dłuższy czas. Pilar też była samotna.
Kurewsko zraniona tym, jak potraktował ją los.
Jak on ją potraktował.
Nie potrafiła odnaleźć się w świecie, w którym Madox jej nienawidził. W którym nie chciał mieć z nią nic wspólnego, kiedy ona jedyne co chciała, to móc go kochać. Mieć go obok siebie. A on kompletnie ją ingnorował. Lata. Pierdolone lata bez odpowiedzi, z tą jedną małą pamiątką, którą po sobie zostawił w postaci ciemnowłosej dziewczynki.
Nie szukała Galena, a tym bardziej miłości. On znalazł ją. Nawinął się akurat w momencie, kiedy przeżywała największy kryzys, bo potrzebowała skołować pod milion dolarów na prawnika i była zdesperowana. Zdesperowana do tego stopnia, że weszła w relacje z mężczyzną, którego wcale nie kochała. Wiedziała, że go nie pokocha. Że mogła być nim co najmniej zauroczona. Bo on naprawdę zaskarbił sobie jej serce, kiedy otworzył się przed nią w Wendy’s, kiedy pokazywał jej swój świat, tak bardzo inny od tego jej. Miała do niego sentyment, seks też był świetny, ale przecież gdyby nie ta potrzeba siana… nawet by na niego nie spojrzała.
Wykorzystała go.
A teraz utknęła w tym, każdego dnia wmawiając sobie, że była szczęśliwa. Łapała się jak wariatka tych drobnych, dobrych chwil i na nich budowała całą krzywą narrację swojego życia. Umiała udawać. Grać. Wychodziło jej to bezbłędnie. Osiemnastoletni Madox chcący zapisać się do szkoły aktorskiej byłby pod wrażeniem. Nawet teraz, kiedy jej myśli lawirowały wokół wczorajszego dnia, przyprawiając ją o wewnętrzny atak paniki… uśmiechała się, patrzyła na niego z ogniem w oczach.
Cały mój? — przysunęła się bliżej, kiedy ruszył się z miejsca i przyległa do niego na moment, zagradzając mu drogę, wspinając się na palcach, by sięgnąć jego ucha. — Podoba mi się ta wizja — wyszeptała, przygryzając płatek jego ucha, a potem pozwoliła mu odejść. Pójść gadać z tymi wszystkimi n u d n y m i biznesmenami, kiedy sama skierowała się do bufetu z przekąskami.
Zajeść zmartwienia, tak zawsze powtarzała jej ciotka. Świetny sposób. Szkoda tylko, że kiedy załadowała do ust kolejną porcję fikuśnego krakersa z mango, w ręce trzymając jeszcze dwa, Galen akurat ją zawołał. Odwróciła się energicznie, zarzucając kasztanowymi włosami. W pierwszej chwili spojrzała na swojego męża i uśmiechnęła się do niego lekko, a kawałek krakersa posypał się jej na piersi.
Wybaczcie jej — zaśmiał się nerwowo Galen. — Lubi słodkie — wyjaśnił tak, jakby nigdy inny poza nim w towarzystwie tego nie wiedział. Cóż, nawet nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił. Kobieta wyrwała się do przodu nim Pilar zdążyła chociażby spojrzeć na jej partnera, zasłaniając jej cały widok. Uścisnęła ją, próbując utrzymać krakersy z mango na dłoniach, przełykając przy okazji to, co miała w ustach i dopiero gdy Hassie, koleżanka Galena się od niej odkleiła z tym a to mój…
...Madox — znowu się jej wyrwało, zupełnie niespodziewanie, dokładnie w sekundzie, w której serce przestało pompować życie do ciała. Zamarła na moment, czując, że to wszystko jest tylko wytworem jej wyobraźni. Co on tu kurwa robił.
Mój Madox — poprawiła ją Haddie. — Skąd wiedziałaś, Pilar?

Bo kiedyś był mój.

Odpowiedziała jej w myślach i od razu we własnej głowie przypisała do Haddie cały brak sympatii jaki miała w sobie. Już na starcie jej nie lubiła. Nienawidziła wręcz. Jak to kurwa jej? Fala ciepła zalała jej ciało, a ona nawet nie zauważyła, że zacisnęła dłoń tak mocno, że rozkruszyła kolejnego krakersa w dłoni. Okruszki opadły gdzieś na podłogę, a ona nie poświeciła temu nawet sekundy, nie spuszczając spojrzenia z jego twarzy. Dopiero kiedy przyciągnął Haddie mocniej do siebie, układając wytatuowane palce na jej biodrach, Pilar spuściła na nie wzrok.
