30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa w ilości dużo
Dała mu tyle czasu, ile tylko potrzebował.
Siedziała na zimnych schodach, czując, jak wiatr mrozi skórę, zaciskając Madoxa mocno w swoich ramionach. Nie miała pojęcia przez co przechodził. Mogła sobie jedynie wyobrażać. Pilar nigdy nie musiała opłakać nikogo bliskiego, nigdy nie miała nawet rodziny, za którą mogłaby zatęsknić. Wiedziała jak to jest mieć pustkę po tym, czego nigdy się nie miało, pragnienie, żeby wiedzieć jak to jest, ale nigdy nikogo nie straciła. NIe w taki sposób, jak Noriega swojego najwierniejszego przyjaciela.
Psy były pięknymi stworzeniami. Wiernymi. Z nienagannym instynktem. Potrafiły wywąchać zagrożenie, stawić się za swoimi ludźmi i dbać o nich, nawet jeśli to były drobne gesty. Chociaż to co przez te wszystkie lata dla Madoxa zrobił Sombra w żądnym stopniu nie było małe. To były czyny, na które nie zdobyliby się nawet jego prawdziwi, najlepsi przyjaciele. Ile razy William odwracał się od niego? Ile Riczi poświeciłby dla swojego kuzyna? A pies był. Zawsze. Gotowy oddać za niego nawet życie.
Głaskała plecy swojego męża, czując jak pod nią drżał. Nie wiedziała, czy płakał. Swoją brodę miała opartą na jego głowie, a spojrzenie wpatrzone gdzieś w dal. Pilar na pewno uroniła kilka łez. Kochała tego psa, jakby był jej. Był obecny przy każdej jednej kłótni, jaką odbyli w mieszkaniu, jak wtedy gdy kłócili się o Galena, a Madox chciał ją zostawić. Albo kiedy jebła głową o stół i na moment go zapomniała. Patrzył na to wszystko gdzieś z boku, zawsze przy swoim właścicielu. Piękna relacja. A teraz już jej nie było.
Podnieśli się dopiero, kiedy Noriega był na to gotowy. Ruszyli na ostatnie pożegnanie. Szła obok niego, mocno ściskając go za rękę. Wiedziała, że teraz potrzebował po prostu wsparcia, że morały mogła zostawić sobie na jakiś inny dzień, chociaż ją też kurewsko gryzło to, co się stało. A najbardziej to, że tak po prostu w sekundę zmienił plany i pojechał sobie bez niej. I tu nie chodziło o to, żeby brał ją nawet ze sobą, ale fakt, że nawet nie powiedział jej, gdzie jedzie, nie powiedział, co planował. I gdyby spalił się w tym samochodzie albo gdyby naprawdę coś mu się stało… Nigdy by mu nie wybaczyła. Sobie też nie.
Ciężko patrzyło się na to wszystko z boku, ale Noriega okazał się wyjątkowo dzielny. Pogłaskali dobermana po raz ostatni, spędzili przy nim chwilę, a obsługa pozwoliła im zostać tak długo, jak tylko potrzebowali. Następnie podpisali wszelkie potrzebne dokumenty i znowu znaleźli się w aucie. W środku unosił się zapach krwi. Pierdolonej śmierci, która wwierciła się w tapicerkę. On też wcale nie wyglądał lepiej, kiedy szarpał pasem, cały upaćkany we krwi. Widziała, jak jego smutek przechodzi w gniew. Jak jego nastrój kompletnie się zmieniał. Tylko czy to był moment na te rozmowy? Właśnie teraz?
Poczekaj, daj — rzuciła spokojnie, nachylając się nad pasem, żeby go zapiąć, próbując jakoś przeciągać wszystko w czasie, ale kiedy tylko Madox szarpnął ją za rękę, tak że prawie poleciała na jego klatkę piersiową, uniosła na niego równie ogniste spojrzenie. Bo w niej też to wszystko siedziało. Kumulowało się jeszcze od magazynu. Warczał na nią, wytykał jej pieprzony hipokryta, że z ludźmi Luny nie ma żartów, a ona czuła, jak zaraz jej się uleje.
