33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Nie starał się jej zniechęcić; nie działał, by oswoić ją z myślą że mogła popełnić błąd. Nie mówił, że jest potworem, bo sam nie wiedział w jaki sposób wyjaśnić przed samym sobą tę wątpliwość wtopioną jak korzeń drzazgi tworzącej bolesne skaleczenie, które bezustannie dławiło się własnym, gęstym ładunkiem ropy. Mógł przypominać zwierzę, które dobrze wiedziało z jakiego powodu atakuje, początkowo zbyt drobne, o pięściach cienkich jak liście które zdążyły opaść i zwiędnąć zbyt raptownie, zbyt szybko, noszące we wnętrzu gardła śluz żalu do własnej matki że postanowiła w ogóle je urodzić. Pamiętał, w jaki sposób niektórzy zaczynali nazywać ich rodzinę, o ile mogli nazywać się rodziną, tylko dwoje, nikt więcej - i brało go obrzydzenie, gdy myślał o każdym słowie, którego brud odrywał się nieprzerwaną korozją z ich języków. Był zły i miał w sobie gniew, bo nie miał innego wyjścia, bo nie miał zamiaru dawać im przyzwolenia, aby go mogli miażdżyć, łamiąc mu każdą kość. Wszystko, co trzymał w sobie, za grubym murem tajemnic, za błoną zasłon milczenia, nie było jednak tematem ich rozmowy. Miał wrażenie, że musiała nieopatrznie zrozumieć jego słowa, przez co musiał powtarzać, że nie, nie robi z siebie demona, nie teraz, tutaj, nawet gdy nieświadomie dotknęła wrażliwego punktu na topografii jego duszy. Pokryty mdłym, zawieszonym na jego skórze zmęczeniem, nie miał zamiaru o tym dyskutować. Nie byli na tyle bliscy, aby zwiedzać muzea swoich lęków. Nie byli jeszcze; albo nie będą nigdy.
- Znowu mnie o to pytasz - zauważa więc nieco pobłażliwie. Widzi że dalej drąży i nie ma w planach udawać, że jest zupełnie inaczej, że pozostaje ślepy. Nić jego głosu pomimo tego jest miękka i nie wydaje się, by miał jej to całkowicie za złe. Szukała odpowiedzi więc miał zamiar ją w tym momencie ofiarować, oczywiście na miarę swoich możliwości. Liczył, że koniec końców zrozumie że wcale jej nie odrzuca. Nie mówi, że musi przestać, choć w ostatecznym rozrachunku jest jedynie świadomy, w jaki sposób prezentuje się większość jego znajomości. Nie, tak naprawdę on chce, żeby mogła się zbliżyć, żeby była w stosunku do niego bezpośrednia, bez rękawiczek nazw, bez doktorów, magistrów oraz innych tytułów noszonych przez nich na dyplomie, bez hierarchii, bez słów dawkowanych uważnie przy pacjentach, bez strachu że można zostać zbyt szybko i niepotrzebnie ocenionym. Chirurdzy nigdy nie byli akademicką elitą, dlatego, że bezpośredniość tworzyła niszę ich pracy, wszystkie supły narządów tworzące rozległą miękką galaktykę zamkniętą w worku otrzewnowym.
- Iris - zwrócił się do niej również po imieniu, zupełnie, jakby chciał zetknąć się teraz z każdą, kolejną głoską która tworzyła jego szkielet - mówiłem tylko, że możesz być ze mną szczera - sprostował. Nic więcej, Iris, nic więcej, co musisz szukać. Cieszyła go jej otwartość, też na kłopoty, o których mu powiedziała z łagodnym łukiem uśmiechu. Sam nie uśmiechał się, nie w tej chwili, gdy patrzył na jej twarz, czujny, szukając czegoś nowego w przebiegu ich rozmowy. Nie rozumiała jeszcze, co wkrótce zamierza zrobić. Nie rozumiała jak potrafił być straszny w swoich kolejnych słowach, zupełnie, jakby samym na wstępie chciał sprawdzić anatomię ich spotkania, testując jej wytrzymałość aż do granic.
- Dotknij mnie, a zobaczysz, czy rzeczywiście wydarzy się coś złego - dodał półszeptem, powoli, nie pozwalając jej jednoznacznie stwierdzić czy przyjacielsko żartuje, czy zaciska na jej zmysłach w tej chwili prowokację. Jak inaczej miałaby się przekonać? Słowa były słowami; nie miały żadnej wartości aby móc udowodnić czy jest się zupełnie nieszkodliwym. Co innego w tych wypadkach świadczyło o człowieku. Doświadczenie; doświadczenie go krok po kroku i szczegół po szczególe.