Popierdoli ją.
Skąd się znacie? — zainteresował się Galen, robiąc krok w stronę swojej żony. Również bez najmniejszego problemu wyciągnął rękę w bok, tylko w przeciwieństwie do Madoxa, osadził ją m i ę k k o na biodrze Pilar, ledwie, kurwa, wyczuwalnie.
Wychowywaliśmy się razem — mruknęła powoli, próbując sprawdzić jego reakcję. — Stare dzieje — dodała z przekąsem, chociaż to, co aktualnie działo się w jej całym ciele ani na moment nie przypominało zwykłej przeszłości. Bo jak tu kurwa mowa o tym, co było, kiedy ona dalej to wszystko czuła? Kiedy skrajne emocje zjadały ja od środka, chociaż na zewnątrz wszystko było idelanie. Jedynie oczy mogły ją zdradzać. Ona zawsze ją zdradzały. Szczególnie przed nim.
Ale supi!! — krzyknęła Haddie. — My ze szkoły, wy z piaskownicy. Czy to nie przeznaczenie?! — ucieszyła się, a Pilar posłała jej jedynie wymuszony uśmiech. Przelotny. Jak święty spokój, który czuła, kiedy ładowała pierwszego krakersa do ust.
No, faktycznie supi — przedrzeźniła dziewczynę Madoxa, patrząc prosto na niego. — A wy skąd się znacie? — dopytała unosząc wysoko brew. — No bo biorąc pod uwagę, że on ledwo co wczoraj wyszedł z więzienia, to chyba nie mieliście zbyt dużo czasu się dobrze poznać? Czy może szaleliście podczas wizyt małżeńskich? — w jej głosie było mnóstwo jadu, który on nawet po latach mógł spokojnie wyczuć. Była zazdrosna? Oczywiście, że kurwa była. Jak mogłaby nie być, kiedy ona tu na niego tyle czekała, a on…
Pilar — głos Galena sprawił, że zadarła na niego głowę, spoglądając pytająco. — Patrz co robisz — wskazał podbródkiem na jej dłonie, które całe już ociekały sokiem z soczystego mango, oprószone prochem z krakersów, które doszczętnie zgniotła.
Ah tak — poprawiła się, strzepując nadmiar drobinek z rąk, a ona posypały się między nich na podłogę. — Co ja bym bez ciebie zrobiła — powiedziała co specjalnie? Może. Tak. A następnie rozchyliła pełne usta i jeszcze rzucając Noriedze spojrzenie prosto w oczy, załadowała do ust kawałki s o c z y s t e g o mango. Aż sobie przy tym kurwa mruknęła pod nosem, a niewielka stróżka soku przesunęła się po jej dolnej wardze prosto na brodę. Nie zdążyła tego nawet wytrzeć, bo zrobił to Galen. Kciukiem. Prosto na oczach Madoxa i Haddie, starł jej sok ze skóry, a potem zassał z własnego palca, przysuwając się jeszcze bliżej do Pilar.

¿Estás celoso?
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Madox doskonale zdawał sobie sprawę, że Pilar lubiła słodkie, że mogła się opychać czekoladą do porzygu.
Jego też kurwa zemdliło, kiedy ją zobaczył.
Z jej mężem... Czyli to jego wybrała. Kiedy miała na niego czekać całą wieczność, kiedy miała być tylko jego, to ona co... zakochała się w tych niebieskich oczach jakiegoś tam Galena Wyatta? Została jego żoną i urodziła mu dziecko? Które kurwa w ogóle go nie przypominało, bo całe wdało się w matkę. Przecież ją widział, tą dziewczynkę. Cała Pilar.
Wywrócił oczami, kiedy Haddie rzuciła to mój Madox.
To była luźna relacja, a on był tu dzisiaj tylko i wyłącznie po to, żeby zirytować jej ojca, który przez ostatnie sześć lat zachodził mu za skórę. No i Haddie miała jeszcze jedną zaletę... dobrze się ruchała.
Ale wcale nie był jej.