Żartujesz sobie kurwa ze mnie?! — odpyskowała mu momentalnie, wyszarpując się z jego uścisku. — Powiedział kurwa ten, który kazał nam się nie wychylać — no i się zaczęło… — Możesz mi kurwa powiedzieć, jak jechanie do pierdolonego lasu, nie mówiąc o tym nikomu, nawet nie konsultując tego ze mną, do jebanych gangusów miało się do nie wychylania się? — krzyczała. Już nie potrafiła tego trzymać w środku. Skoro i on wolał przysłonić smutek i żałobę po Sombrze gniewem, ona nie miała zamiaru długo być mu dłużna. A w Pilar akurat siedziało kurewsko dużo emocji. — Chcesz, żebym została wdową DWA DNI PO ŚLUBIE?! — wydarła się na niego. To już nawet nie był po prostu krzyk. Wyrzuciła to z siebie z taką goryczą, że musiał to poczuć nawet na własnej skórze. Aż zadrżała, a jej oczy momentalnie się zaszkliły. Łatwo mu było tam jechać, wiedząc, że ona była bezpieczna u Almy, a co miała powiedzieć Pilar? Co miała sobie myśleć, kiedy rzucił jej tylko pierdolonego smsa nie martw się o mnie i słuch po nim zaginął? Pierdolony egoista. Gdyby ona odwinęła mu taki numer, pewnie by ją zatłukł. Zamartwiał się. Wariował. Ale Madox jak zwykle patrzył na wszystko tylko i wyłącznie przez czubek własnego nosa.
I teraz też przemawiała przez niego wyłącznie zemsta.
Nie myślał trzeźwo.
Nikogo kurwa nie odjebiesz — warknęła na niego, nachylając się w jego kierunku i łapiąc go za żuchwę, żeby patrzył jej prosto w oczy. — A jak już, to masz to wziąć kurwa na chłodno, a nie znowu wykonać jakiś bezmyślny ruch. Widziałeś co mu zrobili, widziałeś co kurwa stało się z twoim klubiem. Myślisz, że kim ty jesteś? Pierdolonym Bogiem? Że ty sam jeden jesteś w stanie po prostu odpierdolić jednego z najgroźniejszych ludzi w całym Toronto? Człowieka, który ma pod sobą całą jebaną armie pająków z pistoletem i zajebiście dobrego cela? — nawijała jak nakręcona. Słowa po prostu wylatywały z niej jak z karabinu, a ona sama napierdała na niego coraz bardziej, do tego stopnia, że już prawie na nim siedziała. Ciało miała całe pospinane w pieprzonej panice. Bo Pilar w przeciwieństwie do niego zawodowo snuła scenariusze i umiała ocenić ryzyko, a to co on miał w głowie, to co chciał zrobić, to jak działał impulsywnie, to jedyne gdzie mogło go zaprowadzić to do grobu. A ona nie miała zamiaru na to pozwolić. — Rozumiesz kurwa, estúpido, że ja nie chce cię stracić? — głos się jej złamał. Nie wiedziała, jak z nim rozmawiać. Jakich argumentów użyć, żeby przemówić mu do rozsądku. Nie raz na własne oczy widziała, jak ludzie pchani zemstą polegali na własnej zabawie. Jak potrafili impulsywnie się w coś wpakować, a potem nie mieli już pola do ucieczki. Jeden strzał. Tyle wystarczyło, żeby go nie było. A ona go potrzebowała. Jak nikogo innego na świecie.

¿Entiendes, joder, estúpido, que no quiero perderte?
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Madox nie płakał, czuł się złamany, czuł się z tym kurewsko źle, wtulał się w Pilar, a serce mu galopowało, oddech grzązł w piersi, ale... nie uronił ani jednej łzy. Bo on lata temu, jeszcze w tej różanej willi w sercu Medellin, gdzie dorastał, gdzie jako dziecko wylał dużo łez, obiecał sobie, że nigdy nie będzie płakał. I mimo wszystko, mimo, że to dotknęło go naprawdę głęboko, nie zamierzał złamać obietnicy, którą kiedyś dał temu młodemu chłopaczkowi, że nie będzie płakał.
Potrzebował chwili żeby się pozbierać, wyprowadzić z tego stanu, w którym wszystkie myśli wracały do tego jednego zdania.
Co ty zrobiłeś.
Do tego, że znowu się obwiniał i do tego, że już nigdy nie zobaczy swojego psa, kiedy cieszył się na ich widok, albo kiedy kładł po sobie uszy bo coś zbroił. Że już nigdy nie ucieknie mu w parku do tej wystrzyżonej pudlicy. Nie obudzi ich liżąc po twarzach, bo ktoś się nad nim zlitował i wpuścił go do ich sypialni.
Dużo rzeczy się zmieni, i z tymi zmianami też musieli się pogodzić.
A potem musieli pożegnać się z Sombrą, na zawsze.
Z ciężkim sercem w końcu ruszyli do samochodu. A wnętrze przypominało im jeszcze o tym, co się stało. Madox nie tylko brudny był w błocie, we krwi, ale też wciąż było od niego czuć to paliwo. I może wystarczyłaby jakaś iskra, żeby jego ciuchu stanęły w płomieniach?
Tak jak oni... Jedno zdanie, które zadziałało jak zapalnik. Które sprawiło, że Pilar zaraz na niego warczała, wyszarpnęła mu się.
Wcale się jej nie dziwił, bo na jej miejscu byłby tak samo wkurwiony. Albo bardziej.
Ulało jej się, widział to w jej oczach, w tym jak zaciskała dłonie w pięści, jakby chciała mu jebnąć, szarpnąć go, a jednocześnie, to był też żal i strach, że mogła go stracić.