- Inaczej nie poznasz prawdy.

Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znowu go o to pytała… cień uśmiechu przemknął przez jej twarz, ale zachowała względną powagę. Względną. Zdecydowanie zbyt często dochodziła do wniosku, że w piekle już była, więc teraz mogła sobie na to pozwolić. Na ciekawość, na drążenie… bycie upartą. Nic złego nie mogło się stać. Mogła go oczywiście wyprowadzić z równowagi, przekroczyć granicę męskiej cierpliwości, ale jak mogłoby się to skończyć? Obróciłby się na pięcie i odszedł… a mimo wszystko cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał jej, że wcale nie chciał odchodzić. Jeśli się myliła? Trudno. To również nie byłby pierwszy raz w jej życiu. Naprawdę nie miała nic do stracenia i naprawdę była gotowa na kłopoty.
Brakowało jej adrenaliny. I chociaż żyła – za co powinna być wdzięczna, bo miała więcej szczęścia niż rozumu – czasami o tym zapominała, przestawała to czuć. Praca, szpital, pacjenci… i tak w kółko. Czasami bawiło ją to, że ludzie ich pokroju tak bardzo skupiali się na ratowaniu cudzego życia, że własne schodziło na dalszy plan.
Przesadzasz Valentine.
Za to śmieszny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, gdy wypowiedział jej imię. W sposób jaki to zrobił. Uśmiech dalej czaił się w kąciku jej ust, a ona nie odwracała od niego spojrzenia. Nawet na sekundę. Zaciekawiona, zaintrygowana… i sprowokowana? Dlaczego miała wrażenie, że tak się właśnie działo? Prowokował ją. I musiała sama przed sobą przyznać, że było to na swój sposób elektryzujące - niezależnie do czego ostatecznie prowadziło.
Nie drgnęła. Nie zrobiła nic przez kilka następnych uderzeń serca, ale ostatecznie uniosła dłoń i położyła ją na męskiej klatce piersiowej. Trochę jakby chciała go od siebie odsunąć, jakby chciała zwiększyć między nimi dystans, bo zaczynało jej brakować w tym układzie oddechu. Nie zrobiła tego jednak, nie popchnęła, nie odsunęła ani jego od siebie ani siebie od niego. Pod palcami czuła miarowo bijące męskie serce, ale to nie na nim się skupiała. Całą jej uwagę pochłaniała jego twarz, jego spojrzenie.
- Tak naprawdę od bardzo dawna nie byłam szczera nawet sama ze sobą… – więc, co dopiero z tobą, doktorze Iverson. Mówiła cicho, ale był tak blisko, że to wystarczyło. Przestała się też uśmiechać, naturalnie spoważniała i zmrużyła lekko oczy, gdy mu się przyglądała. Przez krótką chwilę wyglądała jakby go oceniała. Tylko to nie tak, bo nie oceniała jego… a tą dziwną sytuację, w której niespodziewanie się znaleźli. I to tylko dlatego, że wcisnęła inny guzik w windzie niż pierwotnie zakładała. To była bardzo dobra decyzja… a on był ciekawszy niż kiedykolwiek zakładała.
- Więc jaka jest prawda? – chciała ją poznać, jakakolwiek by nie była. Jednocześnie odrobinę mocniej zacisnęła palce na jego piersi. Nie tylko chciała ją poznać, ale też poczuć.


