ODPOWIEDZ
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Dni w Toronto były okropnie nudne i monotonne. Henderson wstawał każdego ranka o tej samej godzinie – punkt szósta. I nawet budzik nie był mu do tego potrzebny. Ktoś powiedziałby, że wcześnie, biorąc pod uwagę, że na służbie musiał być dopiero na godzinę dziesiątą. Możliwe, jednak Jesse nie potrafił inaczej. On sam powiedziałby nawet, że trochę się rozleniwił. Przed powrotem do rodziny, na nogach był już kwadrans po piątej i rozpoczynał swój trening – szybkie pięć kilometrów na rozgrzewkę, a później siłownia. Po porządnym zmęczeniu organizmu, mógł iść się ogarnąć i dopiero po gorącym prysznicu rozpoczynał na dobre dzień.
Teraz wyglądało to z lekka inaczej. Wstawał, później sprawdzał czy syn jeszcze spał. Jeżeli ten mały szatan otworzył już oczy, to na barki Hendersona spadało jego ogarnięcie. Na szczęście, dzieciak bardziej od najnowszych odcinków Psiego Patrolu uwielbiał spać, więc zazwyczaj Jesse miał jeszcze chwile dla siebie. Kawa. Szybka przebieżka, o ile oczywiście noga na to pozwoliła – jak nie, to chociaż spacer w szybszym tempie. Śniadanie i druga kawa. Potem ogarnięcie młodego do przedszkola, a następnie siebie. Wycieczka najpierw do przedszkola, później do jednostki. Po służbie znowu do przedszkola, do domu na obiad. Chwila z dzieckiem, by później udać się na rehabilitację. I tak dzień w dzień. Czasami jeszcze wciskał gdzieś terapię, o ile czuł się na siłach. Nie męczyła go rutyna. Męczyła go ta rutyna. Nic jednak nie mówił, nie skarżył się, akceptując poniekąd takie życie, a raczej fakt, że sam do tego doprowadził. Gdyby był mniej brawurowy, może nie doszłoby do wypadku, przez którego wynik musieli go ściągnąć i przez który dalej był w małżeństwie. Gdyby nie próbował ratować związku i nie zdecydował się na dziecko, teraz nic by go z Sage nie trzymało. Gdyby bardziej się starał, może Iris nie zostawiłaby go wtedy z dnia na dzień bez słowa i uwzględniła go w swoich planach – może teraz byłoby między nimi coś więcej niż zwykłe „koleżeńskie” relacje.
Widywali się co jakiś czas w szpitalu, gdzie Jesse odbywał rehabilitację. Czasem zagadał Henderson, czasami przyjemność ta przypadała dziewczynie – i rozmawiali tak, jakby znali się jedynie z widzenia. O pogodzie, o szpitalu, o głupich dojazdach czy kanadyjskich zwyczajach, do których żołnierz jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić. Dla Jesse’a było to nietypowe, czasami może mniej komfortowe, jednak powoli oswajał się z myślą, że to, co między nimi było już dawno się skończyło i tak poprawnie powinny ich stosunki wyglądać, jeżeli jakiekolwiek chciał z nią mieć. A chciał i nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo. Zauważył, że pewne obiekcje jednak, co do tego ma w momentach, w których ukradkiem widywał ją w towarzystwie jednego, cały czas tego samego faceta. Nie chciał nazywać tego zazdrością, jednak coś na to podobieństwo budziło się w nim widząc jak sobie z nim żartuje, śmieje się czy po prostu rozmawia – tak jak niegdyś z nim. Próbował te uczucia ignorować, chociaż łatwo nie było i miał nadzieję, że nie było tego po nim aż tak widać. Nie miał w końcu podświadomie, aby jakieś wyrzuty jej z tego powodu robić, a że jemu głowa i serce plątały takie figle już nie powinno być problemem Iris.
W dni, w które miał terapię, na rehabilitację umawiał się na późniejszą godzinę, żeby na spokojnie dostrzec z punktu A do punktu B, co w godzinach szczytu takie łatwe nie było czasami. Szczególnie, gdy pogoda nie dopisywała – wówczas ludzie zapominali jak się jeździ, co widać było na drogach tego dnia. Spoźnił się chwilę do rehabilitanta, jednak na nic to nie wpłynęło, gdyż od rana było lekkie przesunięcie. Odbębnił swoje, wykonując polecenia i słuchając zaleceń, które miały przywrócić go do pełnej sprawności. Na razie nie wiedział, czy faktycznie jest poprawa czy sam ja sobie wmawia, ale fakt był taki, że odrobinę mniej bolała go noga po bieganiu, czasami nawet wcale. Podziękował uprzejmie lekarzowi po ponad godzinie ćwiczeń i ruszył w stronę parkingu, by wrócić do domu. Było ciemno, deszczowo i ogólnie nieprzyjemnie. Po prostu idealny dzień do spędzenia w domu.
Wyszedł z budynku szpitala i już miał ruszać w kierunku parkingu, kiedy to dostrzegł na przystanku Iris. Skupiona była na tabeli odjazdów, z której ewidentnie próbowała coś wyczytać. I Jesse powinien ten fakt kompletnie zignorować, uznać, że jej nie widział i wrócić do domu. Do żony i syna.
