Bał się, że odkąd sięgał pamięcią, był tylko ślepo posłuszny własnemu instynktowi - jak zwierzę które rozpulchniało otwory swoich źrenic, próbując przylgnąć do światła, jak zwierzę, którego ślina ściekała wilgotnym śladem po brzegach napiętych warg, skłonne odsłaniać swoje kły zbyt gwałtownie i często, trwając ciągle w szaleńczym i niefortunnym tańcu pomiędzy walką a ucieczką. Nigdy o tym nie mówił - nie dzielił się tamtym strachem nawet ze swoją matką kiedy gładziła go po włosach szepcząc do niego, że przecież ma dobre serce, a on zastanawiał się, czy narząd kurczący się, ogłupiony mantrą własnego przeklętego rytmu, nie był w jego przypadku czymś niezgrabnym i popsutym, jak pozytywka która potrafiła się wyłącznie obracać, nie poruszając dłużej beztroskim pięknem melodii. Czasami, kiedy siadał samotnie na jednej z krawędzi łóżka, wgryzając się wzrokiem w przestrzeń, jeszcze mętną, okrytą warstwą niechcącej ustąpić nocy, miał wrażenie, że wszystko, co osiągnął, było tylko żałosną próbą udomowienia - miał stawać się spokojniejszy, o przystrzyżonej, starannie uczesanej sierści, stępionych kłach i przyciętych cierniach swoich pazurów, z obrożą zaciśniętą dookoła prętu swojej szyi przy której sterczała krótka, napięta do granic smycz. Nie wierzył, że mógł się zmienić i każda wysunięta w tym kierunku wątpliwość wprawiała go w przerażenie.
Naprawdę
miał
taki
być?
Oddychał. Przeliczał swój każdy oddech.
Nigdy nie mogłem wyjść z podziwu, jak ludzkie ciało jest stworzone, w głowie nadal brzęczała mu rozmowa którą odbył na jednym z kół naukowych na studiach. Organizm człowieka już w tamtej, dostępnej chwili przypominał mu książkę, w której po rozchyleniu skóry niczym kolejne strony można było przeglądać każdą ułożoną pod spodem powięź i więzadło.
Pamiętaj o jednym, Jude, głos nauczyciela, zwracającego się do niego imieniem zdążył go w tym momencie zaskoczyć,
kiedy zaczniesz pracować, będziesz w stanie zobaczyć coś ważnego. Człowiek przez większość czasu przypomina swoim zachowaniem kompas. Będzie cię oszukiwać i zwracać się w stronę życia, spróbuje poprzestawiać w sobie dowolną ilość rzeczy, aby chociaż na chwilę zachować wszystkie pozory równowagi. Otworzy szerzej swoje oczy, dalej słuchając jego słów z ignorancją osoby, która mogła dopiero po latach w pełni, dokładnie pojąć ich znaczenie.
Jednak… kiedy to się odwróci, każde twoje działanie, przerwał na krótką chwilę,
może okazać się tylko sztuką dla sztuki.
Musisz wiedzieć, że może nadchodzić moment, w którym jest już za późno.
Moment, gdzie wszystko pęka.
Dopiero później mógł pojąć, że taki etap nadchodził nie tylko w obliczu pracy - od zawsze istniała tama, którą potrafił przebić. Dzisiaj przerwał kolejną, rozerwał ją jak wolierę, z której chciał się wyszarpać i wzbić się w powłokę nieba. Wysycał się tym odczuciem, przyznając, że wąska przestrzeń dzieląca teraz ich ciała, była rozgrzana, duszna i zaczynała coraz śmielej przechodzić przez jego skórę kolejnym, rozchodzącym się skurczem. Był rozdrażniony tylko przez jedną myśl, która nachodziła go, nie pozwalając, aby tak całkowicie ją porzucić - bał się, że w tym momencie mógł tylko zaszkodzić Iris, jakby to wszystko było jedynie grą, nawet, gdy w głębi siebie wiedział że jest to absolutnie dalekie od rzeczywistości. Możliwe, że w głębi duszy obawiał się zaszkodzenia innym ludziom - wszystko było łatwiejsze, gdy proste, krótkie rozmowy toczące się w aplikacjach były jak zwięzły handel, bez wyrzutów sumienia, bez żadnych pozostawionych przed sobą zobowiązań.
Iris w tym momencie była kimś znacznie innym, bardziej żywa od mężczyzn którzy nie spoglądali nawet w jego oczy, od kobiet, które miały zapomnieć jak układało się w ustach jego imię, była bardziej żywa od wszystkich, pozostałych momentów w których każde odczucie wydawało się proste, gdzie nawet własne spełnienie osądzało się płytko, bez przekonania, zaskakująco szybko ustępując miejsca ponurej codzienności. Wszystko, co czuł w tej chwili, różniło się od emocji, jakie zwykle dopuszczał, przede wszystkim dlatego, że narodziło się między nimi zupełnie spontanicznie, bez żadnej naglącej ich aktualnie potrzeby i przymusu. Wiedział, że było
inne i dokładnie ten fakt mógł przerażać go najbardziej, bo czuł, że był w stanie nim wzgardzić, czuł, że był w stanie go nigdy właściwie nie uszanować.
-
Miejsce - jego głos zakołysał się, lekko i uszczypliwie -
czy raczej wszystko, co będzie pomiędzy nami? - twarz drasnął mu rozbawiony uśmiech. Nie ukrywał przed sobą, że otaczająca ich sceneria, chociaż miała swój urok, całkowicie przestała go interesować. Szpital w zamian za to uwielbiał żyć w dymie plotek, szczególnie na temat tego, co wydawało się łączyć jego pracowników, sam jednak ukrywał skrzętnie podobne epizody nie mając w sobie potrzeby ich poruszać, szczególnie w środowisku bloku operacyjnego, gdzie każdemu rozwiązywał się język pomiędzy krótkim komunikatem, by podać odpowiedni przyrząd lub skarżyć się, że
znów krwawi.
-
Zabrałbym cię gdzieś indziej - nadal nosił na sobie posmak jej ust który mrowił przyjemnym, świeżym wspomnieniem na ciągle spragnionych wargach. Nie sądził, aby musiał tłumaczyć jej, w jaki sposób chciał znaleźć się znacznie bliżej oraz odkrywać każdy, kolejny fragment jej skóry. To było zbyt oczywiste, by przypominać o tym dosadnie na głos, zwłaszcza, że jego ciało mogło obecnie rozpaść się pod naporem fascynacji która była zbyt silna, aby był w stanie nad nią zapanować. Możliwe, że dokładnie w ten sposób próbowali wyleczyć się ze swojej samotności, chociaż nie sądził, aby było to w jego przypadku źródłem naglącego pragnienia, które zaczynało ogarniać go w całości, bezwstydne i niespokojne.
-
Nie lubię mieć świadomości, że coś będzie w stanie mi przeszkodzić. - W jego głosie było wyczuwalne tętnienie, poniekąd nawet drapieżne i zaborcze. Dosięgnął w tym momencie jej policzka, czując ciepło i miękkość; przesunął się nieco niżej, opuszką palca muskając czerwień jej ust, tam, gdzie jeszcze niedawno mógł pozostawić odcisk swojej obecności. Sceneria, w której się znajdowali, przestała mu odpowiadać - chciał w końcu o wiele
więcej. Wiedziała. Musiała wiedzieć.
Niczego już nie ukrywał.
Iris Valentine