Jude Iverson
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Jej słowa były jak rany - mógł je widzieć, dokładnie, w momencie kiedy opadły stygnąc na brzegach ust, jeszcze otwarte, lśniące nieskłonne by się zagoić, otwarte może przez tydzień, przez miesiące, przez liczne zebrane lata. Był zaskoczony, czując na sobie ciężar jaki mogły udźwignąć, ból, który mogły przynieść rwący się niespokojnie, zamknięty w ponurej sieci własnego przyzwyczajenia że przecież wszyscy tak robią, wszyscy mają trudności, wszyscy coś w sobie kryją. Jak wiele musiała tłumić? jak wiele wciąż mogła znosić? Zaschło mu teraz w gardle, powstrzymał się, by nie ścisnąć ręki w niezgrabną pięść. Coś spięło się, tuż za mostkiem, w momencie gdy kładła dłoń, coś piekło w środku, w przełyku, coś pełzło gniotąc żołądek. Nie wiedział już, w jakim rytmie zaczyna bić jego serce, nie wiedział już, czy przyspiesza, czy będzie obecnie skłonne się zatrzymać. Nie - jej słowa były ważniejsze, niż ten gest, niż to wszystko, niż gra którą sam rozpoczął. Dlaczego go uderzyły? Czy może z tego powodu że każdy z nich wbrew pozorom sprowadzał się do jednego - do samotności w której nie mieli sił wypowiedzieć na głos tego co chcieliby wreszcie zmienić? Dlaczego wciąż to robili, uznając że w ten sposób wygląda porządek rzeczy?
Stał w związku z tym naprzeciwko niej, w milczeniu, które jak sidła zaczynało przekraczać dostępne granice ciał, w milczeniu, w którym mógł płynąć i które ściekało prosto do jego płuc, w milczeniu, gdzie się nie spieszył bo wydawało mu się niezwykłe, święte, prosząc go by ustąpił i choć przez chwilę mógł oddać mu szacunek.
- Tylko ty możesz siebie skrzywdzić - mówi więc znacznie później niż zamierzał jej powiedzieć, a chłodne, nocne powietrze zaczyna wsiąkać w jego włosy, ciężkie, tak samo żywe jak żywe są ich sylwetki. Ona i tylko ona; nikt więcej nie był w stanie tego jej uczynić, tylko ona i ludzie, których mogła dopuścić, niebezpiecznie, zbyt blisko, tylko ona i to, czego nie chciała dotąd nawet przed sobą przyznać, tylko ona i kłamstwa zamarłe wciąż przy jej progu. Rozumiał to, doskonale; rozumiał, bo koniec końców przecież był taki sam, dlatego wyciągnął rękę, uniósł ją, powoli i ostrożnie kładąc na jej dłoni, większą, choć równie miękką, zupełnie jakby nie miała prawa należeć do osoby mogącej zadawać ból. Zupełnie, jakby pod warstwą grubych, sterylnych rękawiczek, pod ostrym, znanym zapachem płynów do dezynfekcji, była wciąż taka sama, lekka, kładąc się niczym kompres pomiędzy własnym, unoszącym się torsem a jej opuszkami palców. Pogładził później jej skórę, czując przyjemny dreszcz przechodzący niemal natychmiast przez świadomość, osunął się, schodząc w stronę przegubu jej nadgarstka.
- Czy lepiej, jeśli przestanę? - zapytał cicho. Nie wiedział.

Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sunęła spojrzeniem po męskiej twarzy. Uważnie i w pełnym skupieniu, jakby chciała z niej wyczytać coś więcej… coś więcej niż mogła, albo powinna. Kiedyś myślała, że potrafi czytać z ludzi, ale coraz częściej przekonywała się, że to nieprawda. Mogła wiedzieć kiedy pacjenci kłamali i coś ukrywali, ale to była chyba bardziej intuicja i lata doświadczenia, ale ludzie, z którymi miała jakąkolwiek prywatną relację? Ludzi, których lubiła i z którymi chciała spędzać czas? Ci byli zbyt skomplikowani. A Jude? Cóż, on prawdopodobnie był z nich wszystkich najbardziej skomplikowany, ale jednocześnie… to ją interesowało. Wbiło ją w miejsce i dlatego nie drgnęła. Lawirowała spojrzeniem od jego oczu do ust i z powrotem.
Tylko ona mogła siebie skrzywdzić. Wiedziała to. Poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku, bo właściwie nie tylko wiedziała – od bardzo dawna to sobie robiła. Życie rozsypało jej się w dłoniach w momencie, w którym otworzyła swoje wyniki i chociaż pokonała tego jednego przeciwnika to chyba niekoniecznie i nie zawsze sobie z tym radziła. To nie było przyjemne… uzmysłowić to sobie. Mogło być szczere, ale zdecydowanie nieprzyjemne.