Wrócił więc do auta, usiadł za kierownicą i odpalił. Wyjechał z parkingu, jednak zamiast skręcić w swoją ulicę, podjechał pod przystanek, zatrzymując się tuż z lekka przemoczonej pielęgniarce. Otworzył okno i wychylił się lekko, aby go dostrzegła. — Wsiadaj — rzucił. Widząc jej zawahanie, dodał jeszcze: Zanim ten autobus przyjedzie to zdążysz tu cała przemoknąć. — Może i było lato, jednak deszcz i rwący wiatr przypominały raczej jesienne klimaty. — Jak się rozchorujesz to ciężko ci będzie pomagać innym.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Coraz bardziej przyzwyczajała się do myśli, że Jesse Henderson, którego miała nigdy więcej nie spotkać – nie dosyć, że mieszkał w Toronto to jeszcze pojawiał się na rehabilitacji w szpitalu, w którym pracowała. Wpadali na siebie, oczywiście… mniej lub bardziej przypadkowo. Czasami on ją odwiedzał na izbie przyjęć, czasami ona czekała na niego pod gabinetem na oddziale rehabilitacyjnym. Czasami po prostu spotykali się gdzieś w biegu na korytarzu. Przyzwyczajała się do tej myśli, ale ciągle nie potrafiła powiedzieć jak się z nią tak naprawdę czuła. Po powrocie do Kanady mocno to wszystko odchorowała… leżąc w szpitalu miała mnóstwo czasu na przemyślenie swojego zachowania i ich relacji, ale wtedy próbowała to racjonalizować, że dobrze zrobiła. Postąpiła słusznie. A teraz im częściej na niego wpadała tym bardziej docierało do niej, że nie… wcale nie. Poddała się. Tylko mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy miała myśl, której uparcie się trzymała – nie była rozbijaczką rodzin.
To nie był szczególnie udany dzień. Zaczął się ciężko i wszystko wskazywało na to, że kończyć miał się jeszcze gorzej. Gdy przez wyjściem ze szpitala zdała sobie sprawę, że czeka ją bliskie spotkanie ze ścianą deszczu… tylko przeklęła pod nosem. Że też akurat dzisiaj! Westchnęła i podbiegła na przystanek, żeby zorientować się, czy to w ogóle jest opcja, żeby wrócić do domu. Po nie oszukujmy się – Iris Valentine już bardzo dawno nie jeździła autobusami i to nie było jej naturalne środowisko.
Więc, gdy na przystanku zatrzymało się auto, a po chwili zobaczyła twarz Hendersona – rozpromieniła się. Naprawdę ucieszyła się, że go widziała i czy to było w tym momencie trochę interesowne? Zapewnie! Zawahała się tylko przez ułamek sekundy, ale to nie dlatego, że nie chciała… a może bardziej, że nie wypadało? To będzie pierwszy raz, gdy tak naprawdę będą sam na sam i to na tak małej przestrzeni. Ale pieprzyć to. Szarpnęła za klamkę po stronie pasażera i po chwili zapadła się w wygodny fotel i doceniając, że nie pada jej już na głowę i może zdjąć kaptur bluzy.
- Powiedziałabym, że choroba mi nie grozi, że mam fantastyczną odporność, ale oboje dobrze wiemy, że to nie prawda. – był tego świadkiem, gdy łapała infekcje znacznie częściej niż powinna i chociaż był to objaw, który po prostu uparcie ignorowała – to mogła to teraz zrzucić na kiepską odporność. To powinno mu wystarczyć – Trzeba mieć pecha, żeby odstawić auto do naprawy akurat w taką pogodę… na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że jak je tam odwiozłam przed zmianą to była bardzo ładna pogoda! – i skąd miała wiedzieć, że wieczorem pogoda tak brzydko sobie z niej zakpi – Mieszkam na East End, Greektown. Wiesz, gdzie to? Będzie ci w ogóle po drodze? Nie chciałabym robić kłopotu… bo jeśli się spieszysz to naprawdę mogę poczekać. Albo jednak zamówić ubera. – spojrzała na niego uważnie, starając się wypisać jak najwięcej z wyrazu jego twarzy. Nie chciała psuć mu planów na wieczór – tym bardziej, że w taką pogodę ruch na drodze był jeszcze większy i przebić się przez miasto wcale nie będzie tak łatwo – Byłeś na rehabilitacji? – a gdzie indziej? Na boga, Valentine… co innego miałby robić pod szpitalem? Czekać na ciebie? Głupie pytania chyba jednak były jej specjalnością.



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Iris chwyciła za klamkę i weszła do środka. Jesse zerkał na jej zmarznięty profil, rozumiejąc, że dobrze postąpił zatrzymując się przy niej i po prostu nie umiałby nawet inaczej postąpić. Doskonale pamiętał, jak w trakcie misji często jej się zdarzało chodzić przeziębioną czy też zwyczajnie osłabioną. Jesse zawsze obwiniał za to jej duże zaangażowanie w pracę oraz niewielkie w swoje własne zdrowie – to on często przypominał jej o pełnowartościowych posiłkach, odpowiednich godzinach snu i zdrowej relacji ze służbą. Oczywiście, on sam się tego nie trzymał aż tak, jednak – jak powszechnie wiadomo – łatwiej było wskazywać i pomagać komuś niż sobie.