Tak kurwa dużo różnych emocji, cały kalejdoskop. Pierdolony rollercoaster uczuć.
- Jakbym to z tobą skonsultował, to byś mi nie pozwoliła - rzucił jak jakieś dziecko, ale zaraz po tym przyszły myśli, że by mu nie pozwoliła i Sombra by żył. A potem kolejne, że jeśli nie postawiłby się Lunie i nie dał mu odpowiedzi, to on by zagroził jej. Bo pierwszy był klub, potem jego pies, a teraz kolej na...
- Nie chcę, żeby Tobie się coś stało, dwa dni kurwa po ślubie ze mną - odparł zaraz na jej słowa. Chociaż to co powiedziała też brzmiało źle... Została wdową.
Mogła zostać, gdyby nie pies, który uratował mu życie, jutro mogłaby jego zwęglone szczątki oglądać na podobnym stole, co Sombrę, w kostnicy.
Widział te jej szklące oczy, to, że po prostu znowu ją zawodził. On na jej miejscu chyba dostałby pierdolca, i może jej nie zatłukł, bo nie podniósłby nigdy na nią ręki, ale... na pewno by się rzucał i miotał, i wydzierał, i reagował podobnie do niej. Albo gorzej.
Tylko teraz był po zupełnie drugiej stronie. Nie myślał trzeźwo. I znowu tylko o sobie, kiedy nawijał jej o tej zemście, a kiedy zacisnęła palce na jego podbródku i zwróciła twarz na nią, to spojrzał w jej piękne, dzikie oczy, w których płonął prawdziwy ogień. Te wszystkie emocje, które w niej siedziały, a teraz wychodziły. A wszystkie były tak gorące, że poczuł je na własnej skórze. Jej kurwa ognisty temperament.
Sięgnął do jej dłoni, zacisnął na niej palce ściągając ją z żuchwy, przesuwając na usta, którymi zaczepił jej opuszki. Słuchał jej. I wiedział, że miała rację, nie był Bogiem.
On w półświatku był nikim, mogli go odjebać w jednej chwili i dzisiaj mu to udowodnili. I to też trzeba było zmienić.
- Nie sam... Z tobą - powiedział w końcu i pociągnął ją do siebie tak, że szarpnął ją nad skrzynią biegów na swoje kolana. Drążek wbił jej się w gdzieś w tyłek, ale Madox zaraz ją na sobie poprawił. Otworzył usta i chciał jej jeszcze coś powiedzieć, może zasłaniać się tym, że razem dadzą sobie radę ze wszystkim. Albo tym, że przecież on zawsze bierze wszystko na chłodno. I o ile w tym pierwszy coś było, że tworzyli naprawdę dobry duet, to to drugie było kompletną bujdą. On nie umiał na chłodno, a kiedy z jej ust padło to rozumiesz, że ja nie chcę cię stracić, a potem głos jej się załamał. To Madox szarpnął ją do siebie, tak, że najpierw jego wargi odnalazły te jej w krótkim, agresywnym pocałunku, kiedy wplatał palce w czarne kosmyki na jej karku. A potem oparł czoło o jej skroń - a ja ciebie, nie mogę cię stracić - ich oddechy mieszały się w jeden, a serca waliły obok siebie dziko. Wytatuowane palce przesunęły się po jej skórze chowając pod cienkim materiałem koszulki - ale oni już wiedzą, że najbardziej by mnie dotknęła strata ciebie, że ty jesteś najważniejsza... Widziałaś ten sms? Słyszałaś ich w porcie? - wiedział, że tak. Zdawała sobie sprawę z tego, że ona była jego słabym punktem. Czasem największą siłą, ale nie w tej nierównej walce z Luną, gdy oni udowodnili mu dzisiaj, że jego życie nie miało dla nich żadnego znaczenia.
Znowu się w nią wtulił.
- Gdyby nie Sombra, to by mnie tam dzisiaj odjebali... - wydusił to w końcu - oni nie cofną się przed niczym, i teraz będą chcieli skrzywdzić ciebie, żeby mnie złamać. Ale mam plan... Tylko musimy to odpowiednio rozegrać - zadarł głowę do góry, żeby na nią spojrzeć, wbić ciemne tęczówki w jej piękne, duże oczy - powiem Lunie, że przyjmuję jego warunki, będę udawał, że... Że klub jest jego, a za dwa tygodnie, kiedy tam wejdzie, to będzie jego koniec - dwa tygodnie na ukartowanie pułapki na Lunę, z jednej strony kurewsko mało, skoro policja nie mogła go osaczyć przez lata, z drugiej... biorąc pod uwagę to jak oni szybko działali. Musiało im to wystarczyć. Nie spuszczał spojrzenia z jej oczu, jakby szukał w nich jakiejś aprobaty dla jego pomysłu, albo kolejnego chyba cię pojebało Madox. Czegokolwiek.