Nie przeszkadzało mu to jednak w zaciśnięciu palców na biodrze blondynki, zmarszczył czerwony materiał jej sukienki, a ona wypuściła ciężko powietrze z płuc.
Spojrzenie Noriegi za to zatrzymało się na jasnej dłoni Pana Wyatta, który objął w pasie swoją żonę, dotykał jej. Kurwa.
Jak miło.
A zaraz zapytał skąd się znają i Madox już otworzył usta, już miał powiedzieć, że mieli się pobrać, że się kurwa kochali, nad jebane życie...
Ale może wcale nie?
Stare dzieje.
Chyba on też powinien o tym zapomnieć. Kiedy to było?
- Nie ma o czym mówić - dodał, a czarne już oczy zawiesił na tych jej, pięknych, czekoladowych, w których kiedyś był do szaleństwa zakochany. Ale to przecież stare dzieje.
Znowu strzelił oczami w sufit na to ale supi Haddie, odchylił do tyłu głowę. Wkurwiała go, zaczynała go wkurwiać.
A potem jeszcze Pilar dowaliła do pieca tym pytaniem czy może szaleliście podczas wizyt małżeńskich. Spuścił na nią spojrzenie, a kącik jego ust drgnął w uśmiechu, wrednym, takim, który nie zwiastował niczego dobrego.
- Mało brakło a ty byś miała u mnie takie widzenia - warknął - chociaż nie, ty nie pofatygowałaś się ani razu, a Haddie przez ostatni miesiąc... ile razy u mnie byłaś
c a r i ñ o?
- ostatnie słowo ułożył gdzieś w okolicach jej policzka.
- Codziennie - odpowiedziała i wzruszyła ramionami. Nawet przez moment chciała dodać, że to dzięki tatusiowi, naczelnikowi więzienia, ale kiedy zobaczyła minę Pilar, to tylko te niebieskie oczy zawisły na jej ciemnych. A pełne, karminowe usta wygięły się w jakimś triumfalnym uśmiechu.
I dopiero piękny Galen Wyatt przerwał to co się między nimi działo... I zwrócił jej uwagę na to, że się upierdoliła. Kto się kurwa przejmuje takimi rzeczami?
Bo na pewno nie Madox, ale widać Wyatt już tak.
Prezes Northex Industries otrzepał kilka okruszków z sukienki swojej żony. Bo Galen musiał się prezentować nienagannie, idealnie, i ona przy nim też. Bo przecież byli parą jak z żurnala, z rozkładówek, a może i okładki. On wpływowy, bogaty, z dobrym nazwiskiem, i ona... najważniejsze, że była piękna i go kochała. Bo przecież Galen w to wierzył, że jej uczucia do niego były szczere. Bo co ona by bez niego zrobiła? Uśmiechnął się do niej ładnie, z tym całym swoim chłopięcym urokiem.
Madox wywrócił znowu oczami. No piękny kurwa obrazek, odwrócił się, żeby z tacy jakiejś kelnerki sięgnąć przekąskę, które roznosiła. Jakiś mały krakersik z chuj wie czym.
- To fuagra baby, wyśmienite - rzuciła wesoło Haddie, a Noriegę prawie aż cofnęło, odrzucił to na tackę innej dziewczynie. I znowu spojrzał na Pilar w momencie, w którym pakowała do ust soczyste mango. Jej usta o smaku mango i czekolady. O smaku najlepszych w życiu wakacji.
Kiedy Galen sięgnął do podbródka swojej żony... Jego kurwa żony. A potem bezczelnie zebrał z niego sok z mango i go oblizał, to Noriega znowu się krzywił, jak na tą jebaną wątróbkową pastę. Haddie za to się uśmiechnęła, a jej niebieskie spojrzenie spotkało się z tym Wyatta.
- Zawsze miałeś trochę inny typ Galen... Pilar musi być wspaniałą kobietą, opowiedz mi coś o sobie kochana - blondynka tym razem spojrzała na Panią Wyatt - jak się poznaliście? Jak wyglądał wasz ślub? Przecież to musiało być wydarzenie jak z bajki! - nawijała Haddie.
Bla bla bla bla.
Madox nie miał zamiaru tego słuchać, więc zaraz pochylił się w kierunku blondynki, gdzieś koło jej ucha ozdobionego diamentowym kolczykiem.