Henderson miał wrażenie, że Iris była zdecydowanie szczuplejsza niż wtedy, gdy widywali się jeszcze na co dzień w Iraku. Dodatkowo, straciła nieco koloru – mógł o to obwiniać brak tak mocnego słońca, jednak podejrzewał, że coś jeszcze mogło być na rzeczy. Stąd też miał wrażenie, że jej świetna odporność po prostu nie istniała. Mógłby się założyć, że gdyby nie zatrzymał się i skazał tym samym brunetkę na stanie w deszczu, to przy następnej wizycie widziałby ją z chusteczką przy nosie i ewidentną gorączką. — Czyli nic się nie zmieniło? — zapytał, chociaż wiedział, że zmieniło się wiele. Oni się zmienili. Byli starsi, bardziej doświadczeni, z przeżyciami, o których wzajemnie nawet nie wiedzieli. Dziwne, bo był taki czas, że wszystkim się ze sobą dzielili – a przynajmniej Henderson. Nie było myśli, z którą by się z nią nie podzielił. Nie zastanawiał się jakich słów używać, bo zawsze te przychodziły same. Odpowiednie czy też nie - wiedział, że nie musiał się nad tym głowić. A teraz? O ile nie targały nim emocje, jak przy pierwszym spotkaniu, to ważył każde słowo. W końcu to już nie była jego Iris. Chociaż czasami w myślach, głębokich i takich, które zazwyczaj nie miały szansy ujrzeć światła dziennego, zapominał o tym.

Gdy Valnetine zapięła pasy, wyjechał z powrotem na główną ulicę. Mniej więcej orientował się, gdzie to było, jednak liczył, że bliżej celu wspomoże go wskazówkami. — Najwyżej trochę mnie ponawigujesz. Mam nadzieję, że odróżniasz prawą stronę od lewej — rzucił trochę żartobliwie. — Iris, gdzie ja się mogę śpieszyć po dwudziestej w środku tygodnia? — zapytał. Prędko jednak uświadomił sobie, że było miejsce, gdzie powinien: dom. Jemu jednak się tam aż tak nie śpieszyło, wiedząc, co go może czekać po przekroczeniu progu drzwi. Pretensje, nieznośna cisza albo puste cztery ściany. Nie mogło więc nikogo dziwić, że nie ciągnęło go tam. Zresztą, nawet, gdyby się gdziekolwiek śpieszył, to nie odmówiłby takiej przysługi. Szczerze, nawet, gdyby nie padało, a pogoda byłaby idealna na spacer – i tak by jej to zaproponował. Teraz było między nimi inaczej, ale chociażby z uwagi na to, co było kiedyś.

Zatrzymał się na pierwsze czerwone światła. Zadała pytanie dość oczywiste, jednak Jesse w oczywisty sposób nie odpowiedział. — Czekałem aż poprosisz o podwózkę — powiedział uśmiechając się lekko, cały czas wpatrując się w sygnalizator. Widząc jednak, że do zmiany światła jeszcze trochę pozostało, przeniósł swoje spojrzenie na Iris. Zmarzła. Henderson bezsłownie podniósł nieco temperaturę klimatyzacji. — Tak, byłem na rehabilitacji — powiedział w końcu. — Matko, jak to brzmi — dodał od razu, jakby też trochę do siebie. — Zawsze wiedziałem, że te misje mogą się różnie skończyć, ale zakładałem zazwyczaj, że albo wyjdę z nich cały albo w ogóle — mówił, wracając spojrzeniem na jezdnie. Zielone światło. Puścił hamulec i ruszyli dalej. — W najgorszych scenariuszach nie przypuszczałem, że będę musiał parę razy w tygodniu przyjeżdżać do szpitala, żeby kiedyś może jeszcze biegać jak kiedyś — powiedział. — Znaczy, wiem, że z racji wieku maratonu bez zadyszki już nie przebiegnę, ale sama wiesz, o co mi chodzi. — Mówiąc ostatnie zdanie, skierował swoje spojrzenie w jej kierunku na chwilę. — A ty pod szpitalem, co, czekałaś na mnie? — zażartował krótko.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy nic się nie zmieniło? Spojrzała na niego wymownie, a kącik ust drgnął jej w rozbawieniu, chociaż właściwie to ani trochę nie był powód do śmiechu. Ale zmieniło się wszystko – absolutnie wszystko. Byli w innym miejscu i byli innymi ludźmi… minęło sporo czasu, wydarzyło się jeszcze więcej i chociaż wzajemne towarzystwo nadal wydawało się być tak samo naturalne to gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl, że to nigdy nie było odpowiednie i teraz nie powinno powielać tych samych błędów. Bo przecież to był błąd, prawda? Wdanie się w romans ze starszym, żonatym mężczyzną było książkowym przykładem błędu, który może popełnić dziewczyna taka jak Valentine. Może gdyby jeszcze faktycznie odszedł od żony tak jak wtedy mówił, może wtedy dałoby się to jakoś wytłumaczyć, ale teraz? Nie miała dla siebie żadnej wymówki.
