-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ale co znaczy n o r m a l n i e? Szczególnie w odniesieniu do tej trójki.
Gabriela w ciąży nieplanowanej. Pokłócona z ojcem dziecka, w romansie z przyjacielem kuzynów, mieszkając kątem u jednego. Riczi na skraju rozwodu, w nowym domu na który go nie stać, z kobietą, która planuje go zamordować. Madox jedną nogą w Kolumbii, drugą w Toronto. Bóg jeden wie jak on godzi to wszystko, albo diler Madoxa wie może lepiej nawet.
Codzienność wytrącona z równowagi do tego stopnia, że raczej nie jest możliwe, by jeszcze kiedyś było normalnie.
A jednak jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy uparcie siadają do jednego stołu. Obiad u Martineza to tradycja, która narodziła się zaraz po przeprowadzce Ricza na ziemie kanadyjską. Na początku miał to być obiad u Madoxa (bo był w domu Madoxa), ale kiedy Ricz dostał parówkę nieobraną z plastikowego opakowania na talerzu, to czym prędzej to wyrzucił do kosza i zaczał sam przyrządzać obiad. Od tamtego czasu zawsze jedli obiady czwartkowe razem, z jednym wyjątkiem - jak Ricza przetrzymywali w Portorico, jak pojechał po pieseczki. Ale za to wtedy zrobili dwie edycje obiadu we wtorek i środę. Zwykle na te obiady zaproszeni byli równeż ich bliscy, ale akurat dziś nie było ani Rosy, ani Piar, ani nawet ojca dziecka Gabi.
Był za to Ricz, Madox i Gabriella. To znaczy nie było Madoxa, bo albo się szykował, albo coś, w każdym razie Ricz kręci w garze i patrzy nerwowo na telefon na którym wyświetlają się powiadomienia wiadomości od Rosi.
- Mogłabyś tu mi pomóc? - poprosił Gabriele, a sam dopadł do telefonu i po szybkim przeczytaniu smsków, zorientował sie, że Rosi wcale nie rodzi, ale może troche tylko panikuje. Odetchnął i spojrzał na zegarek nad drzwiami. - Dobra, gdzie jest Madox, bo ja serio za dwadzieścia minut muszę iść - no tak, bo przecież Rosa jak tylko sie spozni 3 minuty, to zacznie jego stuff wywalać przez okno.
Nic Riczi nie wiedział, że jeszcze dużo dłużej tu posiedzi, bo Madox przyjdzie z bardzo złymi wieściami.
Póki go jednak nie ma to Ricz tak zerka na Gabi i korzystając z tego, że są tu sami to ją podpytuje:
- Słuchaj Gabi, a gadałaś ostatnio z Erza?? - a jak ona pewnie była zdziwiona, to tak się podrapał po szyji. Niestety Riczi był wyposzczony przez Rose i ostatnio zaczał myśleć, czy nie powinien jednak wrócic do swojej rudej kochanki. - Mówiła ci coś o mnie?
Gabriela R. Blais Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mostly because they were a public safety concern.
A on ostatnio to jedną nogą zataczał się nad grobem, jakby był napierdolony w trzy dupy i tylko jakiś szczęśliwy podmuch wiatru spychał go znad tej przepaści. Do tego stopnia, że ostatnio gdyby nie poświęcił się za niego jego pies, to teraz zamiast siedzieć u niego w mieszkaniu, to musieli by mu te tancerki załatwiać na stypę. A najpierw zamontować tam podest i rurę, bo to miały być przecież jakieś tancerki erotyczne.
Oczywiście Madox to pierwszy do tych czwartkowych, wtorkowych, środowych i innych obiadów był, bo oni na co dzień z Pilar to jak gdzieś nie wyszli na miasto, to jedli ryż z sosem ze słoika, albo jajko sadzone... z ryżem. Pilar była ogólnie mistrzynią ryżu, ale tylko tego.