- Pierdoli mnie to - mruknął najpierw tak, żeby słyszała go tylko ona, a Haddie cofnęła łokieć wbijając mu go w bok - a wolałbym ciebie... - znowu nabrała w płuca więcej powietrza, ale Madox się już od niej odsunął, zaczepiając jeszcze palcami za jej kształtny pośladek - pogadajcie sobie, ja idę po szampana - uśmiechnął się jakoś krzywo, a zaraz wyminął Galena Wyatta, zahaczając go przy tym ramieniem i ruszył w kierunku wieży z kieliszków szampana.
Galen się skrzywił, obejrzał i już miał zacząć opowiadać Haddie o ich pięknym ślubie, o tej romantycznej historii, którą przecież przeżyli z Pilar. Bo może ich życie to nie była opowieść o gangsterach i toksycznej miłości nad życie, ale przecież... też była piękna. Bardziej coś w stylu Wielkiego Gatsby'ego. Gdzie drogi szampan lał się strumieniami, a diamenty były na porządku dziennym.
Zupełnie inna bajka, niż ta którą sześć lat temu tworzyli sobie wspólnie Pilar i Madox.
Galen zdążył powiedzieć dosłownie kilka zdań, a zaraz pojawił się jego pracownik i zwrócił mu uwagę, że powinien pogadać z Winstonem. No tak, w końcu dla niego tutaj dzisiaj przyszli. Naciągnął mankiety swojej nieskazitelnej koszuli i jeszcze odwrócił się do Pilar.
- I jak? - zapytał, a kiedy jego żona poprawiła mu kołnierzyk, to posłał jej ciepły uśmiech - wybaczcie, muszę was na chwilę przeprosić i porozmawiać z Winstonem... Pilar… Haddie - skinął głową najpierw jednej, później drugiej i się oddalił.
Blondynka odprowadziła go spojrzeniem. Bo co by nie było to Galen Wyatt wciąż miał w sobie ten urok, był czarujący, dobrze wychowany. Pożądany.
- Och Pilar jak ty wyrwałaś taką partię? - zaśmiała się Haddie, ale zaraz pisnęła - o boże, to chyba... Shakira, muszę się z nią przywitać! - wyminęła Panią Wyatt i bez słowa ruszyła w kierunku jakiegoś małego zbiegowiska.

Madox przez chwilę obserwował tą wieże z kieliszków, jak to kurwa napełniają? Z drabiny? Z sufitu? Przesunął palcem po suchym jeszcze szkle i zadarł głowę do góry. No nie no, kurwa, dzisiaj on musi to zobaczyć, jak zalewają tą wieżę szampanem. Sięgnął po wysoki, pełny kieliszek, który stał obok, wychylił go na raz i się skrzywił. Nie lubił szampana, zawsze na drugi dzień bolał go po nim łeb, ale odkąd wyszedł z paki, to wcale nie wybrzydzał. Wręcz przeciwnie, za darmo gotowy był tu dzisiaj łoić tego szampana, aż nie zetnie go z nóg. Złapał za drugi kieliszek i wtedy poczuł na plecach czyjeś spojrzenie. Czuł je kurwa dokładnie, wwiercało mu się w kręgosłup, wisiało gdzieś na tatuażu z napisem Romeo na jego szyi.
Nawet nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć kto na niego patrzy. Cofnął się krok do tyłu, tak, że na nią wpadł, musiała zaprzeć się rękami o jego plecy, a przecież on to zrobił z pełną premedytacją i kiedy poczuł na plecach jej dłoń, to do niej sięgnął, zacisnął palce na jej przegubie, odwrócił się gwałtownie i szarpnął ją tak, że teraz zaparła się na jego klacie, układając dłoń na jego piersi obok medalika z serduszkiem, który lata temu mu wybrała.
- Gust ci się zmienił... Z bad bojów na wypacykowanych pedałów - mruknął, a jego czarne oczy zawisły na tych jej dużych, pięknych. Jej bliskość w jednej chwili sprawiła, że po plecach przeszedł mu intensywny prąd, a włoski na karku stanęły dęba. Za blisko...
Cofnął się, zrobił to pół kroku do tyłu, zabierając palce z jej nadgarstka, schował rękę do kieszeni spodni, chociaż opuszki jeszcze dziwnie mrowiły od jej aksamitnej skóry.