No dobrze, może jedna rzecz się nie zmieniła… nie powinna wsiadać do jego auta i dać się odwieźć do domu, a tak naprawdę poświęciła temu zaledwie ułamek sekundy zawahania. I zadawała pytania, które tylko wywoływały burzę w jej głowie. Bo nie kryła swojego zaskoczenia… jak to, gdzie mógł się spieszyć po dwudziestej w środku tygodnia?
- Do domu? Na kolację z żoną? Przeczytać dziecku bajkę na dobranoc? – podrzuciła mu najbardziej oczywiste z oczywistych rozwiązań, które mogły mu umknąć, a które chyba były czymś normalnym w prawidłowo funkcjonującym małżeństwie. Robiła właśnie rachunek sumienia i wydawało jej się, że wszyscy ludzie, których znała, a którzy mieli rodziny – tak właśnie działali. Wychodzili z pracy biegiem, żeby jak najwięcej czasu móc spędzić z rodziną. Oczywiście, że to ją zainteresowało i oczywiście, że kusiło pociągnąć temat, zadać dodatkowe pytania, pociągnąć go za język… tylko to nie była jej sprawa. Dała sobie mentalnie po łapskach i powstrzymała się. Skoro chciał się spóźnić na kolację z żoną, bo podwoził ją do domu – to nie była jej sprawa. Obiecała sobie po prostu, żeby tego w żadnym stopniu nie przeciągać, nie wpadać na dalsze głupie pomysły.
- Nie poprosiłam… sam się zaoferowałeś. – przypomniała, a kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu – Więc musisz czekać na następną okazję. Może kiedyś ci się uda. – dodała pół żartem, pół serio i uśmiechając się do niego trochę pewniej, trochę spychając w tył świadomości wątpliwości dotyczące jego małżeństwa. Skupiła się na tu i teraz, a przede wszystkim na nim. Dlatego nie przestała się uśmiechać, gdy dramatyzował, że skończył służbę spędzając trzy wieczory w tygodniu na rehabilitacji. Zdaniem Valentine? Wcale nie było tak źle! – Jeśli jesteśmy w momencie, w którym nie wyszedłeś z nich cało… – z tych wszystkich misji, w których brał udział – To zdecydowanie wolę, że skończyłeś na rehabilitacji niż w drewnianym pudełku przykrytym kawałkiem poliestrowej szmaty w odpowiednich kolorach, która miałaby dodawać temu powagi. – i szacunku żołnierzowi, który oddał życie na służbie. Gówno prawda. Im więcej czasu minęło od jej odejścia z wojska – tym więcej takich bredni do niej docierało. Oczywiście, że gdyby dzisiaj zaproponowało jej powrót – nie zastanawiałaby się, ale pojechałaby tam z zupełnie innych powodów niż chęć służby – I nie jestem pewna, czy ktokolwiek w jakimkolwiek wieku przebiegnie maraton bez zadyszki, więc wiesz… trochę więcej wyrozumiałości dla siebie. Zresztą ta rehabilitacja chyba idzie całkiem nieźle, co? Gdy cię pierwszy raz zobaczyłam na korytarzu nie powiedziałabym, że coś jest nie tak. Co mówią lekarze? Będziesz biegał? Może wreszcie udałoby mi się z tobą wygrać na tych pięciu, dziesięciu kilometrach? – właściwie nie było to wcale takie pewne, bo chociaż już wróciła do regularnej aktywności i naprawdę odzyskiwała dawną formę – chociaż daleko jej było jeszcze do tej najlepiej, którą miała na początku swojej misji, czyli właściwie wtedy, gdy poznała Hendersona – to jednak organizm czasami zawodził, albo raczej dawał jej wyraźnie do zrozumienia, że przesadzała. Także nawet kontuzjowany mógłby wygrać z jej brakiem kondycji! – I Henderson… proszę cię. Gdybym chciała na ciebie czekać, czekałabym na korytarzu pod rehabilitacja. – tak jak robiła to wielokrotnie – Dzisiaj postanowiłam grać damę w opałach. Jak widać skutecznie. – dodała żartobliwie i wyszczerzyła kły w szerokim uśmiechu – Opowiesz mi co się stało? Ze skończyłeś na rehabilitacji? Jak do tego wszystkiego doszło? – wcześniej nie miała odwagi zapytać, ale skoro teraz i tak czekało ich ładne czterdzieści minut stania w korkach, żeby przejechać na drugą stronę miasta? Mogli chociaż spróbować porozmawiać. A ona wbiła uważne spojrzenie w profil mężczyzny za kierownicą.



