34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
- Lopez kurwa... Skąd miałeś hajs na tego prawnika? - od razu, kiedy wyszedł ze szpitala dzwonił do Lopeza, miał kontaktować się tylko w awaryjnych sytuacjach, ale ta kurwa przecież taka była. Musiał to wiedzieć, bo to wszystko co powiedziała mu Pilar nie dawało mu spokoju. Pięć lat zmarnowała, żeby go wyciągnąć... Przecież to niemożliwe. Bo ona o nim zapomniała, zajęła się sprawą Galena Wyatta i... - to kto go kurwa opłacał? - warknął do słuchawki, kiedy wrócił już po swojego czerwonego Jaguara, udało mu się pozbyć Haddie, więc miał odrobinę spokoju. Rozsiadł się w aucie przekładając telefon do drugiej ręki - skończ pierdolić i po prostu mi powiedz - walnął ręką w kierownicę, a głos po drugiej stronie telefonu jakby wyczuł jaki jest wkurwiony. Zamilkł. A zanim się rozłączył rzucił tylko, to jedno słowo, jej imię.
Nie. Nie. Nie. Kurwa.
Przecież to niemożliwe, miała go w dupie, nie odpowiedziała na ani jeden jego list, ani razu nie pofatygowała się, żeby do niego przyjść. A załatwiła mu prawnika? To się kurwa nie trzymało kupy. Bo po co miałaby to zrobić, skoro ona tak łatwo o nim zapomniała? Skoro zaraz znalazła sobie innego faceta, który kurwa został jej mężem...
A to miał być Madox. Jebane dwa dni, które im zabrali i to on by był jej małżonkiem, a potem wyruszyliby w podróż po wybrzeżu motocyklem.
Dwa dni.
Tego wieczora wykonał jeszcze kilka innych telefonów.
Nie mógł usnąć, bo cały czas wracało do niego to, co powiedziała mu Pilar. A potem to czego się dowiedział.
Ale jako środek nasenny świetnie zadziałały dwie tabletki przeciwbólowe, popite medellińskim rumem.
Padł nad ranem i jak dziecko spał do południa

⋆。˚ ☁︎ ˚。⋆。˚☽˚。⋆


- Nie spóźnię się... - tym razem pakował się do innego samochodu. Czarnego, eleganckiego Porsche. Na siedzenie pasażera rzucił ciężką, sportową torbę - mam hajs - dodał, cofając do tyłu siedzenie, które miał podsunięte pod samą kierownicę, Haddie miała długie nogi, ale i tak musiał wyregulować fotel i lusterka, ale to robił wyjeżdżając z podjazdu, telefon przy uchu przytrzymał ramieniem - pierdoli mnie to, sami chcieliście usadzić starego... - jeszcze przez moment słuchał głosu w słuchawce - na pewno się wkurwi, najpierw klub, teraz jego towar... - rzucił, a zaraz warknął do telefonu - mam to w dupie! - rozłączył się i odrzucił smartfona na siedzenie obok. Przez miasto przejechał sprawnie dochodziła dwudziesta trzecia, nie było korków. Porszaka Haddie zaparkował ulicę dalej, na ładnym parkingu pod marketem i ostatnie dwie przecznice pokonał z buta, torbę niósł zawieszoną na plecach, a w ręce telefon, na który jeszcze zerkał.
Dopiero kiedy wszedł do obskurnego budynku, gdzie upatrzyli sobie dziuplę, schował go do kieszeni jeansów. Stara kamienica w Robledo wyglądała jak do rozbiórki, a oni na jednym z pięter zrobili sobie melinę. Madox wszedł od tyłu, najpierw pod foliowymi, straszącymi drzwiami, które wyglądały jakby ktoś próbował robić tam remont. Potem po schodach, które skrzypiały pod jego krokami, na pierwsze piętro. Nawet nie zdążył dobrze się rozejrzeć, a już słyszał to zamieszanie.
Suka!
A kiedy wypadł zza winkla, zobaczył ją. Pilar. Jeden z jego kolegów, ten który brał też udział w napadzie, trzymał ją za włosy, przedramię oplatał wokół jej szyi. A drugi z długim nożem pochylił się do jej twarzy.
- Wytniemy ci tutaj takie ładne M... - rzucił przykładając ostrze do jej policzka.
Torba z hajsem, którą niósł Noriega walnęła z głuchym łoskotem na podłogę, a Madox wyrwał się do przodu, nawet się nie zastanowił, a już szarpnął kolesie z nożem do tyłu.
- Wypierdalaj Rodri, zostaw ją! - warknął, a facet spojrzał na niego wielkimi oczami, Madox stanął przed nim zastawiając Pilar. Ale ten który ją trzymał zacisnął mocniej rękę na jej szyi.
- Pojebało cię M? Ta suka tutaj węszyła, trzeba jej pokazać kto tutaj rządzi... W Robledo - szarpnął jeszcze raz za jej włosy. A Noriega odwrócił się w jego kierunku.
- Zostaw... ją... kurwa - wycedził przez zęby.
- Miała policyjnego gnata, zaraz sobie ją sprawdzimy... - trzeci facet wyszedł z cienia, w ręce trzymał pistolet Pilar, spisywał z niego numer seryjny do swojego telefonu.
- Policyjna suka... A wiesz co my z takimi robimy? - syknął jej do ucha, ten który ją trzymał, Chico.
- Suki lubią być walone od tyłu... A potem lubią mieć pamiątkę na buźce - Rodrigo znowu wyrwał się do przodu, ale Madox go odepchnął i znowu zwrócił się do Chico.
- Puszczaj ją - oczy już miał całe czarne, a klatka piersiowa chodziła mu w szybkich oddechach.
- Poczekaj, poczekaj... - odezwał się ten, który trzymał telefon - Pilar Wyatt - Diego miał dużo kontaktów, wiedział do kogo napisać, żeby sprawdzili mu informacje od razu. Czego zresztą dawał właśnie popis - Wyatt czy to nie ten bogaty dupek? Ten wiecie od fundacji i tego domu dziecka na przedmieściach? - szybko kojarzył też pewne fakty.
- Wyatt, tak to on, ciekawe ile zapłaci za swoją żonkę? - Rodrigo spojrzał bezczelnie na Madoxa, ale ten przysunął się tylko bliżej Pilar.
- Za ten piękny paluszek, to na pewno... - Chico nawet nie dokończył, bo kiedy sięgnął do ręki Pani Wyatt, to Noriega to wykorzystał. Zamachnął się i wyprowadził mu prawy prosty w ryj. Chico się zatoczył, puścił Pilar, a Madox zaraz zacisnął palce na jej nadgarstku szarpiąc ją za siebie. Oczywiście, że Rodrigo i Diego do niego wystartowali. A Chico złapał się za nos zalewając krwią.
- Co ty kurwa odpierdalasz M?! - warknął Diego.
- Jebany zdrajca - Rodrigo przerzucił w palcach nóż.
- Ona jest... - zaczął Madox i przez chwilę cisnęło mu się na usta po prostu moja, ale przecież już nie była wcale jego. Była Galena Wyatta, żoną, matką jego dziecka. A jednak...
Rodrigo się ruszył, Diego stanął między nim a Noriegą ewidentnie czekając na jakieś wyjaśnienia.
- Ona jest moim szczurem... Moim informatorem - powiedział w końcu Madox. Innej opcji nie było, żeby wyszła stąd żywa. Zajebali by ją nie przejmując się, że była psem. Bo dla nich psy albo pracowały, albo... no właśnie były nikim, zerem, którego można było się pozbyć.
- Co ty jebiesz? To po chuja tu przyszła? - Diego nie był głupi, ale Madox też nie.
- Bo jej kazałem, mieliśmy się spotkać przed wejściem, ale się spóźniłem... Powie nam wszystko co wie o sprawie - mocniej zacisnął palce na nadgarstku Pilar, jeśli chciała to przeżyć to musiała im coś dać. Cokolwiek.
- No to lepiej niech to będzie coś sensownego, bo jak nie... - Rodrigo jeszcze machnął nożem, ale go schował. Chico, który pozbierał się z ziemi, ale wciąż trzymał się za nos wystartował do przodu.
- Szmata, jeszcze będziesz moja! - splunął krwistą melą pod nogi Madoxa - a ciebie Noriega... - może nawet by się do niego wyrwał, ale znowu wkroczył Diego.
- Wypierdalaj Chico - rzeczywiście Rodri i Chico zaraz zniknęli za kolejną foliową kotarą.
Ale Diego został, złapał na moment spojrzenie Madoxa, a później Pilar - mam nadzieję, że okażesz się przydatna, bo inaczej... skończysz jak inne suki, które bawiły się w policjantki - poczekał aż Noriega weźmie torbę z pieniędzmi, a potem ciągnąc za rękę swojego informatora, wkroczą za kolejną kotarę. Prosto do jebanego piekła. W pomieszczeniu znajdowało się ze dwudziestu innych bandytów, oglądali coś na telewizorze, niektórzy dyskutowali o czymś żywo, inni grali w rzutki, każdy kurwa wyposażony w spluwę, albo nóż, jeden z nich nosił pod pachą nawet automatyczny karabinek. Diego od razu skierował się do kanapy, na której siedział... no właśnie ten facet, za którym przyszła tu Pilar. A przed nim na stoliku leżała torba po brzegi wypchana prochami.
Madox znowu mocniej wbił w palce w skórę Pani Wyatt, jakby kurwa tym jednym gestem chciał jej powiedzieć, żeby się nie wychylała, żeby teraz dała działać jemu. Podszedł do stolika i pierdolnął na niego torbę z hajsem. Znowu pociągnął za rękę swojego kreta, posadził ją na podłokietniku fotela, na którym zaraz sam usiadł.
Nie powinno jej tutaj być. Nie powinna widzieć jakie interesy robił. Nie powinna oglądać ich mord.
I gdyby się za nią nie wstawił na pewno nie skończyłaby tutaj w głównej sali, tylko w jakiejś piwnicy, w zupełnie innych okolicznościach. Musiała mu zaufać. A przede wszystkim grać w jego grę.
- Co to za szma... - zaczął facet od prochów.
- Morda... - syknął tylko Madox i pochylił się do przodu, żeby sięgnąć do torby z kokainą, wyjąć z niej jeden z owiniętych w folię i szarą taśmę worków. Przerzucił go w palcach oglądając dokładnie dookoła jakby czegoś szukał. W końcu przesunął opuszkami po znaku z czaszką na wierzchu. Już wiedział, że to towar jego ojca. Szarpnął torbą z hajsem wysypując ją na stół, a facet od prochów zaraz się do niej wyrwał - zaraz! Najpierw spróbujemy... - stwierdził Noriega i wyciągnął rękę do Rodrigo, który już stał gdzieś za jego plecami. Podał mu nóż, specjalnie i z wrednym uśmiechem na mordzie, ocierając się o Pilar. Madox go chwycił i przeciął opakowanie. Sięgnął po jeden ze zbrylonych na wierzchu kryształów...
- Niech ona spróbuje - wtrącił się Diego, siadając na kanapie koło dilera, a ciemne spojrzenie wbił w Pilar.
- Po chuj? Przecież nie zna się na... - Madox nawet nie dokończył, bo Diego pochylił się do przodu.
- Dla funu M. Sprawdzimy jak się jej rozwiąże język... - Rodrigo znowu złapał Pilar za włosy i szarpnął ją na kanapę koło Diego, przytrzymał ją za ramię.
Diego też sięgnął po jeden kryształ z zapakowanej paczki, położył go na blacie i wyjął z kieszeni złotą, metalową kartę, żeby go rozgnieść.
Madox wbił w niego czarne spojrzenie, szczęka zadrgała mu nerwowo. Diego dużo dla niego robił. A poza tym był ważny. Kurewsko ważny dla tej całej akcji...
Dopierdolenia staremu Noriedze.
Ale nie chciał, żeby Pilar wciągała ich koks, żeby ją do tego zmusili. Diego w leniwych ruchach tworzył na blacie jedną długą kreskę, jakby się z nim kurwa drażnił, jakby w tym momencie sprawdzał jego lojalność. Pierdolony Diego. A obok niego ona. Madox dopiero teraz złapał jej piękne, ciemne spojrzenie. Jakby to w jej oczach szukał jakiejś odpowiedzi.