muerto de envidia
Ostatnio zmieniony czw lip 30, 2026 2:57 pm przez Madox A. Noriega, łącznie zmieniany 1 raz.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie ma o czym mówić.

Było.
Było kurwa o czym i materiału zebrałoby się nawet na całą, pierdoloną trylogię. Z czego cała jedna część byłaby o tym, jak Pilar desperacko walczyła, żeby się z nim skontaktować, żeby wyciągnąć go z więzienia. Wszystko by dla niego oddała. Nawet własne życie. Kiedyś nawet prawie jej się to udało, kiedy zapuściła się w zdecydowanie niewłaściwe towarzystwo i wkręciła się w chwilowe handlowanie dragami. Tak. Uczennica policyjnej Akademi, chodziła po klubach i sprzedawała prochy, żeby tylko zarobić trochę kasy, żeby chociaż uzbierać na pierdolone spotkanie z tym zajebistym prawnikiem, który miał wszystko naprawić. Tamten okres… a dokładniej to co się stało jednej mroźnej nocy w piwnicy jednego z klubów, to w ogóle zapamięta na dobre. Jej ciało również.
Ale kurwa nie ma o czym m ó w i ć.
Nie ma, a jednak on znowu się odezwał. I jeszcze miał czelność wytknąć jej, że to ona mogła mieć takie widzenia? Że kurwa nie pofatygowała się ani razu, żeby do zobaczyć? Żartował? Pierdolone jaja sobie z niej robił? Musiał widzieć po jej twarzy jak z udawanego uśmiechu, wymalowała się na niej złość. Czysta, nienawistna złość i masa żalu. W jednej sekundzie znowu chciała go rozszarpać. Bo jak on w ogóle śmiał mówić coś takiego?
Coś ty kurwa powie… — zaczęła, ale z chwilą, w której soczyste kurwa opuściło jej usta, Galen zacisnął mocniej palce na jej biodrze, nieco sprowadzając ją na ziemie. I może dobrze. Naprawdę mało brakowało, żeby się kurwa na niego rzuciła. Rozszarpała tą jego kolorową koszulę, a potem przyjebała mu trzy razy mocniej niż poprzedniego dnia.
Pilar jest wspaniała — wtrącił Galen, przejmując pałeczkę i jak zwykle zgrywając tą swoją nienaganną personę. Musiał czuć, że jest spięta, nic dziwnego, że nie chciał pozwolić jej mówić. W końcu nie wiadomo, co wyszłoby z tych pełnych, gorących i niewyparzonych ust, które tak lubił całować. I miał rację. Bo aktualnie na języku miała same obelgi w stronę Noriegi. — Prowadziła moją sprawę, a raczej pomogła mi ją rozwiązać. Mogliście pewnie czytać o tym w brukowcach albo… — spojrzał na Madoxa. — albo nie — bo przecież w więzieniu raczej nie rozdawali gazetek z ploteczkami dotyczących świata bogatych ludzi. Nie wydawała się to być lektura, która odpowiadałaby gangusom.
Szczerze? Pilar nawet go nie słuchała. Jej spojrzenie nawet na moment nie schodziło z Madoxa. Gromiła go wzrokiem, wbijając sobie paznokcie w wewnętrzną część dłoni. Musiała się jakoś uziemić, uspokoić, ale jak?! Jak miała być kurwa spokojna po tym, co on powiedział? Kiedy to on odrzucał jej każdą, jedną próbę wizyty. Kiedy nie odpisywał jej na listy. Kiedy kazał jej spierdalać, mówiąc, że kochanie jej było najgorszą decyzją w jego życiu. Serce jej złamał, a teraz miał czelność stać tu jak gdyby nigdy nic i kłamać jej prosto w oczy? Mówić o pierdoleniu jakieś dziwki, którą tu przyciągnął?
Odprowadziła go wzrokiem, gdy odsunął się w stronę kieliszków i pewnie dalej próbowałaby zabić go spojrzeniem, jak pierdolony bazyliszek, gdyby nie Galen, który zwrócił na siebie uwagę. Fałszywy, do perfekcji wyćwiczony uśmiech wylądował na jej twarzy, a zaraz poprawiała mu muszkę i mówiła jak świetnie wyglądał. Zostały same z Haddie.