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To, że nie rozwiodłem się z żoną, nie znaczy, że powody, które wtedy mnie do tego skłaniały, minęły — powiedział krótko. Powątpiewał, że Iris chciała słuchać o jego problemach w małżeństwie. Wystarczająco dużo czasu na to poświęcili w trakcie misji - niejeden wieczór spędzili tylko na analizowaniu ich sytuacji oraz decydowaniu czy to na pewno najlepsza z opcji. Zdaniem Jesse’a – tak, od początku innej nie było, jednak Iris zdarzało się sugerować inne próby rozwiązania ich konfliktów. Za daleko jednak w tym małżeńskim sporze zabrnęli, żeby w ogóle próbować to jeszcze ratować. Świadczyć o tym mógł chociażby fakt, że Henderson omawiał te sprawy z kobietą, na którą już wtedy nie patrz jedynie jak na koleżankę. —A młody miał być dzisiaj u dziadków albo ciotki — dodał, ażeby za aż tak złego ojca go nie miała. Wiedział, co się z jego dzieckiem działo. Zazwyczaj. Na swoją obronę miał to, że trudno było za takim brzdącem nadążyć czasami!
Kiedyś nie rozumiał, gdy starzy, misyjni wyjadacze mówili, że woleliby zginąć na froncie niż wracać po tym wszystkim do domu. Jesse uważał, że najlepszą opcją zawsze był powrót - nieważne w jakim stanie. Były to jednak myśli młodego podporucznika, który nic o życiu jeszcze nie wiedział. Nie rozumiał wtedy jeszcze, jak znacząca dla jego psychiki może być strata kompanów. Poczucie winy, która ciągnęła się za nim, że jemu udało się ujść z życiem, a im nie była nie do zniesienia.
Na polu walki stracił wielu i każdego byłby w stanie wymienić z imienia i nazwiska. Pamiętał dokładnie każdą sytuację, każdy błąd, który doprowadził do ich porażki – dość często był to temat jego terapii. Miał jednak wrażenie, że żadna z tych tragedii nie wpłynęła na niego tak, jak ta ostatnia – po której został zrotowany z Iraku, bo to w tej z życiem pożegnał się jego długoletni przyjaciel. Ciężko mu było o tym mówić. Pamiętał jego krzyki bólu i błaganie o pomoc, które nie nadeszło w odpowiednim czasie. Czuł, że miał na sobie jego krew przez to, że nie był w stanie zrobić nic więcej niż być przy nim do jego ostatnich chwil. Gdy tamtą noc wracała w jego myślach, zdecydowanie bardziej wolałby skończyć w drewnianym pudełku niż na rehabilitacji.
Aha! A może wolisz, że skończyłem rehabilitacji tylko dlatego, bo w końcu będziesz możesz mieć realną szansę pokonania mnie w wyścigu — rzucił prędko, jakby połączył nagle wszystkie kropki. — Moja droga, nawet z takimi problemami z nogą i tak pokonałbym Cię bez problemu. Powiedz tylko kiedy. — powiedział pewnie, chociaż szczerze taki pewny nie był. Czasem zdarzało mu się zabierać Iris na swoje treningi, bo po prostu lubił spędzać z nią czas. Była między nimi dość spora różnica w sprawności fizycznej, jednak wynikało to głównie z faktu, iż stanowisko i stawiane zadania wymagały od Hendersona ponadprzeciętnych zdolności. Często więc dopasowywał swoje ćwiczenia do niej, tak samo jak tempo biegu – chyba, że się ścigali, wówczas nie było zmiłuj. — Lekarze jak to oni – każą mi się nie nastawiać — powiedział szczerze. — Dyskomfort może zostać ze mną na zawsze, ale chociaż będzie do zniesienia — dodał, używając tych samych słów, co specjaliści. — Może, gdyby nie spaprali mi nogi jeszcze w Iraku w pierwszym momencie, to teraz inaczej by to wyglądało — powiedział. Nie miał jednak żadnego żalu względem tamtejszych lekarzy. Robili, co mogli. Hendersonowi groziła amputacja, więc fakt, że jedynie tak to się skończyło i tak było cudem.
Na jej komentarz o damie w opałach, zaśmiał się krótko. — I ja się na te damę dałem nabrać — pokręcił głową, krótko zerkając w jej stronę. Uśmiechała się. Na ten uśmiech chyba trochę cieplej na sercu mu się zrobiło. Lubił ją taką widzieć: szczęśliwą, radosną. Taką jak wtedy. — Zawszedo ciebie do takich miałem słabość — zażartował. Nie miał. Nie kręciło go bycie czymś rycerzem na białym koniu, a już w szczególności wobec Iris. Wiedział, że ona kogoś takiego nie potrzebowała. To mu się w owi właśnie podobało. Znaczy, wtedy podobało. Czas przeszły – czasami musiał sobie przypominać.