Przez ułamek sekundy pomyślała o ucieczce… może powinna to przerwać? Wrócić do tematu beztroskiego drinka? Opuścić dłoń, którą ciągle trzymała na jego piersi i samej zrobić krok do tyłu. To był impuls, ale nie poddała mu się. Nie drgnęła, nie oderwała od niego spojrzenia, serce zabiło jej tylko mocniej, a gdy jej dotknął… gdy opuszki jego palców przesunęły po jej skórze – zadrżała. Na kilka uderzeń serca zapomniała jak się oddycha i wreszcie opuściła spojrzenie. Przeniosła je z jego twarzy do ich dłoni. Jego pytanie dotarło do niej z lekkim opóźnieniem.
Czy byłoby lepiej, gdyby przestał? Prawdopodobnie tak. Rozsądniej. Logiczniej. Tylko czy tego chciała? Czy on tego chciał? Wtedy by nie pytał, prawda? Starała się racjonalizować, bo przecież ludzie nie zadają takich pytań, gdy chcą przestać – wręcz przeciwnie. Jej ciekawość też wcale nie malała. Ponownie odnalazła męskie spojrzenie i lekko, ledwie zauważalnie, pokręciła głową. Nie chciała.
- Prawdopodobnie… – rzuciła, a lekki cień uśmiechu przemknął przez jej wargi – ale nie przestawaj. Nie chcę. – żeby przestawał... cokolwiek robił, cokolwiek się z nimi działo i gdziekolwiek miało ich to zaprowadzić. Nawet jeśli kolejny raz miało ją to skrzywdzić, a on miał być kolejną osobą, którą zaprosi do swojego życia, żeby wywołała w niej spustoszenie i zniknęła… bo przecież nikt nie zostawał na dłużej – Pytanie tylko, czego ty chcesz, Jude. – dodała w myśl bardzo prostego założenia, że do tanga trzeba dwojga. I jeśli jej rozsądek zwiódł to jego ciągle mógł sprowadzić ich na ziemię.
Jeśli tylko chciał.


Jude Iverson
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Noc wcale nie umiała wybaczyć przeróżnych popełnionych błędów - przestał być tak naiwny, aby żałośnie wierzyć w jej zdolność do ratunku i wolności, nie ufał jej, wsiąkając całą uwagą w odwróconą misę jej spojrzenia, nie ufał, kiedy jej długi płaszcz jak granatowe żałobne wersety trenu opadał mu na ramiona, nie ufał jej, gdy naiwnie dawała mu przyzwolenie, gdy zaczynała szeptać że przecież nikt nie zobaczy, nikt się nie dowie, nie pozna tej tajemnicy, którą zamknie w gablocie swojej pamięci jak wysuszoną ćmę. Noc stała się pięknym kłamstwem, fałszywym, zagrzebanym przeczuciem, stygnącym pod powierzchnią naskórka. Dlaczego więc miał wrażenie, że wszystko jest teraz inne?
Dlatego właśnie, że było.
Nigdy nie patrzył na nią w podobny sposób, nie mógł nawet powiedzieć, że pozbawiony wstydu, bo było w tym znacznie więcej, czegoś czystego, wrażliwego bez względu na to, czy było krótkie i spontaniczne czy miało trwać znacznie dłużej. Nigdy nie patrzył na nią w podobny sposób, bo rzeczywiście nie patrzył jeszcze nawet przed chwilą, nie patrzył w obliczu pracy. Wiedział że to, co robi, nie miało być niczym dobrym, dlatego, że tak naprawdę nie powinna mu zaufać, lepiej, gdyby uznała, że jest całkowicie zły. Czuł, że był w stanie ją skrzywdzić, pomimo tego nie potrafił się odsunąć, nie umiał rozerwać chwili, która pomiędzy nimi obecnie wstrzymała oddech. (A może on chciał ją wstrzymać). Boże.
Mógł dostrzec, jak lekko drgnęła; zrozumiał, że ich odczucia stawały się takie same, równie skłębione, pełne intensywności, rozgrzane jak pręt gorączki przykładany z całej siły do ciała, nawet, gdy były drobne, trwające zaledwie kilka wzmożonych uderzeń pulsu odliczanych na zegarach gęstej sieci ich naczyń. Możliwe, że ich odczucia nie były nawet odrębne, że stały się teraz jednym, tym samym oddechem doznań, możliwe, że były tak naprawdę tym samym językiem ich historii, opowiadanym nawet podobnym tonem i manierą. Możliwe.