Co? — nawet nie usłyszała jej pytania. Na nieszczęście Pilar dziewczyna zaraz je powtórzyła. — Ano tak jakoś wyszło… — bo co jej miała powiedzieć? Jak go wyrwała? Miała zdradzić dziewczynie, że specjalnie stroiła się na ich spotkania, dowiedziała się wszystkiego o Wyattcie i zrobiła wszystko, żeby zdobyć jego pieniądze serce? To nie było dobre. Czyniło z niej okropnego człowieka, ale przecież nic nie było dla niej ważniejsze niż Madox.
I właśnie w stronę tego samego Madoxa przesunęła się, kiedy Haddie pobiegła zobaczyć Shakirę. Taką Shakirę, że pewnie po chwili okazało się, że to była jakaś Magda Gessler na sterydach, ale Pilar już nie było przy stoliku. W jakimś głupim amoku przesunęła się bliżej w stronę wieży z kieliszków. W jego stronę. Bezczelnie przyglądała się tatuażom, które wystawały spod ubrać. Włosom, które przecież były o wiele krótsze niż wtedy. Brody też nie miał. Zmężniał. I zgnił w środku.
A jednak ona znowu zrobiła krok w jego kierunku, akurat gdy on wykonał jeden w tył. Automatycznie wyciągnęła ręce w przed siebie, by przy asekurować ich ciała. Przypadek? Możliwe. Jednak przypadkiem już na pewno nie było to, jak zacisnął palce na jej nadgarstku, a przez ciało Pilar przeleciał gorący, palący skórę dreszcz. Momentalnie całe się spięła, tym razem wpadając na jego klatkę piersiową. Spojrzenie mimowolnie przesunęło się po jego twarzy. W końcu mogła zobaczyć ją z bliska, w pełnym świetle.
Tobie też — mruknęła, gdy wytknął jej zmianę gustu. — Z dzikusek na tępe dziwki nieładnie. Bardzo nie ładnie było mówić tak o kobiecie, której nawet nie znała. Gdyby Galen ją usłyszał… ale nie słyszał. A ona przy Noriedze nigdy nie miała na sobie żadnych filtrów. Nazywała rzeczy po imieniu i teraz też bez problemu dało się wyczytać zazdrość z jej twarzy. — Chociaż kłamanie wciąż wychodzi ci nienagannie — warknęła, trochę zapominając, gdzie byli. A kiedy tylko Madox puścił jej rękę i zrobił krok w tył, ona automatycznie zrobiła jeden do przodu. Wycofywał się? W takim razie to był jedyny moment, żeby mogła go zaatakować.
No co tak patrzysz? — prychnęła żałośnie, wbijając paluch w jego klatkę piersiową i popychając go lekko w tył, sama idąc do przodu. — Jej też nawciskałeś, że jest miłością twoje życia, a potem karzesz jej spierdalać? — w jej głosie było tak wiele jadu, że włosy jeżyły się na głowie. W oczach miała wszystko: cały ten ogień, żal, nienawiść i ból, który chociaż miesiącami spychała gdzieś w tył swojej świadomości, on znowu wychodził na zewnątrz. Przypominał o sobie. O tym jak się czuła, jak próbowała zlepić to kurwa roztrzaskane na milion kawałków serce, które on rozjebał. — No odpowiedź — ciągnęła, znowu próbując go pchnąć w tył. Kilka osób się za nimi obejrzało. — Czy ta taktyka była zarezerwowana tylko dla mnie? — warknęła ostro i znowu go pchnęła. I może by jej odpowiedział. Może nawet jego zdziwienie dałoby jej do myślenia, że obrazek tutaj wcale nie był czarno-biały, gdyby nie fakt, że przez to popychanie i patrzenie sobie głęboko w oczy, żadne z nich nie zauważyło kelnera, który stał tuż za plecami Madoxa. Dlatego kiedy tylko ten lekko przechylił ramiona w tył i przesunął buta, mężczyzna pchnięty poleciał do przodu, prosto na tą piękną, efektowną wieże z kieliszków. I chociaż zaparł się w ostatniej chwili o stół, żeby w nie nie runąć, tak stół się zachwiał, a one p i e r d o l n ę ł y w pięknej konstelacji. Posypały się od góry do dołu, trzaskając wszędzie rozdrobione szkło wraz z kurewsko drogim szampanem.
Chaos.
Istny, kurwa, chaos.
A pośrodku oni.

el caos
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”