Więc kiedy Ricz zapraszał na jakieś domowe danie, to Madox zawsze już przed czasem siedział na krześle i czekał z widelcem i łyżką w dłoni.
A dzisiaj nie...
Dzisiaj w mieszkaniu cisza, bo Pilar była w pracy, a do tego nie przyszedł ich przywitać Sombra.
Noriega wiedział, że to będzie w chuj ciężkie, żeby im powiedzieć co się stało, ale musiał, bo Gaba już mu ze dwadzieścia wiadomości napisała gdzie pies.
Madox jeszcze sam sobie nie umiał z tym tak poradzić, wciąż się obarczał, że to jego wina, że jakby nie wziął Sombry ze sobą do lasu, to on by żył... Tylko wtedy nie żyłby Madox.
Jeszcze na klatce schodowej wypalił blanta, tak na rozluźnienie, no i żeby się nie rozkleić, jak Gaba się rozpłacze. Albo Ricz. Pewnie prędzej Ricz.
W końcu wszedł do mieszkania i pierdolnął drzwiami, tak, że prawie wypadły z zawiasów.
- A sorry! Kurwa, przeciąg... - zaczął od progu i już gdzieś tam buty rozrzucił po korytarzu, a potem zagląda do nich do kuchni, najpierw na Ricardo, który coś pichci, i bardzo dobrze, bo kiszki to mu grały marsza, a potem na Gabę. Ale na Gabi to nie mógł patrzeć, nie dlatego, że coś było z nią nie tak, tylko on wiedział po prostu jak ona przeżyje tego psa. Bo dla niej to też był członek rodziny.
- Co tam? - zagadał jakby nigdy nic. A zaraz sobie przysunął do kuchennej wyspy wysoki stołek i na nim usiadł.
Madox to oczywiście w tej swojej nowej fryzurce warkoczykowej... a po mordzie to widać od razu, że był zjarany, a jak jeszcze usiadł w kurtce i wsadził ręce do kieszeni, to wiadomo. I tak siedzi i czeka co mu kuzyni powiedzą, bo może coś, zanim on na nich zrzuci tą bombę o śmierci ich przyjaciela.
Ricardo Martinez Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
- Czarny charakter bez skrupułów
- Amnezja
- Ciężka, tajemnicza choroba
- Zmartwychwstanie
Ciężka próba, ale wierzymy w nasze prawie latino trio i co wyniknie z tego rodzinnego spotkania.
A o tym dowiemy się już w następnym odcinku.

Mało kto był w stanie ogarnąć ten syf, który wokół nich piętrzył się z zadziwiającą prędkością. Nikt nie wiedział, co się odpierdalało, ale grunt, że bujało. W całym tym zamieszaniu jednak byli w stanie wygospodarować te kilka minut dla siebie. A raczej nawet musieli, bo trzeba było nie dość że porządnie pożegnać ich kochanego Ricza, który brutalnie porzucał ich na rzecz nowej rodziny, to jeszcze ustalić jakikolwiek plan działania, opychając się na szybko makaronem i kotletami.
- Pomóc? - zapytała z pełnymi ustami sera, który dzielnie podkradała Martinezowi i spojrzała niepewnie w stronę garnka. Instrukcje były niejasne, chwyciła za przyrząd, którym kuzyn mieszał w garnku, i zrobiła to samo. Nie była może i amebą w kuchni, co nieco potrafiła, ale umówmy się w wykonaniu Ricza, to była inna szkoła jazdy. Więc sobie tak stoi i robi mieszu, mieszu, kiedy ten jest przyklejony do telefonu. - Zluzuj poślady, jak coś jej powiesz, że miałam kryzys. Płakałam ci w ramię i byłeś na skraju wyniesienia mnie od Madoxa, żeby być na czas. - przekręciła oczami, bo dla niej czas, to było pojęcie względne. Ile razy to już się spóźniła na ich obiadek, aż Riczi zaczął jej podawać inne godziny, żeby się wyrobiła. A bronią na ciężarną była druga ciężarna, więc w razie czego brała to na klatę.