Bienvenido a mi infierno ❤️‍🔥
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
W co ona się wpakowała?
Kurwa.
Naprawdę myślała, że to się może udać. Że tylko sprawdzi położenie ich dziury, da znać odpowiednim służbą, a już interwencją zajmie się ktoś inny, podczas gdy ona wróci do domu. Los jednak miał dla niej inne plany. Nie dość, że nie zauważyła gościa, który zaszedł ją za plecami i zaciągnął do środka, to jeszcze za nic nie spodziewała się, że ich będzie aż tyle. Liczyła na maks dwie osoby szacując swoje szanse. I się przeliczyła.
Szarpanie się i walczenie z nimi w żaden sposób nie było skuteczne. Kontrowali każdy jej ruch, jak jeden prawie dostawał w pysk, to drugi szarpał ją za włosy i odciągał. Bawili się nią jak jakąś szmacianą lalką, a ona coraz bardziej czuła, jak serce wariuje jej w piersi. Bała się. Była przerażona bezsilnością, w jakiej się znalazła.
Nie mogła nic zrobić.
Nawet kiedy w powietrzu błysnęło ostrze.
Wytniemy ci tutaj…
Oczy otworzyły się jej szerzej. Sama nie wiedziała, co raniło ją bardziej — to co chcieli z nią tu zrobić, to jak planowali ją oszpecić, czy może fakt, że nie byli piersi, a te słowa jedynie przypomniały jej wydarzenia sprzed sześciu lat, kiedy Trucizna wyrył na jej udzie pojedynczą literę. Niby nie głęboko, niby nie miało być po tym śladu, a przecież miała go do dzisiaj. Wtedy też sytuacja wydawała się bez wyjścia, tylko wtedy w porównaniu do teraz pojawił się…
Zostaw ją!
Szarpnęła głową szybciej niż którykolwiek z gangusów, którzy nią szarpali.
W pierwszej chwili miała wrażenie, że jej się przywidziało. Że miała już halucynacje, a jej głowa postanowiła poplątać sobie figle w tej chujowej sytuacji bez wyjścia. Ale nie. On naprawdę tam stał. Pojawił się nie wiadomo skąd, jak ten pierdolony anioł, jakim okrzyknęła go Arma. I znowu ją ratował. Serce wyrwało się do niego w ułamku sekundy, a na usta cisnęło jego imię. Jedyne imię, które miała już wypowiadać. Otworzyła nawet usta, ale przecież nawet w najbardziej stresującej sytuacji miała w sobie resztki samokontroli i umiała ugryźć się w język. Wiedziała, że musiała zachować spokój. Że to nie były pierwsze, lepsze chuligany, którym kiedyś stawiali czoła w Medellin. Tu sytuacja była o wiele bardziej poważna. Życia i śmierci nawet, gdyby się nad tym zastanowić. Szczególnie kiedy znaleźli jej broń i sprawdzili jej dane.
Wiedzieli już, że była tu węszyć, że była z tych, którzy chcieli ją upierdolić, a jednak nazwisko, które nabyła na moment po raz pierwszy zdawało się zadziałać na jej korzyść. Bo zamiast dostać kulkę w łeb, oni nagle snuli pomysł, żeby wziąć za nią okup. Przecież Galen od razu by to zapłacił. To nawet nie był problem. Tylko czy ci ludzie byli na tyle honorowi? Cóż patrząc, jak byli gotowi się ze sobą nawzajem prać, szczerze w tą wątpiła. Szarpnęła ręką, kiedy jeden z gangusów chciał obejrzeć jej pierścionek i nawet przez myśl jej przeszło, żeby mu się odwinąć, ale pierwszy zrobił to Madox. Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni i ona również. Bo szczerze? Nie miała pojęcia, czemu jej pomagał. Przecież go nienawidziła. A on jej. Dlaczego to kurwa robił? Nie miała pojęcia, a jednak z drugiej strony gdyby nie on, to naprawdę skończyłaby marnie. Musiała więc zdać się na jego łaskę.
Ona jest…
Nikim?
Moją byłą?
Zwykłym śmieciem?
Wiele scenariuszy cisnęło się jej do głowy, kiedy zawiesił się w pół zdania. Patrzyła na niego równie wyczekująco jak całe inne towarzystwo. Moim informatorem. Co kurwa? Szarpnęła się mocniej, chcąc mu się wyrwać z uścisku i momentalnie zgromiła go wzrokiem. Co on kurwa odpierdalał? Chciał ją wypierodlić z roboty? Ani jej się śniło robić interesy z takimi skurwiałymi ludźmi. Prychnęła, kiedy powiedział, że zaraz wyśpiewa im wszystko o sprawie i nawet chciała powiedzieć że go popierdoliło, ale nim zdążyła, oni już ciągnęli ją do kolejnego pomieszczenia.
Oddychała ciężko, ciągle czując jego silne palce na własnym nadgarstku. Jego dotyk ją g r y z ł. Przeszkadzał jej. Sprawiał, że bardziej niż na tym co się działo, skupiała się na sposobie, w jaki jej skóra mrowiła w miejscach styku.
Ogarnij się, Pilar.
Powtarzała sobie jak mantrę. Musiała potraktować to jako kolejną misję. Jakby wciąż była w robocie. Wmówić sobie, że lada moment ktoś ją namierzy, przyjedzie tutaj ją odbić. A skoro była w robocie, musiała najbardziej możliwie się przydać. Rozejrzała się dokładnie wiec po wnętrzu, próbując spamiętać każdy, jeden detal, a najbardziej to twarze ludzi. Żaden z nich nie nosił maski. Żyli sobie tutaj jak gdyby nic, nawet się nie kryjąc. Zaczęła analizować ich twarze… do momentu aż Rodrigo nie dotknął jej nogi, podając Noriedze nóż. Dopiero wtedy odskoczyła w bok na pieprzonym oparciu i biodrem wpadła na ramie Madoxa. I też dopiero wtedy zwróciła uwagę na torbę na stole, która była głównym powodem, dla którego się tu znalazła. Było tego kurewsko dużo. Worki wysypywały się spod materiału. Kilogramy, jak nie dziesiątki kilogramów koksu.
Ja pierdole.
Wstrzymała mocno powietrze, a potem… po raz pierwszy na niego spojrzała. Na twarz, która tak bardzo zmieniła się przez te ostatnie sześć lat, prawie nie do poznania. Jedynie oczy… one wciąż były niesamowicie pięknie. Teraz wyjątkowo skupione. Jej spojrzenie również dużo mówiło, bo kurwa, kiedy on się tak zmienił? Kiedy stał się jak swój ojciec? A przecież tak bardzo zarzekał się, że nigdy taki nie będzie. Że brzydził się tym, co robił Carlos. Nie pozawała go. Kto by pomyślał, że staną kiedyś po przeciwnych stronach barykady?
Niech ona spróbuje.
— Co? — odpowiedziała prawie równo z Madoxem, przenosząc w końcu spojrzenie na Diego. — Nie będę nic brać — rzuciła stanowczo. Już i tak wystarczająco długo siedziała cicho i przyglądała się całej tej szopce. Nigdy nie brała narkotyków i nie miała najmniejszego zamiaru próbować.
Szkoda tylko, że Rodrigo był zupełnie odmiennego zdania, a na potwierdzenie szarpnął ją niespodziewanie za włosy. W pierwszym odruchu miała ochotę mu się odwinąć, ale wciąż czuła na nadgarstku j e g o palce. Coraz luźniej zaciskające się na skórze, ale wciąż. Okazał się być jedynym stoperem do jej narwaństwa. O ironio.
Syknęła pod nosem, gdy Rodri szarpnął ją na kanapę obok siebie i umieścił jeden z kryształków na stole, a potem go rozgniótł. Nie chciała tego brać. Nie wiedziała nawet jak zareaguje. Jej jedyne zetkniecie z narkotykami, to było zielsko i to jeszcze w jakiś śladowych ilościach.
— Niech to bierze i w końcu zacznie kurwa gadać — warknął Diego, powoli faktycznie tracąc cierpliwość. Chciał się wyrwać w jej kierunku, wciąż bawiąc się nożem Chico w dłoni, ale Rodri w ostatniej chwili go powstrzymał.
— Calma — przywołał kumpla do porządku. — Pilar… — jej imię w jego ustach brzmiało źle, obrzydliwie nawet. Aż się skrzywiła patrząc na jego uśmiechniętą mordę. — Częstuj się — wskazał dłonią na ułożony w idealną linię koks.
— Nie ćpam — warknęła, próbując odwrócić głowę. — Ale wy się nie krępujcie — wbiła wzrok w Madoxa. starała się. Naprawdę się starała nie tracić kontroli, jednak była już tego kurewsko bliska. Serce waliło jej jak oszalałe, a ręce całe drżały. Z jednej strony wiedziała, że nie powinna się wychylać, ale z drugiej… co kurwa, miała to ćpać? Przecież nawet nie wiadomo, co to było.
— Chyba się nie zrozumieliśmy… — Rodrigo nie odpuszczał. Umieścił palce na jej ramieniu, sunąć w górę. Z początku delikatnie, z dziwnie podejrzanym wyczuciem, ale już po chwili, kiedy tylko wplótł palce w jej włosy, jego oczy pociemniały. — To nie była kurwa prośba — dodał o wiele ostrzej i w ułamku sekundy zacisnął paluchy na jej włosach, po czym szarpnął ją z całej siły, aż krzyknęła. Jej twarz wylądowała milimetry nad stołem. Czuła jak przy najmniejszym oddechu drobinki proszku odrywają się od siebie i lądują gdzieś na jej twarzy, łaskocząc.
— A tobie kurwa co? — Rodrigo zwrócił się do Madoxa. — Coś ci się nie podoba? — przyjrzał mu się uważniej, prawie wyrywając Pilar włosy z głowy, tak mocno ją ściskał. — Nagle masz słabość do psów? Suki ci się podobają, M? A może sam chcesz zostać pierdoloną suką?! — ostatnie zdanie już krzyknął, aż kilka osób odwróciło się w ich kierunku. — Dobrze wiesz, co robimy ze zdrajcami.
— Dobrze wiesz… — Diego rzucił zadowolony, stojąc za jego plecami, łapiąc mocniej nóż, który znowu błysnął w powietrzu, dokładnie za jego głową. Serce na moment jej stanęło, a sam ten widok sprawił…
— Już — warknęła, zwracając na siebie ich uwagę, robiąc wszystko, żeby zostawili go w spokoju, a potem już nie czekając na nic więcej, na żadną dodatkową reakcję, nachyliła się niżej, prowadzona przez Rodrigo, zatkała jedną dziurkę w nosie, a następnie zaciągnęła się proszkiem.
— Dobra dziewczynka… — Rodri zacmokał zadowolony, masując jej głowę obślizgłą dłonią, a ona czuła, jak proszek wlatuje do jej ciała. Jak piecze momentalnie błonę śluzową nosa i gardło. Od razu zachciało jej się kaszleć, oczy zaszły wilgocią, a metaliczny, gorzki posmak w ustach przyprawił ją o młodzi. Było kurwa obrzydliwe. Zaniosła się kaszlem. — Ej, ej, suko, ale uważaj, rozdmuchasz cały proszek! — rzucił wkurwiony i znowu ją szarpał, tym razem w górę, kiedy kaszlała. Poniewierał nią jak jakąś szmacianą lalką. Upokarzał ją. A Pilar czuła, jak serce zaczyna jej jeszcze mocniej walić. Za mocno. Chciała się odsunąć i wyprostować, złapać więcej powietrza w płucach, bo to uczucie koksu w organizmie było… — Więcej — rzucił Rodri i znowu szarpnął ją do stołu, wymuszając, żeby dokończyła kreskę, która wzięła tylko do połowy, a ona autentycznie miała wrażenie, że zaraz siądzie jej pikawa. Już chciała spróbować się wyrwać, ale wtedy Diego znowu zastukał w nóż, a nos Pilar znowu wylądował na białym proszku.
Kurwa.