Y te amo, no puedo perderte °❀⋆.ೃ࿔*:・
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Jakbym to z tobą skonsultował, to byś mi nie pozwoliła.
Oczywiście, że nie.
Nie, bo to był p o j e b a n y pomysł. Wyjątkowo zły. Jeden z gorszych. Pilar jako głos rozsądku od razu by mu go wybiła z głowy, przypilnowała, żeby nie stałą mu się krzywda. I pewnie Sombra dalej by żył. Ale nie miała zamiaru mówić tego na głos. Nie była potworem, żeby jeszcze bardziej mu dopierdalać, a przecież widziała na własne oczy, jak bardzo to przeżywał.
Madox może i nie płakał, nie rozklejał się w taki sposób, ale jego oczy zdradzały naprawdę wiele. Pilar nauczyła się już czytać z nich emocje i naprawdę od bardzo dawna nie widziała w nim tak dużego żalu. Chyba ostatni raz przy akcji z Daltonem, kiedy prawie ją stracił. A potem sam ledwo przeżył. Wiecznie balansowali na granicy życia a śmierci, podejmowali skrajne decyzje, jednak ta dzisiejsza bolała jakoś wyjątkowo bardzo.
A w tym wszystkim chcieli dbać o swoje wzajemne bezpieczeństwo. Ona nie chciała, żeby jemu się cokolwiek stało, on jej i tak mogli w kółko kręcić się w jebany limbo bez wyjścia. Robić rzeczy za swoimi plecami, żeby drugie było bezpieczne, ale to wcale nie rozwiązywało sprawy. To tylko podkreślało, jak wielką słabością byli dla siebie nawzajem. Siłą, okej, również, ale przede wszystkim punktem krytycznym. Jebaną piętą Achillesa, która sprawiała, że żadne z nich nie myślało trzeźwo. Bo jak można, kiedy ktoś mierzy z prawdziwego gnata do kogoś, kogo kochasz nas życie? Do jedynej osoby, na której ci zależy i jednym ruchem palca może ci ją odebrać? NIe dało się. To było awykonalne. A przynajmniej tak się jej wydawało na tamten moment w samochodzie.
Dała się pociągnąć na jego kolana, nieco mu w tym pomagając, kiedy skrzynia biegów zaczęła wbijać jej się w tyłek. Toyota nie miała za dużo miejsca przy siedzeniach, więc musiała praktycznie się na nim położyć i obniżyć głowę, żeby móc odpowiednio spojrzeć mu w oczy, kiedy mówił, że nie chciał sam odjebać Luny, a z nią.
Tak jak dzisiaj? — prychnęła pogardliwie. — Dzisiaj też mieliśmy być drużyną i co? I zostawiłeś mnie samą z tą bandą idiotów i nic nie mówiąc gdzie jedziesz, pojechałeś sam — znowu na niego warczała, tylko tym razem jej ciepły oddech tańczył na zarośniętych policzkach, a spojrzenie ciskało gromami ze zdecydowanie bliższej odległości. — Nie możesz sobie kurwa wybierać, kiedy chcesz mnie u swojego boku, a kiedy nie, rozumiesz? Albo tam jestem na stałe i traktujesz mnie równo albo… — albo co? Zajrzała w jego ciemne oczy. Albo się rozstaną? Zostawi go? Nie no kurwa, takiej opcji akurat nie było w menu. — Albo będziemy się tak wiecznie dochodzić i opłakiwać tylko źle podjęte decyzje — wyjaśniła. Tego akurat była pewna — jeśli nie zaczną działać jak jeden organnim, rzeczy znowu zaczną się wypierdalać jedna po drugiej. Albo ona też w końcu będzie robić rzeczy za jego plecami i nie zajdzie to daleko, kiedy każde będzie działać na własną rękę. To już nie był zwykły powrót z Medellin, gdzie rzeczy stały pod jednym, wielkim znakiem zapytania. Oni byli kurwa m a ł ż e ń s t w e m. Złączeni przysięgą, obrączką i kurwa prawie ślubem astralnym (swoją drogą ciekawe co u wróżki karlicy).
Tutaj trzeba było działać wspólnie. Jak tak wspólnie mówili sobie po chwili, że nie chcieli się stracić, a on szarpnął ją bliżej siebie, żeby złożyć na jej ustach pocałunek. Może i krótki, ale jak zwykle stawiający cały jej organizm na baczność. Wywołujący przyjemne mrowienie na długości całego kręgosłupa. Przytrzymała go sobie nieco dłużej za potylicę i drapała skórę, kiedy mówił, że najbardziej by go dotknęła strata jej, że Sombra tak naprawdę ocenił mu życie. Mógł czuć jak palcami jak spięła się na te wieści. Jak wizja utraty jego przeleciała jej przed oczami i przez myśli, a chłodny dreszcz rozprowadził się po całym ciele.