- Nie wiem, czy będę w stanie udzielić ci odpowiedzi - głos miał nieco ochrypły i niepewny, wydawał się teraz walczyć z własnym zastanowieniem, z refleksją, która jak zawiesina kurzu zaczynała wypełniać jego głowę. Czego chciał? Nie znalazł właściwych słów, każde z nich wydawało mu się czymś całkowicie żałosnym i niewłaściwym, jak źle dobrane elementy układanki, których nie umiał wsunąć w dziurawe, ciemne uskoki swojej świadomości. Nie wiedział. (Nie umiał przyznać?) Nie wiedział. Głos spadał na skrzela krtani zrzucony wprost z grzbietu gardła.
- Czuję - przyznał, bo przede wszystkim czuł, nachylił się jeszcze bardziej, jak zwierzę głodne każdego zakamarka dzielącej ich przestrzeni - że nie mogę pozwolić, aby to się skończyło - zakończył cicho, powoli. Chciał, żeby dalej trwało. Nie obchodziło go, tak naprawdę, czy wszystko, co teraz robi, było czymś niewłaściwym, czy będzie mieć konsekwencje; położył drugą dłoń na jej plecach, przysuwając ją bardziej. Bliżej. Nie potrzebował wiele, aby odnaleźć prostą, dostępną drogę do jej ust, dosięgając ich brzegów pocałunkiem, lekkim, pozbawionym nagłości, gdy w samym, rozchodzącym się przyjemnością zetknięciu miał wrażenie, że robił coś, o czym marzył od dawna, zupełnie, jakby stał się naiwnie nieświadomy tamtych snów, fantazmatów, które mogły go nawiedzać w zamkniętych, stłamszonych pomieszczeniach jego duszy. Zrozumiał, że tego chciał, bo każdy dotyk zaczynał mu przypominać o czymś, co stało się momentalnie rozgrzane i niecierpliwe, nawet, kiedy obecnie był jeszcze stonowany i niespieszny. Zrozumiał, że tego chciał, bo każdy z jego zmysłów stroszył się, tak jak stroszą się łodygi poruszonej sierści, bo każdy z nich mógł oszaleć, w każdej sekundzie, w każdym odcinku czasu. Zrozumiał, że tego chciał.
Nie musiał rozumieć więcej.

Iris Valentine
Ostatnio zmieniony wt sie 18, 2026 8:05 pm przez Jude Iverson, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przestrzeń między nimi znikała w sposób naturalny i ledwie zauważalny. Ledwie się zorientowała, gdy przeszli od momentu, gdy ramię w ramię obserwowali rozświetloną panoramę miasta zaciągając się dymem papierosowym aż do tego, w którym byli tak blisko, że oddychali właściwie tym samym powietrzem. Nawet jeśli przez ten ułamek sekundy chciała uciec to… ta myśl zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Odepchnęła ją w tył świadomości i zapomniała. Wpatrywała się w męską twarz i nie czuła skrępowania, chociaż może powinna… przez to jak na nią patrzył, jak patrzył przez nią. Jakby potrafił odczytać każdą jej myśl, pragnienie i tajemnicę. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale w jego spojrzeniu było coś elektryzującego, ale jednocześnie uzależniającego. Może tak właśnie działają najgroźniejsze drapieżniki? Może właśnie dała się złapać? A może była temu wszystkiemu tak samo winna w momencie, w którym obiecała sobie, że nie będzie zastanawiała się nad tym, co wypada. Skupiła się na tym, co czego chciała.
Zadrżała, gdy męska dłoń znalazła się na jej lędźwiach, całkowicie likwidując dystans między nimi. Nie istniał. A gdy ich wargi się ze sobą spotkały cichy głosik z tyłu głowy podpowiedział jej, że nie chce do niego wracać. Nie potrzebowała przestrzeni, żeby wziąć głębszy oddech i zastanowić się nad tym, co właśnie robili. Wspięła się lekko na palce, mocniej oparła o męski tors i miękko, zachłannie wpiła w jego wargi, przeciągając ten zainicjowany przez niego pocałunek o kilka kolejnych sekund, silnych uderzeń serca, które już w tym momencie sprawiało wrażenie jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Uderzył jej do głowy – nagle i intensywnie. Nie wiedziała dlaczego, ale w tym momencie nie potrzebowała sensu i logiki. Odsunęła je na bok razem z rozsądkiem. Byli dwójką dorosłych ludzi i nawet jeśli to miał być sposób na odreagowanie ciężkiego dnia… nie oni pierwsi i nie ostatni. A może to nawet nie to. Może byli po prostu samotni i znaleźli dla siebie szansę na to, żeby przez kilka chwil tej samotności nie czuć, a przynajmniej nie tak brutalnie i boleśnie.