:madox:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, narkotyki, przemoc
Ona jest... moim informatorem.
Chciała czy nie, to teraz była jego kretem w policji, od tej chwili kiedy bez wsparcia zapuściła się tutaj. Od momentu, kiedy ich oczy się spotkały, a ona patrzyła na niego z wyrzutem i on w odpowiedzi mocniej zacisnął wytatuowane palce na jej skórze. Ostatnią rzeczą, którą on by chciał, było mieszanie jej w to, ale kurwa... Ona sama to zrobiła. Wpierdoliła się w to bagno. A Madox pociągnął ją za sobą dalej, bo już nie było odwrotu. To tak nie działało, że teraz pogłaszczą ją po główce i powiedzą, spoko Pilar, nie chcesz śpiewać to idź sobie stąd. Widziała ich, znalazła ich miejscówkę, teraz jedyną deską ratunku było udawanie, że ona grała z nimi do jednej bramki.
Madox to wiedział, i ona na pewno też.
Chociaż kiedy skoczyła na fotelu, gdy nóż musnął jej nogę i opadłą na jego ramię, to zerknął na nią z ukosa. Każdy kontakt z nią sprawiał, że się rozpraszał, a przecież dzisiaj nie powinien tego robić... w ogóle nie powinien, bo Madox tutaj walczył o pozycję, o to, żeby wypierdolić swojego ojca, zemścić się na nim za wszystko... za to, że przez niego poszedł siedzieć. Ale też...
Złapał jej spojrzenie, ciemne oczy zawiesił na tych jej, kiedyś tak mu bliskich, i dopiero Diego wyrwał go z tego stanu. Zwrócił na siebie jego uwagę.
Madox też pokręcił głową, kiedy Pilar powiedziała, że nie będzie nic brała. Nie miał zamiaru jej na to pozwalać.
Szkoda tylko, że zaraz okazało się, że jego kumple mają na ten temat kompletnie inne zdanie.
Madox jeszcze złapał Panią Wyatt a miałaś być Noriega za nadgarstek, kiedy Rodrigo ją szarpnął, bo co chciał zrobić? Ściągnąć ją do siebie na kolana, powiedzieć, że mają dać jej spokój, bo jest nie tylko jego informatorem, no nie, to nie wchodziło w grę. Nie teraz. Nie przy nich, kiedy cała narracja, którą budował sugerowała, że on kręcił z Haddie, z córką naczelnika więzienia, a nie jakąś policjantką. Chociaż... może mógł z obiema?
Przez moment tylko przyglądał się jej, kiedy wylądowała na kanapie, a zaraz spojrzał na Diego, nie żartowali. Widział to po nich, że upatrzyli sobie zabawę w tym, żeby policjantka spróbowała ich koksu i zaczęła śpiewać. Jeszcze na moment złapał jej spojrzenie.
Ja pierdole.
Przecież był tutaj po to, żeby przejąć towar ojca, żeby utrzeć mu nos, a nie wstawiać się za Pilar. Ale to jej spojrzenie. To jak jeszcze czuł na ramieniu jej ciężar, a na opuszkach wytatuowanych palców mrowienie spowodowane dotykiem jej gładkiej skóry.
Kurwa.
Spiął się i poruszył w fotelu, kiedy Rodrigo szarpnął ją i przycisnął do stolika.
- Puść ją Rodri - syknął przez zęby, a tamten zaraz zaczął swoją pierdoloną tyradę, o tym czy coś mu się nie podoba, nie podobało mu się. I kurwa... czuł jak cały się spina, ledwo powstrzymując się od tego, żeby się do niej nie wyrwać. Nie rzucić się na Rodrigo, ale przecież nie chciał się tutaj spalić. Nie w takim celu się tu dzisiaj pojawił. Czarne oczy znowu przesunęły się na Pilar, nawet nie zauważył, że za jego plecami Diego bawił się nożem.
- Nie... - warknął na to jej już, pokręcił głową, ale ona zaraz to zrobiła, wciągnęła pół kreski, a Madox zacisnął już dłoń w pięść. A kiedy Rodrigo znowu nią szarpnął i w końcu rzucił to więcej, to Noriega nie wytrzymał. Skoczył na Rodrigo jak pierdolony jaguar i odepchnął go, tak, że wylądował na kanapie, a Madox docisnął go kolanem do poduchy wbijając mu je w bok, a łokieć w gardło - powiedziała ci kurwa, że nie? - warknął, ale Diego też się ruszył, z tym nożem Chico, skoczył do Madoxa.
- Psujesz zabawę Madox - rzucił, a zaraz przykładał mu nóż do gardła od tyłu. Ale kurwa Madox już nie miał osiemnastu lat, a w pace nie było łatwo i te jego walki w klatce, w porównaniu do napierdalanek w więzieniu, to było nic, dlatego Noriega nie zawahał się nawet chwili, tylko szarpnął Diego, wyrwał mu nóż, chociaż kiedy ostrze dotknęło jego skóry na szyi, to stróżka krwi zniknęła mu pod koszulą. Ale zaraz to Diego leżał na glebie, po tym jak Madox go podciął, a ostrze zatrzymało się przy jego szyi, kiedy pochylił się nad nim, dociskając go do podłogi ciężkim butem.
- Jak chcesz to możemy się pobawić Diego... - warknął, a kilku zwyroli ruszyło się w ich kierunku, ale Madox zaraz się wyprostował przekładając nóż w palcach - ale nie po to kurwa tu dzisiaj przyszliśmy - jeszcze trącił Diego butem i szarpnął się do Rodrigo, a potem już stanął przed resztą - na co się kurwa gapicie? Nie macie nic do roboty? Wypierdalać na pozycje, za co ja wam płacę, za kurwa granie w gry, za oglądanie meczyków? No chyba nie... Skończyła się zabawa, i możecie za to podziękować Diego - jeszcze się obejrzał na kumpla. Bo może Diego był ważny, ale to Madox tutaj rozdawał karty.
On tutaj nie był jakimś posłańcem, on tutaj był głównym inwestorem, więc wymagał.
- Bierz hajs i spierdalaj - rzucił do gościa, który przyniósł im prochy, a chociaż Rodrigo patrzył na niego krzywo rozmasowując gardło, w które przed chwilą wbity miał łokieć Noriegi, to Madox już patrzył na niego - a ty na co czekasz? Bierzesz towar i lecisz Rodrigo, skończyło się kurwa po dobroci, i zabawa - kilka łysych łbów spojrzało krzywo na Diego, który podnosił się z ziemi, jakby to była jego wina. Bo kurwa była. Madox za to stał niewzruszony z nożem. Diler złapał za torbę z hajsem, pożegnał się i zniknął. Rodri też pokręcił nosem, ale zebrał towar i wziął ze sobą kilku chłopaków zanim się ulotnił. Zostało ich niewielu. W tym Diego, który wciąż patrzył na Pilar krzywo.
- Po co ci to było amigo? - zapytał Madox przesuwając się tak, żeby ją zasłonić.
- Lepiej niech dziwka zacznie gadać - znowu ruszył się do przodu, ale Noriega też. Dwa wściekłe psy, gotowe w każdej chwili skoczyć sobie do gardeł.
- Teraz to powie kurwa tylko mnie, skoro nie umieliście się zachować przy gościu - zacisnął palce na koszulce Diego, a ten na wytatuowanej ręce.
- Zobaczysz, wrócisz do paki przez te dziwki Madox i wtedy wspomnisz moje słowa - warknął Diego i wyszarpnął się Noriedze, a zaraz sam ruszył do wyjścia z pomieszczenia, w którym zostali praktycznie sami. Gdzieś tylko przewijało się kilku kolesi z ochrony, z pistoletami i ten z karabinkiem. Madox dopiero obejrzał się na Pilar, przesunął spojrzeniem po jej poszarpanych włosach, po policzku, gdzie wciąż miała resztki z koksu, który zebrał się też w kąciku jej nosa. A na koniec czarne spojrzenie zawiesił na jej oczach.
- Po co tu kurwa przyszłaś? - wycedził przez zęby, bo mało brakowało, a zgubiłaby ich oboje.