To dość długa i nieprzyjemna historia — powiedział krótko. Nie lubił do niej wracać. Dostrzegł jednak jej zaciekawienie i wręcz poczuł potrzebę uchylenia jej chociaż rąbka tego, z czego robił taką tajemnicę. Westchnął, zatrzymując się w kolejnym korku. Przeklęte drogi Toronto. — Byliśmy z chłopakami na misji w mieście. Mieliśmy sprawdzić jakiś budynek. Wszystko wydawało się być w porządku — zaczął dość swobodnie. — I w sumie to już mieliśmy się zbierać, jednak zaskoczyli nas nagłym atakiem. Sprytnie, bo postanowili zburzyć budynek zamiast marnować na nas amunicję — westchnął ciężko. — Runęła na mnie jedna ze ścian, więc i tak dobrze jak to wszyscy mówią, że jedynie noga ucierpiała tak poważniebo nie wszyscy tyle „szczęścia” mieli.Nie wiem, co zrobiliśmy wtedy źle. Naprawdę, często szukam błędów w naszych przygotowaniach do tej misji, ale nie wiem. Wszystko było zaplanowane i dograne — mówił, jakby chciał się przed nią jeszcze usprawiedliwić. — Cieszę się, że zjechałaś przed tym — dodał po chwili ciszy ze swojej strony.


Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Serce zabiło jej mocniej. Nie chciała tego, to była automatyczna reakcja jej organizmu i całe szczęście, że nie był w stanie tego odnotować. Mogła wyglądać na niewzruszoną, chociaż jego słowa tak naprawdę bardzo ją poruszyły. Bardzo. Powody, dla których chciał się rozwieść wcale nie minęły… tylko dlaczego tego nie zrobił? Przez to, co mu się stało? Wiedział, że potrzebował pomocy? Ona chciała mu pomóc? Chodziło o dziecko? Domyślała się, że biorąc pod uwagę jak wiele czasu spędził na misji – kontakt z dzieckiem nie należał do najłatwiejszych. Chcieli mu dać rodzinę? A może jego żona zagroziła, że utrudni mu kontakt z synem? W głowie Valentine pojawiło się tysiąc myśli na sekundę i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że w wiele z nich demonizowało żonę Hendersona, co było niesprawiedliwe. Właściwie jej nie znała, całą swoją wiedzę czerpała z jego opowieści… to nie było sprawiedliwe. Zganiła się za to w myślach, chociaż jednocześnie wiedziała, że nie będzie łatwo z tego zrezygnować. Tak jakby… czuła konkurencję, co samo w sobie było abstrakcyjne. Bo to ona była zaledwie młodszą kochanką. Nic nie znaczyła. Nawet jeśli nie była to prawda to i tak powinna się trzymać tej myśli… tak było łatwiej nie spieprzyć tego ponownie.
- Zaskakująca pewność siebie jak na kogoś w trakcie rehabilitacji, ale wykorzystam to… coś wymyślę. Sprawdzę grafik i się odezwę. Będziemy się ścigać, Henderson. – rzuciła przekornie i całkiem pewnie. Czy to był dobry pomysł? Oczywiście, że nie i to z kilku powodów – żadne z nich nie było w swojej szczytowej formie, a poza tym to trochę łapało się pod pieprzenie sprawy na nowo. Powinna trzymać dystans, a nie sprawdzać szpitalny grafik kiedy będzie mogła się z nim spotkać… po pracy i wcale nie przypadkiem jak dzisiaj. Gdy zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła, miała ochotę zapaść się pod ziemię, ale było już za późno. Powiedziała. No i nie było sensu się oszukiwać… jakaś cząstka Valentine naprawdę chciała się z nim spotkać. Po pracy. Nieprzypadkowo. Głupia.
- Kompleks bohatera, no tak… – uśmiechnęła się pod nosem, bo wiedziała, że taki nie był. Znała go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że nie był tym typem, który zawsze szukał damy w opałach. Pozwalał jej się wykazać. Stawiał przed nią wyzwania. I dlatego to ją wtedy tak kręciło… nie czuła się jak księżniczka, którą nigdy nie było. Mimo różnicy wieku, mimo stopnia wojskowego i całej reszty – czuła się z nim jak równa z równym. I cholernie to doceniała. Ale to też był trochę powód dlaczego uciekła… dlaczego nie chciała, żeby dowiedział się jak słaba była. Nie chciała, żeby musiał się o nią martwić i zastanawiać, co się dzieje, gdy on został w Iraku. Nie na tym wtedy powinien się skupiać.
Chociażby po to, żeby móc dawać z siebie sto procent w pracy. Nawet jeśli czasami to nie wystarczyło. Ściągnęła mocniej brwi przyglądając mu się uważnie, gdy opowiadał o swoim wypadku, a raczej masakrze, w której brał udział. Wiedziała jak trudne to dla niego musiało być, pamiętała przecież ten pierwszy dzień, gdy się poznali… jego ludzie interesowali go dużo bardziej niż on sam, więc mogła się tylko domyślać jak czuł się teraz.
- Nic nie zrobiliście źle, Jesse. – szepnęła i niewiele myśląc sięgnęła do jego dłoni na skrzyni biegów, na ułamek sekundy przykryła ją swoją i uparcie wpatrywała się w jego profil. Dopiero, gdy odwrócił głowę w jej stronę na tą krótką chwilę – zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła i zabrała dłoń – Czasami nie ma winnego. Czasami po prostu ta druga strona ma więcej szczęścia. Przykro mi, że tak się to wszystko zakończyło. Masz szansę jeszcze wrócić? Po rehabilitacji, gdy… – zaczęła, ale zorientowała się, że popełniała błąd. Przez jej twarz przemknął wyraźny grymać Jeśli noga wróci do pełnej sprawności… chciałbyś tam jeszcze polecieć? – ona by chciała, ale wiedziała, że te drzwi były dla niej zamknięte na cztery spusty. Nie miała szans – I dlaczego przenieśliście się do Toronto? - ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale i tak chciała wiedzieć.


Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Mówienie o całym zdarzeniu nie było dla niego łatwe. Terapeucie zajęło dobre dwa miesiące wyciągnięcie z niego szczegółów tych jego ostatnich dni w Iraku, o których w trakcie sesji skrupulatnie nie dyskutował. Uważał, że nie było o czym i przez to tliło się to w nim zdecydowanie dłużej niż powinno. Wtedy nie wiedział, że rozmowa była podstawą do rozwiązania problemów, z którymi się mierzył. Chociaż, sęk w tym, że on może nawet chciał o tym mówić, ale nie było do tego odpowiednich osób. I uświadamiał to sobie dokładnie w tym momencie, w którym mówił o tym Iris. Nie dzielił się z nią szczegółami czy też najtragiczniejszą częścią tej historii, ale i tak dowiedziała się ona więcej niż inni, bardziej mu bliscy. Może dlatego, że po prostu chciał, aby o tym wiedziała - nie oczekiwał jej współczucia, rad jak sobie z tym poradzić albo słów otuchy. Wiedział, że z nią ta historia była zwyczajnie bezpieczna.

Gdy poczuł jej dłoń na swojej, poluzował nieco swój ścisk na kierownicy, z którego nawet nie zdawał sobie sprawy. Tego się nie spodziewał. I dlaczego miał wrażenie, że serce mocniej mu zabiło? Dlaczego miał wrażenie, że budziły się w nim emocje, o których myślał, że udało mu się zapomnieć? I to tylko za sprawą jej delikatnego dotyku, którego brak poczuł momentalnie, gdy Iris przypomniała sobie, że nie powinna. Zabrał rękę ze skrzyni biegów i ułożył na kierownicy. Tak jak wymagały tego zasady ruchu drogowego. — Może nie zrobiłem nic złego, ale za to mogłem zrobić coś lepiej? — Pytanie to tak nagle wypadło z jego ust, gdy patrzył prosto w te jej ciemne oczy. Sam nie wiedział, czy dotyczyło ono misji czy ich relacji. Zreflektował się jednak prędko. Nie była to ta pora. Wrócił spojrzeniem do drogi, która w tej pogodzie szczególnej uwagi wymagała.

Biorąc pod uwagę, że czuję się tam bardziej w domu niż tutaj — zaczął, wzdychając pod nosem. Wiedział, że źle to brzmiało, biorąc pod uwagę, że miał tutaj najbliższą rodzinę. Przed Iris jednak nie musiał udawać, że wszystko było w porządku, że nie bez powodu tam te wszystkie lata spędził. — chciałbym. Nie łudzę się jednak — dodał od razu, wzruszając przy tym ramionami. — Wysłali mnie tutaj, bo tylko w ten sposób mogli mnie uchronić przed przedwczesną emeryturą — przyznał. Mówili mu, że to pewnego rodzaju awans, że to możliwość rozwoju i wykorzystania zdobytego przez niego doświadczenia. Wiedział jednak, że nie to było powodem, dla którego skierowali go w delegaturę do Kanady. Z szacunku to jego służby znaleźli mu jakiś ciepły stołek, który nie wymagał od niego zbyt dużego wysiłku. Zdecydowana większość całowałaby swoich przełożonych po rękach za taki etat, który polegał na przychodzeniu do sztabu, wypełnianiu kwitów i opowiadaniu o tym, co było w Iraku. Tylko głupi by na taką pracę narzekać. I Jesse może był głupi, ale po prostu nie był stworzony do czegoś takiego. Henderson oczekiwał od siebie więcej. — Zobaczyli, że moja żona jest z okolic i uznali, że robią mi przysługę — dodał. Ot, cała historia. Wszyscy myśleli, że mu pomagają, że wspierają tak jak powinni, ale nikt przez ten cały czas nie zapytał, czy tego wszystkiego naprawdę chce. Domyślał się, dlaczego – wiedzieli, że nie byliby w stanie zgodzić się na to, czego chciał Jesse, czyli powrót. — Ale chwila, co to za jednostronne przesłuchanie — zwrócił prędko uwagę. Oczywiście, Jesse lubił mówić i był prawdziwą gadułą, ale równie bardzo lubił też słuchać, a już w szczególności Iris, której głos potrafił działać na niego kojąco.