- Erza? A po chuj... - prawie ten ser wypadł jej z buzi, gdy on zapytał o rudowłosą. Mało problemów miał? - Ta... Zastanawiałyśmy się, jak mniej dać za remont budynku pod nasz biznes. I uznała, że jedyna okazja, żebyś mógł tam być, to jakbyś robił za naszego niewolnika. Wtedy jeszcze szukałeś pracy. Jakby... Starałam się, ok?
Mieszadło aż wypadło jej z dłoni i zaginęło w czeluści sosu, gdy Madox wparował do mieszkania. Pozostawiła uratowanie ich potrawy Riczowi, a sama nachyliła się nad blatem, żeby podzielić się z Sombrą serkiem. To było jej małe dzieciątko. Nigdy nie sądziła, że po stracie Simby - swojego ukochanego pieska, którego adoptowała i z którego śmiercią nie potrafiła się pogodzić przez lata, będzie w stanie znów pokochać jakieś zwierzę.
- Śmierdzi od ciebie. Otwórz okno, bo się zrzygam. - skoro już wszyscy wiedzieli o jej stanie, to zamierzała to wykorzystywać. - Gdzie Sombra? - zadała już chyba po raz tysięczny to pytanie.
Ricardo Martinez
Madox A. Noriega
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- No ale nic nie mówiłaś o tym, a dalej potrzebujecie pomocy? - spojrzał na jej brzuch, ale jeszcze po Gabbi nie było widać, że jest preggo - W sumie mogłabyś wszystkich swoich kandydatów na tatuśków zatrudnić do tego joba, nie? - zaśmiał się i słyszy że drzwi już jebnęły, czyli pan domu się pojawił.
- No kurwa wreszcie, książe przyjechał! - wydziera się i jak tylko okiem rzucił na Madoxa, to już wiedział, że ten jakiś wykręcony jest. Oczy ma czerwone i Ricz zwąchał też, że jarał coś, więc no dodał dwa do dwóch. Uśmiecha się pod nosem, bo może Madox by mu ogarnął jakieś zielsko w sumie?? Musi go poprsić później.
- Ay, caramba! - mówi pod nosem Riczi, wsadziwszy łapę w sos, który redukował z sukcesem aż do momentu, kiedy przekazał go Gabrielli, no i ta postawiła utopić w nim łyżkę drewnianą. Ricz teraz się oparzył, ale za drugim razem wyciągnął łyżkę, ale niestety zabrudził podłogę. Obejrzał się za ścierą, chociaż już jest przyzwyczajony do tego,że jak coś mu spadnie to pieski przybiegają, żeby to wciągnąć. Jego pieski pilnowały właśnie Rosy, ale jeszcze cała nadzieja w Sombrze. Mimo wszystko złapał ścierkę i kucnął, żeby wytrzeć podłogę. Podniósł się po chwili i wzrusza ramionami na Gabę, pokazując Madoxowi, że może otworzyć to okno, nie ma co się z ciężarówkami kłócić.
- A dobrze, sos dochodzi, makaron już czeka, więc możemy siadać - przerzucił ścierkę z jednej do drugiej ręki i jeszcze wyjął sobie piwko z lodówki. W dwadzieścia minut wypije. - Mówiłem już Gabi, dziś jestem w mega niedoczasie, sprawdziliśmy z Rosą i wychodzi na to, że jej baby shower trzeba zrobić w ten weekend, bo od przyszłego w każdym momencie będzie mogła urodzić. Poza tym, są jakieś tam itemy, które potrzebuje kupić przed narodzinami.. - urwał w połowie zdania, bo patrzy na Madoxa no i nie poznaje go, widać że mu ramiona opadły, że te skute oczy ma takie smutne, że jest jakiś cały taki... no po prostu jak nie on. - Co jest Madox?
Madox A. Noriega Gabriela R. Blais