:pilar:
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, narkotyki, przemoc
Nie chciała tego brać.
Kurwa, jak bardzo ona nie chciała wciągać tej kreski…
Tylko co mogła zrobić? Jak sprzeciwić się całej pierdolonej ekipie gangusów? Każdy jeden z nich miał gdzieś za pasem broń albo nóż, do reszty zepsute charaktery, a do tego nic do stracenia. Byli to ludzie narwani, impulsywni, tacy, którym wystarczył jeden zapalnik, żeby stracili resztki kontroli. Dla nich zabawą było napieprzanie się po mordach i sianie chaosu. Pilar nie miała z nimi szans. Wiedziała, że pewnie gdyby nie Madox już dawno robiliby z nią o wiele gorsze rzeczy. I chociaż jej głowa próbowała wyrzucić z siebie te myśli, one wciąż powracały, z każdą sekundą coraz głośniej i głośniej. Wwiecały się jej prosto do umysłu, siejąc kompletne spustoszenie. Wwiercał się też tam Rodrigo swoimi obślizgłymi paluchami, które mocno zaciskał na jej włosach. Szarpał nią i poniewierał, jakby nie tyle nic nie ważyła, co w ogóle nie była nic warta. Jakby wcale nie była drugim człowiekiem, któremu należał się po ludzku szacunek. Nie miał go za gorsz. Tak samo Diego, który czaił się za głową Madoxa z nożem.
Nienawidziła go.
A jednak nie potrafiła pozwolić na to, żeby stała mu się krzywda.
Dlatego to zrobiła.
Wciągnęła w końcu biały proszek, dławiąc się nim i krztusząc. Dała się podpuścić i poległa. Myśl, że ten nóż mógł za chwile wylądować niespodziewanie na jego gardle, za nic nie pozwalała jej się dłużej stawiać. Czuła, jak prochy wchłaniają się w organizm. Jak ten nagle reaguje na nieznaną substancję. Pilar nigdy nie była ćpunką, nigdy nawet nie próbowała nic innego niż zioło, więc kompletnie zbił ją z tropu fakt, że jej serce przyśpieszyło jeszcze bardziej. Rozpoczęło chory galop, którego ona nie umiała zatrzymać. Słyszała jego pulsowanie nawet w skroni, po której spłynęła kropla potu. Było jej ciepło. Gorąco wręcz. Skóra mrowiła nieprzyjemnie, a oddech naturalnie przyspieszył.
Więcej.
Ridrigo wciąż nalegał, a ona nie wiedziała, czy w ogóle da radę. Już teraz czuła, jakby zaraz miała skonać, a co dopiero, gdyby wciągnęła w siebie drugie tyle? Jaka dawka była dawką śmiertelną? Kurwa. Nie mogła się skupić. Myśli rozchodziły się jej na boki i chociaż dostała w tym wszystkim o wiele więcej energii, czuła się pobudzona, to to wszystko owiane strachem, działało kurewsko na jej niekorzyść. Zadrżała, a Rodri uśmiechnął się bezczelnie i zaraz nachylił w jej kierunku.
— Dla mnie też będziesz tak drżeć — wysapał obrzydliwie i już chciał oblizać swoje parszywe usta, które wypowiedziały te wszystkie słowa, jednak coś go przed tym powstrzymało. Dokładnie ktoś. Wyatt nie widziała, co dokładnie działo się za jej plecami, jednak w pewnym momencie poczuła, jak dłoń gangusa pierwsze zaciska się mocniej na jej włosach i szarpie, a zaraz potem zwalania. Poleciała do przodu na stół, o mały włos nie ryjąc o niego twarzą. Proszek, który miała wciągać poleciał na podłogę, a połowo uniosła się wysoko w powietrzu i opadła gdzieś na jej włosy. Nie zwróciła jednak na to większej uwagi, bo już jej ciało odwracało się w stronę całego zamieszania. Madox leżał na Rodrigo, przyciskając mu łokieć do gardła. Tak się na tym skupiła, że nawet nie zauważyła Diego, czającego się z boku. Jednak kiedy już to zrobiła…
— Nie! — krzyknęła głośno, gdy ten spróbował przystawić nóż go krtani Noriegi. Od razu wyprowadziła niezdarne kopnięcie prosto w łydkę muzyczny, a Madox nie czkając ani sekundy dłużej odwinął mu się i pachnął na podłogę. Zwinnie wyrwał mu nóż z dłoni i teraz to on miął przewagę. Powalił dwójkę z nich praktycznie sam, w pełni przejmując panowanie nad sytuacją.
Tylko co z tego, jak dookoła była masa ludzi?
Serce walnęło jej jeszcze mniej i prawie roztrzaskało się o żebra, kiedy po chwili okazało się, że to… on sprawował tutaj większą władze. On tu rządził. Aż zamarła w połowie i tylko podniosła na niego spojrzenie, wciąż leżąc na pieprzonym stole. Oczy miała szeroko otwarte i w środku aż ją nosiło. Na zewnątrz jednak za nic nie mogła się ruszyć, wciąż zaskoczona. Co to kurwa znaczyło, że to on im płacił? To wszystko jego sprawka? Pokręciła głową. Co się z nim stało? Jak bardzo jeden człowiek mógł zmienić się przez sześć lat? Nie mogła tego pojąć. Miała wrażenie, że głowa jej kurwa eksploduje od tego wszystkiego. Czuła dosłownie jak zwoje w mózgu jej pracują, jak kipią od natłoku przemysleń. J a p i e r d o l e.
Czuła, że zaraz ją popierdoli.
Za grosz nie podobał się jej stan w jakim trwała. Ten pieprzony amok, w jaki wprowadziły ją j e g o prochy. To wszystko jego wina. Jak zwykle to kurwa była jego wina. Jakby nie mógł jej dać spokoju, żyć sobie kurwa swoim zasranym życiem z Haddie i nie wtrącać się w jej sprawy…
Tak zakręciła się na własnych myślach, że nawet nie zauważyła momentu, w którym wszyscy dookoła wyszli, a oni zostali sami. Oddychała ciężko. Stan organizmu pewnie miała albo przed zawałowy albo przed atakiem paniki, bo czuła się obrzydliwie pobudzona. Przerażona. Uniosła na niego spojrzenie, a na jego pytanie również i siebie do pionu.
— Gówno cię to kurwa obchodzi — również wycedziła przez zęby, gromiąc go spojrzeniem. — A ty po chuj się mieszasz? — warknęła na niego, chociaż gdzieś z tyłu głowy miała przecież świadomość, że gdyby nie Madox to pewnie już by ją zgwałcili albo pobili. Jej głowa jednak odmawiała przyjęcia tego do swojej świadomości. O wiele łatwiej było zgrywać po prostu wkurwioną. — Nie masz ważniejszych rzeczy do roboty? Jak na przykład, no nie wiem… — zamyśliła się, albo raczej udała zamyślenie, bo przecież doskonale wiedziała, co chciała powiedzieć. — …pierdolenie się z Haddie? — zabolało. Nawet wypowiadając to na kokainowym szale zazdrość wciąż gryzła ją pod skórą. Złość też się w niej podniosła. Furia kipiała z niej ze wszystkich stron, ciało miała czerwona i poliki pewnie również. Bardziej niż zwykle.
Przeszła się kawałek dookoła stołu, oglądając pozostałości po kresce, którą przez niego musiała wciągnąć. Żeby uratować mu tyłek. Żeby nikt nie podciął mu jebanego gardła!
— To wszystko to twoje? — rzuciła mu spojrzenie pełne pogardy. — Teraz bawisz się w mafie?! Handlujesz prochami? — wróciła się tuż pod jego ciało, zadzierając głowę w górę i dźgając go prosto w klatkę piersiową. — A kurwa mówiłeś, że nigdy nie będziesz jak on — nakręcała się coraz bardziej. Aż dziwne, że jeszcze nie krzyczała na cały regulator, jedynie mówiła podniesionym tonem. Złym, rozżalonym do granic możliwości. Bo kim on się kurwa stał? Kopią własnego ojca. Ciekawe czy w sejfie też trzymał broń. Ciekawe ile ludzi zabił. A tak się kiedyś tym brzydził. — Nie dość, że robisz to samo to jeszcze… — znowu chciała go pchnąć, ale to, co działo się z jej ciałem za nic nie pozwalało jej się skupić. — Nie no kruwa nie wytrzymam — rzuciła, odwracając się na pięcie. Serce waliło jej mocno, jakby miała zaraz umrzeć. Roznosiło ją od środka. Za nic nie wiedziała co się dzieje. Przeszła znowu stół dookoła, podskoczyła w miejscu, kopnęła w niego, a potem nachyliła się do przodu, opierając dłonie na kolanach. Ręce całe jej się trzęsły. — Pojebie mnie — nie umiała na tym zapanować.

:lepa:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, przemoc, prochy
Dla mnie też będziesz tak drżeć.
No chyba kurwa nie. Bo zanim Rodrigo zdążył przesunąć językiem po spierzchniętych wargach, to już dostał pięścią w zęby. A potem wylądował na kanapie pod Madoxem, i tym razem to on zadrżał, jak Noriega wbił mu kolano w wątrobę, wcale nie lekko. I on też się na tym skupił, tak, że nie zauważył, kiedy doskoczył do niego też Diego, z nożem. Usłyszał za to to nie Pilar i zaraz się odwrócił. Wykorzystał to, że kopnęła Diego, sam szarpnął go za rękę z nożem i podciął, teraz dwóch gangusów leżało na podłodze, no Rodri na kanapie, ale nawet się nie ruszył, jakby wiedział kto tutaj rządzi.
Pilar za to zdawała się wcale nie wiedzieć. A Madox nawet spojrzał na nią z wyrzutem, bo z jednej strony mu pomogła, ale z drugiej gdyby ktoś to przyuważył. Chociaż pewnie mogli to zgonić na to, że po prostu chciała ich kopnąć, za to, że przymuszali ją do koksu.
Mógł zareagować wcześniej, powinien się ruszyć, kiedy kazali jej go wciągać, ale Noriega w więzieniu nauczył się trochę opanowania.
Trochę, to słowo klucz. Bo teraz już stał wyprostowany przed całą tą bandą zwyroli i zasłaniał Panią, kurwa, Wyatt. A zaraz rozstawiał ich po kątach. Wkurwili go, ale najbardziej na niego działała chyba ta kobieta, która za jego plecami zbierała się ze stolika. Przeczesywała smukłymi palcami ciemne włosy, widział to kątem oka. A kiedy jego paczka się oddaliła, i zabrała wreszcie za robotę, to odwrócił się do niej, stanął przed nią, krzyżując wytatuowane ręce na piersi, a zaraz na nią warczał. Tylko ona wcale nie była mu dłużna.
- Miałem pozwolić im, żeby zrobili z tobą, co chcą? Zawołać ich? - zrobił krok w jej kierunku patrząc na nią z góry, a zaraz pokręcił głową - zero, kurwa, wdzięczności, a wystarczyłoby... - nie dokończył bo ona już mu zarzucała, że nie ma ważniejszych rzeczy do roboty, miał, w chuj. To on pewnie powinien teraz zamiast Rodrigo dopilnować dystrybucji prochów i to tak, żeby wkurwić starego Noriegę, w jego miejscówkach, a on zamiast tego stał tutaj z nią. Na jej kolejne słowa czarne spojrzenie odszukało jej piękne. Nie. Wcale nie... Wciąż piękne oczy.
- Taka jesteś zazdrosna, że nawet kiedy moi ludzie prawie cię zabili, to ty wciąż myślisz o tym, jak pierdolę się z Haddie? - zapytał przesuwając się bliżej, tak, że jego oddech wylądował na jej policzkach, które od tego koksu się zarumieniły - spóźniłem się, bo jeszcze mi obciągała, tak na dobranoc, jakbym dzisiaj nie wrócił do jej mieszkania na noc - specjalnie to powiedział? A może taka była prawda? Ciężko stwierdzić, bo na jego twarzy zabłąkał się bezczelny uśmieszek. Wiedział, że wkurwiał tym Pilar i zrobił to z pełną premedytacją - a tobie co? Wspaniały mąż nie dostarcza odpowiedniej dawki wrażeń? - jebany Galen Wyatt, który w szpitalu kazał mu się do niej nie zbliżać. Ciekawe co by teraz powiedział, kiedy Madox znowu zrobił krok do przodu tak, że w nią wlazł.
Na szczęście... Chyba. Teraz to Pilar złapała dystans i zaraz przeszła się wokół stolika. Stanęli na przeciwko siebie, a pomiędzy nimi stół zawalony koksem. I to jej spojrzenie. Pełne wyrzutów, pełne nieskrywanej pogardy. Do prochów? Teraz już chyba do niego.
Nie powinien się jej tłumaczyć, a jednak złapał jej spojrzenie.
- To starego... Przejęliśmy jego towar - czy to robiło z niego lepszego człowieka? Pewnie nie, ale i tak chciał jej to powiedzieć. Żeby wiedziała, że on to robi po to, żeby dojebać swojemu staremu, za to co im zrobił.
Bo Pilar mogła być teraz jego żoną, jego dziecko odprowadzać do przedszkola. Mogli teraz oboje robić w pierdolonej policji. Mogli być szczęśliwi... Gdyby jego stary nie wrobił go te sześć lat temu w morderstwo.
Spojrzał na nią z góry, kiedy znowu przed nim stanęła. Obiecywał sobie, że nigdy nie będzie, jak ojciec. Nie chciał iść w jego ślady, ale teraz to robił. Miała rację, stawał się taki sam, jak on. A może nawet gorszy?
- A ty mówiłaś, że zawsze będziesz mnie kochać. Jak widać oboje rzucaliśmy wiele słów na wiatr - rzucił nie cofając się nawet pół kroku, kiedy dźgnęła go w klatę. Stał w miejscu, z czarnym spojrzeniem zawieszonym na jej twarzy. Widział na niej te wszystkie emocje, widział jej powiększone źrenice i to jak kokaina siała w jej organizmie spustoszenie - to co? - zapytał, a kiedy odwróciła się na pięcie, to powiódł za nią spojrzeniem. Sam zamierzył się, żeby usiąść na kanapie. Powinien to zrobić, kazać jej spadać, a sam zająć się tym, po co tutaj przyszedł...
A może powinien na niej wymusić, żeby go nie sprzedała policji, szarpiąc za te ciemne kosmyki, które spłynęły jej po twarzy, gdy się pochyliła? Szarpiąc ją na ziemię, na kolana i...
- Przejdzie ci - rzucił niby beznamiętnie, ale się wyprostował, zrobił dwa kroki w jej kierunku i stanął nad nią. Po raz który już?
Nie powinien. Nie powinien tego kurwa robić, a on co?
Zaraz się schylił i złapał ją pod kolanami przerzucając sobie przez ramię. Mogła krzyczeć i mogła mu się wyrywać, a on tylko podrzucił ją na ramieniu - cicho bądź, bo zaraz mnie pojebie - wbił palce w jej pośladek, zostawiając na nim pięć siniaków, oby tylko Galen tego nie zauważył.
Wyszli z głównej sali na jakiś niewielki, zdezelowany balkon i Madox dopiero tam ją postawił. Znowu tak kurewsko blisko siebie, a kiedy zrobił krok w jej kierunku, to jej plecy zetknęły się z zardzewiałymi schodami przeciwpożarowymi. Madox zadarł głowę w górę, wskazując je jej.
- Włazisz do góry, trochę się spocisz, pooddychasz świeżym powietrzem i z ciebie zejdzie - powiedział i odsunął się, żeby mogła odwrócić się do drabinki. Oczywiście drogę odwrotu jej zasłonił, więc już mogła chyba tylko piąć się w górę - no co tak patrzysz? Nie mów, że strach cię obleciał Ste... - zaczął, ale przecież to już nie było jej nazwisko - chociaż przy swoim... Jak to było? Wspaniałym? Małżonku, zrobiłaś się spokojniejsza - znowu ją prowokował, z tym wyzywającym spojrzeniem utkwionym w jej oczach. Bo przecież on na te własne widział, w szpitalu, że wcale nie. Pilar… Wyatt wciąż była tą narwaną dziewczyną, w której... on się zakochał.
Dawno temu.
- Obstawiam tyły - dodał jeszcze zaciskając palce na drabince obok jej biodra.

