ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

1
i talk about the past like i talk about you;
i leave out every little thing that i don't like remembering

{outfit}


Tupot szybkich kroków, który rozlega się za jego plecami i niesie się stłumionym echem po szerokim korytarzu, jest niemożliwy do rozpoznania. To – maleńki detal zwieńczający cały ten absurdalny dzień – wprawia Franklina w dekoncentrację. Jeszcze miesiąc temu do każdego kroku swoich kolegów z drużyny potrafił przyporządkować jakieś imię. Teraz to niemożliwe.
Identyfikuje Stefana dopiero wtedy, kiedy w lewym dolnym rogu swojego pola widzenia, na szarej podłodze, widzi jego zielone korki i cień roztrzepanych włosów. Odwraca się lekko i kiwa do niego głową. Okazuje się to trudniejsze niż powinno. Plan, który mu się tam układa, czyni ją strasznie ciężką.
Pokazać ci gdzie trzymamy zapasowe piłki? – pyta podekscytowany Stefan. Dopiero co wyszedł spod prysznica, a mimo to na jego czole lśnią maleńkie kropelki potu. Frank czuje, że na jego własnym też, chociaż prawdopodobnie z innego powodu. – Albo koszulki? Tak naprawdę to trzymamy je w jednym miejscu – trajkocze, nie przestając iść przed siebie. Jest wysoki i ma długie, zwinne nogi, które bez problemu dotrzymują Franklinowi tempa.
Nie, chyba nie ma takiej potrzeby – odrzeka z uprzejmym dystansem. Stara się nie brzmieć tak, jakby go zbywał, ponieważ pamięta szeroki uśmiech, z którym Stefan przywitał go przed treningiem. Nikt inny nie przyjął go tutaj z porównywalnym entuzjazmem (no, może poza trenerem; Fraser jest ciekawym kontrastem do Armasa, ostatniego bezpośrednio zapamiętanego przez Franklina trenera Toronto FC, który, gdyby zobaczył go w swojej drużynie po raz kolejny, na pewno dałby mu popalić). – Pamiętam, gdzie to jest.
Delikatna, acz wymowna uwaga mająca na celu przypomnieć, że nie widzi BMO Field po raz pierwszy w życiu, wcale nie niszczy entuzjazmu Stefana.
No tak! Stół do bilarda też już tu był jak wcześniej grałeś? – pyta wesoło, kiedy akurat przechodzą obok kafejki. Kiedyś serwowali tu wyborne spaghetti. Ciekawe czy czasami nadal je gotują? Frank nie ma czasu ani głowy, żeby to sprawdzić. Zresztą tego dnia kafejka świeci pustkami. Niecodziennie czyste blaty wysokich stołów o metalowych nogach odbijają czerwień ścian.
Był – przyznaje krótko. Stefan kiwa głową.
Dziś jakoś nie było okazji, ale jutro możemy pograć. Lubisz? – Zwraca na niego jasne, błyszczące oczy (osadzone osobliwie w głębi jego czaszki; Cosgrove jeszcze nigdy nie widział czegoś podobnego), niecierpliwie czekając na odpowiedź. To całkiem zabawne i rozczulające. W jednej chwili poprawia Franklinowi humor.
Pewnie. Tylko w takim razie może lepiej zostań i potrenuj – żartuje. – Jestem całkiem dobry – uprzedza poważnie.
Coś ty? – Stefan prycha z niedowierzaniem. Widząc, że Frank nie wycofuje się ze swoich słów, wzrusza ramionami. – To nic. Nie mam nic przeciwko przegrywaniu, wiesz? – Poprawia plecak, który zwisa mu z prawego boku i co rusz zahacza o ramię Franka. – Nie rusza mnie to.
No cóż. To jedno zdanie wiele mówi o jego starej-nowej drużynie.
