Nie chciał komentować jej słów o znaniu jej trzydziestoletniej wersji, bo Henderson bardzo by chciał, jednak ktoś mu te możliwość wcześniej odebrał. Żalów jednak wyrzucił już zbyt wiele i postanowił, że woli doceniać fakt, że teraz w końcu ma możliwość poznać Valentine na nowo. —
A dasz mi szansę poznać? — zapytał, zerkając na nią krótko.
Krótko też zaśmiał się na komentarz o sukience. Faktycznie, nigdy wcześniej w takim wydaniu jej nie widział i momentalnie pożałował, że na Bliskim Wchodzie okazji do noszenia takich strojów nie miała. —
Jakbyś tak w Iraku chodziła to bym celowo wszystko łamał, byle dłużej się poprzyglądać — zażartował, chociaż prawda była taka, że Henderson nie potrzebował takich powodów, by ją wtedy odwiedzać, zawracać głowę i czas. Chociaż nie był ranny potrafił tam kilka godzin w ciągu dnia siedzieć, bo po prostu lubił a z czasem nawet kochał spędzać z nią czas.
Jesse skłamałby mówiąc, że nie zastanawiał się nad tym, jak wyglądałoby ich życie, gdyby razem wrócili; bez mundurów, bez stopni, bez wojska. Gdzie? To zależało od dnia i strony, w jakie jego myśli akurat poszły. Raz wyobrażał sobie, że zaczynają wszystko od nowa w Stanach – nie w jego rodzinnym regionie, nie w miejscu, w którym mieszkał, a tam, gdzie obydwoje mieliby możliwość startu na nowo. No dobrze, może Jesse mimowolnie patrzyłby na miejsca blisko jednostek wojskowych, aby móc się ewentualnie załapać, bo wiedział, że w niczym innym po prostu by się nie odnalazł. To byłoby jednak nie fair w stosunku do Iris, która z racji na pochodzenie, raczej do amerykańskiej armii nie miałaby możliwości zaciągnięcia się. Mogliby próbować załatwić to w ramach współpracy międzynarodowej, jednak w przypadku ratownictwa medycznego zbyt często takich zagrań nie stosowali – wystarczająco wiele ludzi czekała za tak zwaną bramą na miejsce.
Inną opcją było, aby to Henderson zamieszkał z Iris gdzieś w Kanadzie – może nawet w Toronto. Szybko jednak odrzucał tę myśl, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj nie wypowiadała się o tym miejscu pozytywnie – głównie ze względu na rodzinę. Chichotem losu był zatem fakt, że aktualnie obydwoje mieszkali akurat w tym mieście. W okolicznościach, których nie zakładał, ale jednak. Można więc powiedzieć, że jego mrzonki częściowo się spełniły. Może gdyby bardziej postarał się nad rozmyślaniem nad życiem w Toronto, to wyglądałoby to trochę inaczej, ale kto mógł wiedzieć? Gdy Jesse planował swoje życie Iris nie wiedział jeszcze, że kilka tygodni później zostawi go tak bez słowa i to z dnia na dzień.
—
Może on przerwie — przyznał, wzruszając ramionami. —
Ja chcę tylko, żeby był szczęśliwy — dodał zgodnie z prawdą. Czy tutaj czy w Stanach, czy jako żołnierz czy jako lekarz. Jak dla niego mógłby być nawet kasjerem w sklepie, o ile sprawiałoby mu to radość. Ciekawe, czy takie podejście będzie mieć, gdy syn skończy trzydzieści lat i dalej będzie mieszkać z rodzicami, ale wolał nad tym nie spekulować nawet, biorąc pod uwagę jak jego niedopracowane mrzonki stawały się jego codziennością.
Wizja żony, jaką podstawił Iris wynikała z jego doświadczeń. Może nie z jego własną żoną, a raczej matką, która całe życie była wręcz idealną amerykańską matką i żoną. Zajmowała się domem, dziećmi, mężem, a w niedzielę przygotowywała posiłki dla społeczności swojego kościoła po mszy – wzór do naśladowania, którego Jesse poszukiwał nieskutecznie w swoich partnerach do momentu, aż nie zorientował się, że drugiej takiej nie znajdzie, a on sam nie byłby dobrym partnerem dla kobiety z takim podejściem. Po latach też zaczynał dostrzegać tego wady, ale to mniejsza.
Wyznanie Iris trochę go zaskoczyło. Nie spodziewał się, że przyzna się do tego przed nim. —
Iris — zaczął, jednak zanim ułożył w głowie odpowiednie słowa, kobieta kontynuowała. Mówiła coś o swoim charakterze, ale nie dowierzał, że opisała go w taki sposób – pokręcił na to głową. —
No ale tak to ci mówić nie pozwolę — wtrącił w końcu. Akurat zdarzyło im się czerwone światło. Idealny moment. I to tuż przed zakrętem na jej ulicę.
—
Nie zostaniesz starą panną – to o pierwsze — bo chociaż ochoczo z jej wieku żartował, to już kompletnie poważnie uważał, że jeszcze miała czas na ułożenie sobie życia tak jak tego chciała. Nawet, jeżeli te plany nie uwzględniały jego, chciał, aby wszystko poszło po jej myśli i żeby za jakiś czas śmiała się z głupoty tych słów. —
Po drugie, daleko ci do parszywego charakteru, a przykład takiego siedzi właśnie obok ciebie. Doskonale to wiesz — dodał. Zdradzał żonę z którą miał dziecko – więcej chyba mówić nie trzeba było. —
Nie ma mowy o “niewytrzymywaniu” z tobą, Iris — westchnął i trochę zawahał przed następnym zdaniem. —
Był czas, że nie potrafiłem wytrzymać bez ciebie — przyznał, pomijać fakt, że teraz też bywały takie momenty, chociaż nie chciał się do nich przyznać nawet przed sobą. —
I pewnie . . . —
nie zmieniłoby się to, gdybyś została – to chciał powiedzieć, jednak ugryzł się w język.
—
Ale wiesz co, nie wiem czy trochę nie zazdroszczę ci takiej samotności — stwierdził po chwili. —
Takiej niezależnej. W związku też potrafi być samotnie — dodał, chociaż nie chciał poruszać przy dziewczynie tematu swojej żony. To wychodziło samoistnie.
W końcu zatrzymał się, zajeżdżając na jakiś przystanek. Nie wydawał się zbyt oblegany, dlatego nie krępował się i nie obawiał, że wypłoszy go stamtąd zaraz jakiś autobus. —
Jesteśmy chyba niereformowalni — stwierdził, opierając wygodnie głowę o fotel i zwracając się w stronę Iris. —
I chyba najgorsze jest to, że nie widzę w tym aż takiego problemu.
Iris Valentine