todavía salvaje ⋆.ೃ࿔🌸*:・
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, narkotyki i ich skutki
Zero wdzięczności?
W d z i ę c z n o ś c i, kurwa?
On naprawdę chciał dyskutować z nią o tym, kto powinien być komu wdzięczny? Z kobietą, która wyciągnęła go z więzienia? Która zmarnowała sześć lat swojego życia, żeby chodził wolno? Wszystko dla niego poświeciła. Jeszcze wtedy, gdy zostawiła rodzinę w tył i wszystko co znała, żeby uciec z nim na drugi koniec Kolumbii, pobrać się tam i ułożyć życie na nowo, które wcale nie biło im dane. A potem kiedy wsadzili go do pierdla, ona oddała wszystko co miała, żeby udowodnić jego niewinność. Wszystko. Nawet własną wolność. Cnotę i serce, które przecież trzymała tylko dla niego. Tylko jego kochała, tylko z nim chciała być, a jednak musiała jakoś uzbierać na prawnika z Nowego Yorku. Wyjście za Galena było jedyną opcją. Powiedzenie kurwa tak na ołtarzu, patrząc w błękitne oczy mężczyzny, który szczerze ją pokochał, podczas gdy ona każdego dnia myślami wracała do niego. Do ciemnych, czekoladowych oczu, tak innych niż te Wyatta. I nawet kiedy Galen brał ją w tym idealnie zasłanym łóżku, traktował jak swoje oczko w głowie, jej serce tęskniło za Madoxem.
Stała się potworem.
Dla niego.
A on miał czelność stać przed nią, patrzeć jej w oczy i jeszcze mówić, że mała względem niego zero wdzięczności. Pierdolony hipokryta. Do tego wytykał jej zazdrość. Uzasadnioną swoją drogą, bo Pilar nie mogła kurwa znieść myśli, że jakaś inna kobieta go dotykała i całowała. Przecież był jej. Nie miała, kurwa, prawa. A jednak takie były ich obecne realia. Każde z nich oddane innej osobie, chociaż serca rwały do siebie jak szalone.
A to jej w tamtym momencie pod wpływem prochów waliło o wiele za szybko.
Nie miała pojęcia, ile dokładnie uderzeń na sekundę zagrażało życiu, jednak to, co działo się pod jej mostkiem zdecydowanie było alarmujące. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła. Całe ciało jej chodziło, a ten najważniejszy organ pędził jak oszalały. Przez moment naprawdę myślała, że umrze. Nawet nie mogła skupiać się na tym, co do niej mówił. To jak tłumaczył się nagle, że prochy wcale nie były jego, że tak naprawdę należały od jego ojca. I co, ona tak po prostu miała mu uwierzyć? Po tym co tutaj widziała? Ustawiał gangusów, jakby był ich panem i władcą, a oni się go słuchali. Tak nie robił człowiek, który po prostu chciał komuś coś udowodnić. Noriega nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo stał się jak Carlos. I Pilar może by go w tym uświadomiła, ale stan jej zdrowia i paniki, w jaką wpadła zdecydowanie jej w tym przeszkadzał. Dopiero kiedy wspomniał, że ona też mówiła, że zawsze będzie go kochać, a rzuciła te słowa na wiatr poderwała głowę do góry. Wbiła w niego mordercze spojrzenie pełne żalu i wyrzutów.
— Kto powiedział, że kiedykolwiek przestałam? — warknęła stanowczo na jednym wdechu, patrząc mu głęboko w oczy. Nie bała się go. Była kurwa ostatnią osobą na tym świecie, która by się go bała. A już na pewno nie bała się tego, co kiedyś do niego czuła. Niekiedy brzydziła się tym, że była tak głupia i wierzyła, że on ją też kochał, ale sama przecież nie przestała. Wmawiała sobie, że tak, chociaż mijało się to z prawdą. Głowa mogła sobie mówić co chciała, ale kiedy znowu stanął blisko niej, kiedy czuła jego zapach, patrzyła w te piękne oczy…
Kurwa.
Cholerne serce wytrwało się jeszcze bardziej, aż coś zabolało ją w piersi. Oddech stał się jeszcze bardziej płytki, a klatka piersiowa zaczęła unosić się chaotycznie i nierówno. Pilar przeszła się dookoła, zrobiła kilka kroków do tyłu, nawet nie widząc, że on znowu się do niej przysunął. Ułożyła dłonie na kolanach, próbując jakoś zapanować nad ciałem. Na marne.
Przejdzie ci.
— Co… — tyle zdążyła powiedzieć, nim schylił się przed nią i złapał ją pod kolanami. Zwinnie przerzucił ją sobie przez ramię, jak jakiś pieprzony worek ziemniaków, a ona momentalnie poczuła, jak oprócz strachu, zalewa ją fala gniewu. — Co ty odpierdalasz?! — warknęła, waląc go w plecy. — Postaw mnie kurwa — mogła sobie mówić, ale on i tak robił swoje. Niewzruszony kierował się do innego wyjścia niż to, którym ją tu wprowadzili. Szarpała się i wiła. Dopiero kiedy wbił jej palce w pośladki, dociskając mocno, na moment faktycznie się zamknęła. Chyba bardziej ze szczerego zaskoczenia, niż czegokolwiek innego.
Wyszli z gali głównej na jakiś metalowy balkon. Z boku znajdowały się schody pożarowe prowadzące na dach, jednak Pilar nawet nie miała szansy im się dobrze przyjrzeć, bo Noriega znowu wchodził w jej przestrzeń osobistą, dociskając jej ciało do metalowej barierki tuż przy schodach. Podążając za jego gestem spojrzała w górę, jakieś cztery piętra do dachu, a potem wbiła spojrzenie w jego ciemne oczy.
— Spierdalaj — tyle miała mu do powiedzenia, kiedy kazał jej włazić na górę. Chciała go od siebie odepchnąć, ale oczywiście tym razem już nie dał się zaskoczyć. Sama się zachwiała i bardziej odbiła od niego niż go pchnęła. — Nigdzie z tobą nie idę — wciąż próbowała się z tego wykręcić, chyba już bardziej dla samej zasady niż tego, że bała się iść na dach. Nie bała. Nigdy nie przeszkadzały jej wysokości, a tym bardziej jakieś marne, mało stabilne schody. B u ł k a z masłem. — Mnie strach obleciał? — prychnęła w końcu, słysząc jego niedorzeczne słowa. Zaśmiała mu się bezczelnie w twarz, na moment zapominając o szalejącym sercu i organizmie na prochach, a skupiła się na nim. — Jak tam twój nos? — spytała w końcu, po raz pierwszy przysuwając się do niego, ale go nie szarpiąc ani nie dźgając. Przyjrzała się jego twarzy. — Chyba jeszcze trochę krzywy… — wyszeptała, przenosząc po chwili spojrzenie z wcale-nie-krzywego nosa na jego piękne oczy. Uśmiechnęła się delikatnie. — Może trzeba poprawić? — jej ciepły oddech otulił jego twarz, a dłonie wylądowały na ramionach. Przez moment mógł myśleć, że go do siebie szarpnie, ale Pilar w ostatnim momencie odepchnęła go do siebie z całej siły, wciskając kolano w jego udo. Nie celowała w kroczę. Mogła to zrobić i pewnie wcale by nie spudłowała, ale nie chciała. Nim do niej wrócił, ona odwróciła się tyłem i ruszyła po schodach.
Metal skrzypiał z każdym krokiem, a ona z całej siły próbowała skupić się na tym, że zaraz mogła spaść kilka pięter w dół. Wszystko było lepsze niż to pierdolone serce, które sprawiało wrażenie, jakby miało zaraz wysiąść. Czy to moment, w którym powinna pogodzić się ze śmiercią? Miałą wrażenie, że była niej bliżej niż kiedykolwiek przez ostatnie sześć lat. W jednej chwili odpływała, a w drugiej dostałą skoku energii. Miała wrażenie, że prochy mieszają z jej głową. Sprawiają, że była jeszcze bardziej nie-po-czy-tal-na.
Wyszła na dach jako pierwsza. Księżyc świecił prawie jak słońce w dzień, oświetlać całą przestrzeń dookoła lepiej niż nie jedna latarnia. Pilar nawet nie zauważyła, że była pełnia. Zbyt zajęta głośnym dyszeniem, zatoczyła się do przodu, wspierając na pierwszej, lepszej skrzyni wentylacyjnej.
— Kurwa — wydyszała, ścierając z czoła kilka kropelek potu. Nie miała pojęcia skąd to się wzięło, przecież to nie był aż tak duży wysiłek fizyczny. I chociaż wciąż go nienawidziła, musiała przyznać, że miał rację — organizm nie tyle wydalił z siebie prochy, bo przecież one dopiero zaczynały działać, ale oswoił się nieco z pierwszym szokiem. Przyjął substancję i teraz rzucił się na głowę Pilar. Niby umysł miała jaśniejszy, a jednak jakiś nieswój.
— Po co mnie tu zabrałeś? — rzuciła w końcu, podnosząc się do pionu i patrząc na niego z dystansu. — Nie masz ważniejszych rzeczy do roboty? — rozejrzała się dookoła, rozgoszczając na dachu. Rozłożyła ręce i okreciła się dookoła. — A może im pozazdrościłeś i też chcesz mnie poszarpać? — prychnęła pogardliwie, wycofując się do tyłu. Czy zwalała wszystko, co się jej przydarzyło na niego? Może. Może już do reszty jej odjebało. Przeszła połowę dachu, kierując się do krawędzi po drugiej stronie. — A może po prostu mnie zrzucić? — niefortunnie, jak to powiedziała, akurat potknęła się piętą o podwyższenie i zachwiała niebezpiecznie. Utrzymała jednak równowagę, wciąż podchodząc jeszcze bliżej krawędzi. — No dalej, Noriega, nie krępuj się — ustawiła stopy zaraz przy niewielkim parapeciku. Nawet zajrzała przez ramie w dół. Wyglądało na spokojnie pięć pięter. Skręcony kark gwarantowany. Serce biło jej jak szalone, adrenalina szalała w żyłach do tego stopnia, że Pilar nie była już w stanie tego kontrolować. Postradała zmysły. — Przecież i tak nic dla ciebie nie znaczę — rzuciła spokojnie, nawet na jej twarzy pojawił się bezeczelny uśmiech, chociaż w oczach wciąż jawiło się przerażenie. Mikro kroczek w tył. Pięty zachwiały się jej nad krawędzią, a ona rozłożyła ręce na boki. — Przecież i tak masz mnie za pierdolonego kłamcę. Uważasz, że cię oszukałam. Zdradziłam. No to na co kurwa czekasz? — bujnęła się na boki, nie spuszczając spojrzenia z jego twarzy. Mocniejszy podmuch wiatru mógł ją przechylić w tył i stałaby się tragedia. A ona stała tam, jakby naprawdę nie bała się śmierci. Jakby egzystowanie bez niego i tak nie było warte życia. — Jedno pchnięcie i masz mnie z głowy — bo przecież tego chciał, czyż nie?