Na szczęście nie musi tego komentować. Docierają do przeszklonych drzwi. Frank pcha jedno z jego skrzydeł, a Stefan drugie i wychodzą na zewnątrz ramię w ramię. Po paru krokach docierają do wysokiej, czarnej bramy, po przekroczeniu której widzą już rozległy parking; mokry od deszczu, który spadł podczas treningu. Za nim znajduje się ulica, potem kolejny parking, a jeszcze dalej małe parki, pełne wijących się wzdłuż brzegu jeziora ścieżek rowerowych i chodników. Kiedyś Frank lubił tam biegać. Najlepiej od razu po treningu, bo droga do North York zajmowała mu co najmniej godzinę (a przy popołudniowych korkach jeszcze dłużej) i nie opłacało mu się tutaj wracać. Laurie najczęściej nazywał go wtedy świrem. Czasami zamiast tylko rzucać w jego stronę obelgami próbował przekonać Franka do tego, że zdrowszym pomysłem byłoby zahaczenie o jego dom i zrobienie mu czegoś do jedzenia, ale po treningu był zwykle zbyt zmęczony na perswazje.
Dziwnie znów tutaj go widzieć. Dziwnie znów grać w jednej drużynie. Dziwnie pamiętać ich trzyletnią przyjaźń i musieć zadowolić się sucho rzuconym na początku treningu „cześć”.
Tak naprawdę Frank nie jest zaskoczony jego oziębłością. Już wcześniej, gdy jego transfer do Toronto stał się pewnikiem i napisał do Lauriego, żeby dać mu o tym znać (i nie tylko po to; co za naiwność), nie dostał odpowiedzi. Jakaś część jego osobowości, ta twardo stąpająca po ziemi, przewidziała więc, jakich kształtów może nabrać ich ponowne spotkanie.
Co jednak nie zmienia niczego. Absolutnie niczego. Wyciągnięte z czeluści najczarniejszych scenariuszy przewidywanie odnośnie przyszłości nie sprawia, że jej odczuwanie staje mniej dotkliwe. Frank może łudzić się, że pesymistyczne, przedwczesne wizje chronią go przed zranieniem, ale wcale tak nie jest.
Okej, a więc jutro? – mówi do Stefana, rzucając mu ostatnie spojrzenie. Laurie stoi przy swoim samochodzie, tyłem do ich dwójki. Ma na sobie koszulkę, której Frank nie zna i chyba grzebie coś w telefonie. Cosgrove zaczyna wątpić czy wystarczy mu czasu, żeby go złapać. – Przygotuj się. Serio – rzuca z powagą. Zamierza zabić w Stefanie jego nastawienie wobec przegranej. Kiedyś. Niekoniecznie jutro. – Partyjka bilarda online nie przejdzie. – Uśmiecha się, a później macha do niego ręką i pospiesznie przechodzi przez ulicę. Mija rozmawiających przy wysokim BMW Zane’a i Adama. Jakoś nie przechodzi mu przez głowę, żeby cokolwiek do nich powiedzieć, chociaż w innych okolicznościach, będąc bardziej sobą, na pewno by ich zagadał. O trening albo o samochód. Cokolwiek.
W końcu udaje mu się przejść przez parking. Ciężko staje za plecami Lauriego. Determinacja, która tliła się w nim jeszcze piętnaście sekund temu, teraz jest rozrzedzona. Niejasna. Opada blisko jego stóp, niemożliwa do ponownego zebrania. Franklin nie wie co właściwie chce osiągnąć. Ani co powiedzieć.
Hej – słyszy swój głos, jednocześnie nie dowierzając, że naprawdę wychodzi z jego własnej krtani. Na jego brzmienie skręcają mu się wszystkie organy. – Spieszysz się czy masz chwilę? – pyta cicho, prawie że rzeczowo; jakby miał do tego wszystkiego prawo.
Nie ma. Doskonale to rozumie. Laurie dał mu to odczuć, nie używając w tym celu żadnych słów. I w obliczu takiego stanu rzeczy może logiczne byłoby sobie to wszystko odpuścić, choćby na jakiś czas, na tydzień czy dwa, ale Franklin jest otoczony zbyt wieloma niewiadomymi, by bez słowa zaakceptować również tę.

laurie matheson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
ODPOWIEDZ

Wróć do „BMO Field”