Zajebałabym cię, jakbyś tam dzisiaj zginął — rzuciła prawie szeptem, przykładając czoło do jego skroni i napierając na niego jeszcze mocniej. Bardzo romantyczne wyznanie, Pilar, nie ma co. Ciekawe czy byłoby co zapierdalać, gdyby spłonął tam dzisiaj żywcem. Wypuściła mocno powietrze, podwiewając pojedyncze, wystające spod warkoczyków włosy. Nawet nie chciała o tym myśleć — o tym, jakie by było życie bez niego. Po prostu sobie tego nie wyobrażała. Nie była w stanie, bo od razu zalewała ją obrzydliwa fala paniki, jak wtedy po Daltonie, a nawet i większa. Chociaż kiedy zaczął zdradzać jej swój plan, uczucie paniki ustąpiło kolejnej fali irytacji.
Chyba cię pojebało, Madox — chciał, to miał. Odsunęła nieco głowę, spoglądając w jego ciemne oczy, swoje mrużąc delikatnie i ściągając brwi. — Jak ty niby chcesz to zrobić, co? Co ty myślisz, że tak po prostu przyjdziesz za dwa tygodnie do klubu i go odjebiesz? — rzuciła mu pełne niedowierzania spojrzenie. Dziury. W każdym jego planie były wiecznie dziury, których ona najzwyczajniej w świecie nie potrafiła ignorować. Już myślała do przodu, była przed nim o jakieś dziesięć kroków i każdy jeden scenariusz kończył się dla niego tragicznie. — A co z jego ludźmi? Wsadzisz mu kulkę między oczy, a oni co? Będą ci kurwa klaskać? Myślisz, że ciebie nikt wtedy nie odpierdoli? Co wtedy z całym gangiem? Z wszystkimi, z którymi Luna współpracuje, z którymi handluje tymi ciałami, myślisz, że po ciebie nie przyjdą, że zastopowałeś im dostawy? Dla ciebie wszystko jest zawsze kurwa jednowymiarowe. Chcesz coś i po to idziesz. Ale to nie jest jakiś durny bandyta jak w klubie w Rio. Sam najlepiej wiesz, jak ważny jest Luna. Jak pociąga za kurewsko dużo sznurków. A ty nie jesteś niezniszczalny — babka Carmen i tak każdego dnia miała przy nim kurewsko dużo roboty, biorącp od uwagę jak często pakował się w kłopoty. Nawet największemu szczęściarzowi dobra passa w końcu się kończyła. Teraz uratował go pies, bo się podłożył. A potem co? Następna będzie ona? Jasne, zrobiłaby to, ale chyba nie tego chcieli.
Westchnęła ciężko. Pojebany to był przypadek. Z jednej strony uważała, że nie powinni się wychylać, a już na pewno nie sami, bo to był zbyt niebezpieczne, a z drugiej miała pełną świaodmość, że Luna nie odpuści. Że teraz, kiedy ma Madoxa na celowniku i jego klub, nie przestanie dopóki Noriega się przed nim nie ugnie i nie będzie tańczył za każdym razem tak, jak on mu zagra.

Pojebało cię.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Miała rację. Pilar zawsze miała rację, a Madox i tak wiecznie odpierdalał. Buntował się, a potem przychodził z podkulonym ogonem i z kolejnym Pilar zjebałem, jak dzisiaj. Nie uczył się na błędach, a od niej tego wymagał. Jebany hipokryta.
Patrzył w jej ciemne, piękne oczy, a szybki oddech lądował na jej policzkach i niby wiedział to wszystko co mu mówiła, ale kiedy urwała w tym momencie...
- Albo co? - wypalił od razu. Bo co mu chciała powiedzieć, że go zostawi? Nie pozwoliłby jej.
Ale czy on w ogóle miałby coś do gadania, kiedy by się zawzięła. Pewnie nie. Odruchowo zacisnął palce na jej skórze mocniej. Bo dla niego też taka opcja nie wchodziła w grę, ale co jeśli dla niej tak? Jeśli w którymś momencie on przekroczy jakiś punkt krytyczny, i wtedy Pilar go zostawi?
- Nie wszystkie są złe - znowu przytulił ją do siebie mocniej, bo to przecież był fakt, że te ich złe decyzje szły w równowadze z dobrymi, coś za coś. Pobrali się i teraz zbierali za to żniwa.
I chociaż utrata Sombry może nie była tak ściśle z tym powiązana, bardziej leżała po jego stronie, to jednak Luna zwrócił uwagę na niego tylko dlatego, że zaczął węszyć w sprawie Luciano, a zrobił to... dla niej.