Un empujón y te libras de mí.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, prochy
Kto powiedział, że kiedykolwiek przestałam?
Zmrużył powieki wpatrując się w jej duże oczy, bo co ona pierdoliła? No dobrze, może dowiedział się, że to Pilar opłaciła jego prawnika i wyciągnęła go z paki, i może powinien jej być za to wdzięczny?
Wiedział, że powinien, był... Ale jednocześnie był na nią tak kurewsko zły, że go zostawiła, nie odwiedziła, nie odpisała na żaden list, chociaż... już poprosił zaufaną osobę, żeby to dla niego sprawdziła, te listy, te wizyty, o których oni wciąż rozmawiali, a ich wersje zupełnie się rozbiegały, ale jeszcze niczego się nie dowiedział. Jeszcze żył w przekonaniu, że go zostawiła, dla Galena Wyatta, swojej jedynej, wspaniałej miłości. A potem co? Wyrzuty sumienia kazały jej zapłacić za prawnika? Bo co innego?
Na pewno nie miłość.
- Powiedz to swojemu mężowi... - odwarczał jej i zaraz się wycofał. Uciekał przed nią, bo przecież. Kurwa. Ona miała męża. Wyszła za jakiegoś tam wspaniałego Galena Wyatta, który był jego kompletnym przeciwieństwem. Jakby postawić ich obok siebie, to niebo, a ziemia, albo kurwa samo dno piekła. Ogień i lód. Lód, w którym ona się zatraciła.
A kiedyś byłaś ogniem.
A jednak i tak nie mógł patrzeć na to jak nosiło ją po koksie. I chociaż najpierw zasugerował to, że jej po prostu przejdzie. Organizm przetrawi narkotyki i minie, to jednak zaraz postanowił jej w tym trochę pomóc. Zarzucił ją na ramię jak worek ziemniaków, a może mango? A kiedy walnęła go w plecy to nawet chciał ją przez moment ugryźć, ale się powstrzymał, stęknął tylko gdzieś obok kawałka jej brzucha, który się odsłonił spod koszulki.
- Nie szarp się, bo cię serio stąd wyrzucę - mruknął, poprawiając ją na ramieniu, przytrzymując mocniej, tak, że wbił palce w jej pośladek. Zadziałało.
Zaraz zresztą i tak stawiał ją na balkonie i pokazywał jej te strome, zardzewiałe schody przeciwpożarowe.
Spierdalaj.
Wywrócił oczami i zaparł się, tak, że kiedy go pchnęła, to się od niego odbiła wbijając sobie metalową poręcz w plecy. Może powinien ją tutaj zostawić, spierdalać tak jak mu kazała? Ale nie umiał. I kiedy ona rzucała to nigdzie z tobą nie idę, to on robił krok w jej kierunku, a zaraz zagrał... nieczysto. Ale kurwa przecież ją znał... kiedyś. Wiedział, że jak powie, że strach ją obleciał to ona mu pokaże, że nie. Udowodni mu to.
- Tak myślałem, że przy takim facecie straciłaś ten swój temperament... - zaczął, ale przecież wiedział, że nie. Widział to w jej dzikich, ognistych oczach. I czuł to jeszcze na opuchniętym nosie, który prawie złamała, na szczęście lekarz mu go nastawił - spróbuj... Tym razem wcale się nie zawaham, żeby ci oddać - odparł z bezczelnym uśmiechem. Pewnie i tak by jej nie oddał, ale mógł sobie pogadać, zwłaszcza, że ona zaraz odepchnęła go od siebie, a Madox? Rzeczywiście się do niej szarpnął, tylko, że już uciekła mu w górę po schodach. Zaczepił ją za kostkę kilka razy, bo szedł tuż za nią, a kiedy raz się zachwiała, to ją przytrzymał. W końcu pokonali te skrzypiące schody. A Madox skoczył obok Pilar na ziemię, złapał w płuca więcej powietrza, chociaż nie zmachał się tak, jak ona, ale nie był skokszony, więc nie ma się co dziwić. Spojrzał na nią z ukosa.
- Może chciałem ci pokazać księżyc? - zapytał, bo ten nad nimi rzeczywiście świecił jasno, a Noriega nawet przeszedł się po dachu - mam, ale mogę ci poświęcić jeszcze jakieś... - zerknął na złoto-czerwony zegarek na nadgarstku - dwie minuty - dokończył, a na jej następne słowa wywrócił oczami. Wypuścił powietrze z płuc przez nos - jakbym chciał, to zrobiłbym to na dole. Złapałbym cię za włosy i... - nie dokończył, bo ona już wyrwała się na drugi koniec dachu, a Madox ruszył za nią, w jakimś takim pierdolonym odruchu ciała. A kiedy się potknęła, to doskoczył do niej i chciał ją złapać, ale znowu mu umknęła - po chuj miałbym cię stąd zrzucać, żeby potem czyścić twój mózg z chodnika? Łatwiej byłoby... - znowu nie dokończył, bo ona już stała na samej krawędzi, a on... może metr od niej? Prawie na wyciągnięcie ręki. Prawie - Pilar... - warknął wbijając w nią czarne spojrzenie.
Przecież i tak nic dla ciebie nie znaczę.
Złapał do płuc więcej powietrza wypuszczając je nosem. Nie znaczyła? A może jednak?
Cały się spiął kiedy znowu się zachwiała, a kiedy rozłożyła ręce na boki, to zrobił do przodu to pół kroku, tak, że mógł jej już sięgnąć.
- Nie igraj kurwa ze mną - syknął przez zaciśnięte zęby.
Uważał tak, że go zdradziła, że go oszukiwała. Że go kurwa nie kochała, kiedy on tylko tego chciał. Jej uczucia, które miało przetrwać wszystko. A ona oddała je jakiemuś tam Galenowi Wyattowi.
Jedno pchnięcie i masz mnie z głowy.
A z serca? Czy z tego kiedykolwiek będzie w stanie ją wyrzucić? Wątpił w to, bo kiedy się zachwiała, trącona może tym silniejszym podmuchem wiatru, to on skoczył, wyrwał się do niej. I gdy już jej plecy poleciały w dół. Jebane pięć pięter przed nią, a po drodze metalowe schody przeciwpożarowe o które pewnie roztrzaskałaby sobie tą piękną twarzyczkę, to jego dłoń oplotła jej talię. A Madox szarpnął ją do siebie tak mocno, że wpadła na jego tors, zaparła się na jego klatce piersiowej i pod opuszkami mogła czuć, jak szalało w niej jego serce. Jak jebane wyrywało się do niej.
Kurwa.
- Pojebało cię!? - warknął prosto w jej twarz, czarne oczy wpatrywały się w te jej i dosłownie płonęły - co ty odpierdalasz Pilar? - zacisnął mocniej wytatuowane palce na jej przedramieniu.
To chyba jednak nie tak, że nic dla niego nie znaczyła.
Chciał ją nienawidzić, jak on kurwa chciał... Ale serce, ono mówiło zupełnie coś innego, chociaż usta ułożyły się zaraz w słowa - masz kurwa córkę, a kręcisz piruety na jakimś dachu, loca - o tą córkę mu chodziło? Bo na pewno nie o męża. A może po prostu o niego. Pochylił się w jej kierunku bliżej, tak, że jego wargi zawisły przy jej pełnych, gorących ustach, kilka centymetrów od nich... Prawie czuł na sobie jej smak. Mango i czekolady.
- Odstawię cię do domu... - odsunął się od niej w końcu i tym razem dłoń z wytatuowanymi skrzydłami anioła zacisnął na jej ręce. Bo to chyba był teraz najlepszy pomysł, żeby wróciła do domu, do męża i do dziecka, bo przecież w bezpiecznym miejscu, takim które znała, kokaina nie będzie mieszała jej w głowie.
A ona... nie będzie siała chaosu w tej jego. W głowie i w sercu, które wyrwało się do niej jak szalone, kiedy zatańczyła na jebanej krawędzi życia i śmierci - dachu.

¿Qué coño estás haciendo, Pilar? °❀⋆.ೃ࿔*:・
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, skutki narkotyków, agresja
Na pewno chciał pokazać jej księżyc.
Tak, kurwa.
A ona miała nagle znowu dziesięć lat i wierzyła w to, że w nowiu spełniają się marzenia. Że cały świat smakował jak mango i czekolada. Że kiedy dwójka ludzi się kochała, to już zawsze będzie razem. Zupełnie jak pani Flores, która miała sto lat i drugie tyle małżeństwa ze swoim mężem. Jasne. Takie rzeczy działy się tylko w bajkach. A już na pewno nie w tej ich. Bo ich opowieść akurat było mieszkanką thrillera, kryminału i horroru kategorii B chociaż Cherry Marshall nazwałaby to po prostu kiepskim serialem.
Z Pilar również nie była żadna księżniczka, a tym bardziej z niego książę na białym koniu. Raczej diabeł z samego dna piekła, który chciał spalić wszystko na swojej drodze. Zasiać pieprzony chaos i sprowadzić ciemność. Nim jednak zdążył to zrobić, ona sama ściągnęła ją na siebie — o ironio — białym proszkiem, który wciągnęła pod przymusem jego kolegów.
Kokaina kompletnie załamała jej świadomość. Wyatt nie miała pojęcia co dokładnie działo się z jej głową, jednak w kilka sekund jakby kompletnie ulotniła się z niej ta część mózgu odpowiedzialna za ocenę ryzyka. Nie potrafiła tego kalkulować. Trochę jak małe dziecko, które niczego się nie boi, bo w jego głowie nie ma wyobrażenia tego, co mogło się stać. Pilar trochę miała to samo, kiedy cisnęła się na krawędź dachu. Nie myślała, że może z niego spaść i po prostu odejść z tego świata. A może wiedziała i nagle nie miała nic przeciwko temu? Zawsze chciała żyć. Zawsze coś ciągnęło ją do przodu, miała misję, ale teraz? Teraz kiedy on już chodził wolno i kiedy jej nienawidził… co miała robić? Jak miała funkcjonować, kiedy w obecnych realiach oni skakali sobie do gardeł? Przez moment naprawdę wolała już po prostu nie być.
Albo zwrócić na siebie jego uwagę.
Sprawdzić, czy faktycznie miał ją gdzieś.
Kiedyś nawet nie pozwoliłby jej podejść do krawędzi, a teraz? Teraz patrzył na nią poważnie, zabijał kurwa wzrokiem za to, co robiła. Potępiał to i wyglądał, jakby faktycznie się o nią bał. A może tylko to sobie wmówiła? Pierdolona kokaina. Ogłupiała ją. Otumaniała. Zabrała jej możliwość trzeźwego myślenia. Dlatego po chwili krzyczała do niego te wszystkie okropne rzeczy. Wymuszała na nim, żeby przyznał, że miał jej dość, że jej nienawidził, że i tak nic dla niego nie znaczyła. Tak jak on dla niej. N i c.
Tylko czemu, gdy tylko powiedział jej imię, coś w niej pękło?