- I to się tak nie kończy. To dopiero początek, prawda?– szepnęła prosto w męskie wargi, zaciskając mocniej palce na koszulce jego uniformu, żeby pociągnąć go lekko za sobą. Krok, dwa, może trzy… tyle wystarczyło, żeby poczuła za sobą chłodny szpitalny mur. Uśmiech przemknął przez jej wargi, gdy ich spojrzenia znowu się spotkały. Jej oczy błyszczały i ten błysk… był bardziej niż wymowny. Wyrażał więcej niż jakiekolwiek słowa, a już na pewno więcej niż te, która była w tym momencie w stanie znaleźć. Jej dłonie wylądowały na męskim karku i znowu odnalazła drogę do jego warg. Znowu chciała poczuć ich smak – - Mówiłam, że to miejsce… powinno zostać jak najdłużej tajemnicą. – dodała przekornie zanim powietrze między nimi znów wypełniło to charakterystycznie napięcie i pragnienie. Zwłaszcza pragnienie, które czuła w każdej jednej komórce swojego ciała.

Jude Iverson
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Bał się, że odkąd sięgał pamięcią, był tylko ślepo posłuszny własnemu instynktowi - jak zwierzę które rozpulchniało otwory swoich źrenic, próbując przylgnąć do światła, jak zwierzę, którego ślina ściekała wilgotnym śladem po brzegach napiętych warg, skłonne odsłaniać swoje kły zbyt gwałtownie i często, trwając ciągle w szaleńczym i niefortunnym tańcu pomiędzy walką a ucieczką. Nigdy o tym nie mówił - nie dzielił się tamtym strachem nawet ze swoją matką kiedy gładziła go po włosach szepcząc do niego, że przecież ma dobre serce, a on zastanawiał się, czy narząd kurczący się, ogłupiony mantrą własnego przeklętego rytmu, nie był w jego przypadku czymś niezgrabnym i popsutym, jak pozytywka która potrafiła się wyłącznie obracać, nie poruszając dłużej beztroskim pięknem melodii. Czasami, kiedy siadał samotnie na jednej z krawędzi łóżka, wgryzając się wzrokiem w przestrzeń, jeszcze mętną, okrytą warstwą niechcącej ustąpić nocy, miał wrażenie, że wszystko, co osiągnął, było tylko żałosną próbą udomowienia - miał stawać się spokojniejszy, o przystrzyżonej, starannie uczesanej sierści, stępionych kłach i przyciętych cierniach swoich pazurów, z obrożą zaciśniętą dookoła prętu swojej szyi przy której sterczała krótka, napięta do granic smycz. Nie wierzył, że mógł się zmienić i każda wysunięta w tym kierunku wątpliwość wprawiała go w przerażenie.
Naprawdę
miał
taki
być?
Oddychał. Przeliczał swój każdy oddech. Nigdy nie mogłem wyjść z podziwu, jak ludzkie ciało jest stworzone, w głowie nadal brzęczała mu rozmowa którą odbył na jednym z kół naukowych na studiach. Organizm człowieka już w tamtej, dostępnej chwili przypominał mu książkę, w której po rozchyleniu skóry niczym kolejne strony można było przeglądać każdą ułożoną pod spodem powięź i więzadło. Pamiętaj o jednym, Jude, głos nauczyciela, zwracającego się do niego imieniem zdążył go w tym momencie zaskoczyć, kiedy zaczniesz pracować, będziesz w stanie zobaczyć coś ważnego. Człowiek przez większość czasu przypomina swoim zachowaniem kompas. Będzie cię oszukiwać i zwracać się w stronę życia, spróbuje poprzestawiać w sobie dowolną ilość rzeczy, aby chociaż na chwilę zachować wszystkie pozory równowagi. Otworzy szerzej swoje oczy, dalej słuchając jego słów z ignorancją osoby, która mogła dopiero po latach w pełni, dokładnie pojąć ich znaczenie. Jednak… kiedy to się odwróci, każde twoje działanie, przerwał na krótką chwilę, może okazać się tylko sztuką dla sztuki.
Musisz wiedzieć, że może nadchodzić moment, w którym jest już za późno.
Moment, gdzie wszystko pęka.