Gdyby oni to pół roku temu się nie zgadali w klubie, nie zatańczyli ze sobą, a on nie obiecałby jej, że sprawdzi dla niej informacje na temat kontenerów Wyatta, wywołując przy okazji sraczkę u jego dyrektora logistycznego, to pewnie nie byliby w tym miejscu, w którym teraz byli.
On by sobie powoli działał w Latynoskim półświatku, nie rzucał się w oczy, a ona prowadziłaby sprawę Galena Wyatta. Może nawet. Kurwa. Zakochała się w nim?
A jednak wtedy oboje podjęli jakieś decyzje, a potem kolejne i kolejne. Codziennie jakieś. A przedwczoraj o tym, że chcą być razem na dobre i złe, do śmierci.
Najlepsza, czy najgorsza decyzja w ich życiu?
Na razie ciężko to było stwierdzić.
Pewne było jedno, że oni w tym całym chaosie, w tych głupich decyzjach, które podejmowali, w tych dobrych też, zawsze na pierwszym miejscu stawiali siebie nawzajem, ich bezpieczeństwo. Z różnym skutkiem, ale jednak.
I oboje o tym wiedzieli, kiedy ich usta połączyły się w zachłannym, krótkim pocałunku, który pieczętował słowa o tym... jakby nie mogli żyć bez siebie.
A kiedy Pilar powiedziała to zajebałabym cię, jakbyś tam dzisiaj zginął, to Madox się uśmiechnął. Nie było mu do śmiechu, ale kurwa... to, że jego żona wyciągnęłaby go z dna piekła po to tylko, żeby go dojechać, za to, że zginął, zawsze wywoływało u niego uśmiech.
- Dobrze, że ty masz specjalną wejściówkę do mnie, tam na dół, to nigdzie się przed tobą nie ukryję - szarpnął się do niej, żeby musnąć wargami jej pełne, gorące usta, krótko zaczepnie. Sięgnął dłonią do jej policzka, odgarniając z niego czarne, niesforne kosmyki, a zaraz dzielił się z nią swoim planem.
Spodziewał się tego, co powiedziała.
A kiedy się od niego odsunęła to kciukiem gładził skórę na jej żuchwie, na policzku, jakby chciał ją uspokoić. Czarne oczy wpatrywały się w te jej, a twarz przybrała całkowitą powagę.
- Tak... - zaczął, ale pozwolił jej, żeby wyrzuciła z siebie te wszystkie wątpliwości. Słuchał jej wpatrując się w jej duże, piękne oczy - Luna też nie jest Bogiem, i ma pewnie tyle samo zwolenników, co przeciwników, tylko wszyscy się go boją, a ja muszę zrobić tak, żeby przestali. Muszę tylko uderzyć do odpowiednich ludzi, do kogoś, kto też chce go sprzątnąć i nawet wiem do kogo - powiedział poważnie - ludzie idą za Luną, bo ma władzę, bo im płaci, ale jak ją podważymy, to zrobi się zamieszanie, a my... No przecież kurwa Pilar najlepiej działamy w chaosie - może jego plan miał dziury. Na pewno je miał, bo Madox nigdy nie umiał zaplanować wszystkiego od A do Z, stworzyć kilku scenariuszy i różnych planów awaryjnych. On rzeczywiście obierał sobie jakiś cel i po niego szedł, nie przebierając w środkach, nie zastanawiając się, biorąc to co podsuwał mu los. Tak jak było z nią, miała być jego. I co? I dopiął swego. Z Luną musiało być tak samo.
- Trzynastka uznaje Lunę, bo się go boją, bo jest nad nimi, ale go nie lubią. Pewnie inne gangi też... A kojarzysz senatora Kane'a, od lat sprzeciwia się Lunie i temu co on robi, ale Kane nie jest święty. Myślę, że... musimy zacząć od niego, a potem po sznurku do pierdolonego kłębka - nabrał więcej powietrza w płuca i wypuścił je gdzieś w jej pierś - tylko ty musisz mnie przypilnować, bo wiesz... Ja to kurwa chcę wszystko już, teraz, od razu - doskonale to wiedziała, bo Madox nigdy nie umiał sobie czegoś stopniować, on zawsze był impulsywny, jak on już podczas wyjazdu do Medellin wyznał jej miłość, od razu, kiedy tylko jego serce szarpnęło się do niej mocniej. I on też znowu się do niej wyrwał, znowu przykładał czoło do jej skroni, a wytatuowane palce sięgnęły jej żuchwy - chociaż nie... Zaczniemy od tego, że przyjmę warunki Luny, żeby dał ci spokój, żeby uśpić jego czujność, powiedział, że jego ludzie w dwa tygodnie uporają się z remontem w Emptiness i wtedy on wejdzie do klubu, a ja mu na to pozwolę. Uśpimy jego czujność... Ale będę musiał wtedy - znowu zaciągnął się powietrzem, wymieszanym z jej znajomym zapachem - być mu posłuszny - a to nie było łatwe, bo Madox nigdy nie był, nikomu. Ale... był też przecież dobrym aktorem, umiał grać. Tak jak dzisiaj w porcie... Obawiał się tylko, że to był wierzchołek pierdolonej góry lodowej. Że następnym razem każą mu robić dużo gorsze rzeczy. Wbił czarne spojrzenie w jej piękne, duże oczy. Te oczy, które wtedy w porcie nie mogły na niego patrzeć. Sięgnął znowu wytatuowanym palcami do jej policzka, przesunął nimi po jej skórze.