Pilar…

Tak kurwa posty zlepek liter, coś co słyszała każdego, jebanego dnia od różnych ludzi, a jednak przez cały ten czas tęskniła za tym jednym, jedynym w swoim rodzaju sposobem wypowiedzenia jej imienia. Tego jak ono leżało w jego ustach i… Kurwa. Jak ona za tym tęskniła. Tęskniła do tego całe jebane sześć lat. I chociaż twarz miała niewzruszona, tak w jej oczach mógł zobaczyć tą naglą zmianę. To jak źrenice jeszcze bardziej się poszerzyły, jak jej spojrzenie ściemniało, jak… poruszyło ją to słowo. Mówiła mu kiedyś, że uwielbiała, kiedy wypowiadał jej imię, była od tego uzależniona. I chociaż myślała, że miała to już dawno za sobą, bardzo szybko i boleśnie przekonała się, że wcale nie.
A potem było już tylko gorzej.
Jeden podmuch wiatru. Tyle wystarczyło, żeby tym razem zachwiała się już kompletnie niekontrolowanie. Nogi desperacko zaczęły szukać stabilizacji, ale tułów zdawał się przeważyć w tył. W tą pierdoloną otchłań. W pewną śmierć. I pewnie by się to stało. Spadłaby. Gdyby nie on. Gdyby jego silna słoń nie zacisnęła się mocno na jej tali, gdyby nie szarpnął ją do siebie z całą możliwą siłą. Tak kurwa mocno, że spomiędzy jej ust wyleciał głośny jęk, który wylądował prosto na jego twarzy.
Oddychała ciężko.
Ledwo łapała powietrze, dłonie zaciskając na materiale jego czarne bluzy, tak mocno, że pobledły jej knykcie. Sama już nie wiedziała co czuła. Tego wszystkiego było za dużo. Chyba pierwszy raz od sześciu lat czuła w sobie tak wiele emocji, czuła… że żyła. One nie były przyjemne. Za grosz. Ale były. A to coś, czego brakowało jej przez te wszystkie lata.
Pojebało cię?!
Uniosła na niego spojrzenie, dysząc prosto w jego twarz, wbijając ciemne oczy w te jego.
Co ty odpierdalasz, Pilar?
— Powiedz to jeszcze raz — wypaliła nagle, kompletnie niekontrolowanie, uderzając chaotycznie podnoszącą się klatką piersiową o tą jego. Stojąc przy jebanej krawędzi, w którą chwile temu mogła wpaść. Zginąć. A jednak skończyła w jego ramionach. — Powiedz moje imię — mówiła do niego jak w jakimś amoku. Odklejona kompletnie od rzeczywistości, zafiksowana na czymś, na czym wcale nie powinna. Powinna go od siebie odepchnąć. Nie odzywać się do niego. Nienawidzić go. A ona co? Błagała go, żeby wymówił jej imię? Pojebało ją do reszty. Ten koks robił z nią tak skrajne odklejone rzeczy, że ciężko było przewidzieć, co stanie się dalej.
A stało się.
Stało się to, że ściągnął ją na ziemię z chwilą, w której wspomniał o Amrze. O tym, że mogła zostać bez matki. Uderzyło to w nią jak kubeł zimnej wody. Kolejne skrajne emocje zostały dodane do palety uczuć, a ona znowu nie potrafiła sobie z tym poradzić. Z tym, że jedna głupia decyzja, jedno durne sprawdzenie czy jemu wciąż zależy mogłoby kosztować dziecko matki. A przecież sama wychowywała się bez swojej. Nigdy nie miała normalnej rodziny i co? Pozbawiłaby tego własnego dziecka? Przecież obiecała sobie, że nigdy nie da jej odczuć tego, że wychowywała się bez ojca. Bez tego prawdziwego, biologicznego ojca. Tymczasem prawie spadła z dachu. Tymczasem skończyła z nim twarz przy twarzy, usta przy ustach…
Odstawie cię do domu…
— Spierdalaj — znowu mu to powiedziała. Znowu wyrywając mu się z uścisku i próbując go popchnąć. — Pójdę jak będę chciała — naparła na niego, popychając jego ramiona. Kim on był, żeby mówić jej, kiedy miała wracać i gdzie? Nie miał do niej żadnych praw. Ż a d n y c h. Nie miał też prawa jej zostawiać. Bo przecież nie miała pewności, kiedy znowu będzie mogła go zobaczyć. I ta myśl w połączeniu z prochami, które tylko ją pobudzały sprawiła, że… — No co tak patrzysz? — warknęła na niego, waląc go w brzuch, a przynajmniej biorąc na to zamach. — Powiedziałeś, że nie zawahasz się mi oddać — wspomniała jego słowa jeszcze zanim zaczęli wspinać się po schodach, a w jej oczach znowu płonął ogień. Znowu się na niego zamachnęła, ale się odsunął, więc trafiła go jedynie w ramię. — No to mi, kurwa, oddaj — rzuciła ostro, po czym podcięła mu nogę tak, że albo zachwiał się do tyłu albo w ogóle wywalił na moment na plecy.
A ona patrzyła.
Wzroku od niego nie odrywała.
Toczyła desperacką walkę o jego uwagę, tłumacząc sobie, że przemawiał przez nią jedynie gniew. Prawda jednak była zupełnie inna. Taka, do której Pilar w życiu by się nie przyznała — niezależnie od tego czy trzeźwa czy na koksie, a mianowicie to, że ona chciała go mieć przy sobie. Potrzebowała oddychać tym samym powietrzem co on. Potrzebowała czuć jego bliskość, za którą jej ciało tak kurewsko tęskniło. Nawet kosztem tego, żeby sprał ją na tym dachu na kwaśne jabłko. Wszystko by zrobiła, żeby go tu zatrzymać chociaż na moment, żeby p o c z u ć. Dlatego zaraz jeszcze spróbowała go kopnąć.

Madox :ryk:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, prochy, agresja
Nigdy nie miał jej gdzieś, przez te osiem lat, kiedy się nienawidzili i skakali sobie do gardeł też nie, a teraz...
Chciał, ale kurwa stał już tak blisko niej, cały spięty, gotowy w każdej chwili reagować. Przecież Madox znał działanie kokainy, to jak zaburzała percepcję, jak sprawiała, że człowiek czuł się pierdolonym Bogiem, nieśmiertelny. Jak dodawała skrzydeł.
I jej chyba też dodała, skoro stała już na samej krawędzi dachu.
Patrzył w jej duże, wypierdolone w kosmos oczy, kiedy odezwał się do niej po imieniu.
Pilar.
Kiedyś najbliższe mu imię, kiedyś Pilar Stewart była dla niego całym światem. Wszystko by dla niej zrobił. Z dnia na dzień chciał się z nią pobrać, rzucić wszystko i uciec w świat, bo wystarczyła mu tylko jej miłość.
Miłość, której nie odwzajemniła, a potem przekuła ją w uczucie do innego faceta. Jeden kurwa ruch... Poleciałaby w dół.
Ale przecież mógł teraz być odbiciem swojego ojca, najgorszym człowiekiem na tej pierdolonej planecie, a i tak nie pozwoliłby jej spaść. Nie była jego. Ale nie chciał jej stracić. Wybrała tamtego i chociaż kurewsko go to bolało, gryzło pod skórą, krwistą drzazgą godziło gdzieś w samo serce, to przecież nie pozwoliłby jej polecieć w dół. Bo nie była aniołem, nie miała skrzydeł. Szarpnął ją mocno do siebie. A kiedy na jego policzkach wylądował ten głośny jęk, który kiedyś... Nie, kurwa, on wciąż sprawiał, że włoski na karku stanęły mu dęba, wbił w nią czarne spojrzenie. W usta, które łapały łapczywie powietrze, w oczy, które błyszczały w świetle księżyca i te zarumienione policzki.
Ja pierdole.
Dlatego zaraz się na nią wydzierał. Chociaż jego wytatuowane palce przesunęły się po jej plecach zacisnął je na materiale jej koszulki.
- Co? - wyrwało mu się, kiedy się do niego przysunęła, kiedy poczuł ją na sobie, bliżej. Za blisko. Kiedy jej oddech otaczał jego szyję, grał na policzkach, a palce zaciskały się na jego koszulce. Pokręcił głową, kiedy powiedziała to powiedz moje imię. Chciał je kurwa powiedzieć. Mówić je znowu na okrągło, w towarzystwie wielu innych słów...
Opowiadać jej jak była dla niego całym światem, jak kiedyś...
Ale to było kiedyś. Dawno temu. Już kompletnie nie prawda. Bo teraz ona była żoną innego faceta, nosiła na palcu jego obrączkę i przedstawiała się jego nazwiskiem. Urodziła mu dziecko...
I on zaraz o nim jej nawijał. Przypomniał jej, że teraz, w tym momencie, kiedy stali tak blisko siebie, kiedy patrzyli sobie w oczy, jakby cały świat dookoła znowu nie istniał, tylko oni. To jednak ona nie była już tą dziewczyną, która obiecała mu, że zawsze będzie na niego czekać.
Nie zaczekała. I on też nie zamierzał rozdrapywać starych ran, płakać za nią. Bo kurwa to był Madox, który nie patrzył za siebie. Chyba, że chodziło o zemstę, ta akurat musiała się dopełnić. Ale...
Ja pierdole.
Na niej nie umiał się mścić. I naprawdę chciał odstawić ją do domu. Do dziecka i do... Kurwa. Męża.
Tylko, że ona znowu mu się szarpnęła.
Spierdalaj - po raz kolejny. Aż wywrócił oczami zatrzymując się w pół kroku, kiedy go od siebie odepchnęła. Zaparł się, a ona nie dawała za wygraną, odpychała go od siebie. Bo powinien ją zostawić, powinien od niej spierdalać.
- Czego ty kurwa chcesz Pilar? - zapytała, kiedy rzuciła to, że pójdzie jak będzie chciała. Mieszała mu w głowie, tak kurewsko mu w niej mieszała. Chciała go, czy nie? Odpychała go od siebie, kazała mu spierdalać, zdradziła go, nie kochała, a jak chciał ją odstawić do domu, to zaczęła mu się rzucać.
Odskoczył do tyłu, kiedy się zamachnęła, żeby go uderzyć.
- Jesteś pierdolnięta - zawsze była, ale przecież kiedyś te słowa z jego ust brzmiały jak komplement, a teraz?
Znowu wbijał w nią czarne spojrzenie, pokręcił głową - chcesz, żebym cię uderzył? Loca - odsunął się znowu, kiedy się zamachnęła i tym razem on zatoczył się na brzegu dachu, ale zaraz złapał równowagę, odsunął się od krawędzi, bo ostatnią rzeczą, której on by teraz chciał, to złamać kręgosłup na którejś z tych pierdolonych barierek w dole. Nie zdążył zareagować kiedy go podcięła, noga mu uciekła i wylądował na ziemi, na plecach, chciał się szybko wybić do góry, ale Pilar nie dawała za wygraną, a kiedy się zamachnęła, kiedy chciała go kopnąć, to złapał ją za nogę i też sprowadził ją do parteru, najpierw wylądowała przy nim. A że gruchnęła mocno na plecy, to miał chwilę, żeby zareagować i już zaraz dociskał ją ramieniem do ziemi, blokował kolanem. Mogła go pewnie zrzucić jednym wprawnym kopniakiem w krocze, ale już mu pokazała wcześniej, że jednak nie chciała tego zrobić. I on też nie chciał zrobić jej krzywdy, ale docisnął ją mocniej przedramieniem, kiedy się wierzgnęła, a jego kolano wylądowało między jej nogami.
- I po co ci to? Żeby twój mąż znowu pytał kto ci to zrobił? Nawijał, że powinnaś zgłosić tego zwyrola. Zgłoś mnie Pilar i zamknij. I tak kurwa wiemy, że sumienie ci na to nie pozwoli - pochylił się nad nią zaglądając w jej oczy, a kiedy wyswobodziła rękę i zacisnęła mu palce na gardle, to naparł na nią mocniej, tak, że mogła czuć na palcach, jak ciężko łapał powietrze w płuca. Przycisnął ją mocniej do ziemi, kiedy się szarpnęła - uduś, złam mi nos, kopnij, to i tak nie ma porównania, do tego co zrobiłaś i jak mnie oszukałaś. Chociaż poczekaj... - znowu łapał jej spojrzenie, a ich oddechy mieszały się w jeden - chyba powinienem ci podziękować za tego prawnika? Dzięki Pilar. Nie trzeba było mnie stamtąd wyciągać, bo tu jest gorzej niż myślałem, w tym wspaniałym świecie, gdzie jesteś żoną Galena Wyatta - podparł się na ręce i zamierzył do tego, żeby z niej wstać. Nie miał zamiaru się tutaj z nią okładać, chociaż był na nią zły, chociaż wyrwała mu w sercu jakąś wielką, pierdoloną dziurę, ale...
To wciąż była Pilar. Nawet jeśli teraz należała już do innego. Jej serce, jej ciało i te wypierdolone w kosmos, duże oczy, w które się wpatrywał.