Wiem, że wróciłaś do Toronto, bo stąd jesteś, ale dlaczego? Czy to ten dzień, kiedy się dowiem? — zapytał, licząc, że może wreszcie zasłużył na chociaż kilka słów w tym zakresie. Spojrzał jednak na nią i dostrzegł, że chyba tego tematu nie powinien jeszcze poruszać. Prędko się więc z niego wycofał, zmieniając temat. — To chociaż co się zmieniło? Mąż, dzieci? Pies? — zarzucił, mając nadzieję, że jedynie ostatnią opcję udało mu się trafić. — Może chociaż Tobie udało się poprawić relacje z rodziną? — dopytał, pamiętając, że w trakcie misji sporo mu o nich opowiadała. Niekoniecznie w samych superlatywach.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógł zrobić coś lepiej… naprawdę mógł? Czy pewne rzeczy w ogóle dało się zrobić lepiej? Gdy na nią spojrzał, gdy na tą krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały – zdała sobie sprawę, że jego słowa miały drugie dno. I znowu mentalnie dała sobie po łapach, bo robiła wszystko, czego robić nie powinna… wszystko, żeby utrudnić sobie wybicie Jesse Hendersona z głowy. Powinna zrobić to dawno temu i przez jakiś czas wydawało się, że nawet jej się to udało. A później wszechświat postanowił z niej zakpić, a oni siedzieli w jednym aucie podczas przypadkowego deszczowego wieczoru w Toronto.
Starała się wrócić rozmowę na neutralne tory, bardziej koleżeńskie, bardziej bezpieczne… a przynajmniej tak jej się wydawało. Naprawdę nigdy nie przypuszczała, że spotka go w Toronto. Tyle czasu spędzili na rozmowach, a nigdy nawet się nie zająknął, że jego żona była stąd. A może mówił, ale ona to wyparła? Temat jego żony końcu nie należał do najłatwiejszych, najprzyjemniejszych i najchętniej przez nią poruszanych. Gdy przekroczyli pewną granicę… poniekąd stała się tematem tabu. Nie chciała o niej słuchać, bo nie chciała o niej myśleć. A już najbardziej nie chciała myśleć o tym, jaką krzywdę jej robiła. I w życiu nie przypuszczała, że to może być kolejna złośliwość losu, a z kobietą łączyło ją znacznie więcej niż podobny gust do mężczyzn.
- Jeśli nie tobie to pewnie jej… musiała być zachwycona. Ty wyglądasz na średnio zadowolonego. – przyznała otwarcie, zerkając na niego a kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu. Widziała to szczególnie mocno na tym przyjęciu, na którym się spotkali. Pani Henderson otoczona przez rodzinę i znajomych wydawała się kwitnąć oraz całkiem nieźle bawić. On? Cóż… sprawiał wrażenie jakby bardzo nie chciał tam być. I wyglądał tak jeszcze zanim zorientował się, że Iris tam jest – Więc przyzwyczaj się, Henderson. Ale na pocieszenie powiem, że to całkiem wygodne do życia miasto. Daj mu chociaż szansę. – no i piasku było mniej! Skoro żadne z nich nie miało szans na powrót pozostało im zaakceptować aktualny stan rzeczy i pogodzić się z życiem w Toronto. Swoją drogą zabawne było, że tak łatwo przychodziło jej mu o tym mówić, gdy sama nawet się na dobre nie zadomowiła – mieszkanie, które wynajmowała było przygnębiająco puste i bezosobowe, jakby była w nim tylko na chwilę, jakby bała się do niego przywiązać.
Zaśmiała się krótko, gdy wytknął jej, że mógłby wreszcie poznać jej powody. Mógłby… prawdopodobnie była mu to winna, ale jednocześnie nie potrafiła tak po prostu rzucić mu prawdą w twarz. Bała się jego reakcji, bała się fali współczucia i żalu wypisanego na męskiej twarzy. Nie chciała słyszeć, że było mu przykro… więc odsuwała to w czasie. Najbardziej jak się dało.
- Moje relacje z rodziną są tak samo złe jak wcześniej… mój ojciec zmarł parę miesięcy temu. I tak długo uciągnął biorąc pod uwagę jego tryb życia. – Jesse doskonale wiedział jak bardzo Iris miała żal do ojca, że jego nałóg zniszczył im całe dzieciństwo i wejście w dorosłość – Z matką właściwie nie utrzymuję kontaktu. Z siostrami tylko taki… poprawny. Raczej nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami… – czyli właściwie nic się nie zmieniło. To, że pochowały starego Valentine nie sprawiło, że kobiety (łącznie z ich matką) nagle się do siebie zbliżyły i stanowiły dla siebie ogromne wsparcie – Psa nie mam, bo za dużo czasu spędzam w szpitalu. Myślałam o kocie… jak na starą pannę przystało. – wyjaśniła pół żartem, pół serio i przy okazji odpowiedziała na pytanie dotyczące stanu cywilnego. Żadnego męża. Nawet potencjalnego – I to wcale nie było jednostronne przesłuchanie, Jesse. Po prostu muszę być trochę tajemnicza, więc wolę wyciągać informacje od ciebie niż mówić o sobie. Tym bardziej, że masz znacznie więcej do opowiadania! – miała nadzieję, że wystarczająco subtelnie pominęła temat swojego powrotu do Toronto, że odwróciła jego uwagę i może nie powtórzy swojego pytania – Twój syn… – zaczęła ostrożnie, trochę obserwując przy tym męską reakcję – Jak zniósł przeprowadzkę? Opowiedz mi o nim. Ile on ma już lat? - to chyba był neutralny przyjacielski temat. Dawni znajomi rozmawiają o takich rzeczach, prawda?



Jesse Henderson
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”