- Pilar, ale musisz mi coś obiecać... że nawet jeśli musiałbym zrobić coś... Chujowego, to błagam cię, obiecaj mi, że się od mnie nie odwrócisz - bo tego by nie zniósł. Gdyby jego plan zaważył na ich relacji, gdyby uwierzyła, że on jest zły, bo przecież... tylko ona wiedziała, czuła pod opuszkami to jego dobre serce, które biło tylko dla niej. Zawsze, nawet kiedy podejmował te złe decyzje.

Tienes que prometérmelo °❀⋆.ೃ࿔*:・
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
To prawda — nie wszystkie ich decyzje były złe.
Można je było nazwać ciężkimi, każdą jedną z nich, podjętą spontanicznie, bezmyślnie lub po głębszym przemyśleniu, bo wszystkie ciągnęły za sobą lawinę powikłań… ale nie niektóre nie były złe. Jak to, że pół roku temu przyszła do Emptiness po informację na temat Arthura Seleeya, że usiadła z nim w zacisznej loży, a potem poszła po raz pierwszy na parkiet. Zbliżyła się do niego, kiedy wszystkie lampki świeciły się na czerwono, kazały jej uciekać, nie zagłębiać się w to. A ona to zrobiła. A potem już lawinowo: Medellin, Meksyk i w końcu Rio. Rio, w którym przypieczętowali całą swoją wybujałą ścieżkę, usłaną bólem i wyrzeczeniami, ale też przecież pięknymi chwilami uniesienia, które zakorzeniły się głęboko w sercu. Kochała go jak nikogo innego na tym zasranym świecie i niezależnie od tego, jak źle by nie było, jak wiele łez musiałaby wylać, nie miała zamiaru żałować. Najlepsza decyzja w jej życiu. Co zresztą zaraz pieczętowali pocałunkiem. Wcale nie takim, który miał ich nakręcić i eskalować. Bardziej była to forma przelania emocji, zderzenia ze sobą całego kalejdoskopu uczuć, które aktualnie mieli w sercach i tęsknoty. Troski za siebie nawzajem. Miłości tak mocnej, że gdyby zginął, znalazłaby go, wykopała i zatłukła jeszcze raz za to, że ją zostawił. Widziała ten jego uśmiech. To jak lubił, kiedy mu o tym mówiła. I może na tym powinni zakończyć ten ciężki dzień? Wrócić do domu i po prostu pobyć. Ale nie, oni jak zwykle musieli wdać się w kurewsko ważne rozmowy w najbardziej randomowym, możliwym miejscu. Chociaż na plus był fakt, że nie stali obok śmietnika. Samochód wydawał się nawet wersją premium miejscówek.
Słuchała go uważnie, kiedy zaczął prezentować jej swój plan na obalenie Luny. Co jakiś czas kiwała jedynie głową, kiedy się z nim zgadzała, a zaraz przewracała oczami, kiedy nawijał kompletnie od czapy. Jego plan miał kurewsko dużo dziur, wiele niedopowiedzeń i głupoty. Nawiej wiary w to, że jakoś to będzie, na które Pilar średnio chciała się zgodzić, jednak jedno musiała przyznać — baza wcale nie była taka zła. To żeby znaleźć kogoś, kto równie mocno chciał upadku Luny, zając jego miejsce i to z nim dobić targu. Postawić jasne warunki — pomogą mu obalić Lunę, ale za to dostaną nietykalność. Na papierze brzmiało idealne. Problem pojawiał się z egezkucją i setką scenariuszy, w których coś mogło pójść nie tak. Pozostawało teraz pytanie czy ona chciała sprowadzić go na ziemie i wytknąć wszystko co jest nie tak, czy może w pierwszej kolejności okazać odrobine wsparcia i skupić się na tym, co dobre.
Kane to dobry kierunek — skinęła głową, sama zaskakując się, że przyznała mu rację. — Ale Madox, kurwa, obiecaj mi, że będziesz uważać. Dobrze wiesz, że jeden niewłaściwy ruch i po tobie. Wystarczy, że pogadasz z niewłaściwą osobą, Luna się dowie i będziesz pierwszy do odstrzału. Trzeba wyczuć, czy Kanę w ogóle byłby w stanie udźwignąć taką rebelię. Ludzie często pierwsi są do gania, a jak przychodzi co do czego, to pieniają — ona sama naoglądała się tego setki razy w pracy. Nawet po stronie psiarni, gdzie trzeba było wykazać się inicjatywą, zacisnąć zęby i obejść system — wtedy dopiero wychodziło, jak wiele psów było zwykłymi pizdami i finalnie nie potrafili się sprzeciwić. Była przekonana, że w półświatku było podobnie. Każdy z nich tak naprawdę najbardziej dbał o własną dupę. Było kilku odważnych, ale ci odważni też często jako pierwsi kończyli w piachu.