Estrangúlame, rómpeme la nariz, patéame... aun así, no se compara con lo que hiciste.
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja, przemoc
Czego ty kurwa chcesz, Pilar?

Nie wiedziała.
Nie miała kurwa zielonego pojęcia.
Czego chciała? Jego? Nie mogła go chcieć. Był poza zasięgiem. Nienawidził jej, a ona nienawidziła jego. Ich relacja chociaż piękna była też bolesna aż do bólu. Przeszli razem przez prawdziwe piekło, a potem równie wielkie piekło zgotowali sobie nawzajem. On przekonany, że go odrzuciła, że wyszła tak po prostu za innego faceta, a ona życia w przeświadczeniu, że już jej nie chciał. Że kiedy godzinami, dnami, tygodniami, l a t a m i wysyłała mu długie listy, opisujące jak wielką miłość do niego miała, on olewał ją za każdym razem. Nie chciał jej widzieć.
Wyparł się na nią.
A ona nie potrafiła się z tym pogodzić. Nie potrafiła przeboleć tego, jak na nią patrzył. Jak warczał na nią i mówił jej, że była pierdolnięta. Wcale nie w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Nie jak wtedy na kamieniu, gdy całowali się zachłannie, a ona szarpała go za włosy i dusiła, przeplatając przyśpieszone oddechy z jękami. Nie kiedy przyciągała go blisko siebie, chowając własnymi ustami przed gangusami za jego plecami, jak warczała na Truciznę bez krzty strachu… Wtedy kręciło go jej pojebanie. A teraz? Teraz wyglądał jakby go irytowała.
Chcesz żebym cię uderzył?
Chciała, żeby zrobił cokolwiek.
Żeby sprawił, że znowu coś poczuje. Nawet jeśli miałaby to być krew w ustach, którą kiedyś mieszali z własnymi językami nie bieżąco. Żeby wydzierał się na nią, żeby szarpał ją z tej całej nienawiści… wszystko co tylko chciał, ale żeby nie odstawiał jej do domu. Można było zwalić to na biały proszek, ale ona nie potrafiła się od niego zdystansować. Chciała trwać w tym chaosie na siłę, jak najdłużej, bo to w nim czuła się… jak w domu. Jakby cofnęła się te kilka lat wstecz. Jakby wszystko było jak kiedyś. Jakby wciąż mieli jeszcze szanse.
Ale nie mieli.
Bo im bardziej ona się na niego rzucała, tym on robił uniki. Przesuwał się w stronę krawędzi, a ona zamiast zepchnąć go w otchłań, podcięła jego nogę, żeby przypadkiem nie przesunął się nigdzie dalej. Gotowa go kopnąć, wyrzyć się za to, że ją zostawił, za to, co powiedział jej ostatnio w szpitalu. Tylko co z tego, jak kiedy tylko się zamachnęła on złapał ją za kostkę i szarpnął do parteru.
Plecy boleśnie zderzyły się z twardym podłożem. Syknęła z bólu, momentalnie wijąc się i kuląc w kłębek. Wciąż miała jeszcze siniaki po ich szarpaninie w klubie Noriegi, wiec zabolało ją bardziej niż powinno, a nim zdążyła się podnieść, jakoś ogarnąć, on już do niej doskoczył. Momentalnie przygniótł ją swoim ciałem i przyblokował. Pierwsze ramieniem, które wbiło się w klatkę piersiową, a potem jeszcze kolanem, które b e z c z e l n i e wdarło się pomiędzy jej uda.
Nic nie czuła.
Nic nie czuła.
Nic nie czuła.
Czuła.
Kurwa jak dużo ona czuła, kiedy był tak blisko.
Kiedy zaciągała się jego zapachem, tak bardzo innym niż ten sprzed sześciu lat. Kiedy jego bliskość kompletnie ogłupiała jej zmysły. Wierzgała się pod nim, próbując się uwolnić, ale każdy jeden ruch był tylko gwoździem do trumny. Każde pierdolone przesunięcie biodrami, bo wtedy on jeszcze bardziej się o nią ocierał, jego kolano wbijało się w miejsce, w które zdecydowanie nie powinno. Uniosła na niego gniewne spojrzenie, kiedy znowu się odezwał, gromiąc go wzrokiem.
— Niech nawija. Mam to w dupie — odpyskowała mu. Koks faktycznie rozwiązał jej język, ale nie w stronę, której oczekiwał Rodrigo. Nie nawijała o tym, co wiedziała z komendy, a raczej to, co siedziało w jej głowie i sercu, a czego nie chciała tak naprawdę mu mówić. Bo taka była prawda: Pilar miała gdzieś, co mówił Galen. Zawsze narzekał na jej siniaki i blizny, przejmował się, a ona tylko wywracała oczami i mówiła że taką miała pracę, że nie była z porcelany. Wyatt nigdy nie rozumiał jak bardzo ona była od tego uzależniona. Od bólu, w którym dorastała.
Rękę, którą udało jej się wyrwać, osadziła mocno na jego gardle. Zacisnęła palce tak, że prawie odbierała Noriedze możliwość oddychania, a kiedy zaczął to uduś mnie, złam mi nos… faktycznie naparła na niego jeszcze mocniej. Nie chciała tego robić. A jednak kiedy wspomniał, że go oszukała, nagle miała ochotę go zatłuc. Znowu kłamał. Znowu naginał prawdę na swoją korzyść.
— Przestań — krzyknęła, patrząc mu głęboko w oczy, dysząc mu prosto w pełne, rozchylone usta. Usta, które wyrzucały z siebie tak obrzydliwe słowa, że aż momentalnie zrobiło się jej niedobrze. Nawet nie zakodowała faktu, że on już wiedział, że to ona opłaciła prawnika. W pełni skupiła się na kolejne wspomince o Galenie Wyattcie i tym, jak bardzo go nie oszukała. — Gówno wiesz, Madox — warknęła tak ostro, że nawet jej włosy zjeżyły się na rękach. Ledwo łapała powietrze w płuca. Jego bliskość ją otumaniała. A może robił to koks, który wciąż siał spustoszenie w jej ciele? Który rozwiązywał jej pierdolony język do stopnia, którego za gorsz nie chciała. — Przecież ja to zrobiłam dla ciebie — jęknęła, czując jak zbierają się w niej takie pokłady żalu, gniewu i rozpaczy, że nagle aż dostała przypływu siły i walnęła mu łokciem w ramię. Mocno. Tak mocno, że pewnie jutro będzie mieć siniaczka. A potem zaczęła się wierzgać, że musiał do niej przylegnąć jeszcze bardziej. — Wszystko zrobiłam dla ciebie, idioto — ryknęła już o wiele głośniej. Czuła, że zaraz jej się uleje. Że mając jego spojrzenie pełne wyrzutu tak blisko siebie, zaraz serio nie wytrzyma. — Trzy miliony. Tyle kosztował ten pierdolony prawnik — wycedziła, mieszając głos z syknięciami z bólu, bo tak mocno się do niej przyciskał. Chociaż kwota musiała go zaskoczyć i wtedy Pilar mu się odwinęła o wiele mocniej, nastepnie zrzucając go z siebie. — Przez pierwsze trzy lata w ogóle zbierałam na spotkanie z nim! Ćwierć bańki samo kurwa spotkanie, debilu. Wiesz ile to jest pieniędzy?! — krzyknęła, tym razem ona siadając na nim i unieruchamiając go. — Wiesz co musiałam robić, żeby je zdobyć?! — nachyliła się, znowu zaciskając palce na jego szyi. — Nie wiesz kurwa!!! Bo kiedy grzałeś dupe w pierdolonym więzieniu ja sprzedałam wszystko co miałam. Wszystkie rzeczy, nawet mojej ciotki i Matiasa, a potem zaczęłam handlować jebanymi prochami. Prochami kurwa Madox! Torbami większymi niż te, które ty miałeś tam na dole, na pierdolonym stole! Na imprezach, w klubach, piwnicach… Myślisz, że pierwszy raz ktoś mnie tak szarpał za włosy jak twoi kumple? Poniżał? Dotykał?! WYKORZYSTAŁ KURWA?! — nawijała jak najęta, krzyczała, nawet na moment nie spuszczajać z niego wzorku. Nie miał pojęcia przez jakie piekło przeszła. Jak wiele cierpienia przeżyła. Mógł jedynie widzieć szczerość w jej oczach i ból. Wilgoć nawet, którą mimowolnie zaszły kąciki jej oczu. Aż cała zadrżała na wspomnienie tego jednego razu, kiedy nie zdążyła ulotnić się w porę… — Myślisz, że ja wyszłam za niego z miłości!? — znowu na niego nacisnęła, dosłownie odcinając mu dopływ powietrza. — Kurwa mać, Madox, użyj pierdolonego mózgu!!! — co on myślał? Naprawdę uwierzył w to, że z dnia na dzień tak po prostu przestała go kochać? Że tak po prostu zakochała się w Galenie? Po tym wszystkim co oni przeszli? No przecież nie mógł być aż tak wielkim idiotą. Czy to naprawdę nie było oczywiste, że potrzebowała pieniędzy? — To ciebie zawsze kurwa kocha…
Nie dokończyła.
Nie zdążyła.
Bo gdzieś na dole, pięć pięter niżej wybrzmiał dźwięk postrzału.
A zaraz kolejnego.
I rozpoczęło się wielkie poruszenie. Ktoś krzyczał, że mają nalot, ktoś inny, że to ludzie starego Noriegi, a ona momentalnie zeskoczyła z niego, równie mocno zaskoczona jak pewnie Madox.

Siempre te he amado.
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”