Nie miała pojęcia, czego mogła się spodziewać, jadąc z nim do lasu po auto, jednak obstawiała po prostu wielkie plamy krwi, samochód i gdzieś w tym wszystkim broń, po którą przecież wracali. Jakie było jej zdziwienie, kiedy auto stojące prosto na ścieżce wyglądało, jakby ledwo co przestało się jarać. Nic nie mówił jej o pożarze oni o tym jak do tego doszło, ale przecież mogła się domyślić. Tylko zaraz okazało się, że on też był zaskoczony. Że musieli to zrobić zaraz po tym, jak oni stąd odjechali. A to zaś znaczyło…
kurwa. Aż się odwróciła przez ramię i spojrzała wgłąb lasu, szukając jakiegokolwiek ruchu. Skoro obserwowali ich cały czas, to może teraz też ktoś tu był? W krzakach? Na drzewie? Pojebane to było. Sprawiało, że powoli zaczynało jej siadać na banie, szczególnie, że cała sprawa z Daltonem też przecież od tego się zaczęła. Od tego, że ją śledził, przesiadywał pod jej mieszkaniem, a potem zaczął do niego wchodzić, jak ona spała. Nieprzyjemny dreszcz powędrował po jej plecach na samo wspomnienie.
Musiała zająć się czymś innym.
Rozproszyć. Dlatego zapytała go o to, co się tutaj stało. Z jednej strony bardzo chciała wiedzieć, z drugiej bała się, że wizualizacja piekła jakie
mógł tu mieć Madox, gdyby nie Sombra, kompletnie ją zniszczy. Ciekawość jednak wygrała.
Zawsze wygrywała. Chociaż kiedy swoją opowieść jej mąż zaczął od
przyjechałem tutaj, żeby powiedzieć Lunie, że nie wejdzie do klubu, to Pilar spojrzała na niego jak na wariata.
—
Co kurwa powiedziałeś? — oburzyła się, kręcąc z niedowierzaniem głową. —
Madox, kurwa. I co ty myślałeś? Nie no ale teraz tak serio pytam. Co ty myślałeś, że się stanie, jak mu powiesz nie? Że ci odpowie nie ma sprawy, stary i przybije piątkę? — nie mogła w to uwierzyć. Jej mózg nie potrafił przetrawić faktu, że Noriega był aż tak bezmyślny, żeby jechać na spotkanie z
m a f i o z ą, w dodatku na jego terenie, żeby tak po prostu powiedzieć mu nie i jeszcze liczyć na to, że nie będzie mu chciał upierdolić głowy. No debil. —
Przecież tacy ludzie nie przyjmują odmowy — dla niej wydawało się to oczywiste, z jej głową pełną scenariuszy i myślenia przyczynowo-skutkowego, ale czy dla niego? Ewidentnie nie i może nawet jeszcze by się na niego wydzierała, gdyby nie zaczął jej machać przed oczami przepaloną spluwą i pytać o Eliota. —
Co? Nie wiem, może da. Co za różnica, skoro i tak nie umiesz jej używać? — rzuciła złośliwie. Wciąż była na niego złą. Zresztą z każdą chwilą coraz bardziej, bo teraz zaś gromadziła w sobie jakiś bliżej nieokreślony żal. Żal, że Madox był na tyle bezmyślny, żeby ot wszystko zrobić, a potem jeszcze strach, kiedy zaczął jej opowiadać jak go tutaj zaszli, a potem władowali do samochodu i oblali benzyną, a na końcu jeszcze jak Rodrigo do niego strzelił. Cherry powiedziałaby, że to brzmiało jak jakiś
kiepski serial i Pilar chyba pierwszy raz by się z nią zgodziła. Chociaż w jej przypadku to bardziej horror.
—
Chcieli cię tu spalić żywcem? — ledwo przeszło jej to przez gardło. Nie potrafiła ukrywać, że ją to ruszyło. Nie przed nim. Przed nim już dawno pozbawiła się wszelkich hamulców i nauczyła się ujawniać emocje. Może nawet trochę za bardzo, bo przez to mógł zobaczyć jak starała z szeroko otwartymi oczami, ciężko łapiąc powietrze i masując się po lewej stronie klatki piersiowej, żeby jakoś uspokoić walące serce, które atakowało w ten nieprzyjemny sposób, tak bardzo różniący się od znajomych skoków adrenaliny.
Źle jej było w głowie. A to wszystko przez to, że doszło do niej, że on naprawdę mógł tutaj dzisiaj zginać. Że teraz mogłoby go nie być, a ona stałaby nad tym popiołem, opłakując własnego męża. Znowu
zostając samą. A przecież obiecał jej, że jej nie zostawi. Obiecał, a jednak podejmował tak durne decyzje, sam prosząc się o kulkę między oczy. Przeczesała nerwowo włosy, wciąż trwając
we własnej głowie, kiedy on już nawijał coś zupełnie innego.
—
Co? — spojrzała na niego, otrzepując się. —
Nie wiem, sprawdź sobie — machnęła na niego ręką, a kiedy Noriega szukał narzędzi i zabrał się za rozkręcanie, ona przeszła się wzdłuż ścieżki. Z jednej strony potrzebowała się uziemić i uspokoić. Rozchodzić całe to napięcie, które teraz kotłowało się w niej nieznośnie. A z drugiej
rozejrzeć się, czy faktycznie byli tu sami. Wydawało się jej, że tak. Tak też mówiła jej intuicja, ale co jeśli ona też teraz zacznie zawodzić? Jeśli strach o niego zrobi z niej wariatkę? Nigdy w życiu nie czuła takich emocji. Nie podobało się jej to. Ta taka cholerna bezsilność wobec losu drugiego człowieka.