Przewróciła oczami na jego kolejne słowa.
Jak ja mam cię kurwa pilnować, jak ty i tak robisz to co chcesz? — uniosła się, odchylając nieco od niego i zaglądając w piękne, ciemne, czekoladowe oczy, a jej dłoń przesunęła się po jego klatce piersiowej, zatrzymując na szyi. Zacisnęła mocniej palce, przyciskając go do fotela. — Nie s ł u c h a s z się — wycedziła przez zęby, osadzając ciepły oddech na jego policzkach. — Nawet byłeś na tyle durny, żeby nie wziąć ze sobą telefonu, jak pojechałeś to tego jebanego lasu. Nie miałabym cię nawet jak namierzyć. Pomyślałeś co by było, gdybyś nie miał tego zapasowego? — oczywiście, że nie pomyślał. Bo Madox nigdy nie myślał. On pierwsze działał, a dopiero potem walczył ze skutkami własnych decyzji. Szył z tego, co miał. I okej, w tym przypadku coś tam mu się udało z działać, ale to durne szczęście też kiedy mu się wyczerpie. Musiał mieć nieco więcej pomyślunku, jeśli faktycznie chciał pakować się po kolana w mafijnym bagnie. Nauczyć nieco pierwsze analizować, a potem podejmować decyzje. Tylko czy on w ogóle był skory do nauki? Chwilami wątpiła. A jednak gdy mówił, że przyjmie propozycję Luny, opowiadał o tym, co za dwa tygodnie… no był jakiś zalążek nadziei.
Wiem — skinęła głową, kiedy powiedział, że wtedy będzie musiał być mu posłuszny. Wiedziała. Naprawdę to wiedziała. A jednak wizja tego, do czego prawdopodobnie będzie zmuszany gryzła ją gdzieś pod skórą. Już dzisiaj, kiedy rył chłopakowi X nożem na poliku ledwo mogła na to patrzeć. Skręcało ją w środku, kwestionowała cały s∑ój kręgosłup moralny, to że nie po to poszła do policji, żeby teraz nie reagować na tego typu zachowania. Z drugiej strony doskonale wiedziała, na co się pisała, wiążąc się z nim. Wiedziała, że nie był kurwa sprzedawcą w warzywniaku czy cukiernikiem, z którym życie byłoby po prostu proste. Przyjęła go ze wszystkimi wadami i musiała też przyjąć to, do czego zmuszał go półświatek, aby pozostać w odpowiednich kręgach.
Przymknęła na moment oczy, gdy musnął palcami jej policzek. Automatycznie wtuliła się w jego ciepłą dłoń, dociskając gładką skórę do jego szorstkiej tekstury. Serce biło jej mocno. Zreszta jak zawsze, kiedy miała go blisko. Kiedy czuła na sobie jego dotyk i bliskość. Wtedy wierzyła, że wszystko by dla niego zniosła.
Myślisz, że karzą ci kogoś zabić? — spytała prosto z mostu, chociaż przecież znała odpowiedź. Z takimi zwyrolami wszystko było możliwe. Dla nich pociągnięcie za spust to była bułka z masłem. Nigdy nie dbali o ludzkie życie, nie rozumieli jak wiele zabierali, a jeśli Madox chciał być jednym z nich, chciał zdobyć ich zaufanie, pewnie będzie musiał udowodnić swoją wartość. — Chce o wszystkim wiedzieć — powiedziała po chwili, zaglądając mu głęboko w oczy. Jej głos był stanowczy i zdecydowany. — Zero sekretów, Madox — przysunęła się bliżej, zaciskając mocniej palce na materiale jego koszulki. — To mój jedyny warunek — nie było nic gorszego niż wieczne niedomówienia, z którymi ciągle musieli stawiać czoła. To że chciał ją chronić i czegoś jej nie mówił. Koniec z tym. Jeśli chciał, żeby nagięła wszystko w co wierzyła, ona potrzebowała czegoś w zamian. A nie było większej i lepszej waluty na tą wymianę niż bezwarunkowa szczerość. — Wtedy masz moje słowo, że nigdy się od ciebie nie odwrócę — dodała ze śmiertelnie poważną miną. Składała mu jawną obietnice, że niezależnie od tego, co by się nie działo, jak bardzo by nie odjebał, tak długo, jak był z nią szczery, ona będzie stała u jego boku.

sin secretos.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Port of Scarborough”