Dopiero później mógł pojąć, że taki etap nadchodził nie tylko w obliczu pracy - od zawsze istniała tama, którą potrafił przebić. Dzisiaj przerwał kolejną, rozerwał ją jak wolierę, z której chciał się wyszarpać i wzbić się w powłokę nieba. Wysycał się tym odczuciem, przyznając, że wąska przestrzeń dzieląca teraz ich ciała, była rozgrzana, duszna i zaczynała coraz śmielej przechodzić przez jego skórę kolejnym, rozchodzącym się skurczem. Był rozdrażniony tylko przez jedną myśl, która nachodziła go, nie pozwalając, aby tak całkowicie ją porzucić - bał się, że w tym momencie mógł tylko zaszkodzić Iris, jakby to wszystko było jedynie grą, nawet, gdy w głębi siebie wiedział że jest to absolutnie dalekie od rzeczywistości. Możliwe, że w głębi duszy obawiał się zaszkodzenia innym ludziom - wszystko było łatwiejsze, gdy proste, krótkie rozmowy toczące się w aplikacjach były jak zwięzły handel, bez wyrzutów sumienia, bez żadnych pozostawionych przed sobą zobowiązań.
Iris w tym momencie była kimś znacznie innym, bardziej żywa od mężczyzn którzy nie spoglądali nawet w jego oczy, od kobiet, które miały zapomnieć jak układało się w ustach jego imię, była bardziej żywa od wszystkich, pozostałych momentów w których każde odczucie wydawało się proste, gdzie nawet własne spełnienie osądzało się płytko, bez przekonania, zaskakująco szybko ustępując miejsca ponurej codzienności. Wszystko, co czuł w tej chwili, różniło się od emocji, jakie zwykle dopuszczał, przede wszystkim dlatego, że narodziło się między nimi zupełnie spontanicznie, bez żadnej naglącej ich aktualnie potrzeby i przymusu. Wiedział, że było inne i dokładnie ten fakt mógł przerażać go najbardziej, bo czuł, że był w stanie nim wzgardzić, czuł, że był w stanie go nigdy właściwie nie uszanować.
- Miejsce - jego głos zakołysał się, lekko i uszczypliwie - czy raczej wszystko, co będzie pomiędzy nami? - twarz drasnął mu rozbawiony uśmiech. Nie ukrywał przed sobą, że otaczająca ich sceneria, chociaż miała swój urok, całkowicie przestała go interesować. Szpital w zamian za to uwielbiał żyć w dymie plotek, szczególnie na temat tego, co wydawało się łączyć jego pracowników, sam jednak ukrywał skrzętnie podobne epizody nie mając w sobie potrzeby ich poruszać, szczególnie w środowisku bloku operacyjnego, gdzie każdemu rozwiązywał się język pomiędzy krótkim komunikatem, by podać odpowiedni przyrząd lub skarżyć się, że znów krwawi.
- Zabrałbym cię gdzieś indziej - nadal nosił na sobie posmak jej ust który mrowił przyjemnym, świeżym wspomnieniem na ciągle spragnionych wargach. Nie sądził, aby musiał tłumaczyć jej, w jaki sposób chciał znaleźć się znacznie bliżej oraz odkrywać każdy, kolejny fragment jej skóry. To było zbyt oczywiste, by przypominać o tym dosadnie na głos, zwłaszcza, że jego ciało mogło obecnie rozpaść się pod naporem fascynacji która była zbyt silna, aby był w stanie nad nią zapanować. Możliwe, że dokładnie w ten sposób próbowali wyleczyć się ze swojej samotności, chociaż nie sądził, aby było to w jego przypadku źródłem naglącego pragnienia, które zaczynało ogarniać go w całości, bezwstydne i niespokojne.
- Nie lubię mieć świadomości, że coś będzie w stanie mi przeszkodzić. - W jego głosie było wyczuwalne tętnienie, poniekąd nawet drapieżne i zaborcze. Dosięgnął w tym momencie jej policzka, czując ciepło i miękkość; przesunął się nieco niżej, opuszką palca muskając czerwień jej ust, tam, gdzie jeszcze niedawno mógł pozostawić odcisk swojej obecności. Sceneria, w której się znajdowali, przestała mu odpowiadać - chciał w końcu o wiele więcej. Wiedziała. Musiała wiedzieć.
Niczego już nie ukrywał.


Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”