Ogarnij się.
Musiała. Nie było innego wyjścia, bo jeszcze trochę i serio zwariuje. A potem to już była szybka droga do podejmowania kompletnie idiotycznych decyzji, jeszcze gorszych niż to, że już jutro z samego rana planowała zagadać do Heleny o oprogramowanie szpiegowskie to jego telefonu, żeby następnym razem, kiedy pojedzie się ładować w kłopoty, ona będzie mogła zareagować. Będzie miała chociaż jakieś minimalne szanse odwrócić niefortunny los.
Zrobić cokolwiek.
Co jest?
Podniosła na niego spojrzenie, gdy wyrósł przed nią cały umazany smarem, pytając, czy chciała, żeby prowadził. Odpowiedź chyba znał. A jak nie znał, to zaraz też widział ją w jej oczach.
—
Nie chce — rzuciła stanowczo, próbując przybrać maskę dużej, niezależnej dziewczynki. —
Wyglądasz jakbyś kogoś zamordował — bo wyglądał! Cały w błocie, krwi i smarze — czego więcej można było chcieć od kogoś, kto zabił swoją ofiarę i zakopał gdzieś na odludziu? Nie mogli ryzykować, żeby na deser zatrzymała ich policja, a Pilar musiała świecić oczami za
Pana kierowcę. Szczególnie, że skoro auto było zjarane, to jego dokumenty również. O ile w ogóle miał je przy sobie, bo skoro telefon zostawił…
—
No już, ładuj się — warknęła na niego, kierując się w stronę Toyoty. Nawet raz się na niego nie obejrzała, chód miała szybki, gniewny, a głowę pełną czarnych myśli, które tylko mieszały jej w głowie. Była jednocześnie wkurwiona, smutna i rozżalona. Te wszystkie emocje kłębiły się pod jej czaszką i wywoływały kurewsko nieprzyjemne uczucie w ciele. Chciała już być w domu. Zapomnieć o tym wszystkim.
Rozszarpać go. A jednak — Madox nawet nie zdążył dobrze zacisnąć ubrudzonych palcy na klamce od samochodu, kiedy Pilar po zamknięciu bagażnika zamiast pójść na miejsce kierowcy, doskoczyła w jego stronę. Jednym ruchem szarpnęła go za ujebaną koszulę, odwracając w swoją stronę, a potem przycisnęła do karoserii, agresywnie wpijając się w jego usta.
Nawet nie miał nic do gadania. Jej wargi zacisnęły się na tych jego, smakując go z całym tym gniewem, który nosiła w sercu, z bezradnością, ale też z tym, co powodowało te wszystkie emocje, co było prowodyrem jej skrajnego zachowania — miłością. Bo to przecież przez
miłość właśnie tak jej odpierdalało. Przez nią chciała go rozszaprać. Kochała go ponad wszystko i do stopnia, który szczerze mówiąc był kurwa przerażający. Może nawet niezdrowy, ale z drugiej strony… oni przecież nigdy nie byli normalni. Zawsze wszystko musieli
bardziej i mocniej niż wszyscy ludzie. Kochać też.
Dociskała się do niego tak mocno, że autentycznie mogło go to boleć. Przelewała na niego każdy jeden strach, każdy ból i wszystko inne, co czuła. Trawiła dzisiejszy dzień, mieszając smak goryczy zdarzeń z jego wyjątkowo słodkim, najlepszym na świecie. A kiedy w końcu się od niego oderwała, ledwo łapała powietrze. Dusiła się, aż musiała na moment przycisnąć skroń do jego brody, podczas gdy palce przytrzymały go sobie za gardło.
—
Chodź — wydyszała, zaciągając się jeszcze jego zapachem i powoli odrywając. —
Trzeba cię umyć — dodała, mierząc go wzrokiem. Nie było na jego ciele chyba czystego skrawka ciała. Wszystko było czymś ujebane. One zresztą wcale nie wyglądała lepiej. Też miała wszystko zalane krwią, a twarz to nawet w smarze, który na niej roztarł. Odbiła się od karoserii i na lekkich nogach przeszła na drugą stronę samochodu, by załadować się na miejsce kierowcy i w końcu odjechać z tego przeklętego lasu, mając nadzieje, że nigdy nie będą tu musieli wracać.
—
Co jak znajdziemy Luciano? — zagadała, kiedy stali już na ostatnich światłach przed blokiem. Jej głos był spokojny, chociaż nerwowe stukanie pałcy w kierownice mogło sugerować, że gdzieś w środku dalej wszystko w nie chodziło. — P
rzecież trzeba go będzie im oddać — i chyba oboje o tym doskonale wiedzieli, szczególnie biorąc pod uwagę, że jak się okazuje byli śledzeni na każdym kroku. A zaś jak go im oddadzą, to wiadomo, co go czekało. —
To może już lepiej tego nie robić? — odwróciła się do niego przodem, zaglądając w piękne, ciemne oczy. —
W ogóle go nie szukać — dodała ciszej. Znaczyłoby to, że Pilar może nigdy nie dowie się, kim dokładnie była Sofia i czy faktycznie była córką jego brata, jednak dla życia drugiego człowieka, była gotowa na to poświęcenie. W końcu i tak trzydzieści lat żyła w jebanej niewiedzy i jakoś dała radę.
¿Quizás sea mejor no buscarlo?